FANDOM


Poszukiwania nadziei to opowiadanie, którego akcja dzieje się cztery lata po wydarzeniach opisanych w Masce kłamstw, kilka tygodni po historii przedstawionej w Niedobitkach. Opowiada o poszukiwaniach przez Toa z Artas Nui tajemniczego artefaktu, Słonecznego Kryształu.

PrologEdytuj

Z nieba lał się żar.

Spalona ziemia wulkanicznej wyspy Artidax wypluła w powietrze gorącą magmę. Piekielne strumienie rozbryzgały się na wszystkie strony, niczym morskie fale uderzające o skały, i przykryły wszelkie marne formy życia oraz wszystko inne, co nie zdołało uchronić się przed ich ognistymi objęciami. On kroczył przed siebie ciemnym korytarzem, a lawa uderzała z plaskiem o otaczające go metalowe ściany i ściekała mozolnie długimi pasami ku ziemi. Nie obawiał się jej. Tu, na tej wyspie, była jego sojuszniczką, oddzielała go od wrogów i każdego, kto odważyłby się targnąć na jego życie. Nie była w stanie mu zagrozić. Był wewnątrz, a jedyne, co ona mogła robić, to uderzać raz po raz o mury wokół niego, niezdolna do przedostania się do środka. Ściany chroniły go przed zagrożeniem.

Tak jak on chronił wszechświat.

Szedł wolnym, lecz zdecydowanym krokiem. Kolczaste naramienniki, odbijające żółty blask Kamieni Świetlnych w swej srebrzystej powierzchni, unosiły się i opadały lekko w rytm jego chodu. Zielone oczy spoglądały bacznie przed siebie spod srebrnej Kanohi, a umięśnione ręce kołysały się delikatnie w przód i w tył. Korytarz był ciemny, słabo oświetlony, jednak jemu to nie przeszkadzało - zdążył już przyzwyczaić się do przebywania w mroku. Za nim, jakieś półtora bio dalej, szli dwaj żołnierze w ciemnych pancerzach, lustrując korytarz swoimi pojedynczymi, czerwonymi jak krew oczami. Drony. Jego własna armia. Choć wiedział, że ich obecność tutaj była tylko formalnością. W tym miejscu nikt nie był dla niego żadnym zagrożeniem.

Cztery lata. Minęły cztery lata od rozpoczęcia wojny. Cztery lata, odkąd zaczął dążyć do zaprowadzenia nowego porządku w tym wszechświecie. Nie. Dla niego trwało to dłużej. O wiele, wiele dłużej. Tysiące, dziesiątki tysięcy lat, odkąd w jego głowie zrodził się plan, do którego realizacji teraz dążył. Dziesiątki tysięcy lat, odkąd poznał, co to rozpacz. Odkąd poznał, jakie prawa rządzą tym światem. I odkąd postanowił je zmienić.

Sam nie potrafił opisać, przez co musiał przejść, by dotrwać aż do tego momentu. Intrygi. Kłamstwa. Zabójstwa. Zawiązał sojusze z największymi autokratami tego świata, tylko po to, by ich później zdradzić. Jednak wiedział, że robi to wszystko dla dobrej sprawy. Nikt nie będzie już cierpiał, gdy jego plan się ziści. Nikt nie zazna bólu i rozpaczy, nikt nie poniesie śmierci. Nareszcie zapanuje porządek, który uchroni ten świat przed zbliżającą się zagładą.

On był nadzieją. Jego bracia i siostry byli wrogami. On musiał ich zniszczyć. I zaprowadzić nowy ład w tym targanym złem wszechświecie.

Tak. Takie było jego Przeznaczenie.

Doszedł do końca korytarza. Stojąca przy grubych, stalowych drzwiach dwójka dronów otwarła je przed nim, skinąwszy lekko głowami. Pomieszczenie, do którego wkroczył, od razu uderzyło w niego swoim ciepłym powietrzem i jasnością, tak, że musiał na chwilę zmrużyć oczy.

Znalazł się na niewielkiej, metalowej platformie, mieszczącej się na jednej ze ścian ogromnej hali. Przestrzeń pomiędzy poszczególnymi końcami pomieszczenia poprzecinana była dziesiątkami długich mostów i oblężonych przez mechaniczne ramiona taśm, po których przesuwały się niedokończone jeszcze metalowe szkielety. W wielu miejscach dało się dostrzec potężne, grubo opancerzone pojazdy i machiny wojenne, jednak to nie one wywierały największe wrażenie. W dole, przed nim, znajdowały się zastępy setek mechanicznych żołnierzy, tkwiących nieruchomo w idealnie równych rzędach. Ich oczy świeciły pustką, lecz teraz, powoli, jedno po drugim, zaczęło się w nich jarzyć czerwone światło, jakby reagując na nadejście swego pana.

Uśmiechnął się. Jego armia powoli budziła się do życia. A wraz z nią budził się Nowy Świat.

Oparł dłonie o balustradę i wychylił się lekko do przodu, by móc lepiej przyjrzeć się tkwiącym w dole wojownikom. Dreszcz wymieszany z ekscytacją przeszył jego ciało. Teraz, mając w swych rękach artefakt, który doprowadzi go do źródła nieograniczonej mocy, czuł, że koniec wojny zbliża się wielkimi krokami. A wraz z nim - jego miejsce na szczycie wszechświata. Spoglądając na żołnierzy, wypowiedział w myślach słowa, które powtarzał sobie przez te wszystkie lata:

Tylko ja mam tyle siły. Tylko ja mam tyle mocy.

Tylko ja mogę uczynić ją szczęśliwą.

1. PrzygotowaniaEdytuj

Rozdział 1Edytuj

Z nieba lał się deszcz.

Dalla biegła przed siebie, stąpając z pluskiem po kałużach i rozchlapując wodę na boki. Drżała, zarówno z zimna jak i ze strachu. Musiała znaleźć kryjówkę. Brakło jej tchu od ciągłego biegu, a mięśnie paliły bólem, prosząc o choć trochę odpoczynku. Ona jednak musiała biec. Wiedziała, że jeśli się zatrzyma, będzie zbyt zmęczona, by móc biec dalej, a wtedy… wolała nie myśleć, co wtedy. Dlatego wyciągała ze swych mięśni resztki sił i zmuszała je do wysiłku, jakim był dla niej każdy ruch. Musiała znaleźć kryjówkę.

Ulice Artas Nui nie były bezpiecznym miejscem. Właściwie cała wyspa nie była bezpiecznym miejscem, Ga-Matoranka szybko się o tym przekonała. Choć okolica świeciła pustkami, Dalla wiedziała, że to tylko złudzenie. W każdym z opuszczonych budynków mógł czaić się dron, wyczekujący całymi dniami na zbłąkaną ofiarę. Były maszynami, tkwienie w bezruchu przez kilkanaście godzin nie stanowiło dla nich żadnego problemu. Lustrowały ulice swoimi oczyma, obezwładniając każdego, kto zbliżył się do budynku w centrum wyspy. Drony przekształciły go w swoją kwaterę, w której trzymali uśpionych Matoran. Takich jak Dalla.

Matoranka skarciła się w myślach. Dlaczego tak właściwie odłączyła się od grupy? Nie wiedziała. Strach nie pozwalał jej normalnie myśleć. Musiała znaleźć jakieś bezpiecznie miejsce, odpocząć i zebrać myśli. Musiała… biec… dalej.

Opuściła ulicę i znalazła się w przybrzeżnym porcie. Ku swej uldze, nie ujrzała tu żadnego drona - choć równie dobrze te mogły kryć się za stertami starych skrzyń, tworzących swego rodzaju labirynt. Dalla zatrzymała się na chwilę, by rozejrzeć się dookoła, i gdy chciała postawić kolejny krok, poczuła, jak jej mięśnie zaczynają protestować. Nie. Nie mogła biec dalej. Potrzebowała odpoczynku. Teraz.

Nie mogła jednak zatrzymać się tu, pośrodku pustej przestrzeni. Spojrzała na boki. Ponad porzuconymi kontenerami dostrzegła część budynku starego portowego magazynu. Ruszyła bez namysłu w jego stronę, walcząc ze stawiającym opór ciałem. Modliła się w duchu, by nie zastała na miejscu dronów. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, co by się stało, jeśli ci mechaniczni żołnierze by tam byli. Jeśli jednak jej prośby zostaną wysłuchane… wreszcie będzie mogła zregenerować siły i ukryć się przed deszczem oraz dronami.

Przedarła się przez stosy skrzyń i znalazła nieopodal magazynu. Wyłoniła się zza kontenera, lecz po chwili cofnęła się i schowała za nim, wystawiając jedynie lekko głowę. Zamarła. Przed budynkiem znajdowała się grupa kilku żołnierzy, obserwujących okolicę. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Co miała teraz zrobić? Potrzebowała odpoczynku, a czuła, że na poszukiwanie kolejnego miejsca do ukrycia się nie starczy jej sił. Jednak nie mogła tu zostać. Jeśli przycupnie za skrzynią, może uda jej się przesiedzieć tu w spokoju parę, może paręnaście minut, lecz w końcu zziębnie od deszczu. Albo zostanie zauważona. Tak czy siak, musiała stąd uciec. A na to brakowało jej sił.

Nagle poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciła powoli głowę, starając się opanować drżenie i rozszerzyła oczy ze strachu i zdumienia. Miała przed sobą wysoką postać drona, po którego pancerzu deszcz ściekał wolno długimi strumieniami. Maszyna stała w miejscu, z głową skierowaną ku Matorance i obserwowała ją swoim pustym wzrokiem.

Potem nastąpiła eksplozja. Dalla wystrzeliła do przodu, pchana siłą wybuchu pocisku Rhotuka, który uderzył o ziemię po tym, jak przed nim uskoczyła. Niespodziewanie znalazła w sobie nowe pokłady energii, którą teraz przelewała w swoje mięśnie, biegnąc w stronę pomostu, w stronę morza. Pozostałe drony już ją zauważyły i otworzyły do niej ogień. Coś uderzyło w ziemię tuż za nią - poderwała się w powietrze i z chlustem wskoczyła do zimnej wody.

Chłód wstrząsnął jej ciałem, na moment zabrakło jej tchu, lecz potem jej wrodzone zdolności Ga-Matoranki dały o sobie znać i Dalla już wysuwała ręce przed siebie, by odgarnąć otaczającą ją wodę i popłynąć do przodu, gdy nagle coś złapało ją za kostkę i wyciągnęło na powierzchnię. Dalla zamarła, widząc przed sobą szkarłatne oko drona.

Sekundę później upadła twardo na mokrą ziemię, gdy trzymająca ją dłoń maszyny oddzieliła się od reszty ciała. Matoranka spojrzała ze zdumieniem na robota. Coś wypaliło dziurę w jego pancerzu i powaliło z trzaskiem na ziemię. Po chwili to samo stało się z pozostałymi żołnierzami, jakby atakowała je jakaś niewidzialna siła. Po dłuższym przyglądaniu się, Dalla zauważyła krople deszczu zatrzymujące się w powietrzu w pewnym miejscu, jakby tworząc kontury czyjejś postaci. Chwilę potem osoba przywdziewająca Maskę Niewidzialności dezaktywowała jej moc, a wtedy oczom Matoranki ukazał się…

- Rebis! - krzyknęła radośnie, widząc znajomą twarz.

Ostatnie ciała dronów zwaliły się na ziemię, sypiąc iskrami. Toa Ognia obrzucił je wzrokiem i zbliżył się do Dalli.

- Chodź, muszę cię stąd zabrać - powiedział, nawet nie dając się uściskać. - Tu nie jest bezpiecznie.

Wziął Matorankę na ramiona i już miał zamiar opuścić to miejsce, gdy nagle oślepiło go jasne światło. Zmrużył oczy i przystawił dłoń do czoła, spoglądając w kierunku, z którego padał blask. Na dachu starego magazynu dostrzegł bijącą mu po oczach lampę reflektora i dwójkę dronów po bokach. Kilka sekund potem zjawiły się przy nim kolejne roboty i momentalnie go otoczyły, celując do niego z dział. Toa Ognia zaklął pod nosem. Mógł aktywować swoją Kanohi i spróbować im uciec, jednak miał na ramionach Dallę - a ona nie mogła się stać niewidzialna razem z nim.

Zlustrował przeciwników wzrokiem, próbując szybko wymyślić jakiś plan, gdy nagle poczuł uderzenie w plecy. Chciał coś powiedzieć, wydał z siebie jednak tylko niezrozumiały jęk. Oczy powędrowały mu do góry, a wszystkie mięśnie nagle osłabły. Jego ciało ogarnął ból, a on sam upadł na kolana, by po chwili runąć całkiem na ziemię.

Zdołał jeszcze zobaczyć, jak drony chwytają szamoczącą się Dallę, nim cały świat spowiła ciemność, gdy stracił przytomność.

***


Ocknął się dopiero po jakimś czasie. Obraz przed jego oczami był rozmazany i chwilę zajęło mu uświadomienie sobie, że leży na pokładzie łodzi. Morskie fale kołysały lekko metalową konstrukcją, z pomocą chłodnego, nocnego wiatru. Ulewa zdążyła minąć. Toa Ognia powiódł wzrokiem dookoła. Oprócz niego na pokładzie znajdowała się dwójka dronów i przerażona Dalla, która wbiła w przyjaciela błagalne spojrzenie, kiedy tylko zauważyła, że odzyskał przytomność. Nie mogła nic powiedzieć ani nawet się do niego przybliżyć, miała zakneblowane usta oraz skrępowane ręce i nogi. Rebis szybko zauważył, że drony potraktowały go w taki sam sposób. Zamrugał. Nie zabili go. To niepodobne do dronów, by zostawiać Toa przy życiu. Sprawa musiała być naprawdę wyjątkowa.

Spróbował uwolnić swoje płomienie, lecz wtedy poczuł dziwne mrowienie w nadgarstkach, które go przed tym powstrzymało. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że założyli mu kajdany z materiału blokującego moc żywiołu. Ultian. Wiele razy słyszał o tym metalu, ale jeszcze nigdy nie został nim potraktowany. I wolał, żeby tak zostało. To nie było przyjemne uczucie. Zaklął w duchu i zerknął na Dallę. Wciąż spoglądała na niego przestraszonym wzrokiem, a w kącikach jej powiek zaczęły tlić się łzy. To z kolei nie był przyjemny widok. Serce krajało mu się, gdy patrzył na Matorankę w takim stanie. Była jego przyjaciółką jeszcze nim został Toa, i choć w ostatnim czasie nie mieli ze sobą żadnego kontaktu, wciąż była mu tak samo bardzo bliska.

Puścił do niej oko, by choć trochę podnieść ją na duchu, i sam zmusił się do podniesienia, mimo że jego ciało nie do końca chciało z nim współpracować - zapewne użyto na nim paraliżującego Rhotuka, którego efekty zaczęły już, na szczęście, zanikać. Drony nie zareagowały na jego ruch - wiedziały, że w obecnej sytuacji nie może im zaszkodzić. Rebis wystawił głowę za falszburtę i spojrzał w kierunku, w którym zmierzała łódź. Na tle mroku nocy zobaczył w oddali tysiące maleńkich, zielonych światełek i kontury budynków, zupełnie tak, jakby płynęli w stronę jakiegoś miasta, co wydało mu się dziwne, bo przecież Artas Nui zostawili za swoimi plecami - Rebis wciąż mógł dostrzec kątem oka jego blask. Mruknął pod nosem i zmrużył oczy, by lepiej przyjrzeć się widniejącemu w oddali miastu.

W miarę jak się do niego zbliżali, Toa coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że to nie jest wcale miasto.

Tylko ogromny statek.

Paręnaście minut później znaleźli się już na pokładzie okrętu. Drony rozwiązały skrępowane nogi Rebisa i Dalli, by mogli chodzić, oraz pozbyły się knebli zasłaniających ich usta, po czym zabrały ich ze sobą w głąb okrętowych zabudowań. Co ciekawe, paraliż już niemal całkowicie opuścił ciało Toa Ognia - zupełnie tak, jakby czas jego działania był idealnie wymierzony. Teraz, mając wolne nogi, Rebis mógłby spróbować uciec, szybko jednak porzucił ten pomysł. Co prawda planowanie nigdy nie było jego mocną stroną - najczęściej najpierw działał, potem myślał - w tej sytuacji jednak wiedział, że taka próba w miejscu całkowicie opanowanym przez wroga, w którym roiło się od żołnierzy, byłaby dla niego niczym samobójstwo. Drony już raz zostawiły go przy życiu - był pewien, że nie zrobią tego po raz drugi.

Przemierzając kolejne korytarze, wijące się niczym labirynt, Rebis raz po raz zerkał na idącą obok niego Dallę. Szła ze spuszczoną głową, dygocząc ze strachu. Toa Ognia widział, jak od czasu do czasu spogląda na niego z ukosa, lecz natychmiast odwraca wzrok, gdy tylko ich spojrzenia się spotykają. Zrobiło mu się jej żal. Była tylko małą, nieśmiałą Matoranką, a wplątała się w sam środek piekła.

- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze - powiedział do niej, wykrzywiając kącik ust w uśmiechu. Matoranka tylko uśmiechnęła się - nieśmiało, jak zawsze - lecz zaraz potem jej twarz przybrała wcześniejszy, przerażony wyraz.

Rebis westchnął.

„Wszystko będzie dobrze”, powtórzył w myślach. Sam chciał w to wierzyć.

Drony zaprowadziły ich na wyższy poziom i po chwili stanęły przed szerokimi, podwójnymi drzwiami, a te rozsunęły się przed nimi nie wydając niemal żadnego dźwięku. Toa Ognia i Dalla znaleźli się w szerokim, ale niewysokim pomieszczeniu, oświetlanym jedynie przez niewielkie Kamienie Świetlne umieszczone pod sufitem, bijące błękitnym blaskiem oraz widoczne w oddali przez wielkie, szerokie okno czerwone światła Artas Nui.

Na tle panoramy miasta stała wysoka, zgarbiona postać, odwrócona do przybyszów plecami, skryta pod czarną peleryną, pod którą zaznaczały się barki kanciaste jak nagie kości. Na dźwięk kroków obróciła się ku przybyłym, a wtedy oczom Rebisa i Matoranki ukazała się wystająca spod ciemnej narzuty podłużna maska w kształcie czaski, zza której spoglądała na nich para krwistoczerwonych oczu, oraz dwie długie, chude ręce zakończone dłońmi ze szponiastymi palcami. Generał Kraavos we własnej osobie.

- Goście - powiedział mężczyzna niskim, metalicznym głosem. Odstawił drony skinieniem dłoni pod ścianę, po czym zbliżył się do Toa Ognia i jego towarzyszki, taksując ich wzrokiem. - Toa-awanturnik o niewyparzonym języku i bojaźliwa Matoranka. Naprawdę myśleliście, że uda wam się uciec przed moimi żołnierzami?

Rebis zmrużył oczy.

- Tak wychwalasz swoich żołnierzy, a jednak mała garstka Toa od czterech lat daje radę stawiać im opór - odparł chłodno.

Kraavos zaśmiał się krótko. Jego śmiech był zimny, całkowicie pozbawiony emocji, na swój sposób… zatrważający.

- Nic nie będzie trwać wiecznie, Toa.

- Tak - powiedział Rebis, patrząc na niego spode łba. - I dlatego w końcu wasza armia upadnie.

Kraavos natychmiast przestał się śmiać. Przez moment wpatrywał się w bezruchu w Toa Ognia z kamiennym wyrazem na twarzy, świdrując go swoimi szkarłatnymi ślepiami. Napiętą atmosferę dało się kroić nożem, a wszystkiemu towarzyszyła głęboka cisza, przerywana niespokojnym oddechem Dalli i jej przyjaciela. Ga-Matoranka zerkała to na Rebisa, to na generała, spodziewając się najgorszego. Po chwili jednak Kraavos uśmiechnął się.

- Wygadany jesteś, Toa - odezwał się w końcu. - Jak ci na imię?

Rebis milczał. Kraavos tylko pokręcił głową z politowaniem.

- Domyślam się, że nie masz zamiaru współpracować. Ale jeśli nie ty… - Nachylił się ku Dalli i wyciągnął ku niej swoją szponiastą dłoń. Matoranka cofnęła się. - Może ona…

- Rebis - rzucił Toa. - Jestem Rebis.

Kraavos uśmiechnął się szerzej.

- Tak więc, Rebisie. - Generał wyprostował się, złączył dłonie za plecami zaczął przechadzać się wolnym krokiem po pomieszczeniu, dudniąc pazurami o podłoże. - Przez cztery lata moja armia skutecznie zajmowała się przechwytywaniem mieszkańców tego wszechświata i anihilacją twoich pobratymców. A jednak, jak sam zauważyłeś, garstka wciąż stawia opór. Mała, nic nieznacząca garstka, która powinna już dawno przestać istnieć. - Zatrzymał się przy oknie i obrócił głowę ku Rebisowi. - Powoli zaczyna nas to… irytować.

Toa Ognia przełknął ślinę. Powoli zaczął się domyślać, do czego Kraavos zmierza. Rzucał raz po raz nerwowe spojrzenia na boki, próbując coś wymyślić, jednak z każdą chwilą coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jego sytuacja nie należy do najlepszych. Zmusił się jedynie do ponownego przełknięcia śliny i wbił wzrok w generała, który zaczął powoli iść w jego stronę.

- Istnieje duża szansa, że ich działania mogą zacząć stanowić spore zagrożenie dla naszych planów - mówił dalej Kraavos. Zatrzymał się przy Rebisie i spojrzał mu prosto w oczy. Był wyższy od niego co najmniej o głowę. Toa Ognia odwrócił wzrok. - Dlatego teraz powiesz mi, gdzie jest ich kryjówka.

Aha, pomyślał Rebis. Więc po to jestem mu potrzebny.

Prychnął.

- Skąd niby mam to wiedzieć?

- Och, proszę - powiedział Kraavos. - Działacie razem i nawet nie wiesz, gdzie jest ich kryjówka? Z jakiegoś powodu… trudno mi w to uwierzyć. - Uśmiechnął się lodowato.

- Nie działamy razem, Kraavos. Nie miałem z nimi kontaktu od lat!

W odpowiedzi dowódca dronów wydał z siebie ciche westchnięcie.

- Spodziewałem się, że tak będzie - rzekł, oddalając się od Rebisa i, ku przerażeniu Toa Ognia, ukląkł przy Dalli. Matoranka próbowała się cofnąć, lecz strach całkowicie ją sparaliżował. - Być może twoja przyjaciółka będzie bardziej skora do podzielenia się ze mną informacjami, hm? - zapytał i przejechał dłonią po jej twarzy. Jego metalowe szpony zastukały cicho o powierzchnię maski Dalli.

Rebis zadrżał.

- Zostaw ją, ona nic nie wie!

- Doprawdy? - Generał przeniósł na niego wzrok. - A może mówisz tak tylko dlatego, że jest ci bliska i nie chcesz, by stała się jej krzywda?

Toa Ognia zamarł. Nie odezwał się ani słowem, by niczego nie zdradzić, jego spojrzenie jednak mówiło znacznie więcej, niż by tego chciał. Kraavos najwyraźniej je rozpracował, uśmiechnął się bowiem podle i przycisnął Dallę do siebie. Dopiero teraz Rebis dostrzegł w pancerzu na jego piersi wypalone ślady po cięciach mieczem.

Rozległa się seria metalowych szczęków i sekundę później z lewej dłoni generała wysunęło się błyszczące ostrze, którego czubek znalazł się parę milimetrów przed szyją Matoranki.

- Jeśli naprawdę tak ci na niej zależy, lepiej, żebyś zaczął mówić - rzekł pozbawionym emocji tonem. Dalla omal nie zemdlała ze strachu, a Rebis niemalże zapłonął z wściekłości. Kątem oka zobaczył stojące pod ścianą drony, gotowe zastrzelić go, gdyby nawet tylko podniósł palec na ich dowódcę. Opanował emocje i odparł najspokojniej jak tylko potrafił:

- Mówię prawdę, Kraavos. Nie miałem kontaktu z innymi Toa od rozpoczęcia wojny. Nie wiem, gdzie oni są!

Wiedział, że generał mu nie uwierzy. On jednak nie kłamał - rzeczywiście kilka tygodniu po rozpoczęciu na Artas Nui wojny, odłączył się od grupy Toa i zaczął działać na własną rękę. Nie wiedział, co działo się z pozostałymi, ani tym bardziej gdzie mieli swoją kryjówkę. Najgorsze jednak było to, że Kraavos uzna to za kłamstwo. I skrzywdzi Dallę - albo próbując zmusić Rebisa do wyjawienia informacji, albo próbując je wyciągnąć z niej samej.

Generał spoglądał przez chwilę na wojownika chłodnym wzrokiem, po czym - ku zdziwieniu Toa i Matoranki - wsunął ostrze z powrotem i wyprostował się.

- Doceniam twoje oddanie przyjaciołom, Rebisie - powiedział i skinął swoim żołnierzom. - Pozwól jednak, że ci coś pokażę.

Zmierzył ku wyjściu z pomieszczenia, a para żołnierzy podążyła jego śladem, zabierając ze sobą dwoje jeńców.

Po przejściu kilku korytarzy ponownie znaleźli się przed podwójnymi drzwiami, podobnymi do wcześniejszych, a te rozsunęły się na boki w ten sam bezszelestny sposób. Kraavos wszedł do środka, a zaraz po nim to samo zrobili Rebis, Dalla i pilnujący ich drony.

Sala, w której się znaleźli była rozmiarowo zbliżona do poprzedniej, choć zdecydowanie dłuższa. Przed przybyszami, na podłużnym piedestale, znajdowała się niewielka, kamienna sfera z wyżłobionymi jarzącymi się błękitnym światłem symbolami. Za nią, parę bio niżej, znajdowały się rzędy nowoczesnych paneli, przy których pracowało kilkanaście, może kilkadziesiąt dronów. Po obu ścianach pomieszczenia znajdowały się biegnące w dół schody. Oświetlenie było podobne do tego z wcześniejszej sali, choć panele i sama kula dawały nieco więcej światła, rozpraszając półmrok.

Przyjrzawszy się dokładniej spoczywającej na piedestale sferze, Dalla rozszerzyła oczy ze zdumienia. Rozpoznała ją. Był to jeden z reliktów Wielkiej Biblioteki Artas Nui, której Matoranka była strażniczką.

Rebis spojrzał na nią pytająco, a Kraavos roześmiał się. Toa Ognia przeniósł na niego swój wzrok.

- Co to za kula? - zapytał, niczego nie rozumiejąc.

Generał podszedł do sfery i położył na niej swoją szkieletową dłoń. Zaczął przechadzać się wolno dookoła piedestału. Rebis i Dalla stali kilka bio dalej, nieopodal drzwi, teraz zamkniętych.

- Według legendy, jest ona mapą do starożytnego skarbu, zapomnianego na przestrzeni wieków, który obdarzy tego, kto go odnajdzie, niewyobrażalną mocą, mogącą obracać w pył całe armie i sprawiać, że góry będą padały przed nim na kolana. Mocą tak wielką, że obawia się jej nawet sam Wielki Duch - wyjaśnił Kraavos, wypowiadając ostatnie słowa z nieukrywaną wzgardą, jakby nie wierzył w istnienie Wielkiego Ducha. - Moi ludzie od tygodni pracują nad rozpracowaniem tej mapy. I są już bardzo blisko celu.

Rebis spojrzał na boki, a następnie wbił wzrok w generała. Nadal nie wiedział, dlaczego Kraavos mu to wszystko mówi.

- Do czego zmierzasz?

Dowódca dronów uśmiechnął się pod maską.

- Do tego, że nie musisz kryć swoich kompanów - odparł. - Jeśli myślisz, że nie puszczając pary z gęby i poświęcając życie tej Matoranki… - Wskazał palcem na Dallę. - …ocalisz życie rebelii, jesteś w błędzie. Kiedy tylko zdobędziemy skarb, poniosą śmierć prędzej czy później. Nie możesz ich ocalić, Rebisie. Jedyną osobą, której życie możesz uratować, jest twoja mała przyjaciółka. - Podszedł do nich. - Więc jeśli chcesz, by przeżyła tę noc w jednym kawałku, lepiej zacznij ze mną współpracować.

Toa Ognia ponownie przełknął ślinę. Nie patrzył na Dallę, by nie widzieć jej zlękniętych oczu, wpatrujących się w niego przerażonym wzrokiem. Zamiast tego cały czas spoglądał z nieugiętym wyrazem twarzy na Kraavosa, choć nie czuł się wcale tak pewny siebie. Serce zaczynało bić coraz szybciej, a jego myśli kłębiły się jak szalone.

Tak. Jego sytuacja zdecydowanie nie należała do najlepszych.

***


Metalowa łódź w czerwono-czarnych barwach Armii Nowego Świata wpłynęła do okrętowego doku i zatrzymała się kilkanaście centymetrów przed stalową barierką, oddzielającą metalowe podłoże od powierzchni wody. Nieopodal niej znajdowały się dziesiątki identycznych łodzi oraz zapasy amunicji i ładunków dla żołnierzy. Przez dok nieustannie przelewał się strumień dronów, maszerujących w tę i z powrotem po żelaznych konstrukcjach, wsiadających na pokład łodzi gotowych do odpłynięcia lub opuszczających pokłady tych, które właśnie przybyły, czy po prostu pilnujących porządku w tej części statku. W pobliżu ścian dało się dostrzec olbrzymie pompy i filtry, zapewniające stały poziom wody w pomieszczeniu i powstrzymujących ją przed zalaniem okrętu. Mechanizmy maszynerii pracowały nieustannie, wydając przy tym serie metalicznych szczęków i syków, które mieszały się z odgłosami kroków robotów i szumem morskich fal.

Łódź tkwiła na swoim miejscu już przez kilka minut i przez cały ten czas nikt nie opuścił jej pokładu. Choć przez przyciemniane szyby pokładowej nadbudówki trudno było dostrzec, co dzieje się w jej środku, kilka dronów-strażników zauważyło wewnątrz jakiś ruch. Maszyny natychmiast zmierzyły w tamtym kierunku, by lepiej przyjrzeć się podejrzanej łodzi.

Nie minęło kilka sekund, a nadbudówka eksplodowała, posyłając swoje szczątki na wszystkie strony, a z jej środka wyskoczyły trzy postacie.

***


Podłoże pod ich stopami zatrzęsło się, szarpnięte wybuchem, a gdzieś pod podłogą dało się słyszeć stłumiony huk. Rebis, Kraavos i Dalla ugięli kolana i zaczęli rozglądać się wokół, jedynie drony ustały na swoim miejscu.

- Co to było? - spytał Rebis, rzucając niespokojne spojrzenia na boki. Dalla nawet się nie odezwała.

Kraavos powiódł wzrokiem po suficie i ścianach. Po chwili wbił wzrok w podłogę i mruknął gniewnie. Sięgnął ku piedestałowi, chwycił mistyczną sferę w szpony prawej dłoni i schował ją pod peleryną, po czym zmierzył w stronię wyjścia. Wyminął Toa oraz Matorankę i zwrócił się do żołnierzy, wskazując ręką na jeńców:

- Zostańcie tu z nimi.

Wyszedł z pomieszczenia, a drzwi zasunęły się za nim bezszelestnie.

Dalla i Rebis spojrzeli po sobie. Tak po prostu ich zostawił?

Toa Ognia spojrzał za siebie. Drony pracujące przy panelach nie były zbytnio zainteresowane jego osobą, a wybuch na niższych poziomach statku raczej nie był niczym normalnym. Teraz, kiedy uwaga żołnierzy była skupiona na czymś innym, może on i Dalla mieli jednak jakąś szansę…

- Dalla, cofnij się - rzucił.

- Co? - Matoranka nie dosłyszała, była zbyt przejęta całą tą sytuacją.

Nie powtórzył. Momentalnie rzucił się na jednego z dwójki pilnujących ich dronów z gniewnym okrzykiem na ustach. Żołnierz bez namysłu wystrzelił do niego ze swojego działa. Toa Ognia zasłonił twarz rękoma, a pocisk trafił idealnie w zaciśnięte na jego nadgarstkach kajdany. Kawałki Ultianu spadły na ziemię, w tej samej chwili, w której Rebis dopadł do drona i przycisnął go do podłoża. Jedną ręką zablokował prawe ramię robota, które próbowało wbić ostrze w jego ciało, a dłoń drugiej przystawił do głowy maszyny. Sięgnął ku swej mocy żywiołu i uwolnił ciągły strumień ognia prosto w receptor wzrokowy drona. Ten przez kilka sekund miotał się, lecz po chwili obumarł. Toa Ognia sapnął ciężko. Nagle dobiegł go głos przyjaciółki:

- Rebis, uważaj!

Obrócił głowę, w samą porę, by dostrzec nadbiegającego ku niemu drugiego drona, zamachującego się ostrzem. W porę uskoczył w tył, schodząc z linii cięcia, po czym skoczył na żołnierza i kilkoma silnymi ciosami powalił go na ziemię. Przycisnął go do ziemi i zaczął okładać pięściami, jednocześnie rozgrzewając je do czerwoności. Po paru chwilach ciało maszyny sypnęło kilkoma iskrami i opadło bezwładnie na podłogę.

Rebis podszedł do Dalli, rozbił jej kajdany i wziął ją na ramiona.

- Chodź, wynośmy się stąd - powiedział, rzucając się w stronę drzwi.

Wypadł z pomieszczenia i pobiegł korytarzem w prawo, choć tak naprawdę w jego głowie nie było żadnego planu.

***


Odcięta głowa drona spadła na ziemię, sypiąc iskrami, a chwilę potem na podłogę zwaliła się reszta ciała mechanicznego żołnierza. Toa Vox momentalnie obrócił się i wystawił klingę Dźwiękowego Ostrza przed siebie, blokując nadlatujący laserowy pocisk. Zamachnął się głownią i odbił następny strzał, trafiając w oko kolejnego drona. Wtedy usłyszał za sobą dźwięk dobywanego ostrza i odwrócił się, gotów przyjąć cięcie, nim jednak robot zdołał zatopić broń w ciele wojownika, został powalony przez smukłą Toa w biało-srebrnej zbroi z Maską Kamuflażu na twarzy.

Vox uśmiechnął się z lekka.

- Radziłem sobie.

Arctica posłała mu ciężkie spojrzenie.

- Właśnie widziałam - odparła, również z uśmiechem. - Którędy teraz?

Oboje znajdowali się przy rozwidleniu okrętowych korytarzy, pośród kilkunastu uszkodzonych ciał mechanicznych żołnierzy. Choć drony były wymagającymi przeciwnikami, Toa przez te cztery lata od czasu rozpoczęcia wojny nauczyli się wykorzystywać ich słabe punkty tak, by walka z nimi była jak najkrótsza i jak najskuteczniejsza. Ich drogę przedzierania się przez kolejne poziomy statku znaczyły kolejne poległe ciała i liczne zniszczenia, a wszędzie wokół dało się słyszeć wycie alarmu, skutecznie udaremniając Toa zachowanie ich obecności na statku w tajemnicy.

- Korytarz na prawo - oznajmił Ragan, dobiegłszy do towarzyszy. Jego młot nosił liczne ślady walki. - Musimy się spieszyć. Na ogonie siedzi nam kilka tuzinów dronów.

Arctica zwróciła się w kierunku, z którego przybyli, i przyjęła bojową postawę.

- To raczej nie powinno stanowić problemu - odrzekła - sądząc po tym, jak radziliśmy sobie do tej pory.

- Być może - przyznał Ragan. - Ale nie przyszliśmy tu dla walki.

Arctica westchnęła cicho i skinęła głową. Miał rację. Przybyli tu w konkretnym celu i musieli ruszać dalej, nim drony odetną im drogę.

- Dobrze. Prowadź - powiedziała.

Toa Ziemi ruszył biegiem prawym korytarzem, a Arctica podążyła jego śladem, podobnie jak Vox. Toa Dźwięku po chwili zatrzymał się jednak, obrócił i zaczął nasłuchiwać. Zmarszczył brwi. Ragan się nie mylił. Naprawdę ścigała ich masa dronów. I była naprawdę blisko.

***


Rebis skręcił w kolejny korytarz, omal nie tracąc równowagi, i biegł dalej przed siebie. Dalla kurczowo trzymała się jego ramion, siedząc mu na plecach. Po drodze parę dronów próbowało ich zatrzymać, Toa jednak w porę im umknął, a pozostałe były zbyt zajęte tym, co działo się w tej chwili na statku, by przejmować się ich dwójką. Rebis nie wiedział, co się dzieje, nie zamierzał jednak marnować okazji na ucieczkę. Liczył, że szybko znajdzie jakieś wyjście lub po prostu dotrze na górny pokład, na skraj burty. Nie planował, co zrobi potem. W obecnej sytuacji mógł nawet skoczyć wraz z Dallą do wody i dopłynąć do Artas Nui - nie byli w końcu daleko od miasta.

Na kolejnym zakręcie zderzył się z jakąś czarno-opancerzoną postacią i odleciał do tyłu, omal nie upadając. Już miał przyjąć bojową postawę, gdy ujrzał przed sobą znajomą maskę, której nie widział od kilku lat.

- Rebis? Co ty tu robisz? - zapytał Ragan, mrugając. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w swojego dawnego kompana, jakby zupełnie zapomniał, co dzieje się w okół. Toa Ognia wydawał się być równie zdumiony co jego przyjaciel, zaraz potem jednak na jego twarzy zagościł uśmiech.

- O to samo mógłbym zapytać ciebie - odrzekł, również się uśmiechając. Po chwili zobaczył biegnących za Raganem Voxa i Arcticę. Ich też się tu nie spodziewał, ale ich widok także go ucieszył.

- Cóż - zaczął czarny Toa - przyszliśmy tu po pewien skradziony artefakt, na którym Kraavos niedawno położył swoje łapska.

- Niech zgadnę - chodzi o małą, kamienną kulę z wyrytymi błękitnymi, świecącymi symbolami?

Ragan ponownie zamrugał.

- Zgadza się. Widziałeś go?

Toa Ognia przytaknął.

- Kraavos ma go ze sobą. Niestety, nie wiem dokąd go zabrał.

- Zapewne na mostek. Zazwyczaj tam udaje się dowódca w chwili, gdy ktoś atakuje jego statek - odparł Ragan. - Właśnie próbujemy się tam dostać.

Rebis spojrzał na boki.

- Chętnie bym się do was dołączył, ale… - Wskazał głową na zawieszoną na jego szyi Dallę. Choć Matorankę ucieszył widok znajomych Toa, w jej oczach nadal widać było ogromny lęk. - …w tej chwili to chyba jednak nie jest najlepszy pomysł.

- Podobnie jak ucieczka stąd na własną rękę - wtrącił się Vox.

- Vox ma rację - zawtórowała mu Arctica. - To miejsce nie jest zbyt bezpieczne, zwłaszcza dla Matoranki i Toa bez broni. Lepiej, żebyście trzymali się z nami. - Spojrzała na Rebisa i Dallę.

Toa Ognia otwierał już usta, by coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął. Arctica miała rację. Choć początkowo miał skrytą nadzieję, że uda mu się uciec z tego statku, spodziewał się, że drony prędzej czy później go zatrzymają. Teraz miał szansę dołączyć do pozostałych Toa w walce i w głębi duszy tego pragnął - walka i starcia z niebezpieczeństwem od zawsze były częścią jego życia, zarówno jako Matoranina jak i Toa, i na swój sposób je uwielbiał - nie mógł jednak narażać Dalli. Była jego bliską przyjaciółką, żałował, że odsunął się od niej na tak długo i nie chciał, by ich pierwsze spotkanie po latach skończyło się wyrządzeniem jej krzywdy. Nie mógł ruszyć do walki, jeśli ona się tego bała - chociaż tyle mógł zrobić, by wynagrodzić lata rozłąki.

Spojrzał na Matorankę. Ta, jakby czytając mu w myślach, skinęła głową i zmusiła się do uśmiechu, na moment pozbywając się wyrazu przerażenia ze swojej twarzy. Rebis odwzajemnił gest, uśmiechając się wdzięcznie i przeniósł wzrok na pozostałych Toa.

- Dobra, ruszajmy.

Cała czwórka ruszyła za Raganem i szybko zniknęła za jednym z zakrętów. Kilka sekund później w korytarzu, w którym jeszcze przed chwilą się znajdowali, dało się słyszeć metaliczne dudnienie kroków.

Żołnierze cały czas deptali im po piętach.

Rozdział 2Edytuj

Drony były maszynami. Nie odczuwały strachu. Jednak zdawać by się mogło, że nawet one lekko skuliły się, gdy generał Kraavos wkroczył na mostek „Zdobywcy”. Okute metalowym pancerzem głowy na moment odwróciły się w kierunku dowódcy, zaraz potem jednak z powrotem skierowały się ku komputerowym wyświetlaczom, znajdującym się przy skośnych szklanych panelach, pełniących rolę ścian pomieszczenia. Nie poddały się aurze, jaką roztaczał wokół siebie ich dowódca. Choć żadna żywa istota zapewne by tego nie potrafiła.

Osobą, która naprawdę bała się Kraavosa, był kapitan statku, Skakdi Merr, zajmujący miejsce w dopasowanym fotelu na niewielkim podwyższeniu, znajdującym się tuż za stanowiskiem sternika. Nosił grubą zbroję w barwach Armii Nowego Świata i miał dobrze zbudowane ciało, choć nie przypominało ono wielkich, krępych cielsk, typowych dla Zakaziańskich ulubieńców ślimaków grzbietowych. Jego prawe oko skryte było pod czarną opaską. W drugim dało się dostrzec strach, gdy generał stanął naprzeciw niego. Merr był jedną z tych osób, które Armia Nowego Świata zdecydowała się oszczędzić, w zamian za służbę oraz dozgonną wierność, i wiedział, że jeśli popełni błąd, nie dostanie już drugiej szansy. Dlatego w obecnej chwili czuł się co najmniej niepewnie.

- Melduj, kapitanie - rozkazał Kraavos.

Jedna z konsolet wyświetliła obraz zarejestrowany przez pokładowe kamery, nieustannie śledzące intruzów.

- Troje obcych Toa na dolnym pokładzie, panie. Wraz z jeńcami kierują się w naszą stronę - odparł Merr. Jego głos się nie łamał, choć kosztowało go to sporo wysiłku.

Generał wydał z siebie gniewnie warknięcie.

- Zamknąć grodzie. Odciąć im drogę - rzucił. Merr posłusznie skinął głową i wydał polecenie swoim podwładnym, zajmującym miejsca przy kontrolnych panelach.

Kraavos odwrócił się w stronę okna i rzucił spojrzeniem w kierunku widniejącego w oddali Artas Nui, zamyślając się. Po chwili wyjął spod peleryny święcącą kulę i obrócił ją kilka razy w swoich kościstych palcach.

- Nie możemy dopuścić, by moja zdobycz wpadła w ich ręce - oznajmił.

***


Żelazna bariera wyrosła z podłogi tuż przed nosami Toa, oddzielając ich od dalszej części korytarza.

- Świetnie - mruknął Vox. - Co teraz?

- Dajcie mi chwilę - odparł Ragan, unosząc swój młot do góry. - Powinienem móc się przez to przebić.

- Chwila to może być za długo - powiedział Rebis, odwracając się w kierunku nadbiegających dronów. Maszyny wyłoniły się zza zakrętu i wymierzyły do Toa ze swoich dział. Od wojowników dzieliło ich zaledwie paręnaście bio.

Dalla zeskoczyła z pleców Rebisa i przywarła do ściany, chowając się za pozostałymi Toa - on nie musiał jej nic mówić. Sam przyjął bojową postawę, mierząc wzrokiem mechanicznych żołnierzy.

- Chcesz z nimi walczyć? - zapytał Vox, spoglądając na niego.

- A mam jakiś wybór? - odrzekł Toa Ognia. W odpowiedzi Vox uśmiechnął się półgębkiem. Rebis zrobił to samo. - Będę jednak potrzebował broni.

- Łap. - Arctica rzuciła mu jedno ze swojej Mroźnych Ostrzy. Rebis chwycił je w dłoń i o mało co nie wypuścił chwilę potem.

- Jest zimne! - syknął. Arctica uśmiechnęła się pod nosem.

- Spodziewałeś się czegoś innego?

Odgłos wystrzału laserowych pocisków z dział dronów rozbrzmiał w tym samym momencie, co huk uderzenia młotu Ragana o metalową barierę. Toa Ziemi był najbardziej umięśniony i posiadał najlepiej zbudowane ciało z całej czwórki - i nawet wzmocnione żelazo nie było w stanie go zatrzymać. W końcu zapora ustąpiła i Toa rzucili się biegiem w głąb korytarza, odwracając się raz po raz, by odbić wystrzelone w ich kierunku pociski. Drony nie zaprzestały pogoni.

- A tak właściwie - zaczął Rebis, robiąc co chwilę przerwy na zaczerpnięcie tchu. Jedną ręką, ściskającą Mroźne Ostrze Arctici odbijał nadlatujące strzały, drugą przyciskał do siebie zawieszoną mu na szyi Dallę. - Skąd wiecie, jak dotrzeć na mostek?

- Powiedzmy - odparł Ragan - że drony nie są zbyt dobre w pilnowaniu swoich rzeczy.

- Ukradliście plany statku? - Toa Ognia rozszerzył oczy ze zdumienia, ale po części też i z podziwu.

Ragan przytaknął.

- Właściwie, to Vox i Arctica je ukradli. Tak samo jak łódź, którą tu przypłynęliśmy.

- Może tym razem też się nam poszczęści - powiedział Rebis, śmiejąc się krótko.

- Kradzież łodzi i planów to jedno - odezwał się Vox, biegnący obok niego - a odzyskanie jednego z najcenniejszych artefaktów w historii Artas Nui to drugie.

Toa Ognia natychmiast spoważniał. Nic nie odpowiedział. Choć musiał przyznać Voxowi rację.

***


Szkieletowe palce zwinęły się w pięść, która spadła na jedną z mostkowych konsolet z taką siłą, że całe urządzenie zmieniło się w dymiącą i sypiącą iskrami stertę złomu.

- Zatrzymać ich! - warknął Kraavos.

***


Dwójka dronów wyłoniła się z bocznych odnóg, stając na drodze Toa. Biegnący z przodu Vox wysunął się przed grupę. Dwa sprawnie wymierzone cięcia wystarczyły, by amputować naramienne działo jednego z robotów i nadciąć jego szyję, a silnie kopnięcie z obrotu oddzieliło głowę maszyny od reszty ciała, przerywając szyjne przewody. Drugi robot został stratowany przez pozostałych Toa, nie mogąc samemu oprzeć się ich sile. Dwaj mechaniczni żołnierze byli zbyt słabi, by powstrzymać przedzierającą się przez kolejne pokłady „Zdobywcy” drużynę. Prawdziwe zagrożenie stanowiła coraz liczniejsza pogoń, kilka korytarzy za wojownikami. Drony zatrważająco szybko się mobilizowały.

Przyciśnięta do piersi Rebisa Dalla spoglądała na to wszystko, nie dowierzając. Widok tych Toa wydawał się jej tak nierealny… Wiele razy widywała Toa, byli oni wtedy jednak ranni, polegli, pokonani przez maszyny, niekiedy nawet martwi. Ci tutaj brnęli do przodu jak niepowstrzymana siła, pokonując każdego przeciwnika, zupełnie tak, jak w legendach, jakie opowiadano na ich temat. Dalla nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek okażą się one być prawdziwe. A teraz sama była jej świadkiem.

Kolejna przeszkoda pojawiła się na drodze ekipy - tym razem był to koniec korytarza. Wieńczyły go zamknięte drzwi windy, mającej zaprowadzić Toa na górny pokład, prosto do Kraavosa. Dopadłszy do nich, Ragan nacisnął przycisk. Winda ruszyła. Wyświetlone na bocznej konsolecie Matorańskie liczby zaczęły rosnąć. Jak na złość wojowników, winda musiała znajdować się na najniższym pokładzie.

- Trochę poczekamy - mruknął Ragan.

- Naprawdę, nie lepiej byłoby biec schodami? - odparł mu Rebis, stawiając Dallę na ziemi i odwracając się w kierunku wyjścia z korytarza, którym tu przybyli. Z oddali nadciągnął narastający odgłos metalicznych kroków.

- Wybacz, stary przyjacielu. Jeśli chcesz, możesz ich teraz poszukać.

Rebis uśmiechnął się pod nosem. Mroźne Ostrze zabłysło w jego dłoniach, gdy przyjął bojową pozę. Arctica i Vox uczynili to samo. Ragan cały czas czuwał przy drzwiach.

Dalla skuliła się za plecami bohaterów i nerwowo patrzyła na pusty korytarz. Poczuła, jak nagły mróz ścina jej serce. Pogoń się zbliżała. Ragan jeszcze kilka razy nadusił przycisk.

- No dalej…

Wtedy właśnie na Toa spadł grad laserowych pocisków. Jaskrawoczerwone bolty rozprysły się po zderzeniu z klingami wojowników, którzy blokowali strzały. Jeden z promieni przeleciał między nimi i trafił w ścianę tuż obok Dalli. Matoranka skuliła się mocniej, zlękniona, lecz mimo to nadal nie mogła oderwać wzroku od towarzyszy. Ponad dwa tuziny dronów ostrzeliwały ich z drugiego końca korytarza. A oni się nie ugięli.

Wreszcie winda dojechała na miejsce. Toa wraz z Dallą momentalnie do niej wpadli, w tym samym momencie, w którym wirujące Rhotuka wystrzeliły z miotaczy robotów umieszczonych na ich plecach. W następnej chwili wiązki uderzyły o metalowe drzwi, które zasunęły się za intruzami.

***


- Generale, Toa są w windzie na pokładzie numer cztery - zameldował Merr. - Jadą na samą górę.

Kraavos zaśmiał się.

- Głupcy. Właśnie wpędzili się w pułapkę bez wyjścia. Zatrzymać windę na następnym piętrze. Wysłać wszystkie dostępne drony, żeby się z nimi rozprawiły. - Machnął ręką i ponownie odwrócił się do okna.

Merr zawahał się na moment.

- Generale…? Na pewno mamy wysłać wszystkich żołnierzy?

Dowódca spojrzał na niego.

- Czy nie wyraziłem się jasno?

- Nie, nie, w żadnym wypadku, chciałem się tylko upewnić… - Zakazianin odchrząknął. - Bez obaw. Zatrzymamy ich.

- Oby. - Głos Kraavosa był zimny jak noc. - Dla twojego dobra, kapitanie.

***


Winda zatrzymała się ze zgrzytem. Toa spojrzeli po sobie.

- Ktoś z was nacisnął przycisk „Stop”? - zapytał Rebis. Wojownicy szybko domyślili się, o co chodzi. Chwilę później, gdy zza zasuniętych drzwi zaczęły docierać do nich odgłosu kroków dronów, byli już pewni.

Choć nie mogli tego zobaczyć, spodziewali się, co czeka na nich po drugiej stronie. W korytarzu zjawiły się całe zastępy bojowych maszyn. Każdy obecny na pokładzie „Zdobywcy” dron celował teraz ze swojego działa w kierunku windy, wyczekując, aż wysłany z pokładowych komputerów centrum dowodzenia elektroniczny impuls otworzy drzwi, odsłaniając przed nimi Toa. Żołnierze wyglądali wręcz komicznie, stłoczeni w tak ciasnym miejscu. Ale byli dzięki temu zabójczo niebezpieczni.

Sytuacja nie należała do najlepszych.

Vox spojrzał w górę.

- Trzeba znaleźć inne wyjście - powiedział, po czym wbił klingę miecza w szczelinę między stalowymi płytami tworzącymi sufit windy. Moment później metalowa klapa opadła na podłogę, odsłaniając przed Toa widok ziejącego pustką szybu.

Drzwi szarpnęły, próbując się otworzyć. Zniszczona wcześniej przez Arcticę konsoleta skutecznie im to jednak uniemożliwiała, dając drużynie czas na wydostanie się z pułapki. Jeszcze nim opuściła windę, Toa Lodu dostrzegła zawieszoną pod sufitem niewielką kamerę, obserwującą intruzów martwym wzrokiem. Ostrze dziewczyny zaświstało w powietrzu, gdy rozpruła szklany obiektyw szybkim cięciem. Szczątki urządzenia spadły z gruchotem na ziemię.

***


Obraz wyświetlany na konsolecie zmienił się w mieszaninę śnieżnego szumu.

Oczy Kraavosa zwęziły się w cienkie szparki i powędrowały ku kapitanowi „Zdobywcy”. Ten tylko odwrócił spojrzenie.

- Gdzie oni są?! - zagrzmiał generał.

Merr gorączkowo przeskakiwał wzrokiem między kolejnymi pulpitami.

- Dotarli na nasz pokład, generale. Biegną prosto na mostek.

Maska Kraavosa jak zawsze była pozbawiona wszelkiego wyrazu, za to mężczyzna z powodzeniem nadrabiał brak mimiki głosem, w którym wyraźnie było słychać mordercze zamiary.

- Wysłać tam drony, natychmiast!

Strużki potu ściekły wzdłuż szyi Zakazianina.

- N-Nie możemy, panie.

- Że co?!

- Wszyscy żołnierze, którzy nie są zajęci naprawą uszkodzeń w doku, znajdują się teraz dwa poziomy niżej, tam, gdzie zatrzymała się winda, wedle pańskiego rozkazu.

Gdyby tylko mogła, twarz Kraavosa poczerwieniałaby ze złości. Merr natomiast zbladł. Walka ze strachem o utratę stanowiska nie należała w tej chwili do najłatwiejszych.

Nim generał zdołał wymyślić, w jaki sposób zbesztać kapitania, drzwi na mostek wyleciały ze ściany, uderzając w stojących przy nich mechanicznych ochroniarzy i posyłając ich uszkodzone ciała na podłogę. Czwórka Toa i towarzysząca im Matoranka wtargnęła do pomieszczenia, odrzucając na boki metalowe fragmenty, i natychmiast otoczyła Kraavosa oraz Merra. Drony pracujące przy konsoletach nie zareagowały - to nie wchodziło w zakres ich obowiązków. Jedynie Merr lekko się skulił. Kraavos pozostał niewzruszony. Palce jego lewej dłoni zacisnęły się mocniej na mistycznej sferze.

W jednej chwili trzy ostrza i pięć przenikliwych spojrzeń zwróciło się w jego stronę.

- A więc przybyliście - odezwał się generał niskim, metalicznym głosem, obrzucając wojowników pogardliwym spojrzeniem. - Musicie być bardzo odważni… lub może… bardzo głupi… by atakować mnie tu, w mojej własnej fortecy.

- Nic z tego - odrzekł Rebis. Kraavos natychmiast zwrócił ku niemu swoje ślepia. Zdawać by się mogło, że dostrzegły na twarzy Toa Ognia triumfalny wyraz. Nawet Dalla zdawała się spoglądać na generała z bojowym błyskiem w oczach, choć czuła się tak pewnie raczej tylko dlatego, iż wiedziała, że w ramionach Rebisa nic jej nie grozi. - Kontrolujemy sytuację.

- Tacy jesteście pewni siebie, Toa?

- Mamy powody - odezwał się Vox chłodnym tonem. Generał obrócił się ku niemu. Czubek Dźwiękowego Ostrza Toa w Hau był wymierzony prosto w czaszkową maskę. - Poddaj się, Kraavos. I oddaj artefakt.

Generał prychnął.

- Niedorzeczne - odparł. Jego prawa dłoń powędrowała ku spoczywającej przy pasie pochwie z mieczem. Nim Kraavos zdołał unieść klingę, wystrzelony przez Arcticę lodowy sopel wytrącił broń z jego palców.

Mężczyzna spojrzał na nią.

- Słyszałeś, co powiedział - rzuciła. - Lepiej, żebyś przystał na tę propozycję. - Kąciki jej ust wykrzywiły się w lodowatym uśmiechu. - Czekamy na odpowiedź, generale.

Kraavos zmrużył oczy i oparł się o jedną z konsolet sterowniczych. Metalowa obudowa ugięła się pod naciskiem jego szponów.

- Więc ją macie, Toa!

Wyrwawszy konsolę z pokładu, uniósł ją nad głowę i cisnął w kierunku najbliżej stojących wojowników. Ci natychmiast rozdzielili się, by uniknąć zderzenia z pulpitem, który uderzył z hukiem o podłoże. W tej samej chwili do pomieszczenia wpadła co najmniej dwudziestka dronów-żołnierzy. W następnej sekundzie dało się słyszeć dźwięk mechanizmów spustowych ich miotaczy.

- Zabić ich! - zawołał Kraavos, wymachując pięścią. - Zabić ich wszystkich!

W kolejnej mostek eksplodował burzą ognia.


Dalla kuliła się za jednym z pustych paneli kontrolnych pod ścianą. Na moment wychyliła głowę zza metalowej konstrukcji, tylko po to, by sekundę później uchylić się przed nadlatującym czerwonym promieniem.

To, co działo się na mostku, można było określić jako istny chaos. Odbite rykoszetem laserowe strzały, Rhotuka i pociski utworzone z mocy żywiołu Toa latały w jedną i w drugą stronę, odcięte kończyny robotów przecinały powietrze ponad głowami walczących, a ci członkowie załogi, którzy nie byli maszynami z jasno wpojonymi zasadami postępowania, biegali w tę i z powrotem, próbując znaleźć drogę ucieczki. Nawet Merr gdzieś zniknął. Parszywy tchórz, pomyślał Kraavos.

Zaraz potem jednak odrzucił od siebie te myśli, uświadamiając sobie, że sam także właśnie ucieka. Nie obchodził go los załogi jego okrętu - w większości i tak stanowiły ją nic nieznaczące maszyny, których ubytek i tak za niedługo zostanie wypełniony kolejnymi robotami wypuszczonymi z fabryk na Artidax. Nie, jedyne co go obchodziło, to los ściskanej w jego lewej dłoni tajemniczej mapy. I jego samego.

Generał zeskoczył z podestu otaczającego stanowisko kapitana i ruszył w kierunku bocznego wyjścia, przeciskając się przez zajmujące swoje stanowiska jak gdyby nigdy nic drony. Gdy już zbliżał się ku metalowym drzwiom, na jego drodze stanął szaro-opancerzony Toa w Hau, ściskający lśniący miecz w ręce.

Kraavos warknął, poirytowany. Jego prawa dłoń przybrała kształt podłużnego ostrza, które przecięło ze świstem powietrze ułamek sekundy po tym, jak Vox zdołał odchylić się do tyłu. Toa Dźwięku natychmiast wyprostował się i naparł na generała, tnąc mieczem w poprzek. Kraavos zablokował ostrzem nadchodzące cięcie i sztych, który nastąpił zaraz po nim. Z chęcią przemieniłby też drugą dłoń w klingę, zapewne wtedy szłoby mu znacznie lepiej - ona jednak miała ważne zadanie, musiała chronić artefakt przed tymi przeklętymi Toa. Choć nawet z tą lekką niedogodnością, generał miał znaczną przewagę nad Voxem.

Jeszcze przed wstąpieniem w szeregi Armii Nowego Świata był czempionem areny na swej ojczystej wyspie. Byle Toa był niczym w porównaniu z tym, z czym mierzył się w tamtych czasach.

- Spodziewałem się po tobie czegoś więcej, Toa Voxie - wycharczał. - Czy naprawdę wszyscy jesteście tacy słabi? Tak jak twoja przyjaciółka, Toa Błyskawic, którą zabiłem, by zdobyć ten artefakt?

Oczy Voxa zwęziły się i zapłonęły ze złości. Mężczyzna wydał z siebie gniewny okrzyk, rzucając się na Kraavosa. Jego ruchy stały się mniej przemyślane, a on sam mniej uważny. Kraavos tylko na to czekał.

Zakręcił mieczem w powietrzu i samemu przeszedł do ofensywy. Klingi obu walczących zderzyły się z donośnym metalicznym szczękiem kilka sekund potem, a Vox zaczął uginać się pod naporem oponenta. Napiął wszystkie mięśnie, ściskając miecz oburącz i walcząc o zachowanie równowagi. Wyglądające zza srebrnej maski czerwone ślepia pożerały go wzrokiem, w miarę jak Kraavos napierał na niego coraz mocniej.

Jedyne, co Vox był w stanie zrobić, to wydać z siebie bolesne jęknięcie.


Arctica odepchnęła od siebie przebitego Mroźnym Ostrzem drona i obróciła głowę w kierunku, z którego dobiegł ją głos przyjaciela. Od razu dostrzegła Voxa, uginającego się pod naporem Kraavosa. Działała z Voxem od ponad czterech lat, niemal każdego dnia od czasu rozpoczęcia wojny. Dobrze wiedziała, co oznacza ten wyraz twarzy. Dobrze wiedziała, że Toa Dźwięku zbyt długo nie wytrzyma.

Rzuciła się w tamtym kierunku, lecz drogę zagrodziły jej dwaj mechaniczni żołnierze. Dziewczyna zaklęła pod nosem, parując nadchodzące ciosy i rzuciła do walczącego nieopodal Toa Ziemi:

- Ragan! Teraz!

Mężczyzna spojrzał w jej stronę, w tym samym czasie trafiając swoim młotem w atakującego drona i jednocześnie uszkadzając jedną z konsolet.

- Ale przecież mieliśmy… - zaczął.

- Już!

Toa Ziemi nie zamierzał się z nią kłócić. Wyjął zza pasa niewielki pilot i nadusił widniejący na nim przycisk. Sekundę później całym statkiem szarpnęło.

***


Pozbawiona rozerwanej wybuchem nadbudówki łódź skradziona przez Toa eksplodowała po raz kolejny - tym razem w powietrze wyleciała cała jej konstrukcja, gdy Ragan zdetonował umieszczone na jej pokładzie bomby. Wystrzelone przez wybuch płonące odłamki trafiły w pozostałe łodzie i urządzenia utrzymujące stały poziom wody w doku, powodując kolejne eksplozje. Całe pomieszczenie rozbłysło serią wybuchów, posyłających swe płomienie na wszystkie strony. Woda zaczęła wlewać się do wnętrza okrętu, powodując zwarcie kolejnych urządzeń, a te, podobnie jak wszystko wokół, również eksplodowały i zajęły się ogniem.

Nieudolnie próbujące naprawić wyrządzone przez Toa szkody drony rzuciły się do ucieczki, lecz nawet one nie mogły uchronić się przed niszczycielską reakcją łańcuchową, która szybko przeniosła się na kolejne okrętowe machiny, momentalnie zajmując cały najniższy poziom statku i docierając aż do silników.

Nie minęło kilka minut, a „Zdobywca” zaczął iść na dno.

***


Statkiem zarzuciło po raz kolejny, mocniej. Wszyscy obecni na mostku zachwiali się, wliczając w to Voxa i Kraavosa, którzy po krótkiej i niezbyt udanej próbie zachowania równowagi runęli z łomotem na podłogę. Wypuszczona z dłoni generała kula potoczyła się parę bio po ziemi, zatrzymując się pod ścianą na drugim końcu pomieszczenia. Toa Dźwięku i Kraavos natychmiast unieśli głowy i spojrzeli w jej kierunku, po czym wystrzelili ku niej niemal w tym samym momencie.

Biegnąc, zarówno Vox jak i Kraavos próbowali spowolnić swojego rywala, łapiąc go, co poskutkowało kolejnym upadkiem, jakieś półtora bio przed dotarciem do sfery. Mapa wzbiła się w górę, gdy uderzyli o ziemię, zatoczyła łuk w powietrzu i wylądowała prosto w dłoni Arctici, która wyskoczyła do przodu, by ją złapać. Gdy Toa Lodu przyjrzała się jej z bliska, kula wydała jej się dziwnie znajoma, jakby gdzieś ją już wcześniej widziała… Spojrzała w stronę walczących i ujrzała Kraavosa, podnoszącego się z podłogi i sunącego ku niej z gniewnym ogniem płonącym w czerwonych oczach.

- Ragan! Łap! - krzyknęła i rzuciła kulę w stronę Toa Ziemi. Chwilę potem Kraavos szarpnął za jej ramię i powalił na ziemię, rzucając krótkie „Z drogi” i biegnąc w kierunku Ragana.

Toa Ziemi rozejrzał się nerwowo na boki. Z każdą sekundą generał był coraz bliżej. Wreszcie kątem oka dostrzegł Rebisa, powalającego ostatniego drona, i odwrócił się ku niemu.

- Rebis! - zawołał i cisnął kulę ku przyjacielowi.

Gdy sfera znalazła się w połowie drogi między Toa Ziemi a Ognia, dłoń Kraavosa wystrzeliła do przodu na czarnym wysięgniku, łapiąc mapę i przyciągając ją ku generałowi.

W następnej chwili Arctica podniosła się z ziemi i w ostatnim momencie posłała lodowe odłamki prosto w sunącą ku Kraavosowi dłoń. Wypuszczona ze szponiastych palców generała kula zatoczyła kolejny łuk w powietrzu i trafiła do dłoni Voxa.

Nim Toa Dźwięku zdołał cokolwiek zrobić, Kraavos dopadł do niego, a jego szpony zacisnęły się na szyi wojownika w Hau. Generał uniósł mężczyznę ponad ziemię i uderzył nim o panoramiczne okno z taką siłą, że szklana powierzchnia zaczęła powoli pękać. Druga dłoń Kraavosa przeistoczyła się w błyszczące ostrze, wycelowane prosto w twarz Voxa. Usta generała wykrzywiły się w triumfalnym uśmiechu.

Toa Dźwięku w ostatniej sekundzie uchylił się przed klingą, używając całej swojej siły do wyrwania się z uścisku Kraavosa, a jego miecz trafił w pękniętą szybę, przebijając ją. Generał poleciał do przodu, dając Voxowi możliwość kopnięcia go w brzuch, zrobienia przewrotu i rzucenia dowódcy dronów na uszkodzoną szklaną płaszczyznę.

Uwolniona przez Toa fala dźwiękowa z siłą masywnego Kikanalo posłała odłamki szyby w ciemną noc, razem z Kraavosem.


Przeszywając chłodne, nocne powietrze, targane przenikliwym wiatrem, generał obrócił się w locie ku mostkowi i wystrzelił w jego kierunku swoją dłoń, a ta zacisnęła się na krawędzi wieży, z której przed chwilą wypadł. Nie mógł jednak przyciągnąć się tam z powrotem - grawitacja ciągnęła go w dół ze zbyt dużą siłą - zdążył jedynie ustawić się w odpowiedniej pozycji i po chwili był już na pancerzu „Zdobywcy”. Rozluźnił wysuniętą dłoń i przyciągnął ją do siebie, po czym spojrzał w górę, w kierunku mostka. Przez chwilę rozważał powrót na górę i dalszą walkę, kiedy kolejna eksplozja szarpnęła statkiem.

Nie. Nie było na to teraz czasu. Nie poświęcając zbyt wiele uwagi pięknemu widokowi widniejącego w oddali miasta Artas Nui, rozpraszającego nocny mrok czerwonymi smugami świateł, podpełzł do zewnętrznej śluzy znajdującej się najbliżej mostka i zszedł pod pokład.


Vox jeszcze przez parę minut spoglądał w dół, osunięty na ziemię przy krawędzi roztrzaskanego okna. Jego dłoń rozmasowywała obolałe gardło. Palce drugiej wciąż kurczowo ściskały mistyczną kulę. Dopiero po chwili Toa Dźwięku odetchnął głęboko i oparł się o metalowy filar. Przymknął oczy i odchylił głowę do tyłu, wypuszczając głośno powietrze i rozluźniając mięśnie.

Pozostali Toa skończyli właśnie dobijać ostatnie drony. Arctica podeszła do Voxa i pomogła mu wstać, zawieszając jego ramię na szyi.

- Nic mi nie jest - powiedział Vox zachrypniętym głosem, podnosząc się o własnych siłach. Spojrzał na towarzyszkę i uśmiechnął się. - To był dobry pomysł z tą bombą - dodał.

- I lekkomyślny - wtrącił Ragan. - Powinniśmy ją zdetonować po odzyskaniu mapy, zdobyciu nowej łodzi i wydostaniu się z pokładu. Nie w trakcie.

- Przypominam, że to ty ją zdetonowałeś. - Arctica posłała mu ciężkie spojrzenie. Toa Ziemi z jakiegoś powodu odwrócił wzrok.

Rebis podszedł na skraj okna i rozejrzał się.

- Gdzie Kraavos?

- Zszedł pod pokład - odparł Vox. - Musimy…

- Musimy go ścigać! - Rebis już chciał skoczyć w dół, ramiona Toa Dźwięku i Ziemi go jednak przed tym powstrzymały.

- Nie - powiedział Ragan. - Nie ma teraz na to czasu. Mamy to, po co przyszliśmy, musimy się stąd wydostać. Ten statek za chwilę pójdzie na dno.

Na te słowa, cały okręt zatrząsł się po raz kolejny, tym razem dużo silniej niż poprzednio i po chwili zaczął przechylać się do tyłu, w akompaniamencie trzasków jego szkieletu. Odłamki kontrolnych paneli i odcięte kończyny dronów przejechały ze zgrzytem po podłodze, ciągnięte grawitacją i zatrzymały się dopiero pod ścianą. Po kilku minutach okręt wreszcie przestał się przechylać, zamiast tego Toa poczuli, jak opada coraz niżej i niżej.

Rebis jeszcze przez moment wpatrywał się w ciemną noc. Potem przeniósł wzrok na Dallę, spoglądającą na niego swoimi zlękniętymi oczami. Toa mieli rację. Musieli się stąd wydostać.

Skinął głową i odsunął się od okna. Po chwili grupa zmierzyła w stronę wyjścia. Jeszcze nim opuścili mostek, Arctica odwróciła się i posłała dziesiątki lodowych odłamków w ostałe konsolety, niwecząc szanse kogokolwiek z załogi, kto miałby zamiar tu wrócić, na wytropienie ich z tego miejsca.

***


- Naprawdę nie da się nic z tym zrobić? - zapytał Kraavos towarzyszącego mu Merra, przemierzając zrujnowany korytarz. Kapitan spotkał go na krótko po tym, jak generał zszedł pod pokład statku. Dowódca dronów mógłby przysiąc, że ten drań kierował się w stronę łodzi ratunkowych, ale zmienił zdanie gdy zobaczył Kraavosa, by nie wyjść na kompletnego tchórza. Choć w oczach generała i tak był nim już od dawna.

- Niestety - odrzekł Skakdi. - Statek jest w opłakanym stanie.

Kraavos tylko burknął coś niezrozumiałego pod nosem. Oczywiście, że jest, ty wielkoszczęki kretynie. W końcu sam do tego dopuściłeś.

Wreszcie znaleźli się w pomieszczeniu z prywatną łodzią podwodną dowódcy. Miała podłużny kształt i ostre kontury, przez co wyglądała równie niepokojąco co jej właściciel. Łódź zawieszona była na metalowej konstrukcji pod sufitem, kilka bio nad ziemią, tuż nad otworem, przez który teraz, z powodu zniszczeń, wlewały się coraz większe pokłady wody. Kraavos wspiął się na platformę i postawił szponiaste stopy na kadłubie pojazdu, kierując się w stronę włazu. Merr podążył jego śladem.

- Ty zostajesz tutaj - rzucił Kraavos. Po chwili dolna część jego ciała zniknęła wewnątrz łodzi.

Merr zamrugał, zdumiony.

- Ale… jak to? - wydukał. - Przecież statek za chwilę pójdzie na dno!

Generał odwrócił się ku niemu. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

- Kapitan opuszcza pokład ostatni - odparł Kraavos i zniknął w łodzi, zamykając za sobą właz. Chwilę potem jego podwodny okręt opadł w wodę i z donośnym pluskiem zniknął w morskich falach, zostawiając Skakdi Merra samemu sobie.

***


Toa i Dalla dotarli na górny pokład i zeskoczyli na boczną platformę, kierując się w stronę zawieszonych przy falszburcie łodzi ratunkowych - a konkretniej ostatniej łodzi ratunkowej, jaka nadawała się do użytku. Na ich nieszczęście, „Zdobywca” zaczął ponownie przechylać się do tyłu, osiągając kąt niemal dziewięćdziesięciu stopni. Rebis, Ragan, Arctica, Vox i Dalla wgramolili się na pokład niewielkiej, obłej łódki z napędem i w tej samej chwili dobiegły ich odgłosy wystrzału z miotaczy. Krwistoczerwone laserowe pociski przeszyły nocne powietrze, mijając Toa o centymetry. Wojownicy obrócili głowy i ujrzeli zmierzającą w ich stronę grupę dronów, jedną z nielicznych, które zostały na statku.

Vox posłał w ich stronę dźwiękowy strumień, choć wątpił, czy to okaże się być bardziej skuteczne od przechylającego się okrętu. Toa już mieli zwolnić zatrzaski trzymające łódź na swoim miejscu, gdy nagle eksplozja - nie wiadomo, czy wywołana wewnętrznymi wybuchami, czy może strzałem któregoś z dronów - rozerwała na kawałki jedną z dwóch blokad. Łódź skierowała się dziobem ku dołowi, zawisając pionowo kilkanaście bio ponad wodą. Toa i Dalla cudem wciąż utrzymali się na jej pokładzie. Ragan uniósł młot do góry, chcąc rozbić pozostały zatrzask, gdy jeden z mechanicznych żołnierzy strzelił w jego kierunku.

Trafił w broń Toa Ziemi i rozniósł ją na drobne szczątki, które z plaskiem spadły do wody. Ragan poleciał do tyłu, wypuszczając trzon młota, który pozostał mu w dłoniach. W ostatniej chwili Arctica złapała go za nogę, jego ciężar jednak pociągnął ją za sobą, a ona z kolei została złapana przez Voxa, który jedną ręką ściskał jej łydkę, a drugą reling łodzi, walcząc o to, by nie spaść. Rebis trzymał się tylnego nadburcia, z Dallą owiniętą wokół jego nogi.

Żadne z nich nie zauważyło, jak pod taflą wody sunie podłużny okręt podwodny, przypominający ogromnego rekina Takea, i znika gdzieś w oddali.

- Rebis! - krzyknął Toa Ziemi, zwisając głową w dół. Miał nadzieję, że jego głos przebije się przez nocny wicher. - Musisz zwolnić zatrzask!

Toa Ognia spojrzał w kierunku metalowej blokady, a potem w kierunku dronów. Były blisko, choć one też musiały walczyć o zachowanie równowagi na pochyłej powierzchni. Rebis miał więc trochę czasu.

Potem przypomniał sobie, że jego towarzysze za chwilę spadną, i uświadomił sobie, że wcale go nie miał.

- Trzymajcie się, mam pomysł! - krzyknął, przesuwając się w stronę zatrzasku.

- Bardzo śmieszne! - odparła Arctica, czując, jak jej mięśnie płoną bólem.

Rebis złapał oburącz stalową blokadę i uwolnił swoją moc żywiołu, rozgrzewając metal do czerwoności. Kilka dronów wystrzeliło ku niemu swe pociski, lecz przy kolejnej eksplozji statku niemal wszystkie zleciały w dół i zniknęły w morskich objęciach. Te, które zostały, wystrzeliły po raz kolejny, trafiając w pokład kilka centymetrów obok Rebisa. Siła wybuchu omal nie odrzuciła Toa Ognia do tyłu. Ten jednak wciąż ściskał gorącą stal, nie przestając jej nagrzewać.

Wreszcie blokada stopiła się na tyle, by ustąpić pod ciężarem łodzi. Płynny metal rozszczepił się i cała piątka zaczęła spadać, przecinając ze świstem nocne powietrze. Jeszcze nim uderzyli o taflę wody, Ragan wgramolił się na pokład, złapał za dziób łodzi i ustawił ją tak, by uderzyła swym spodem o fale. Sekundę później znaleźli się już na wodzie, silnik zawarczał i wzniósł w powietrze pianę, a cała drużyna odpłynęła w kierunku widniejących w oddali świateł Artas Nui.

Gdy znaleźli się jakieś półtora kio morskiej od „Zdobywcy”, cały okręt eksplodował, rozświetlając ciemne morze tysiącami płomieni. Żadne z nich jednak nie miało nawet sił, by spojrzeć na widowiskowe kłęby ognia i dymu, sunące ku gwiazdom. Chcieli tylko dotrzeć do Artas Nui i stanąć na lądzie.

Dalla wtuliła się w Rebisa, przymykając oczy. Łzy ściekły jej po policzkach, choć były to bardziej łzy radości niż smutku. Toa Ognia pogładził ją delikatnie po głowie, a chwilę potem Ragan poklepał go po ramieniu i uśmiechnął się serdecznie. Vox odetchnął głęboko i opadł na nadburcie, pozwalając zmęczonej Arctice oprzeć się na jego piersi.

Nocny wiatr schłodził ich rozpalone od emocji ciała.

Rozdział 3Edytuj

Artas Nui było w tych czasach pięknym miastem. Zwłaszcza teraz, w nocy, kiedy ciemność przesłaniała zniszczenia ogromnych wieżowców i iglic. Porzucone fabryki nie wypluwały już ze swoich kominów gęstego smogu, brakło też miejskiego zgiełku i tłoku. Martwe, Artas Nui było pogrążone w ciszy, przerywanej jedynie odległym szumem fal i cichymi odgłosami nielicznych małych Rahi, które znalazły nowy dom w opuszczonej metropolii. Nieprzerwanie jarzące się czerwone światła budynków majaczyły lekko pośród mroku, nadając obecnej chwili cudowną i zarazem tajemniczą atmosferę. Szkoda, że przemierzającej teraz ulice miasta czwórce Toa i towarzyszącej im Matorance brakło czasu, by zatrzymać się na chwilę i zachwycić się wspaniałym widokiem.

Podróżowali w ciszy. Vox otoczył ich dźwiękową barierą, co wraz z nocnym mrokiem pozwalało im pozostać niezauważonymi dla dronów, które bez wątpienia czaiły się gdzieś w pobliżu. Choć zregenerowali w większości swe siły, a emocje już dawno opadły, nie rozmawiali ze sobą - ich cała uwaga skupiona była na uważnym lustrowaniu otoczenia. Mimo, że w obecnej sytuacji wyśledzenie ich było dużo trudniejsze, cały czas musieli być czujni. Nieostrożni szybko ginęli w trakcie wojny.

Dalla nie rozglądała się na boki, choć też milczała. Szła na samym końcu, ze spuszczonym wzrokiem, drepcząc delikatnie swoimi małymi stópkami w srebrnym pancerzu. Wciąż czuła lekką niepewność, która na dobrą sprawę powinna już dawno ją opuścić - była w końcu wśród bohaterów, którzy właśnie odnieśli pierwsze od wielu lat znaczące zwycięstwo, i to na jej oczach. Strach jednak nie był uczuciem, które łatwo odpuszczało, i wciąż do niej wracał, niekiedy ze zdwojoną siłą.

Dotarli pod spore, wciąż wilgotne od wieczornego deszczu osuwisko i zatrzymali przed stertą olbrzymich głazów, ułożonych na sobie w bezładnych pozycjach i przykrytych warstwami błotnistej ziemi. Ktoś inny nie miałby tu czego szukać. Toa jednak dobrze wiedzieli, po co tu są.

Vox i Arctica rozejrzeli się na boki po raz ostatni, po czym skinęli ku Raganowi. Czarny Toa przytaknął i uwolnił swoją moc żywiołu. Mistyczna energia przepływała przez jego żyły, kiedy ziemia i kamienie rozstąpiły się na boki, odsłaniając wejście do ciemnego jak nocne niebo tunelu.

Toa i Matoranka ruszyli przed siebie, a chwilę później błotnisto-kamienna ściana wróciła na swoje miejsce.

Nie zwracając na siebie niczyjej uwagi, zeszli do podziemi, pozostawiając miasto martwe i opustoszałe.

***


Jasne promienie wypływały z Kanohi Ruru Ragana, rozpraszając mrok korytarza. Grupa przemierzała teraz podziemny tunel, wijący się niczym Bagnisty Wąż, wnoszący się i opadający, przecinający się gdzieniegdzie z innymi korytarzami, mniejszymi i większymi. Podłoże było nierówne i w wielu miejscach usłane kamieniami, nikt jednak nie narzekał. Obecne warunki nie mogły być gorsze od tego, co spotkałoby Toa i towarzyszącą im Dallę, gdyby zostali zbyt długo na powierzchni.

Vox wodził wzrokiem po ścianach i sklepieniu tunelu, po jego chropowatej powierzchni, oświetlanej blaskiem maski Toa Ziemi, nietkniętej wszechobecnym w mieście ponad nimi duchem cywilizacji. Choć przemierzał ten korytarz nie pierwszy raz - stanowił on w końcu wejście bądź wyjście z podziemnej kryjówki ocalałych z Artas Nui - wielotygodniowy pobyt na powierzchni zaczął powoli wymazywać ten obraz z jego pamięci i Vox już prawie zapomniał, jak bardzo dziwne i odmienne jest to miejsce.

- Jestem na tej wyspie już od ponad dziesięciu lat - powiedział, przerywając wreszcie milczenie, a jego głos rozniósł się echem po jaskini - a wciąż nie mogę uwierzyć, że pod powierzchnią znajduje się coś takiego. Myślałem, że po takim czasie Artas Nui już niczym mnie nie zaskoczy.

Idąca obok niego Arctica zaśmiała się cicho.

- A co ja mam powiedzieć? Tkwię tu już od kilkudziesięciu tysięcy lat, a wciąż nie poznałam dobrze tej wyspy.

- Te tunele są niesamowite - odezwał się Rebis, na którym korytarze zdawały się wywierać jeszcze większe wrażenie niż na Voxie. Ostatni raz Toa Ognia widział coś takiego cztery lata temu, gdy trafił do podziemi po nieudanej próbie powstrzymania pierwszych żołnierzy Armii Nowego Świata. - Zupełnie tak, jakbyśmy byli we wnętrzu jakiejś innej istoty…

Arctica tylko przewróciła oczami.

- Marzyciel - mruknęła.

- Więc - powiedział Ragan, zwracając się do przyjaciela - co robiłeś przez cały ten czas, Rebis?

Toa Ognia wzruszył ramionami.

- Po prostu, starałem się przeżyć - skwitował. - Kiedy od was odszedłem, próbowałem działać na własną rękę - umilkł na chwilę. - Choć, z perspektywy czasu, to nie był taki dobry pomysł. Jednak musiałem sobie to wszystko… poukładać. Przyzwyczaić się do bycia Toa i tak dalej.

- Sądzę, że łatwiej by ci było, gdybyś jednak z nami został. - Ragan spojrzał na niego, unosząc brew. Odpowiedziało mu kolejne wzruszenie ramion.

- Być może - odparł Rebis, po czym uśmiechnął się, łącząc dłonie z tyłu głowy. - Następnym razem jak będę próbował od was odejść, dobrze to sobie przemyślę.

Toa Ziemi również się uśmiechnął. Mimo wszystko Rebis nie zmienił się aż tak bardzo - i to go cieszyło.

- Gdzie ukrywałeś się przez te lata? - spytał po chwili.

- Na początku próbowałem opuścić wyspę, ale drony szybko wybiły mi ten pomysł z głowy - odrzekł Toa Ognia. - Niedługo potem znalazłem opuszczoną pracownię bednarza nieopodal kaplicy Onumoko i tam się zaszyłem. - Podrapał się po potylicy. - Nie utrzymywałem kontaktu z nikim z wyspy, nie orientowałem się zbytnio w bieżących sprawach… dlatego byłem zaskoczony, kiedy natknąłem się na was na statku Kraavosa. - Zerknął na przyjaciela.

- Ale znałeś jego imię - zauważył Ragan.

- Aż tak zacofany nie jestem - roześmiał się Rebis i dodał po chwili: - A wy? Jak trafiliście na ten statek?

- Kilka tygodni temu Kraavos napadł na Wielką Bibliotekę i ukradł z niej… to - wyjaśnił Toa Ziemi, wskazując na trzymaną w dłoni mistyczną sferę, którą przekazał mu Vox po zejściu na ląd. - Arctica, Vox i ja od razu zostaliśmy wysłani, by go znaleźć i odzyskać tę kulę. Przez cztery tygodnie nieustannie tropiliśmy jego żołnierzy, aż wreszcie udało nam się zdobyć plany jego okrętu i łódź, którą się tam dostaliśmy. Resztę już znasz.

Jego przyjaciel zachichotał.

- Robota marzeń, hm?

- Zapomnij - wtrąciła się Arctica. - Musieliśmy walczyć z tyloma dronami, że mam już ich serdecznie dosyć.

Toa Ognia ponownie się zaśmiał.

- Brzmi jak robota dla Hikiry - powiedział. - Właśnie, co z nią?

- Nie żyje - odparł Vox. Jego ton był zaskakująco… chłodny.

Rebis zamarł.

- Och… - odrzekł, spuszczając wzrok. - Wybacz. Nie wiedziałem…

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Dalla wciąż pamiętała tamten dzień - dzień, w którym kuliła się ze strachu wraz z innymi Matoranami w ciemnym wnętrzu Wielkiej Biblioteki, otoczonej przez dziesiątki mechanicznych żołnierzy. I kiedy straciła już wszelką nadzieję… wtedy pojawiła się Toa Hikira, niczym ciepły płomyk pośród zimnej ciemności. Uśmiechała się, nawet pomimo beznadziejnej sytuacji, i w sposób, którego Matoranka nie potrafiła opisać, zaraziła Dallę swoim optymizmem, pozwalając choć na chwilę zapomnieć o strachu. Kiedy wszyscy ewakuowali się z ruin budowli podziemnym przejściem, Hikira została, by samodzielnie bronić Biblioteki przed Kraavosem.

I wtedy zginęła. Dalla wciąż czuła się temu winna - ona była strażniczką Wielkiej Biblioteki i to ona powinna jej bronić, nie Toa. A jednak była zbyt słaba i miała za mało odwagi, by walczyć. Nie wypełniła swego obowiązku i choć od tamtego dnia minęło już sporo czasu, Ga-Matoranka wciąż miała przed oczami obrazy tamtych wydarzeń. A to tylko potęgowało uczucie lęku, które towarzyszyło jej na każdym kroku.

Wreszcie dotarli do miejsca, w którym korytarz schodził w dół i zwężał się w głęboką szczelinę. Nie była szeroka - przecisnąć się mogła przez nią tylko jedna osoba. Dalla wspięła się Rebisowi na plecy i razem z nią Toa Ognia zszedł w dół między skalne ściany, podążając za pozostałymi.

Schodzenie było dla niego dość trudne, trudniejsze, niż chciał to przyznać. Ku jego uldze, szczelina wkrótce otwarła się w obszerną jaskinię, a wojownik ujrzał dochodzące z dołu błyski ciepłego, żółtawego światła. Zeskoczył i wylądował na nierównym podłożu, opodal Voxa, Ragana i Arctici.

- Macie tu paskunde wejście - mruknął, otrzepując dłonie. Dalla zeskoczyła z jego barków i stanęła przy nim, wodząc wzrokiem po jaskini. Dobrze było wrócić do domu.

Rebis również rozejrzał się dookoła. On i pozostali znajdowali się teraz na niewielkim skalnym wzniesieniu, a przed nimi rozpościerała się olbrzymia grota, oświetlona setkami lamp, kamieni świetlnych, ognisk i pochodni. Z komory wychodziło kilka naturalnych korytarzy, a z dna szczeliny prowadziła ku górze niewielka sznurowa drabinka, umożliwiająca powrót na górę.

W wielu miejscach jaskini można było dostrzec nieduże drewniane domki czy namioty, przy których kręcili się Matoranie i inni mieszkańcy wyspy, Toa Ognia dostrzegł też kilka straganów i stoisk, przy których handlarze i rzemieślnicy próbowali sprzedać czy po prostu rozdać wykonane przez siebie przedmioty, a także sporą grupkę zgromadzoną wokół zgarbionego starca w podniszczonej masce, opowiadającego jakąś historię. Zdawało mu się nawet, że na chwilę mignął mu gdzieś Skakdi Khrussk, roznoszący swoje kulinarne wyroby. Uśmiechnął się w duchu. Mimo wojny, życie toczyło się dalej.

Zeszli po skalnym osuwisku i znaleźli się na właściwym podłożu jaskini. Nie zrobili nawet kilku kroków, gdy dobiegł ich czyjś głos:

- Rebis! Kopę lat!

Mężczyzna odwrócił się i ujrzał idącego w jego stronę wojownika Toa. Nosił zielono-szary pancerz i Kanohi Kualsi na twarzy, i z jakiegoś powodu wydawał się Rebisowi dziwnie znajomy.

- Purrik? To ty?

- We własnej osobie - odparł Toa Powietrza, kiwając głową.

- Ostatni raz widziałem cię jako Matoranina. - Rebis uśmiechnął się półgębkiem i zmierzył Purrika wzrokiem. - Nieco się zmieniłeś.

- Za to ty ani trochę. - Purrik odwzajemnił uśmiech i poklepał Toa Ognia po ramieniu. - Dobrze jest cię widzieć w jednym kawałku.

- Dobrze jest widzieć was wszystkich w jednym kawałku - dobiegł ich kolejny głos. Grupa obróciła głowy w tamtym kierunku i ich oczom ukazał się dobrze zbudowany Toa w pomarańczowej zbroi, skrywający twarz pod Maską Regeneracji. Przy jego pasie wisiały dwa przypominające zakrzywione szczypce ostrza. - Zaczynaliśmy się już o was niepokoić.

- Bez obaw, Auerieusie - odparł Ragan, rzucając ku Toa Plazmy kulistą mapę. Auerieus złapał sferę w swą dłoń i uśmiechnął się. - Jakoś daliśmy radę.

- I widzę, że zgarnęliście po drodze starego przyjaciela, hm? - Toa w Kiril zerknął na czerwonego wojownika. - Dobrze cię widzieć, Rebisie.

Toa Ognia przewrócił oczami.

- Coś czuję, że usłyszę to dzisiaj jeszcze dużo razy.

Auerieus zaśmiał się krótko i spojrzał na pozostałą dwójkę Toa.

- Vox, Arctica, pójdziecie ze mną. Musimy omówić pewne… Och - urwał, dopiero teraz zauważając Dallę, schowaną za nogami Toa niczym szara myszka, jak zwykle nie zwracając na siebie uwagi. - Ciebie również chciałbym zaprosić do siebie, Dallo - dodał, uśmiechając się ciepło.

Matoranka zarumieniła się i skinęła głową, spuszczając wzrok, po czym podążyła za odchodzącą trójką Toa.

- A co ze mną? - rzucił Ragan, jeszcze nim Auerieus zdążył się oddalić.

- Możesz oprowadzić Rebisa po okolicy - odparł tamten, zatrzymując się i spoglądając za siebie. - Niech czuje się jak u siebie w domu. - Na moment zamilkł, a po chwili namysłu dodał: - Sam też powinieneś się rozejrzeć. Ktoś chce się z tobą widzieć.

Toa Ziemi zmarszczył czoło.

- Co masz na myśli? - zapytał, lecz Auerieus i pozostali zdążyli już odejść. Ragan spojrzał w bok i zamrugał, zdumiony. Po chwili jego twarz zmarkotniała. - No nie…

Rebis uniósł brew i również spojrzał w tamtym kierunku. Ujrzał zmierzającego w jego stronę wojownika Toa, którego nigdy wcześniej nie widział. Mężczyzna był wysoki, smukły, z białą Kanohi Matatu na twarzy, spod której spoglądała na niego para bystrych, jasnobłękitnych oczu i nosił równie biały co jego maska pancerz z szarymi akcentami. Ręce trzymał splecione za plecami, a jego spojrzenie nie zdradzało żadnych emocji.

- Proszę, proszę, kogo my tu mamy? - odezwał się. - Czyż to nie Ragan, archiwista z podziemi XONOX-u? - Jego usta wykrzywiły się lekko widocznym uśmiechu. - Choć może powinienem powiedzieć… były archiwista?

Ragan westchnął ciężko.

- Niech zgadnę - Izaki, zarządca działu wynalazków i odkryć technologicznych? Z górnych poziomów XONOX-u, jeśli mamy być w pełni dokładni? - odparł. - Choć może powinienem powiedzieć… były zarządca? Czym sobie zasłużyłeś, żeby zostać Toa?

- Cóż, najwyraźniej pozostali Toa uznali, że pora zastąpić tego, kto cały czas żyje tylko przeszłością - oznajmił Izaki - i postanowili wcielić w swe szeregi kogoś, kto spogląda w przyszłość z odpowiednią wizją.

Toa Ziemi pokręcił głową.

- Nic się nie zmieniłeś - powiedział, racząc rozmówcę ciężkim spojrzeniem. Po chwili milczenia parsknął śmiechem, podobnie jak Izaki, i obaj uściskali się, klepiąc się po plecach i śmiejąc się do rozpuku.

Rebis i Purrik przyglądali się tej rozmowie z boku, z wyraźnym zmieszaniem na twarzach.

- Dziwni są, nie? - wypalił w końcu Toa Powietrza, zwracając się do Rebisa.

Toa Ognia pokiwał głową.

- Zdecydowanie - zgodził się, po czym zerknął na wojownika. - A ty? Jak zostałeś Toa?

Purrik wzruszył ramionami.

- Mieliśmy kilka… trudnych sytuacji w ostatnich czasach - odrzekł. - Sprawy nie układały się zbyt dobrze, zwłaszcza kiedy nie było Ragana, Voxa i Arctici. Auerieus postanowił więc, że potrzebni są nowi Toa i padło między innymi na mnie. Nie, żebym narzekał - dodał, robiąc obrót i rozpościerając ramiona. - To niesamowite uczucie być Toa, czuć w sobie tę dziwną moc, patrzeć z góry na to, co dotychczas było z tobą na równi… No, może jest jeden problem. - Spojrzał na Rebisa i wyszczerzył się. - Nie tak łatwo być złodziejem jako Toa. W końcu dużo trudniej jest się schować, gdy jest się dwa razy wyższym niż kiedyś, prawda?

Rebis oparł dłonie na biodrach i przekrzywił głowę.

- Myślałem, że skończyłeś z tym fachem.

Purrik odpowiedział mu salwą śmiechu.

- Bo skończyłem. Ale niełatwo jest odzwyczaić się od pewnych dawnych nawyków. - Posłał mu znaczące spojrzenie.

Toa Ognia westchnął z uśmiechem. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy obok niego zjawił się Ragan, skończywszy rozmowę z Izakim.

- To co, gotowy na prze… - Toa Ziemi urwał, gdy nagle za ich plecami rozległ się rozrywający huk. Wszyscy natychmiast się odwrócili, w samą porę, by ujrzeć, jak jedna z drewnianych chat nieopodal eksploduje, posyłając na wszystkie strony swoje płonące i dymiące szczątki. Z szarych kłębów, które pojawiły się w miejsce budynku, wyskoczyło coś, co przypominało koślawą, mechaniczną karykaturę małpy Brakas, przebiegło parę bio i zwaliło się na ziemię, rozlatując się na kawałki. Gdzieś w tle dało się słyszeć przekleństwo jakiegoś Skakdi, któremu jeden z płonących odłamków podpalił zawieszony na sznurze płaszcz.

Rebis, Purrik, Izaki i Ragan, podobnie jak spora część znajdujących się w pobliżu mieszkańców, wpatrywali się przez dłuższą chwilę w miejsce eksplozji z otwartymi ustami. Wreszcie Toa Lodu pokręcił głową, przyłożył dłoń do czoła i westchnął ciężko.

- Znowu to samo… - mruknął. Po chwili Rebis i Ragan ruszyli biegiem w stronę dogasających już szczątek budowli, a Izaki podążył za nimi.

Jeszcze nim dobiegli do zgliszcz, ujrzeli wyłaniającego się spod drewnianych odłamków przysadzistego mężczyznę w brązowo-szarej zbroi, jedną ręką odganiającego kłęby dymu, a drugą masującego obolałą głowę. Nosił na twarzy Kanohi Komau i swą budową przypominał nieco Ragana, choć Toa Ziemi nadal był od niego masywniejszy. Jedno z zielonych oczu mężczyzny skryte było pod powiększającym szkłem, przyczepionym do maski. Osmolonej maski.

- Przepraszam, przepraszam… - wymamrotał, jeszcze nim ktokolwiek zdążył się odezwać.

Izaki posłał mu ciężkie spojrzenie.

- Pamiętasz, co mówiłem o tych twoich „wynalazkach”, Kaleva?

- Och, daj spokój. Tym razem miałem wszystko idealnie zaplanowane. Tylko że… - Spuścił wzrok i podrapał się po głowie. - Z jakiegoś powodu… nie wyszło.

Toa Lodu wywrócił oczami. Rebis uniósł brew.

- Kaleva? - zapytał, zmieszany.

Brązowy Toa natychmiast spojrzał w jego stronę i uśmiechnął się szeroko.

- O, nowa twarz! - zakrzyknął, podbiegając do Rebisa i wyciągając ku niemu dłoń, równie osmoloną co jego maska. Toa Ognia niepewnie ją uścisnął. - Jestem Kaleva, Toa Kamienia i tutejszy inżynier.

- Samozwańczy inżynier - wtrącił Izaki.

- Nie słuchaj go - rzucił Toa w Komau, machając ręką i wciąż potrząsając dłonią Rebisa. - Zazwyczaj mi się udaje. Poza tym, każdy ma prawo do drobnej pomyłki, co nie? - W tym samym momencie soczewka przytwierdzona do jego maski oderwała i spadła z trzaskiem na ziemię.

Toa Ognia przytaknął lekko, rzucając krótkie „Z pewnością”. Ragan roześmiał się rubasznie. Izaki pokręcił głową z politowaniem.

***


Arctica uśmiechnęła się półgębkiem, odchodząc od okna, przez które jeszcze przed chwilą spoglądała na całe zajście w jaskini. Wraz z Voxem i Auerieusem znajdowała się teraz w pokoju Toa Plazmy, oświetlanym przez słaby żółtawy blask Kamienia Świetlnego. Pomieszczenie nie należało do największych, znalazło się w nim jednak miejsce na sporych rozmiarów drewniany stół i regał, na którym walały się liczne mapy i zwoje, kilka z nich leżało także na owym stole - zapewne były to pozostałości po planowaniu ostatnich działań przez Auerieusa. Toa Plazmy pełnił rolę dowódcy podziemia i planowanie stanowiło teraz nieodłączną część jego życia - choć on sam nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. Wolał wspólnie ułożyć plan z innymi Toa, niż siedzieć godzinami nad mapami miasta. W ostatnich tygodniach nie było to jednak zbytnio możliwe.

Vox stał oparty o ścianę tuż przy wejściu, ze skrzyżowanymi nogami w kostkach i rękoma założonymi na piersi. Dalla siedziała z podwiniętymi nogami w kącie sali, nieopodal niewielkiego piedestału, na którym leżała odzyskana przez Toa kula. Auerieus szukał czegoś między stertami zwojów i elementów zbroi. Po chwili uniósł w dłoni niewielką kamienną tabliczkę i odwrócił się ku pozostałym. Arctica spojrzała na niego.

- Od ostatniego czasu przybyło trochę Toa - powiedziała, opierając dłonie na biodrach.

Auerieus podszedł do stołu i strzepnął z niego niepotrzebne zwoje. Zerknął na dziewczynę, uśmiechając się.

- Musieliśmy znaleźć jakieś zastępstwo na czas waszej nieobecności - odparł, kładąc tabliczkę na blacie.

Arctica zamyśliła się.

- Trzy Kamienie… - odezwała się po chwili. - To sporo Mocy Toa. Kto im je dał?

- Ja - odrzekł krótko Auerieus. Toa Lodu rozszerzyła oczy ze zdumienia.

- Sam? - spytała, lekko zszokowanym tonem. Zaraz potem dodała, nieco ciszej: - Zużyłeś wszystko?

Auerieus przytaknął.

- Wiesz, że jeśli… - mówiła dalej Arctica, lecz Toa Plazmy przerwał jej:

- …że jeśli wypełnię swoje Przeznaczenie, stanę się Turaga. Tak, wiem to. - Westchnął głęboko, opierając się o stół. - Prawdę powiedziawszy… nie przeszkadza mi to. I tak zrobiłem dużo dla tych ludzi. - Spojrzał w kierunku okna, z którego rozpościerał się widok na podziemną wioskę. Następnie przeniósł wzrok na Toa. - Poza tym, wciąż mamy jeszcze jeden Kamień…

- Ten, który Hikira… - odezwał się nagle Vox i natychmiast umilkł, spuszczając wzrok.

W pomieszczeniu na moment nastała dołująca cisza. Auerieus otworzył usta, lecz sam nie wiedział, co powiedzieć. Wątpił, czy ktokolwiek wiedziałby, co powiedzieć.

Arctica zerknęła na Voxa. Zrobiło jej się go szczerze żal. Zbyt często widziała smutek w oczach jej przyjaciela, gdy tylko wspominano o Toa Błyskawic. Rozumiała go - jej także brakowało Hikiry. Przeszły razem zbyt wiele, by tak po prostu nie przejąć się jej śmiercią. Domyślała się jednak, że Vox musi czuć jeszcze większe przygnębienie - w końcu Hikira była jego bliską przyjaciółką. Arctica zbyt dobrze wiedziała, jak boli strata kogoś bliskiego…

- Ale… - zaczęła, próbując jakoś zmienić temat. - Nie przyszliśmy tu chyba po to, by o tym rozmawiać, prawda?

- Och, nie - odparł Auerieus, potrząsając głową i wyrywając się z rozmyślań. Odsunął krzesło i zajął miejsce przy stole, po czym skinął pozostałym Toa, by zajęli miejsca naprzeciwko. Vox pokręcił głową, twierdząc, że postoi. Arctica usiadła naprzeciw Auerieusa i spojrzała na niego wyczekującym wzrokiem.

Od razu przeszedł do sedna sprawy:

- Podczas gdy wy próbowaliście odzyskać skradziony przez Kraavosa artefakt, ja i pozostali próbowaliśmy ustalić, czym dokładnie ten artefakt jest.

- I? - spytała Arctica, nachylając się ku Toa Plazmy.

- Według tego, co udało nam się ustalić - mówił dalej Auerieus - ta sfera jest mapą do tajemniczego skarbu, który obdarzy tego, kto go odnajdzie, „nieograniczoną władzą i potęgą”. Ponoć tak potężną, że obawia się jej sam Wielki Duch… - Spojrzał w kierunku kuli. Żółte światło nadawało jej powierzchni lekko pomarańczowej barwy i mieszało się z bijącym od wyżłobionych symboli błękitnym blaskiem. Pozostali podążyli za jego wzrokiem.

Arctica odniosła dziwne wrażenie, że słyszała już te słowa. To, w połączeniu z odczuciem, że widziała niegdyś tę kulę, nie mogło być przypadkiem. Powoli zaczęły do niej powracać dawne wspomnienia z wyprawy, na którą wyruszyła kilkadziesiąt tysięcy lat temu… Gdy jeszcze Nero z nią był.

Poczuła na sobie spojrzenie Voxa i natychmiast odwróciła wzrok, spoglądając z powrotem na Auerieusa.

- Co to znaczy?

- Nie jestem pewien - powiedział Toa Plazmy - ale wszystkie źródła dotyczące tej kuli, jakie udało nam się znaleźć w mieście, mówią o tym samym - o potężnym skarbie, dającym olbrzymią moc. Nazywają go Słonecznym Kryształem. - Przejechał wzrokiem po wszystkich zgromadzonych. - Kraavos zapewne chciał go odnaleźć, by użyć go przeciwko nam w tej wojnie. A teraz my mamy tę szansę.

- Do czego zmierzasz? - rzucił Vox.

Auerieus splótł dłonie i kontynuował:

- Nie wiemy, na ile Kraavosowi udało się rozszyfrować tę mapę. Nie wiemy, na jakim etapie są jego poszukiwania. Dlatego sami musimy wyruszyć jak najszybciej, jeśli chcemy odnaleźć Słoneczny Kryształ przed nim.

Vox zmarszczył brwi.

- Chcesz wyruszyć na poszukiwania tego czegoś? - zapytał, podchodząc. Po tonie jego głosu dało się usłyszeć, że nie bierze tego wszystkiego do końca na poważnie.

Toa Plazmy pokiwał głową.

- To legenda - mówił dalej Vox. - Naprawdę myślisz, że ten cały Kryształ istnieje?

- Nie wiem - przyznał szczerze Auerieus. - Ale jeśli to tylko legenda, czy Kraavosowi naprawdę zależałoby tak bardzo na zdobyciu tej mapy?

Toa w Hau zmrużył oczy.

- I chcesz, żebyśmy zostawili wyspę samą sobie i wyruszyli na poszukiwania czegoś, co może być tylko wymysłem jakichś starożytnych plemion i w ogóle nie istnieć?

Na moment zapadła cisza. Arctica spoglądała co chwilę to na Voxa, to na Auerieusa, wyczekując z niepokojem na to, kto odezwie się pierwszy. Nie podobała jej się ta dyskusja.

Wreszcie Auerieus wypuścił głośno powietrze i wskazał dłonią okno.

- Spójrz na tych ludzi - powiedział. - Radzą sobie, świetnie sobie radzą, nawet mimo ciężkich warunków. Ale się boją. Wiedzą, że nie będą mogli się ukrywać w nieskończoność. Wojna musi się dla nich skończyć, Vox. I jeśli ten Kryształ jest naszą jedyną szansą na dokonanie tego, nie mam zamiaru jej marnować.

Toa Dźwięku milczał przez chwilę, po czym odparł:

- Może wcale nie musimy po niego sięgać. Może na innych wyspach…

- Nie wiemy, jaka jest sytuacja na innych wyspach, Vox - przerwał mu Auerieus. - I nie obchodzi mnie sytuacja na innych wyspach. Jedyne, co mnie obchodzi, to fakt, że ludzie, za których jestem odpowiedzialny, potrzebują końca tej wojny. Zrozum. - Spojrzał Voxowi prosto w oczy. - Giną kolejni Toa. Zaczyna nam brakować broni, jedzenia. Oczywiście, Matoranie mogą bez niego wytrzymać, mają duży zapas energii. Ale co ze Skakdi? I innymi, którzy go potrzebują? Zapasy robią się coraz mniejsze z każdym dniem, a drony tylko zaostrzają swoją ochronę. Nie mogę zlekceważyć tej szansy tylko dlatego, że to legenda. Zwłaszcza, że jeśli nie my zdobędziemy ten Kryształ, zapewne zrobi to Kraavos. I wtedy wojna się skończy. A my wraz z nią.

Toa w Hau nie wiedział, co odpowiedzieć. Zerknął na Arcticę - w jej spojrzeniu natychmiast wyczytał, że zgadza się z Auerieusem. On sam się z nim zgadzał. Wszystko, co powiedział, było prawdą - zapasy broni i żywności rzeczywiście kończyły się, także wielu wojowników poniosło śmierć. Toa potrzebowali czegoś, co pozwoli im wywalczyć sobie zwycięstwo - ale czy musiał to akurat być mistyczny skarb ze starożytnych podań, na którego prawdziwość jedynym dowodem były kamienne tabliczki znalezione w ruinach Wielkiej Biblioteki, równie stare co cała ta legenda?

Vox westchnął i opadł ciężko na krzesło. Oparł się łokciem o blat stołu i spojrzał na Auerieusa, czekając na dalsze słowa Toa Plazmy.

Dalla obserwowała całą tę rozmowę z boku, siedząc w cieniu. Nie wiedziała, dlaczego kazali jej tu ze sobą przyjść. W czym takim ona - mała, bojaźliwa Matoranka - mogła się przydać Toa? Jedyne, co mogła robić, to kryć się w mroku, z dala od obcych spojrzeń, które mogłyby ją skrzywdzić.

Siedząc tak samotnie w kącie, spojrzała na mapę leżącą opodal niej. To wszystko przez tę małą kulę, pomyślała. To przez nią zginęła Toa Hikira. To przez nią Kraavos próbował ją zabić. Być może nawet to przez nią wybuchła cała ta wojna. I pomyśleć, że przez tyle lat Dalla miała ją tak blisko siebie, gdy jeszcze pełniła rolę jednego ze strażników Wielkiej Biblioteki. Matoranka przysunęła się się bliżej piedestału ze sferą, by móc lepiej się jej przyjrzeć. Wbiła spojrzenie w wyryte na kuli symbole, nieustannie emanujące błękitnym światłem. Dalla żałowała, że nie wie, co one oznaczają. Choć, z drugiej strony… nie wydały jej się tak zupełnie obce.

Wzięła kulę w swoje ręce - zajęci rozmową Toa nawet nie zwrócili na nią uwagi - i zaczęła obracać ją w dłoniach. Kiedy jeszcze była strażniczką Wielkiej Biblioteki - choć właściwie nie powinna nazywać się jej strażniczką, Dalla zdecydowała się objąć tę funkcję tylko dlatego, bo wiedziała, że nikt nie odważy się zbezcześcić tego świętego miejsca i będzie miała mnóstwo czasu, by móc spędzać go w spokoju z dala od innych - często zaczytywała się w księgach i runach biblioteki. Nikt tam jej nie przeszkadzał, a ona mogła bez obaw i trosk poznawać dawne legendy o bohaterach i starożytne języki. Część z nich już zapomniała, niektórych nigdy dobrze nie opanowała - ten jednak, uwieczniony na tajemniczej kuli, zdawał się wciąż siedzieć gdzieś w jej pamięci.

Oglądając sferę w dłoniach, Dalla zauważyła, że niektóre jej części mogą się obracać, jakby kula była swego rodzaju układanką. Wydawały przy tym ciche kliknięcia, nikt jednak nie zwrócił na Matorankę uwagi. Jak zawsze.

- No dobrze - dobiegł ją głos Voxa, gdy na chwilę odwróciła myśli od kuli. - Ale jak się tam dostaniemy? Nie mamy przecież statku.

- To nie do końca prawda - odrzekł Auerieus. - Mamy jeden, który odbiliśmy niedawno z portu. Grupa Matoran pracuje teraz nad jego przebudową.

- Chodzi ci o „Chimerę”? - zapytał Vox, unosząc brew. - Myślałem, że nie jest skończona.

- Bo nie jest. - Toa Plazmy skinął głową. - Ale powinna być w przeciągu kilku tygodni. Wtedy trzeba najwcześniej wyruszyć.

Dalla dalej obracała kolejne części sfery, próbując rozwiązać układankę. Działała instynktownie. Choć od lat nie miała styczności z tymi symbolami, zdawało jej się, że ich poszczególne kombinacje układają się w spójną całość. Och, ile by dała, by móc sobie przypomnieć te znaki. Jednak jego jedyne źródło zapewne przepadło w ruinach Wielkiej Biblioteki, a Dalla prawdopodobnie była jedyną osobą, która choć w drobnym stopniu zdążyła go poznać.

Co więcej - choć mogło się to wydać absurdalne - Matoranka miała wrażenie, że kula po części kieruje jej ruchami, jakby sama podświadomie wskazywała jej, która część powinna trafić w które miejsce. Może to dlatego, że Dalla częściowo rozumiała wyryte w sferze symbole. A może po prostu to wszystko jej się wydawało - od dawna nie miała okazji zająć się czymś, co tak ją wciągnęło. Ale podobało jej się to - pozwalało choć na chwilę zapomnieć o przytłaczającej rzeczywistości, z którą Dalla wiązała ostatnimi czasy głównie nieprzyjemne odczucia.

- A co z drużyną? - wtrąciła Arctica. - Potrzebna będzie spora grupa ludzi na taką wyprawę.

- O to się nie martwcie. - Auerieus uśmiechnął się. - Rozmawiałem już z odpowiednimi osobami.

Dziewczyna przytaknęła.

- Czyli mamy już wszystko…

- Wszystko, oprócz wiedzy, jak się tam dostać - zauważył Vox, odchylając się na krześle.

- Niekoniecznie. - Toa Plazmy sięgnął po leżącą obok niego kamienną tabliczkę i uniósł ją. Wyryte na niej było kilka rzędów starożytnych symboli, które choć przypominały Matorańskie pismo, po dokładniejszym przyjrzeniu się okazywały się być zupełnie innym językiem. - Znaleźliśmy to w ruinach Wielkiej Biblioteki. Nie potrafimy tego odczytać, znam jednak kogoś, kto spędził w Wielkiej Bibliotece wiele lat i z pewnością mógłby nam pomóc. - Spojrzał w kierunku siedzącej w kącie pokoju Ga-Matoranki. - Dalla, jeśli możesz…

Kula wydała z siebie donośny trzask, gdy Matoranka dopasowała ostatnią część układanki, i uwolniła ze swojego wnętrza błękitnie strumienie światła, jednocześnie przyćmiewając wszystko wokół. Dalla wypuściła sferę ze swoich rąk i cofnęła się do tyłu, przestraszona, a kula potoczyła się do przodu parę bio po podłodze, dalej wypuszczając świetliste strumienie, które powoli zaczęły układać się w powietrzu w jakieś kształty.

Nie minęło kilka sekund, a dookoła Toa i Matoranki w powietrzu zawisły przejrzyste miniatury wysp, tworząc mapę Wszechświata Matoran. Ktoś bardziej bystry zapewne szybko dostrzegłby, że wszystkie wyspy układają się na kształt jakiejś ogromnej istoty, każdy z obecnych był jednak zbyt oszołomiony tym, co się właśnie stało, by to zauważyć. Toa i Dalla wpatrywali się z szeroko otwartymi oczami i ustami w lewitujące wokół nich lądy, przesuwające się mozolnie w powietrzu, jakby pchane lekkim wiatrem.

Po chwili Auerieus przeniósł wzrok na swoich towarzyszy. Był śmiertelnie poważny.

- Musimy zebrać pozostałych - oznajmił.

***


Dudnienie palców o drewniany blat rozbrzmiewało aż nader głośno w ogarniętej ciszą sali spotkań, a stojąca pośrodku lampa rzucała słabe, żółtawe światło na twarze wszystkich zajmujących miejsca przy stole. Siedzieli już tak od dobrych kilkunastu minut, wyczekując na ostatniego członka spotkania. Jedynie Toa Plazmy stał na nogach, opierając się dłońmi o blat. On również czekał na brakującą osobę - która, ku jego niezadowoleniu, spóźniała się. Na stole, po jego prawej stronie leżała kamienna tabliczka, po lewej natomiast - kulista mapa, powód całego spotkania. Mężczyzna wymieniał raz po raz spojrzenia z pozostałymi Toa znajdującymi się w pomieszczeniu - widział, że niecierpliwią się tak samo jak on, Auerieus nie chciał jednak zaczynać, dopóki nie zbiorą się wszyscy.

Oprócz Toa miejsce przy stole zajmowała również Dalla - choć na pierwszy rzut oka trudno było ją zauważyć. Siedziała skulona między Purrikiem a Izakim, a światło lampy ledwie do niej docierało, pozostawiając ją w cieniu. Matoranka spoglądała raz po raz na leżącą opodal Auerieusa mistyczną kulę - to przez nią się tu zebrali. A jako, że to Dalla odkryła, jak ją rozszyfrować, cała uwaga zapewnie zostanie skupiona właśnie na niej. Nie podobało jej się to.

W tym momencie jednak wszystkie oczy zwróciły się nie ku Dalli, a ku drzwiom, które otwarły się, kiedy do sali wszedł Skakdi Khrussk. Choć nie był Toa, Auerieus uznał go za zbyt ważnego członka ruchu oporu, by ten nie wziął udziału w spotkaniu. Skakdi podrapał się po głowie i przeprosił za spóźnienie, uśmiechając się krzywo. Auerieus skinął ku niemu głową i wskazał ostatnie wolne miejsce przy stole.

- To już wszyscy? - spytała Toa Kife, przenosząc spojrzenie swoich jasnoniebieskich oczu z Khrusska na Auerieusa. Toa Plazmy przytaknął.

- Więc, panie dowódco - odezwał się Purrik, odchylając się do tyłu na krześle - po co nas tu zebrałeś?

Auerieus wyprostował się, mierząc wzrokiem całą grupę, po czym odchrząknął i zaczął mówić:

- Wiem, że ostatnie miesiące były dla nas ciężkie. Straciliśmy wielu świetnych Toa i miejmy nadzieję, że ten sam los nie spotka tych, którzy zajęli ich miejsce. Nasze zapasy stają się coraz bardziej ubogie, brakuje nam zarówno żywności jak i broni. Ludzie powoli zaczynają tracić nadzieję. Potrzebujemy końca tej wojny. - Spojrzał uważnie na pozostałych. - A teraz jesteśmy bliżej jej zakończenia niż kiedykolwiek do tej pory.

- Masz na myśli ten artefakt? - zapytał Hserg. Vox spojrzał na niego z ukosa. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz widział Toa Ognia. Właściwie w przeciągu ostatnich czterech tygodni nie widzieli się ani razu, a jeszcze dłużej ze sobą nie rozmawiali. Vox wciąż czuł się nieswojo z tym, że to nie on był przy Hikirze w jej ostatnich chwilach, a Hserg. To było głupie uczucie, jednak towarzyszyło mu.

- Pokładanie naszych nadziei w pewnym starożytnym minerale może okazać się… rozczarowujące - wtrącił Izaki, dotykając dłonią podbródka. - Nie mamy przecież bezpośrednich dowodów na jego istnienie.

- Wydaje mi się, że to, że Kraavosowi tak zależało na rozszyfrowaniu tej mapy, jest wystarczającym dowodem - odparł mu Ragan. Izaki spojrzał na niego, uśmiechając się półgębkiem.

- No tak, ktoś, kto cały czas żyje przeszłością z pewnością wierzy w takie rzeczy - powiedział, lecz ostre spojrzenie Toa Ziemi zbyło uśmiech z jego twarzy. Izaki westchnął i dodał, zwracając się tym razem do Auerieusa: - No dobrze, ale czy w ogóle wiemy, jak się do tego całego skarbu dostać?

- Tak się składa, że wiemy - odrzekł Toa Plazmy, opierając dłonie na blacie. - Udało nam się rozszyfrować mapę.

Na moment w pomieszczeniu dało się słyszeć szmery podziwu. Auerieus uśmiechnął się pod nosem, czekając, aż rozmowy ucichną.

- Podziękowania za to należą się Dalli - dodał, wskazując dłonią Matorankę. Wszystkie spojrzenia odwróciły się w jej stronę. Dalla jedynie zarumieniła się i spuściła wzrok, uśmiechając się nieśmiało.

- I co dalej? - odezwał się Kaleva.

- Jeśli pisma, które znaleźliśmy w Wielkiej Bibliotece, rzeczywiście mówią prawdę - odparł Toa w Kiril - Kryształ jest zbyt potężny, by mógł trafić w ręce Kraavosa czy kogokolwiek z Armii Nowego Świata. A w naszych rękach mógłby pomóc nam zakończyć ten konflikt. Dlatego wyruszymy na jego poszukiwania.

Kolejne szmery. Kolejne rozmowy. Tym razem jednak Auerieus uciszył pozostałych, stukając w stół.

- Wciąż wiemy niewiele na temat Kryształu poza tym, że ma ogromną moc - mówił dalej. - Znaleźliśmy jednak tę tabliczkę, która może udzielić nam więcej informacji. - Uniósł w dłoni litoryt z wyrytymi symbolami. - Choć wciąż nie została przetłumaczona.

- Może Dalli uda się ją przetłumaczyć - powiedział Rebis. - Zawsze była dobra w tych sprawach.

- Do tego właśnie zmierzałem.

Matoranka zamarła, gdy znów wszyscy spojrzeli w jej stronę. Miała ochotę zapaść się pod ziemię i sama nie wiedziała, czemu ostatecznie jednak wzięła kamienną tabliczkę w ręce po tym, jak Auerieus ją jej podał. To po prostu wydawało jej się właściwą rzeczą, jaką powinna zrobić w tym momencie. Choć jakaś jej część uznawała za to samo wyjście z sali i schowanie się gdzieś w cieniu.

Skrywając twarz pod rumieńcem, Dalla spojrzała na tabliczkę i wyryte w niej symbole. Znała to pismo. Było jednym z tych, które poznała, studiując starożytne dokumenty Wielkiej Biblioteki. Choć nie miała z nimi kontaktu od lat, wciąż tkwiły w jej umyśle. Miała dobrą pamięć. Rebis zawsze mówił jej, że ma ogromną wiedzę i powinna ją wykorzystać, ona jednak była zbyt nieśmiała, by to zrobić. Przynajmniej teraz jej talent mógł się do czegoś przydać. Choć Dalla wcale nie czuła się z tego powodu lepiej.

- Potrafisz to przeczytać? - zapytał Auerieus.

Matoranka powoli przytaknęła.

- To stary język, ale prosty. Chyba… Chyba powinnam dać radę.

Mężczyzna uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy.

- Śmiało.

Dalla spojrzała na Rebisa, siedzącego naprzeciwko niej. On również się uśmiechał. Z jakiegoś powodu, gdy to zobaczyła, niepewność nieco ją opuściła. Przeniosła wzrok na tabliczkę. Tekst nie był długi, jedynie kilka linijek. Powinna dać radę. Przełknęła ślinę i zaczęła czytać, starając się ze wszystkich sił, by jej głos się nie łamał:

Na krańcu wszechświata we mgle wyspa leży
Znajdzie doń drogę kto klucz do niej dzierży.
Kto wyspy ciemności swym światłem rozgromi
I wiecznego strażnika Akkaratusa poskromi
Zazna Stwórców Aeny i Kabriusa potęgi
I będzie nią władać już zawsze przez wieki.

Gdy Dalla skończyła czytać, w pomieszczeniu nastała głęboka cisza, przerwana jedynie cichym stuknięciem, kiedy Matoranka odłożyła tabliczkę na stół. Wszyscy pozostali spoglądali na siebie, myśląc nad słowami, które właśnie przeczytała. Wreszcie Izaki odezwał się:

- Brzmi… interesująco. - Zerknął na Toa Plazmy. - Kto dokładnie ma wyruszyć na tę wyprawę?

Auerieus westchnął głęboko. Sięgnął po tabliczkę, którą podała mu Dalla, i odszedł od stołu, by odłożyć ją na miejsce. Na moment przystanął, jakby się nad czymś zastanawiał. Westchnął ponownie. Odwrócił się i spojrzał na swoich towarzyszy.

- Chcę, żebyście wiedzieli, że nadal nie uważam się za kogoś wyższego jako wasz dowódca, a za równego wam - powiedział. - I wierzcie mi, chciałbym, abyśmy wspólnie wybrali uczestników wyprawy. Jednak to wymaga czasu. A czas nie stoi teraz po naszej stronie. - Ponownie powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - Dlatego decyzję podjąłem sam. Mam nadzieję, że ją uszanujecie.

- Jesteś dobrym przywódcą - odparł Purrik. - Więc chyba możemy podjąć to ryzyko i ci zaufać.

Toa w Kiril zaśmiał się krótko.

- Więc, kogo wybrałeś? - spytała Kife.

Auerieus odchrząknął i kontynuował:

- Na poszukiwania wyruszy ośmioro Toa. Vox, Arctica - Spojrzał na dwójkę Toa siedzących z prawej strony. - Ostatnie kilka tygodni spędziliście na przemierzaniu całego Artas Nui. Myślę, że odpoczynek od tej wyspy dobrze wam zrobi. Liczę na was. - W odpowiedzi Toa Lodu uśmiechnęła się z lekka i pokiwała głową. Vox nie zareagował. - Purrik, Kaleva, Izaki - mówił dalej Auerieus, zwracając ku Toa Powietrza, Lodu i Kamienia. - Wiem, że nie mieliście jeszcze zbyt wielu okazji na wykazanie się, więc teraz daję wam tę szansę. Ragan, na ciebie także liczę. Rebisie. - Mężczyzna spojrzał na wojownika w czerwonej zbroi. - Jesteś mile widziany w drużynie.

Toa Ognia roześmiał się, łącząc dłonie z tyłu głowy.

- Przecież wiesz, że nie odmówię wzięcia udziału w poszukiwaniach tak cennego skarbu.

- Wiem. Dlatego także wyruszasz.

Rebis odpowiedział mu skinieniem głowy.

- Co do pozostałych - kontynuował Auerieus. - Baza na czas nieobecności tylu Toa musi mieć zapewnioną odpowiednią ochronę. Chcę, żebyście się tym zajęli. Khrussk. - Spojrzał na rogatego Zakazianina. - Dogadaj się z pozostałymi Skakdi. Będziecie wyruszać na patrole zamiast Toa.

Khrussk wyszczerzył zębiska.

- To może być trochę problematyczne. Niektórzy z nich nie są zbyt bystrzy.

- Na pewno sobie poradzisz. - Auerieus splótł ręce na piersi i uśmiechnął się znacząco. - Jeśli nie uda ci się ich przekonać słownie, możesz użyć waszych Zakaziańskich metod.

W odpowiedzi Skakdi roześmiał się rubasznie.

- Się wie, szefie.

Toa Plazmy skinął głową i ponownie zwrócił się ku uczestnikom wyprawy:

- Wyruszycie „Chimerą”. Powinna być gotowa w przeciągu kilku tygodni. Załoga wie już o wszystkim. Chcę, żebyście ten czas, który pozostał wam do wyruszenia, wykorzystali na odpowiednie przygotowanie się do tej wyprawy. To ważna misja. - Powiódł poważnym spojrzeniem po wojownikach. - Pamiętajcie o tym.

Toa pokiwali jednoznacznie głowami. Mimo dosyć luźnej atmosfery na spotkaniu, wiedzieli, jak ważne stoi przed nimi zadanie. Na szczęście do podróży zostało im trochę czasu - więc stres związany z tak dużą odpowiedzialnością nie zdążył ich jeszcze przytłoczyć. Auerieus miał rację - musieli się dobrze przygotować, jeśli chcieli w ogóle być w stanie wyruszyć. Zapewne wielu na parę dni przed wyprawą dojdzie do wniosku, że lepiej by było jednak zostać na wyspie. Lecz wtedy może być za późno na zmianę zdania. Toa o tym wiedzieli. Nie mogli się wahać. Musieli być pewni.

- A więc… - odezwała się po chwili Arctica, spoglądając na Toa Plazmy. - Wysyłasz z nami grupę żółtodziobów? - Uśmiechnęła się z lekka. - A ponoć jesteś dobrym przywódcą…

Kilku Toa, w tym sam Auerieus, roześmiało się krótko. Zaraz potem jednak mężczyzna spoważniał.

- Nie pozwoliłbym im stać się Toa, gdybym im nie ufał, Arctica - odrzekł. - Poza tym, potrzebuję mieć na miejscu kilkoro bardziej doświadczonych Toa. Samemu raczej trudno mi będzie sobie z tym wszystkim poradzić.

Dziewczyna zamrugała.

- Jak to… Nie wyruszasz z nami?

- Nie - powiedział spokojnie Auerieus. - Uznałem, że lepiej będzie, jeśli zostanę tutaj. Dowódca powinien być przy tych, za których jest odpowiedzialny.

- Przecież… Mówiłeś, że na wyprawę wyruszy ośmioro Toa.

Słysząc te słowa, Auerieus uśmiechnął się tajemniczo.

- Bo to prawda.

- Ale… - Arctica była wyraźnie zmieszana. - Wymieniłeś tylko siedmioro. Kto jest tym ósmym?

Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Ktoś, kto jest tu właśnie teraz z nami - odparł, spoglądając w stronę jednej z siedzących przy stole osób.

Początkowo Dalla nie wiedziała, dlaczego Auerieus i wszyscy, którzy podążyli za jego wzrokiem, spojrzeli właśnie na nią. Przecież rozszyfrowała mapę i przetłumaczyła napis wyryty na kamiennej tabliczce - czy chcieli od niej czegoś jeszcze? Zrozumiała dopiero wtedy, gdy Toa Plazmy wyjął zza pazuchy niewielki, świecący przedmiot. Dalla nie musiała się długo mu przyglądać, by uświadomić sobie, czym on jest. Auerieus trzymał w dłoni Kamień Toa.

W tej samej chwili Vox wstał i bez słowa wyszedł z sali. Przez moment wszyscy pozostali wpatrywali się zdumionym spojrzeniem w drzwi, za którymi zniknął Toa Dźwięku. Po chwili zatroskany wyraz zniknął z twarzy Arctici, gdy ta podniosła się i - również bez słowa - podążyła za swoim towarzyszem.

***


Siedział na skalnej półce, z jednym kolanem przyciągniętym do piersi, na którym opierała się jego prawa ręką, a drugą nogą zwisającą swobodnie. W dole przed nim rozpościerał się widok na podziemną wioskę. Choć on sam mógł ujrzeć stąd niemal całą osadę, mało kto mógł go dostrzec z dołu - był wystarczająco skryty w cieniu. Lubił to miejsce. Pozwalało mu odetchnąć w spokoju i zebrać w ciszy myśli. W ostatnich tygodniach bardzo tego potrzebował.

Vox westchnął. Wydarzenia po śmierci Hikiry działy się tak nagle. Zebranie drużyny. Wyruszenie na misję. Ciągłe walki. Toa Dźwięku nie miał nawet czasu, by do końca pogodzić się z faktem, że jego przyjaciółka nie żyje. I to go najbardziej bolało.

Stracił ich tak wielu. Najpierw Tahku. Potem Elaineh. Mala. Hikira. Miał nadzieję, że Zaldiar nie podzieli ich losu. Vox nie wiedział, co zrobiłby ze sobą, gdyby tak się stało.

Usłyszał za sobą czyjeś kroki. Nie zareagował. Oprócz niego tylko jedna osoba wiedziała, jak dostać się w to miejsce.

- Tak myślałam, że cię tu znajdę - powiedziała Arctica. Vox nie odezwał się. Dalej wpatrywał się w wioskę pustym spojrzeniem.

Bez słowa usiadła obok niego i przyciągnęła kolana do piersi, obejmując je. Spojrzała na Voxa. Zapewne chciał zostać sam, ale ona nie mogła mu na to pozwolić. A on nie mógł się jej sprzeciwić. Nie potrafił się na nią gniewać, a Arctica dobrze o tym wiedziała. Zbyt długo się znali. Choć cztery lata mogły wydawać się niczym w porównaniu z tym, ile żyli, to jednak czas na wojnie dłużył się znacznie bardziej, niż Toa by tego chcieli. Każdy dzień był walką o przetrwanie i oznaczał kolejną misję. Vox i Arctica często działali razem - niemal każdą misję wykonywali we dwójkę - dzięki czemu zbliżyli się do siebie. Byli zgranym duetem, choć żadne z nich nigdy by nie pomyślało, że tak właśnie skończą.

- Nadal rozpaczasz po śmierci Hikiry? - spytała. Vox po chwili przytaknął. Nadal milczał. - Wiem, że musi ci być ciężko. Ale siedzenie tu samotnie nie sprawi, że poczujesz się lepiej.

Westchnął.

- Nie mogę uwierzyć, że umarła - odparł wreszcie. - Jeszcze nie tak dawno widziałem jej wesołą twarz, słyszałem jej perlisty śmiech… a teraz nie żyje.

- Ale ty tak - powiedziała spokojnie Arctica. - Nie po to, żeby tu siedzieć i rozpaczać. Tylko iść dalej.

Zerknął na nią, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnął się delikatnie. Z jakiegoś powodu, zrobiło mu się znacznie lżej na duchu. Ponownie westchnął, rozprostowując przyciągniętą do piersi nogę, tak, że ta teraz również zwisała ze skalnej półki, i oparł się obiema dłońmi o chropowate podłoże, odchylając się lekko do tyłu. Chłodny jaskiniowy wiatr uraczył go przyjemnym dreszczem.

Oboje siedzieli teraz w milczeniu, spoglądając na wioskę. Vox mimo wszystko cieszył się, że Arctica zdecydowała się przyjść tu za nim. Nie wiedział dlaczego, lecz w jej głosie było coś, co sprawiało, że natychmiast zapominał o wszystkich zmartwieniach. Głosy innych tak na niego nie działały.

- Mogę cię o coś spytać, Arctica? - odezwał się po chwili, spoglądając na towarzyszkę. Odpowiedziała mu lekko zdziwionym spojrzeniem, ale przytaknęła. - Widziałem, jak patrzysz na mapę, którą wykradliśmy Kraavosowi. O co chodzi?

Tym razem to ona westchnęła.

- Początkowo wydawało mi się to głupie, ale…Teraz jestem pewna, że już wcześniej widziałam tę mapę.

Vox uniósł brew.

- Wiele lat temu, ja i Nero wyruszyliśmy na odległą wyspę, by skończyć z tamtejszym handlem niewolnikami - wyjaśniła Arctica. - On udawał pirata i łowcę, a ja jego niewolnicę. Niestety… nie wszystko poszło do końca zgodnie z planem. Król wykrył nasz podstęp i zmusił Nero do walk na arenie. A ze mnie zrobił swoją… zdobycz. - Wzdrygnęła się na wspomnienie tamtych wydarzeń. - To właśnie wtedy powiedział mi o skarbie dającym wielką moc. I o mapie do niego, którą miał zdobyć tylko najszlachetniejszy i najsilniejszy wojownik, jakiego nosiła tamta ziemia. Dlatego organizował walki. By go wyłonić i zdobyć mapę dla siebie.

- Nero ją zdobył.

Pokiwała głową.

- Wtedy nie przykuwałam do niej większej uwagi - byłam zbyt przejęta tym, by Nero nie zginął. I bym ja nie zginęła. Ale teraz, kiedy bliżej się jej przyjrzałam… I kiedy usłyszałam to, co mówił o niej Auerieus… Jestem pewna, że to ta sama mapa. Po powrocie na Artas Nui oddaliśmy ją do Wielkiej Biblioteki i musiała leżeć tam przez te wszystkie lata, dopóki Kraavos nie przybył jej szukać. To było… na kilka lat przed tym, jak Nero zaginął.

Vox wykrzywił kącik ust w lekkim uśmiechu.

- Wygląda na to, że wszystko próbuje ci o nim przypomnieć.

Ponownie przytaknęła, spuszczając wzrok i uśmiechając się smutno.

- Opowiedz mi o nim.

Zerknęła na niego pytająco.

- O Nero - powiedział Toa Dźwięku. - Nie mówiłaś o nim zbyt wiele. Jaki on był?

Arctica odwróciła wzrok, spoglądając w kierunku wioski i zamyśliła się, przywołując wspomnienia swojego przyjaciela.

- On był… niezwykły - odparła po chwili. - Pamiętam, jak na jednej z wypraw rozbiliśmy się na jakiejś wyspie. Byłam mocno ranna, nie mogłam chodzić. On czuwał nade mną całą noc, ani na chwilę nie zmrużając oczu, i przelewał we mnie swoją moc Toa, dopóki rany się nie zagoiły. Wiele razy tak robił. Poświęcał się dla mnie, choć wcale nie musiał. Troszczył się o mnie, przejmował się mną, kiedy inni tego nie robili. I nie tylko mną - wszystkimi, których przysięgał chronić. Jeszcze nigdy nie widziałam kogoś tak oddanego sprawie, której służył. Wszystko co robił - dla mnie i dla innych - było bez skazy. Oczywiście, nie mógł być idealny… - Na moment umilkła. - Ale w moich oczach był.

- Kochałaś go?

- Nadal kocham.

Vox skinął powoli głową. Z jakiegoś powodu czuł się nieco dziwnie z tym faktem. Niezręcznie. Może nawet czuł w sobie lekką zazdrość. Choć nie wiedział dlaczego. W porównaniu tym, co Nero dla niej zrobił, Vox był dla Arctici nikim. To oczywiste, że kochała tamtego mężczyznę. Mimo to fakt, że na tym świecie był ktoś, kogo uważała za bardziej bliskiego sobie od Voxa, nieco go przygnębiał. Nie uważał, że zasłużył na to po tym wszystkim, co razem przeszli. Choć były to głupie myśli. Dlaczego się nimi przejmował?

- Vox - odezwała się Toa Lodu po chwili milczenia. - Mogę cię o coś prosić?

Wbiła w niego swoje spojrzenie. Vox po raz pierwszy ujrzał w jej błękitnych oczach promyk nadziei. Przytaknął.

- Czy kiedy to wszystko się skończy… kiedy nie będzie już wojny… Czy… pomożesz mi odnaleźć Nero?

Zawahał się. Miał zamiar poświęcić się poszukiwaniom Zaldiara, kiedy zakończą już tę wojnę. Po to przybył na tę wyspę. Po to został Toa. Tak przynajmniej twierdził. Poza tym, obawiał się, co stanie się z nim, kiedy Arctica odzyska swojego dawnego przyjaciela. Obawiał się, że znów zostanie sam. Jeśli jednak to miało uczynić ją szczęśliwą…

- Tak - odrzekł. - Obiecuję.

Rozdział 4Edytuj

Podziemny strumień spływał mozolnie po skalnej ścianie, cicho szumiąc, i wpadał z pluskiem do niewielkiego jaskiniowego jeziorka. Delikatnie falująca tafla wody odbijała wizerunek Dalli, oświetlanej jasnobłękitnym blaskiem światłorośli. Dziewczyna siedziała przy brzegu z podwiniętymi kolanami i spoglądała na odbijającą jej postać powierzchnię w przenikliwej ciszy. Dalla znajdowała się teraz w jednej z bocznych jaskiniowych odnóg, z dala od wioski, mogła więc być spokojna, że nikt nie będzie jej tu przeszkadzał. Musiała wszystko przemyśleć.

Mijał już drugi tydzień, a jej wciąż było trudno przyzwyczaić się do swej postaci jako Toa. Choć nadal przypominała siebie jako Matorankę - nosiła tę samą maskę, zbroję w tych samych kolorach, nawet poruszała się w ten sam nieśmiały i niepewny sposób - czuła się dziwnie obco w nowym ciele. Fakt, że spoglądała z góry na tych, którzy do tej pory byli z nią na równi wydawał jej się nie na miejscu, miała również wrażenie, że powinność, jaką przed nią postawiono, mogła ją przerosnąć.

Skupiła się, mrużąc oczy, i wbiła spojrzenie w wodę przed sobą, próbując sięgnąć do swej mocy żywiołu. W ciągu ostatnich kilku dni Rebis trenował ją w walce bronią - mimo jej początkowych sprzeciwów - lecz nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Miała nadzieję, że we władaniu żywiołem będzie radziła sobie lepiej, choć póki co nic na to nie wskazywało - woda nawet nie drgnęła, mimo że Dalla starała się wpłynąć na nią ze wszystkich sił. Westchnęła, podnosząc niewielki kamień i ciskając nim w wodę, zmuszając ją do gwałtowniejszego falowania.

Może zwyczajnie nie nadawała się na Toa, pomyślała. Może to nie jej pisane było zostać Toa, a komuś innemu? Nie wątpiła w wybory Auerieusa - w końcu to głównie dzięki niemu Dalli i pozostałym udało się przetrwać te cztery lata w jednym kawałku - lecz nawet najlepsi popełniali błędy. I Dalla miała wrażenie, że wybór jej na Toa był właśnie jednym z nich.

Z rozmyślań wyrwał ją odgłos zbliżających się kroków. Odwróciła się i ujrzała nadchodzącego Rebisa. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, po czym obróciła głowę i ponownie spojrzała na taflę jeziora.

- Szukam cię od dobrej godziny - powiedział Toa Ognia. - Nie było cię na treningu.

- Wiem.

Usiadł przy niej, a wtedy Dalla zerknęła na niego z ukosa. Miał zatroskaną minę, choć ze wszystkich sił starał się to ukryć.

- Nie powinnaś ich opuszczać.

- Nie potrafię walczyć.

Zaśmiał się. Krótko i ciepło, sprawiając, że Toa Wody na moment zapomniała o zmartwieniach.

- Te treningi są właśnie po to, byś się nauczyła - odparł. W odpowiedzi Dalla pokręciła głową.

- Nie rozumiesz - powiedziała. - Trenujemy już od tygodnia, a ja nie robię żadnych postępów. Tak samo nie radzę sobie z żywiołem - dodała, wskazując dłonią na falującą powierzchnię wody. - Po prostu… nie nadaję się na Toa. - Spuściła wzrok. Rebis, chcąc jakoś ją pocieszyć, odezwał się po chwili:

- Przecież nie wszyscy od razu umieją posługiwać się żywiołem. To przyjdzie z czasem, tak jak u mnie.

Ponownie pokręciła głową.

- Ty nauczyłeś się go używać już na drugi dzień po tym, jak zostałeś Toa - odparła. - Ja jestem Toa już od kilkunastu dni i nadal tego nie potrafię. - Westchnęła smutno. - Auerieus… źle wybrał. Jest mnóstwo osób, które nadają się na Toa bardziej niż ja…

- Ale to nie ich imię było wyryte w Kamieniu - zauważył Rebis. - I to nie Auerieus je wyrył.

Podniosła wzrok. Tak, miał rację. To nie Auerieus wybrał, komu przekazać ten Kamień Toa. To Hikira, która przelała w niego swoją moc w swych ostatnich chwilach przed śmiercią. Ale… czy Auerieus naprawdę uważał jej wybór za słuszny? I czy ten wybór w ogóle był słuszny? Dalla ufała Hikirze, z jakiegoś powodu nawet bardziej niż większości pozostałych Toa. Więc jeśli Hikira uważała, że Dalla zasługuje na bycie Toa, dlaczego ona sama w to wątpiła?

- Auerieus zwołał spotkanie - powiedział po chwili milczenia Rebis. - Chce, żebyś na nim była. Powinniśmy już iść.

Spojrzała na niego.

- Mówił, po co to spotkanie?

- Nie - odparł Toa Ognia, wzruszając ramionami, i natychmiast dodał: - Ale widać było po nim, że to coś poważnego. - Uśmiechnął się z lekka.

Dalla pokiwała głową, po czym podniosła się. Była teraz Toa, więc powinna zachowywać się jak Toa.

- Zatem chodźmy - powiedziała.

***


Parę chwil później dotarli przed wejście do jednego z bocznych tuneli, gdzie czekała na nich już pozostała część ekipy. Auerieus, Izaki, Ragan, Purrik, Kaleva, Vox i Arctica zerknęli na dwójkę przybyłych Toa - w ich spojrzeniu widać było, że czekali na nich dość długo. Rebis jedynie wyszczerzył się przepraszająco i zwrócił ku Auerieusowi.

- Jesteśmy - powiedział. - Trochę to zajęło, ale ostatecznie dała się przekonać. - Zerknął na Dallę z kąśliwym uśmiechem. Zmrużyła oczy, chcąc zgromić go wzrokiem, lecz jednocześnie musiała walczyć z oblewającym jej twarz rumieńcem, gdy na moment spojrzenia pozostałych Toa skupiły się na niej. Mimo wszystko nie miała za złe Rebisowi, że rzucił ten komentarz. Z jakiegoś powodu czuła się przy nim znacznie lepiej, bez względu na to, co robił. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo był dla niej ważny.

Zrobiło jej się głupio, że w ciągu ostatnich dni unikała jego towarzystwa.

- Wygląda na to, że mamy już wszystkich - odezwał się Auerieus i odwrócił w stronę wejścia do tunelu. - Możemy wyruszać.

- Dokąd tak właściwie idziemy? - zapytał Kaleva. Pozostali również chcieliby poznać odpowiedź na to pytanie. Im również Toa Plazmy nie zdradził, jaki jest cel spotkania.

Mężczyzna przystanął i uśmiechnął się pod nosem, lecz żaden ze stojących za jego plecami Toa nie mógł tego zobaczyć.

- Na spotkanie z załogą „Chimery” - odparł i ruszył przed siebie podziemnym korytarzem.

Pozostali jedynie spojrzeli po sobie i po chwili podążyli jego śladem.

Przez następne kilkanaście minut przemierzali pomału jaskiniowy tunel, prowadzeni przez Auerieusa. Wijące się na skalnych ścianach światłorośla oświetlały im drogę, choć ich blask był zbyt słaby, by rozjaśnić cały korytarz, pozostawiając go w półmroku i nadając obecnej chwili jeszcze większej tajemniczości. Toa nie byli już pod powierzchnią Artas Nui - tunel, którym teraz szli, był częścią sieci podziemnych dróg, sięgających nawet kilkanaście kio poza miasto, kończąc się dopiero przy wyjściach na niewielkich wysepkach otaczających metropolię. Wysepkach takich jak ta, do której podziemi Toa właśnie zmierzali.

Wreszcie zaczęło do nich docierać światło, bijące z groty, do której się zbliżali. Spośród całej ekipy jedynie Auerieus, Ragan, Vox i Arctica byli wcześniej w tej części podziemi - z czego ostatnia trójka kilka miesięcy temu, gdy Toa przejęli z miastowych portów jeden ze statków. Żadne z nich nie spodziewało się ujrzeć tak oszałamiającego widoku jak ten, który zastali, dotarłszy na miejsce.

Cała jaskinia została przekształcona w podziemny dok, w którym cumował właśnie pokaźnych rozmiarów żaglowiec, dumnie kołyszący się na delikatnie falujących wodach jaskiniowej rzeki, odgrodzonej od oceanu potężną, metalową bramą u wylotu groty. Kadłub okrętu pokrywało drewniane poszycie, a jego dwa maszty wznosiły się wysoko ponad głowy Toa, zostawiając zaledwie kilka bio odstępu do sklepienia jaskini. Choć żagle statku były w tej chwili zwinięte, oczom przybyłych dało się dostrzec skrawki ich śnieżnobiałego materiału. Na dziobie okrętu widniał kunsztowny galion, umiejscowiony pod bukszprytem, przypominający głowę gniewnej bestii z rozdziawioną paszczą, odsłaniającą dziesiątki ostrych zębów.

Chimera” prezentowała się zachwycająco.

Toa zatrzymali się na brzegu, do którego przytwierdzone były grube cumy, na których zaczął już powoli gromadzić się osad z jaskiniowych pyłów. Podnieśli głowy, spoglądając na „Chimerę”. Na linach okrętu dostrzegli poruszającą się zwinnie niczym pająk po swej sieci Matorankę, do ich uszu dobiegły też pojedyncze polecenia wydawane przez kogoś na pokładzie - zapewne kapitana.

- Schowaliście w jaskini cały statek? - odezwał się Rebis, nie kryjąc podziwu i nie odrywając wzroku od żaglowca.

Auerieus uśmiechnął się z lekka i skinął reszcie, by ruszyli za nim, samemu kierując się w stronę opuszczonego trapu.

Po chwili znaleźli się na deskach pokładu. Przed sobą ujrzeli odwróconą do nich plecami niską postać w szerokim kapeluszu i ciemnym płaszczu, spod którego wystawały dwie nogi - jedna w zielonym pancerzu, druga zastąpiona drewnianym kołkiem. Na ramieniu postaci siedział niewielki, skrzydlaty Rahi, skrzeczący raz po raz. Oprócz owego mężczyzny na pokładzie znajdowało się też kilkoro krzątających się Matoran, którym jegomość w kapeluszu od czasu do czasu wydawał instrukcje. Skupiony na swych podwładnych, kapitan na zauważył przyjścia Toa.

- Jest piękna - powiedział Auerieus, podchodząc do niego. Kapitan pokiwał głową, zupełnie niewzruszony, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z przybycia drużyny.

- Po takiej pracy, jaką w nią włożyłem, lepiej, żeby była piękna, ha! - odparł, śmiejąc się rubasznie, po czym obrócił się w stronę pozostałych Toa. - Więc to są ci nieszczęśnicy, którzy mają wyruszyć z nami w rejs, co?

Teraz, gdy stał do nich przodem, Toa mogli się mu lepiej przyjrzeć. Kapitan pod płaszczem nosił szarawo-zielony pancerz, naznaczony licznymi bruzdami i rysami, a na jego twarzy widniała Kanohi Zatth, spod której spoglądała na przybyszów para bystrych, jasnozielonych oczu. Prawa ręka mężczyzny spoczywała oparta na biodrze, miejsce drugiej zastępował zaś srebrzysty hak.

- Kapitan pełną gębą - mruknął po cichu Purrik. - Brakuje mu tylko opaski na oku.

Auerieus stanął obok kapitana i również oparł dłonie na biodrach. Wyglądali naprawdę podobnie, stojąc teraz blisko siebie. Sposób, w jaki się poruszali, sposób, w jaki mówili… Wyglądali jak dwaj doświadczeni przywódcy, choć Toa Plazmy zapewne nigdy nie spodziewał się, że kimś takim właśnie się stanie.

- Powierzam ci tych ludzi, kapitanie - rzekł. - Dbaj o nich. Przez najbliższe tygodnie ten statek będzie ich jedynym domem.

- Ha! Możesz być spokojny, stary druhu - odparł Matoranin. - Dopilnuję, by czuli się tu jak u siebie w domu.

Mężczyzna w Zatth wyszczerzył się, splótł ręce za plecami i zrobił krok do przodu, stukając kołkiem o pokład i lustrując Toa wzrokiem. Siedzący na jego ramieniu Rahi kołysał się lekko w przód i w tył w rytm jego kroków.

- Witajcie, szczury lądowe. Jestem Oduna, kapitan „Chimery”. To oznacza, że również wasz kapitan. Nie myślcie sobie, że skoro jesteście wyżsi o całe bio to będziecie mieć na tej łajbie lekko. Staliście się częścią załogi, czy się wam to podoba czy nie, a to oznacza, że podlegacie mi i słuchacie moich poleceń. Od teraz będzie jeść, spać, a nawet drapać się po tyłku tylko za moją zgodą. Czy to jasne?

Auerieus pokręcił głową z politowaniem, widząc zmieszane miny kompanów.

- Nie jesteś dla nich za ostry?

- Staram się tylko robić dobre wrażenie - odrzekł Oduna z uśmiechem, odwracając głowę ku Toa Plazmy, po czym ponownie zwrócił się do drużyny. - A teraz, gdy pogadankę mamy już za sobą, czy jesteście… - Urwał, gdy wspinająca się do tej pory po linach Matoranka zeskoczyła na pokład i wylądowała na deskach opodal kapitana.

Nosiła na sobie biało-niebieski pancerz i przywdziewała na twarzy błękitną Kanohi Kakamę, skrywającą parę tryskających energią żółtych oczu, które zabłyszczały, gdy ich spojrzenie spoczęło na nowo przybyłych Toa. Dziewczyna splotła dłonie i westchnęła z zachwytu, wpatrując się w ekipę.

- Więc to są ci Toa, którzy z nami popłyną? - spytała. - Jeden z nich wygląda jakby miał chorobę morską - zachichotała, wskazując palcem na Kalevę. Toa Kamienia zmieszał się, na co Matoranka odpowiedziała jeszcze bardziej gromkim śmiechem.

- Do pioruna, Kaneo! - huknął Oduna, uciszając ją. - Co ty tu wyprawiasz? Miałaś mocować liny!

Tamta jedynie wywróciła oczami.

- Skończyłam już swoją robotę, kapitanie. Otamar mocuje ostatnie liny - odparła, wskazując palcem w górę. Pozostali spojrzeli w tamtym kierunku i ujrzeli Matoranina w biało-pomarańczowej zbroi, zawieszonego na krawędzi bocianiego gniazda. Dostrzegłszy Toa w dole, Matoranin uśmiechnął się i pomachał do nich, po czym wrócił do swojej pracy.

Kapitan mruknął, niezadowolony, że nie udało mu się odpędzić niesfornego marynarza.

- W takim razie możesz towarzyszyć mi w oprowadzaniu naszych kamratów po statku.

Nie czekając na zgodę Kaneo - która i tak była zbyt podekscytowana obecnością Toa, by odmówić - Oduna skinął reszcie, by za nim podążali, po czym zmierzył w kierunku zejścia prowadzącego do wnętrza żaglowca.

Jeszcze nim zeszli pod pokład, Dalla dostrzegła Matoranina w czerwonym pancerzu szorującego pokład przy lewej falszburcie. Pracował w ciszy i do tej pory nie rzucał się w oczy - dziewczyna mogłaby przysiąc, że wcześniej go tam nie było. Niespodziewanie obrócił głowę i wbił wzrok w Toa Wody, wyglądając spod srebrno-bordowej Kanohi Ruru. W jego oczach było coś… niepokojącego. Dalla natychmiast odwróciła wzrok, czując dreszcz biegnący jej po plecach. Po chwili ponownie spojrzała w kierunku Matoranina, lecz on już na nią nie patrzył. Z jakiegoś powodu nagle Dalla zaczęła czuć się dziwnie nieswojo na tym statku. Potrząsnęła głową, próbując odpędzić od siebie te myśli, i dołączyła do pozostałych, znikając pod pokładem.

***


Choć „Chimera” mimo swych imponujących rozmiarów nadal była stosunkowo małym statkiem, jej wnętrze wcale nie dawało tego po sobie poznać. I choć Oduna zapowiedział im surowe warunki, każdy z Toa otrzymał dla siebie własną kajutę - dzielone należały jedynie do załogi. Zupełnie tak, jakby Matoranie chcieli zapewnić im najbardziej komfortowy - na ile oczywiście pozwalały warunki - rejs, zdając sobie sprawę, jak ważna jest rola Toa w postawionym przed nimi zadaniu - mimo że nie wszyscy członkowie drużyny byli tego świadomi.

Po zwiedzeniu niemal wszystkich pomieszczeń na żaglowcu, kapitan zaprowadził ich pod drzwi ostatniej sali. Pomieszczenie były znacznie większe od pozostałych - swym rozmiarem ustępowało jedynie przed główną salą przeznaczoną na rozmowy strategiczne i planowanie, znajdującej się na dolnym pokładzie. Wszystkie z jej czterech ścian obwieszone były najróżniejszymi broniami - zarówno białymi jak i dystansowymi - i wśród natłoku połyskujących srebra i czerni Toa dopiero po chwili dostrzegli niewielką postać Matoranina w Szlachetnej Kanohi Hau na twarzy, siedzącego na niewielkim drewnianym stoliku pod ścianą, polerującego właśnie jeden z wielu obecnych w kajucie mieczy.

Sam Matoranin również dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę z przybycia ekipy. Podniósł wzrok i uśmiechnął się serdecznie.

- Widzę, kapitanie, że przyprowadziłeś do mnie naszych rejsowych gości - odezwał się, skinąwszy Odunie. Następnie wstał i ukłonił się przed Toa. - Witajcie, jestem Huvatu, Fe-Matoranin. Można powiedzieć, że jestem tutejszym… specem od uzbrojenia.

- Czy twój mały projekt jest już gotowy? - zapytał kapitan.

Toa spojrzeli na mężczyznę zdziwionym wzrokiem. Jedynie Auerieus lekko się uśmiechnął. Jak zawsze musiał wiedzieć coś więcej od pozostałych.

- Tak jest, kapitanie - powiedział Huvatu, podchodząc do pary jednych z zawieszonych na ścianie broni. - Przez ostatnie trzy tygodnie nie pracowałem nad niczym innym.

- Oooch… - westchnęła Kaneo z nutą zawodu w głosie. - To znaczy że nie skończyłeś robić dla mnie tych sztyletów?

Mężczyzna pokręcił głową.

- Ale obiecałeś…

- Priorytety, moja droga, priorytety - odparł Fe-Matoranin, po czym zwrócił się do Toa Ognia: - Rebis, tak? Słyszałem, że w ostatnim czasie straciłeś swoje miecze.

Czerwony Toa jedynie uśmiechnął się nerwowo i podrapał po potylicy.

- Tak, to prawda… - odrzekł. - Ale znalazłem już na nie zastępstwo - dodał, wyciągając dwa niewielkie szare ostrza, wykradzione jakiś czas temu ze składu broni dronów. Nie należały do najlepszych, ale dobrze sprawdzały się podczas treningów z Dallą.

Huvatu obrzucił je wzgardliwym spojrzeniem.

- Z całym szacunkiem, nie wydaje mi się, by była to broń odpowiednia dla ciebie.

Rebis uniósł brew.

- Służyły mi całkiem nieźle…

- Ale nie odzwierciedlają dobrze swojego posiadacza - powiedział Fe-Matoranin. - Brak im charakteru, osobowości, charyzmy, widać, że były stworzone przez maszyny… Oczywiście, nie mogę cię za to winić, wiem, że nie miałeś zbyt dużego wyboru, jeśli o to chodzi… Jednak zasługujesz na coś lepszego.

- Myślałem, że to umiejętności właściciela czynią broń dobrą, a nie jej wygląd.

- Och, proszę cię. - Huvatu pokręcił głową. - Tak próbują wmówić nam ci, którzy sami posługują się marnymi podróbkami prawdziwego oręża… Ja jednak jestem mistrzem w swoim fachu i nie mogę tak zwyczajnie na to pozwalać. - Zdjął ze ściany dwa lśniące, złociste ostrza i wręczył je Rebisowi. - Proszę, mam nadzieję, że od dziś zechcesz walczyć tym. Wykonałem je jako ostatnie, ale to wcale nie oznacza, że są gorsze. Zrobione ze wzmocnionej Protostali, mogą wytrzymać najwyższe temperatury, idealne do przewodzenia mocy Ognia. - Uśmiechnął się ciepło.

Rebis przez moment wpatrywał się w miecze, nie wiedząc, co powiedzieć. Bronie przypominały mu nieco jego wcześniejszy oręż, były jednak mniej zakrzywione, bardziej… eleganckie, na swój sposób. Ich ostrza były idealnie gładkie, na tyle, by Toa Ognia mógł ujrzeć w ich złotej powierzchni swoje odbicie. Po chwili jego oczy zabłyszczały. Jeszcze jako Matoranin był poszukiwaczem skarbów - i teraz czuł się tak, jakby właśnie odnalazł kolejny skarb.

- Skoro nalegasz… - Wyszczerzył się i schował miecze do pochew.

- Raganie - Huvatu zwrócił się teraz do Toa Ziemi - podobno z twoją bronią stało się to samo.

Mężczyzna w Ruru skinął głową, uśmiechając się.

- Dla mnie też masz jakiś prezent?

- Och, to chyba nie będzie już dla nikogo zaskoczeniem. - Matoranin roześmiał się, po czym przekazał Raganowi masywnie, srebrzyste wiertło. - Wiem, że to nie to samo, co twój młot, powinno się jednak dobrze sprawować w twoich rękach. W końcu jesteś Toa Ziemi.

Ragan uniósł wiertło w dłoni i nacisnął spust widniejący na uchwycie, wprawiając świder w ruch. Idealnie wyważone.

- Cóż, nie mogę narzekać - odezwał się, a na jego twarzy pojawił się jeszcze szerszy uśmiech.

Huvatu również się uśmiechnął, widząc, że owoc jego pracy przypadł Toa Ziemi do gustu - a znając przywiązanie Ragana do przeszłości, taka zmiana broni mogła się spotkać z całkowicie odmienną reakcją.

- Dallo - powiedział, spoglądając na Toa Wody. - Jaka jest twoja broń?

Dziewczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia. Dopiero po chwili odparła, speszona:

- Ja… nie mam żadnej. - Spuściła wzrok. - Przez ostatni tydzień trenowałam z Rebisem różnymi rodzajami broni, żeby znaleźć tę, z którą idzie mi najlepiej, ale…

- I z którą czujesz się najpewniej?

Zamyśliła się.

- Chyba… chyba z włócznią - powiedziała po jakimś czasie. - To broń, którą znam najdłużej.

Matoranin Żelaza skinął głową.

- Tak myślałem. Włócznia to idealna broń dla kogoś twojej budowy. Nic dziwnego, że to właśnie z nią najlepiej sobie radzisz. - Po tych słowach wręczył Dalli długą, grawerowaną włócznię, zakończoną niewielkim, srebrzystym grotem i dwoma ostrzami po bokach, schodzącymi łukowato ku środkowi. Jej drzewce przyozdabiały niewielkie granatowe kryształki, odbijające blask czerwonego Kamienia Świetlnego, rozjaśniającego całe pomieszczenie. - Trafiłem z tymi niebieskimi akcentami. Pasują do twojej zbroi.

Dalla zarumieniła się, nieprzyzwyczajona do jakichkolwiek komplementów, i chwyciła włócznię w swoje dłonie. Mimo swych rozmiarów była zadziwiająco lekka - przypominała Dalli jej dawną włócznię, którą dzierżyła jeszcze jako strażniczka Wielkiej Biblioteki, była jednak znacznie bardziej imponująca.

- Ojej. Dziękuję…

W ciągu następnych kilkunastu minut Huvatu wręczył pozostałym Toa ich bronie - Purrik otrzymał dwa olbrzymie, lecz równie lekkie co włócznia Dalli miecze, mogące zostać umocowane na jego plecach, tworząc imitację skrzydeł, Izaki został obdarowany parą kolczastych ostrzy, które oprócz walki wręcz mogły również posłużyć jako narty śnieżne, Kaleva natomiast dostał coś, co swym wyglądałem przypominało połączenie ząbkowanej piły z młotem pneumatycznym - gdyż, jak twierdził Huvatu, nie mógł zdecydować się, która z broni będzie lepiej pasować do Toa-wynalazcy.

Wręczywszy broń wszystkim z „zielonych” członków ekipy, Huvatu zatrzymał się przed Voxem i stojącą obok niego ze skrzyżowanymi nogami w kostkach Arctici.

- Voxie - odezwał się. - Wiem, że wciąż masz swój miecz, może jednak zechciałbyś…

- Podziękuję - odparł Toa, skinąwszy dłonią, i położył rękę na spoczywającej przy pasie pochwie z Dźwiękowym Ostrzem. - Moja broń dobrze mi służy.

- Ale jest dość… znoszona - zauważył Matoranin.

Vox uśmiechnął się półgębkiem.

- Ich też niedługo takie będą - powiedział, wskazując skinięciem głowy na resztę drużyny. - Poza tym, moje ostrze ma dla mnie… pewną sentymentalną wartość.

Huvatu powoli przytaknął.

- Rozumiem - odparł, po czym spojrzał na Toa Lodu. - Arctica?

- To samo, co Vox - powiedziała dziewczyna. - Trudno mi będzie rozstać się z moimi siostrami. - Założyła dłonie za głowę i zacisnęła palce na rękojeściach zawieszonych na jej plecach Mroźnych Ostrzy.

Fe-Matoranin wzruszył ramionami.

- Skoro tak uważacie… Kaneo! - krzyknął do Vo-Matoranki. - Może znajdą się dla ciebie jednak jakieś bronie…

W następnej chwili salę wypełnił okrzyk radości uradowanej żeglarki.

- Więc… co teraz? - odezwał się Purrik, kiedy Toa skończyli już oglądać swoje oręże.

- Teraz, chcę, abyście przygotowali się dobrze do jutrzejszej podróży - rzekł Auerieus, wodząc wzrokiem po wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu. Drużyna wbiła w niego swoje zdumione spojrzenia. Nim ktokolwiek zdołał cokolwiek powiedzieć, Toa Plazmy dodał, uśmiechając się: - Tak, dobrze słyszeliście. Jutrzejszego dnia wypływacie w rejs.

***


Dalla stała przy falszburcie, opierając się o reling, i spoglądała w dół, na swoje odbicie w wodzie. Po raz kolejny. Z zewnątrz wyglądała jak bohaterka - zwłaszcza teraz, z włócznią gotową do zebrania pierwszych rys w walce. Ale kim była wewnątrz? Nieśmiałą, bojaźliwą Matoranką ze starożytnej biblioteki czy wojowniczką, gotową poświęcić swoje życie dla innych? W głębi duszy chciała porzucić swój dawny wizerunek i stać się tym, kim chciano, żeby była - zwłaszcza po tym, co powiedział jej dziś wcześniej Rebis. Chciała stać się prawdziwą Toa.

Choć wiedziała, że nie będzie to dla niej łatwe.

Usłyszała ze plecami stukot i odwróciła się. Jej oczom ukazał się Oduna, idący ku niej niezgrabnym krokiem, ze swym srebrzystym przyjacielem na ramieniu. Dalla uśmiechnęła się delikatnie i skinęła mu głową. On zrobił to samo.

- Podziwiasz swoją nową broń, ha? - zapytał kapitan dziarskim tonem.

- Można tak powiedzieć - odparła Dalla i ponownie wbiła wzrok w taflę wody.

Matoranin zmarszczył czoło.

- Nie jesteś zbyt dobra w ukrywaniu emocji, kamracie - stwierdził, przystając obok niej. Również oparł ręce na relingu, choć ze względu na swój wzrost nie mógł podążyć za spojrzeniem Toa, gdyż nadburcie sięgało mu niewiele poniżej brody. - Powiedz, co ci chodzi po głowie?

Westchnęła.

- Ja tylko… Zastanawiam się, czy dam sobie radę jako Toa. Czy sprostam zadaniu, jakie przede mną stoi.

Kapitan roześmiał się donośnie swoim grubym głosem.

- Wszyscy na początku tak mówią, ha - rzekł. W odpowiedzi Dalla uniosła brew. Spojrzała na niego.

- Podróżowałeś już z jakimiś Toa?

Ponownie śmiech.

- I to z iloma, ha! - powiedział Oduna. - Było ich tak wielu, że aż sam nie potrafię ich zliczyć. I za każdym razem to samo: wątpili w siebie, uważali, że nie nadają się na bohaterów… Spędzali całe dnie, rozmyślając nad swoim przeznaczeniem, wyobrażasz to sobie? Ale kiedy przychodziło co do czego, potrafili pokazać, że nie przez przypadek noszą imię Toa. - Uderzył wierzchem swego haka o otwartą dłoń. - Z tobą z pewnością będzie tak samo, ha!

Dalla wykrzywiła kąciki ust w nieśmiałym uśmiechu. Poczuła przyjemne ciepło na swoim sercu.

- Dziękuję, kapitanie. Nie… nie spodziewałam się po panu takich słów.

- Posłuchaj, dziewczyno. Wielu ludzi ma mnie za oschłego, nieprzystępnego brutala, bo mam hak zamiast dłoni i kołek w miejscu nogi - rzekł Oduna, stukając drewnianą protezą o deski pokładu. - Ale czy to, że tak wyglądam, od razu musi sprawiać, że taki jestem? Powiem ci, serce mam we właściwym miejscu. - Uderzył zaciśniętą pięścią w pierś. - Czy inaczej przygarnąłbym takiego rozkosznego malucha? Co, Az? - powiedział, gładząc siedzącego mu na ramieniu towarzysza po srebrzystym dziobie. Az odpowiedział mu cichym skrzeknięciem, mrużąc delikatnie oczy.

Dalla zachichotała, widząc, jak mały skrzydlaty Rahi ociera się głową o maskę starego wilka morskiego, lekko skrzecząc. Nie dziwiła się, że Oduna ma taką a nie inną reputację - w końcu sama miała o nim, do tej pory, podobne zdanie. Ujrzenie go w takiej sytuacji było dość zabawne, ale i na swój sposób urocze. Dalla nigdy nie była naocznym świadkiem wytworzenia się bliższej więzi między osobą a Rahi - zwłaszcza, że na Artas Nui nie było ich zbyt wiele. Oduna i Az wyglądali jednak, jakby naprawdę byli… przyjaciółmi.

- Wykradłem go lata temu z dworu jednego z arystokratów na Południowych Wyspach, skąd pochodzę, jeszcze kiedy byłem zwyczajnym żeglarzem - mówił dalej Matoranin, nie przestając głaskać swojego kompana. - Drań zmuszał go do siedzenia w klatce całymi dniami! Ale Az to wolny duch… za kratkami pęka mu serce.

Toa Wody uśmiechnęła się, widząc, jak Rahi próbuje potrzeć skrzydłem o twarz kapitana, jakby chciał odwzajemnić przyjemny gest, jakim raczył go jego pan. Ptak wbił w nią spojrzenie swoich małych oczu, zaskrzeczał i wzbił się w powietrze, po chwili lądując na ramieniu Dalli. Zdumiona dziewczyna odchyliła się do tyłu, zaraz potem jednak uśmiech powrócił na jej twarz, gdy Az zaczął latać dookoła jej głowy, a jego metalowe pióra delikatnie muskały jej maskę, łaskocząc ją.

- Patrz, polubił cię, ha! - roześmiał się kapitan.

Az wykonał jeszcze kilka okrążeń w powietrzu dookoła Dalli, która nieudolnie próbowała pochwycić go w swoje ręce, po raz pierwszy od wielu dni szczerze się bawiąc. Wreszcie Rahi przysiadł na ramieniu kapitana, który obserwował całą sytuację z uśmiechem, a Dalla oparła się o nadburcie, dopiero po chwili przestając się śmiać.

Spojrzała w bok i jej wzrok spoczął na żeglarzu, którego widziała już wcześniej - Matoraninowi w srebrno-czerwonej Ruru. Stał przy burcie, odwrócony do Toa i Oduny plecami, i zdawał się sprawdzać coś przy linach, choć - podobnie jak poprzednim razem - Dalla miała wrażenie, że jeszcze niedawno go tam nie było.

- Jeśli mogę zapytać, kapitanie… - odezwała się, wskazując na Matoranina. - Poznałam już wszystkich członków załogi, ale… tego nie.

Oduna spojrzał w tamtym kierunku.

- Ach, Aparu… Nic dziwnego, ha. Nie lubi rozmów. To typ samotnika. - Zerknął na nią. - Zupełnie jak ty.

Zmarszczyła brwi.

- Samotnika?

- Cóż, można powiedzieć, że jego przeszłość jest dość… problematyczna - odparł kapitan.

- To znaczy?

Mężczyzna westchnął.

- Jest w mojej załodze od niedawna - zaczął wyjaśniać. - Jest jednym z Matoran odbitych z rąk dronów. Te szkarady wymazały mu pamięć. Przez długi czas siedział bez celu w jaskini - w końcu trudno jest się czymś zająć, kiedy nie ma się pojęcia, co się robiło do tej pory w życiu - okazał się mieć jednak sporą wiedzę i doświadczenie w żeglarstwie… Oczywiście nie wiedział, skąd ją ma. Przygarnąłem go pod swoje skrzydła, tak, jak przygarnąłem Aza, ha. - Zamyślił się. - Wiem, że może się wydawać dziwny, ale to dobry żeglarz. Ręczę za niego.

Dalla pokiwała pomału głową. Teraz, kiedy poznała historię tego Matoranina - a przynajmniej tę jej część, którą on sam pamiętał - zaczynała powoli rozumieć jego dziwne zachowanie. Oduna miał rację, byli do siebie podobni, ale nie tylko ze względu na swoją samotniczą naturę. Domyślała się, że początkowo Aparu czuł się obco wśród innych po utracie pamięci, zupełnie tak, jak ona czuła się obco zaraz po przemianie w Toa. Zastanawiała się, czy jemu udało się przezwyciężyć swoje obawy i znaleźć swoje miejsce wśród reszty załogi.

Naprawdę mieli ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo przypuszczała.

- Idź już, kamracie - dobiegł ją głos Oduny. - Odpocznij dobrze przed jutrzejszą podróżą.

Skinęła głową, uśmiechając się, po czym chwyciła w dłoń swoją włócznię i zmierzyła w stronę opuszczonego trapu, by dołączyć do pozostałych.

Rozdział 5Edytuj

Nazajutrz, grupy Matoran, Vortixx, Skakdi i innych mieszkańców podziemnych wiosek zebrały się w jaskiniowym doku i obserwowały z przejęciem szykującą się do wyruszenia w rejs „Chimerę”. Niektórzy z nich schodzili z drogi przeciskającemu się przez tłumy Toa w srebrnym pancerzu z szarą Kanohi Hau na twarzy, zmierzającemu w stronę statku. Vox miał przy sobie jedynie pochwę z Dźwiękowym Ostrzem i zawieszony przez ramię futerał na gitarę, będącą jedną z niewielu rzeczy, jakie zostały mu z tych, które przywiózł ze sobą ze swojej ojczystej wyspy, Neitu. Uznał, że lepiej byłoby zabrać ją na wyprawę, niż jeśli miałby zostawić ją na Artas Nui - gdyż wtedy istniała możliwość, że mógłby już po nią nigdy nie wrócić.

Przetarł oczy i zamrugał, walcząc z lekkim zmęczeniem. Nie wyspał się tej nocy. Właściwie ostatnimi czasy mało kiedy dobrze sypiał - bez przerwy nawiedzały go dziwne koszmary, przepełnione obrazami Zaldiara lub armii żołnierzy z metalu, którymi przewodził wojownik wyglądem przypominający jego samego, odzianego w zbroję pokrytą kolcami. Samo wspomnienie tych wizji wywoływało u niego pewien niepokój, dlatego odepchnął od nich swoje myśli, dotarłszy na brzeg.

Zatrzymał się i podniósł głowę, obejmując wzrokiem czekający na niego żaglowiec. Pozostali Toa byli już na pokładzie - przy sterburcie ujrzał Arcticę opartą o reling. Ona po chwili również go zauważyła i uśmiechnęła się, machając do niego ręką. Vox skinął ku niej głową i odwzajemnił uśmiech, po czym zmierzył w kierunku trapu.

Jeszcze nim wszedł na deski, kątem oka dostrzegł idącą w jego stronę postać wojownika Toa w czerwonej zbroi. Hserg. Vox odwrócił się ku niemu i zmusił do lekkiego uśmiechu, choć nawet nie starał się, by ten wyglądał wiarygodnie.

Toa Ognia zatrzymał się przy nim.

- Vox - zaczął, wciąż mając w głowie jedne z ostatnich słów Hikiry przed śmiercią. „Zaopiekuj się tymi, którymi ja nie będę mogła”. Na moment spuścił wzrok, po czym spojrzał na Toa Dźwięku i powiedział: - Uważaj na siebie.

Vox delikatnie skinął głową. Po chwili namysłu Hserg dodał:

- Jeśli znajdziecie Kraavosa…

- Wiem - przerwał mu Toa Dźwięku, kładąc mu dłoń na ramieniu. Spojrzał mu w oczy. - Możesz być spokojny.

Tym razem to Hserg pokiwał głową, uśmiechnąwszy się, rzucił krótkie „Dzięki” i oddalił się, znikając w tłumie zgromadzonych przy brzegu mieszkańców. Vox także się uśmiechnął - tym razem nieco szczerzej - po czym wdrapał się na pokład „Chimery”. Podszedł do Arctici, witając się z nią gestem dłoni i zdjął ze swoich pleców pokrowiec, opierając go o nadburcie.

- Będziesz muzykował w trakcie podróży? - zapytała Toa Lodu, zakładając ręce na piersi.

- Jeśli warunki mi na to pozwolą - odrzekł, po czym zmierzył wzrokiem bagaż Arctici, leżący na ziemi przy nogach dziewczyny. Uśmiechnął się pod nosem na widok jego zawartości.

Skórzana torba była wypchana po brzegi najróżniejszymi przedmiotami, których kontury przebijały się przez materiał. Przy uchwytach zauważył wystające z pakunku niewielkie, przezroczyste kryształki o nietypowych kształtach, coś jakby lodowe figurki. Vox nie mógł pojąć, jak ktoś może brać tyle ze sobą na wyprawę - on sam wziął tylko dwie rzeczy, z czego jedną nosił zawsze przy sobie.

- A ty? Naprawdę potrzebujesz tak wielkiego bagażu? - odezwał się, unosząc brew i spoglądając na dziewczynę. - Z takim obciążeniem „Chimera” nie ruszy się z miejsca.

Arctica zaśmiała się krótko.

- Jeśli uważasz to za wielki bagaż, powinieneś zobaczyć, co Kaleva ze sobą zabrał - odparła, wskazując kciukiem za siebie, po czym zarzuciła swoją torbę na ramię i zeszła pod pokład.

Toa Dźwięku powiódł wzrokiem po pokładzie, aż wreszcie dostrzegł Toa Kamienia próbującego podnieść dwa wielgachne worki wypchane narzędziami i częściami maszyn, które z pewnością nie wyglądały na lekkie - nic dziwnego, że Kaleva, nawet mimo swojej masywnej budowy ciała, miał problemy z ich udźwignięciem. Voxa zastanawiało tylko jedno - jakim cudem dał on radę wnieść to wszystko na statek?

Uśmiechnął się półgębkiem, kręcąc głową, po czym podążył za Arcticą, kierując się w stronę kajuty kapitana.


Na miejscu zastali Odunę i pozostałą część załogi, a także Rebisa, Dallę, Ragana, Izakiego i Purrika, zgromadzonych wokół wielkiego drewnianego stołu, na którym widniała mapa archipelagu Artas Nui. Az, zamiast zajmować miejsce na ramieniu kapitana, który pochylał się teraz nad stołem, przycupnął na krawędzi jednej z półek i obserwował całą sytuację z przekrzywionym dziobem.

- Po zatopieniu „Zdobywcy”, pojawiła się poważna luka w blokadzie dookoła Artas Nui - mówił Oduna, wskazując na umieszczone na mapie prostokątne symbole otaczające metropolię, oznaczające statki Armii Nowego Świata. - Nadal nie sprowadzili w tamto miejsce nowych okrętów, gdyż cały czas łowią szczątki statku Kraavosa. Aby zmniejszyć lukę, postanowili nieco „rozrzedzić” swoją blokadę, co daje nam większą szansę na opuszczenie wyspy. - Powiódł wzrokiem po wszystkich zgromadzonych. - Jeśli dobrze to rozegramy, przebijemy się przez blokadę zanim statki tych drani zdążą dopłynąć do nas na tyle, byśmy znaleźli się w ich zasięgu, ha.

Drużyna pokiwała głowami.

- Dobrze, a co z mapą? - zapytał Otamar, sternik, spoglądając na Toa.

W odpowiedzi Dalla wyjęła zza pazuchy mistyczną kulę i wyświetliła mapę, obracając poszczególnymi elementami sfery. Przejrzyste wyspy wszechświata zawisły w powietrzu ponad głowami zebranych, a członkowie załogi rozszerzyli oczy ze zdumienia, szepcząc między sobą.

- Fascynujące - odezwał się Izaki, obserwując dryfujące lądy teleskopowym okiem swojej maski - lecz trochę… nieporęczne.

Słysząc te słowa, Dalla przekręciła górną połowę kuli i przekazała mapę w ręce Otamara. Świetliste wyspy zawirowały dookoła sfery i po chwili przeistoczyły się w jasny, ciągły strumień energii, wskazujący na jedną ze ścian kajuty.

Matoranin Plazmy zagwizdał z podziwu.

- Dość jasna wskazówka - powiedział, obracając kulę w dłoniach. Co ciekawe, strumień cały czas wskazywał ten sam kierunek, bez względu na pozycję sfery.

Oduna uśmiechnął się pod nosem.

- Więc jesteśmy gotowi do drogi! - zakrzyknął. - Załoga, na stanowiska!


Kapitan wyszedł na pokład i podszedł do sterburty, po czym skinął stojącemu przy brzegu Auerieusowi. Toa Plazmy pokiwał głową.

- Pomyślnych wiatrów - powiedział, uśmiechając się, po czym dał znak dwóm Skakdi stojących przy olbrzymich dźwigniach po przeciwnych stronach podziemnej rzeki. Na jego sygnał, krępi Zakazianie pociągnęli za wajchy, a wtedy metalowa brama zaczęła otwierać się, powoli i mozolnie, wpuszczając do środka groty silny podmuch wiatru i morską wodę. Fale pod statkiem wezbrały się, lgnąc ku wnętrzu jaskini, by zaraz potem zawrócić i zmierzyć z powrotem ku oceanowi.

- Zrzucić cumy! - dało się słyszeć okrzyk kapitana, niemal całkowicie zagłuszony przez szum wody. Uwolniona z uchwytu grubych lin, „Chimera” ruszyła z miejsca, płynąc ku swej pierwszej przygodzie.

Auerieus wspiął się na skalne wzniesienie, by móc obserwować, jak żaglowiec daje się ponieść falom w kierunku pełnego morza i śledzić dalej wzrokiem jego podróż ku horyzontowi, jeszcze nim stalowe bramy zdążyły na powrót się zamknąć. Skinął na pożegnanie uczestnikom wyprawy, spoglądających na niego z pokładu, okrzykiwanych przez zebranych w jaskini mieszkańców, po czym westchnął głęboko, gdy drzwi bramy przesłoniły mu widok statku.

Liczył, że drużynie uda się odnaleźć Słoneczny Kryształ. Był ostatnią nadzieją jego ludzi… i jego samego.

Zerknął na Hserga, stojącego opodal, który również wpatrywał się w odpływającą „Chimerę”.

- Jestem zdumiony, że nie upierałeś się, by wyruszyć razem z nimi - odezwał się.

Toa Ognia parsknął, lecz zaraz potem na jego twarzy ponownie zagościł poważny wyraz.

- Nie zrozum mnie źle, uwielbiam podróże, ale… Wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli zostanę na Artas Nui. To moja ojczyzna.

- Nie jesteś stąd - zauważył Auerieus.

- Ale jestem tu wystarczająco długo, by uznawać tę wyspę za mój dom. - Hserg spojrzał na towarzysza. - Widziałem, jak podnosi się z ziemi po swoim pierwszym upadku po wojnie z piratami z Południa. Widziałem, jak upada znowu. I zobaczę, jak podnosi się po raz kolejny.

***


Kaneo, trzymająca w dłoni rozjarzoną pochodnię, przeszyła ze świstem chłodne powietrze, huśtając się na linie i zapaliła rozwieszone wokół masztu lampy, rozświetlając tym samym poranny półmrok. Słońce nie zdążyło jeszcze wzejść - o jego obecności za horyzontem świadczyła jedynie słaba, bladawa łuna. Rozpostarte białe żagle falowały lekko, smagane wiatrem. Morze było ciche i spokojne - co nie było niczym niezwykłym, odkąd drony uniemożliwiły jakimkolwiek obcym statkom żeglowanie po tych wodach. Statkom takim jak „Chimera”. Toa czuli się tak, jakby wchodzili do paszczy lwa. Nie widzieli jeszcze co prawda żadnych wrogich okrętów, wiedzieli jednak, że są blisko.

Na pokładzie, podobnie jak na morzu, również panowała niemalże idealna cisza. Każdy zajęty był swoimi sprawami. Otamar stał za sterem, ściskając go pewnie w dłoniach. Kaneo, która skończyła zapalać lampy, zawisła na jednej z want i podziwiała wschód słońca. Aparu lustrował otoczenie z bocianiego gniazda. Oduna stał pewnie pośrodku baku z rękoma za plecami oraz Azem na ramieniu i obserwował bacznie swoich podwładnych. Huvatu przebywał gdzieś pod pokładem. Purrik i Izaki spoglądali z przejęciem na morze - choć Toa Powietrza co prawda zdarzało się przebywać na statkach jeszcze za czasów, gdy był Matoraninem - głównie wiązało się to z jego kradzieżami - nigdy nie brał udziału w pełnym rejsie, podobnie jak Izaki.

Ragan smacznie spał opodal okrętowej nadbudówki, z dłońmi splecionymi za głową. Rebis oraz Dalla siedzieli pod masztem i rozmawiali ze sobą. Kaleva chodził w tę i z powrotem, podziwiając konstrukcję żaglowca - każde nieznane mu rozwiązanie techniczne fascynowało go jako konstruktora, a „Chimera” była ich pełna.

Arctica natomiast stała samotnie na rufie, wpatrując się w ciszy w oddalające się Artas Nui, w wieczne jarzące się czerwone światła opustoszałych wieżowców i złowieszczych twierdz dronów. Stała samotnie, dopóki Vox nie zjawił się obok niej. Nie spojrzała na niego. Dalej spoglądała w niknącą w dali wyspę, choć przysunęła się do Voxa, jakby chciała pokazać, że cieszy się z jego obecności. On również wpatrywał się miasto.

- Nie wiem dlaczego - powiedziała - ale z jakiegoś powodu mam wrażenie, że nie zobaczę już więcej tej wyspy.

Vox otwierał już usta, by coś odrzec, szybko je jednak zamknął. Nie miał pomysłu na odpowiedź. W końcu on sam obawiał się tego samego.

- Statek! - dobiegł ich nagle głos Aparu, dobiegający z góry. - Statek na horyzoncie!

Nagle na pokładzie zapanowało gwałtowne ożywienie. Wszyscy odwrócili uwagę od swoich zajęć - nawet Ragan wyrwał się ze snu - i spojrzeli w kierunku wskazywanym przez Ta-Matoranina. Oduna podszedł do sterburty i wyjął zza pazuchy niewielką lunetę.

- Drony, do diaska - powiedział, spoglądając przez lunetę. Rzeczywiście, w oddali dało się dostrzec ciemny, metalowy okręt Armii Nowego Świata. Jedno z jego pokładowych dział powoli obracało się w stronę kierującej się na południe „Chimery”.

- Świetnie, mamy okazję do walki! - zakrzyknął Purrik, dobywając swoich mieczy i zakręcając nimi w powietrzu. Z całej drużyny był najbardziej podekscytowany swoją przemianą w Toa i nie mógł już doczekać się swojego pierwszego starcia.

- Spokojnie, kamracie - odparł Oduna, uśmiechając się tajemniczo. - Zabawimy się z nimi na odległość. - Zagwizdał.

W tej samej chwili dwie drewniane klapy pośrodku baku otwarły się, a z wnętrza statku wysunęło się masywne, czterolufowe działo z Huvatu za sterami, ku zdumieniu stojącego obok Purrika i zachwytowi Kalevy, który nie mógł już doczekać się bliższego przyjrzenia się owej konstrukcji.

Kapitan dał znak Matoraninowi, a w odpowiedzi ten skinął głową, szykując się do wystrzału. Liczyła się tutaj szybkość - ten, który pierwszy trafi w statek przeciwnika, miał praktycznie zapewnione zwycięstwo.

Okręt dronów oddał strzał. Otamar w porę zakręcił sterem, kierując „Chimerę” w lewo - pocisk minął środkowy maszt o włos. Huvatu miał teraz okazję. Zmrużył lewe oko, przytykając je do celownika i nadusił dwa spusty na uchwytach działa. Pociski pomknęły w kierunku statku nieprzyjaciela, w akompaniamencie donośnego huku. Nie minęło kilka sekund, a taki sam huk dało się słyszeć w oddali, gdy strzał trafił we wrogie działo, wzniecając płomienie i zatrząsając okrętem. Czarne kłęby dymu zaczęły wznosić się ku wciąż ciemnemu niebu.

Na pokładzie „Chimery” rozległy się okrzyki triumfu. Nie trwały jednak długo, bowiem chwilę potem ponownie dało się słyszeć krzyk Aparu:

- Łodzie! Wysyłają łodzie!

Dalla spojrzała na szczyt masztu. Musiała przyznać, że mimo swojej natury, Matoranin świetnie spisywał się na swym stanowisku.

Oduna ponownie spojrzał przez lunetę i jego oczom ukazały się trzy pływające jednostki zmierzające w ich stronę - na pokładzie każdej dostrzegł piątkę uzbrojonych robotów-żołnierzy.

Purrik założył miecze na plecy, formując skrzydła i wspiął się na falszburtę.

- Więc teraz… - zaczął, przerwało mu jednak silne szarpnięcie kapitana do tyłu. Toa Powietrza spojrzał zawiedzionym wzrokiem na Odunę. Ten jedynie roześmiał się.

- Nie wyraziłem się jasno? Mówiłem, że zabawimy się z nimi na odległość - powiedział, po czym zwrócił się do Vo-Matoranki zawieszonej na linach: - Kaneo! Zrzucaj bomby!

Żeglarka w Kakamie pokiwała głową. Rozbujała się na jednej z luźnych lin niczym na lianie i momentalnie znalazła się na deskach pokładu. Równie błyskawicznie dopadła do środkowego masztu i pociągnęła za jedną z trzech widniejących przy nim dźwigni. W tym samym momencie jedne z listew na bocznym poszyciu statku podniosły się, wypuszczając ze środka czarne, wybuchowe kule, które uderzyły z pluskiem o taflę wody i dały się ponieść falom w kierunku nadciągających łodzi, będąc swego rodzaju niespodzianką dla nadpływających dronów.

Rebis podszedł do relingu opodal kapitana, spoglądając, jak drewniane klapy w ścianie żaglowca wracają na swoje miejsce.

- Ten statek jest pełen ukrytych broni… - powiedział, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.

Oduna ponownie się zaśmiał.

- Myślisz, że dlaczego tak długo zajęła jego przebudowa, ha?

Kaneo ponownie wspięła się na wachtę i spojrzała w kierunku wrogiego okrętu. Wyszczerzyła się, widząc, jak pierwsza z łodzi dopływa do bomby i wylatuje w powietrze, a znajdujący się na jej pokładzie żołnierze razem z nią. Zaraz potem jednak Matoranka odchyliła się gwałtownie do tyłu, gdy kolejny pocisk - który nadciągnął z przeciwnej strony - przeszył powietrze kilka centymetrów przed jej twarzą. Odwróciła głowę i na tle wschodzącego słońca zauważyła niewielki, ciemny kształt. Choć jego kontury były niewyraźne, nie miała wątpliwości, że to kolejny okręt dronów.

- Kolejny statek na dziesiątej! - krzyknął w tym samym momencie Aparu. Kapitan natychmiast podbiegł do bakburty i spojrzał przez lunetę, dostrzegając masywny statek. Zaraz potem uchylił się przed nadlatujący dwoma pociskami. Jeden nie zdołał trafić w cel, dzięki zręcznemu manewrowi Otamara, drugi jednak miał więcej szczęścia i rozpruł górną część prawego nadburcia.

- Hej, to była droga balustrada! - krzyknęła Kaneo, wymachując pięścią w kierunku statku nieprzyjaciela.

Huvatu obrócił swoje działo i natychmiast oddał dwa strzały, jednocześnie uchylając głowę przed wrogim pociskiem. Kule zaryły w okręt dronów, lecz nie wyrządziły mu żadnych poważniejszych szkód. Oduna zaklął pod nosem, spoglądając na zbliżający się statek - teraz widoczny już gołym okiem - i, obróciwszy się, na drugi, będący jeszcze bliżej. Stojący nieopodal niego Izaki również obserwował oba okręty swoim teleskopowym okiem. Był uczonym, szybko więc doszedł do następujących wniosków - choć zapewne w obecnej sytuacji były one oczywiste dla każdego:

- Złapią nas…

Oduna zmrużył oczy. Przez jego głowę przewijały się setki myśli, jego umysł pracował jak szalony. Toa Lodu miał rację - zachodzące ich z obydwu stron okręty prędzej czy później zbliżą się na niebezpieczną odległość, a „Chimera”, mimo potężnego arsenału, nie miała szans w bliższym starciu z nimi. A jeśli doszłoby do abordażu… Matoranie mieli na pokładzie ósemkę Toa, statki dronów przewoziły jednak całe armie… Nie, walka nie wchodziła w grę. Nie teraz. Jedyną opcją była ucieczka. Był na nią jeden sposób, i choć Oduna nie chciał tak prędko z niego korzystać, czuł, że nie ma wyboru.

- Nie, jeśli ja mam coś do powiedzenia. - Schował lunetę pod płaszczem, po czym machnął dłonią ku Matoranom Ognia i Błyskawic. - Aparu! Kaneo! Zwińcie żagle!

- Co?! - wykrzyknął Izaki. - Dlaczego mamy…

- Cicho - przerwał mu kapitan i oparł się o reling, obserwując wrogie statki.

Matoranie natychmiast wzięli się do pracy. Śnieżnobiałe żagle zaczęły pomału się zwijać, podczas gdy Huvatu wypluwał kolejne pociski ze swojego działa, a kilkoro Toa próbowało zablokować wrogie strzały żywiołowymi barierami.

Gdy żagle zniknęły mu z oczu, Oduna skinął ku sternikowi, dając mu znak.

- Otamar, zabieraj nas stąd!

- Aj, aj, kapitanie! - Su-Matoranin pokiwał głową i pociągnął za wajchę przy sterze. W tej samej chwili dwa płaty poszycia rufy rozwarły się, odsłaniając parę olbrzymich silnikowych dysz. Na ich widok Izaki rozszerzył oczy - zarówno normalne, jak i teleskopowe.

- Zamontowaliście silniki odrzutowe na żaglowcu?!

Oduna pokiwał jedynie głową.

- To wspaniałe! - krzyknął Kaleva, którego oczy zabłyszczały na ten widok.

- Nie, to szaleństwo! - odparł Toa Lodu. - Przy takiej prędkości i masie maszty złamią się na pół! Kto o zdrowych zmysłach…

Kapitan uciszył go gestem dłoni.

- Mój drogi, zapomniałeś chyba, że aby w ogóle wziąć udział w tej wyprawie, musisz być szaleńcem, ha - powiedział, uśmiechając się. Następnie spojrzał na Otamara: - Zaczynaj, gdy będziesz gotów!

Powiódł wzrokiem po całej ekipie.

- Radzę wam się czegoś przytrzymać.

Izaki z narastającym niepokojem patrzył, jak pozostali obecni na pokładzie posłusznie chwytają się, czego mogą, by nie zostać odrzuconymi do tyłu. Po chwili sam zacisnął dłonie na relingu, będąc przekonanym, że to wszystko i tak źle się skończy.

- W co ja się wpakowałem… - wyjąkał.

Otamar - i zapewne cała załoga, Su-Matoranin był teraz jednak zbyt przejęty, by na nich patrzeć - wpatrywał się ze skupieniem w niewielkie, migoczące światełko opodal steru. Żółta barwa nakazywała mu czekać, dopóki silniki nie będą gotowe do pracy. To pierwszy raz, kiedy miały zostać użyte. „Chimera” była statkiem jedynym w swoim rodzaju, połączeniem klasycznej konstrukcji z duchem rozwiniętego technologicznie Artas Nui - w tej sytuacji mogło to być albo jej ratunkiem, albo jej zgubą. Wolał, by okazało się być tym pierwszym. Poniesienie klęski już po niecałych dwudziestu minutach od rozpoczęcia podróży nie będzie wyglądać zbyt imponująco na kartach historii.

Zielone światło. Sternik wstrzymał oddech i przekręcił dźwignię.

W tej samej chwili statek wystrzelił do przodu niczym pocisk z pokładowego działa. Cała jego konstrukcja zaczęła trząść się coraz mocniej, w miarę rozwijania większej prędkości, walcząc o zachowanie się w jednym kawałku. Potężny wiatr szarpnął załogą i Izaki był sobie wdzięczny, że złapał się za reling, inaczej bowiem poleciałby do tyłu, tak jak drewniane odłamki leżące na pokładzie po trafieniu wrogiego strzału, które teraz poderwały się z desek, przeszyły powietrze i zniknęły gdzieś w dali, podobnie jak okręty dronów, ich łodzie i całe Artas Nui.

Zostawiając wyspę-miasto za sobą, „Chimera” pomknęła ku nieznanemu południu, zgodnie z kierunkiem, jaki wskazywała mistyczna mapa, z nadzieją na znalezienie Słonecznego Kryształu i na zakończenie targającej wszechświatem wojny.

***


Elementem krajobrazu małej, zapomnianej przez wszechświat wyspy, leżącej na jego krańcu, zwanej Uteau, który wyróżniał ją na tle innych, były wysokie, strome klify, ciągnące się wzdłuż jej linii brzegowej. Uteau była wyspą zbyt oddaloną od reszty, by dotarł na nią duch rozwiniętej cywilizacji, na próżno więc było tu szukać stalowych miast o strzelistych wieżach czy sterowców przeszywających wiecznie pochmurne niebo. Mieszkańcy byli prostymi istotami o prostej kulturze i prostych wierzeniach, którzy ze względu na szalejące na powierzchni huragany musieli budować swe prymitywne miasta pod ziemią, gdzie znajdowali nieskończone zasoby potrzebnych do życia surowców. To sprawiało, że Uteau wyglądało na nietknięte cywilizacyjną ręką, a nawet ukryte przed okiem podróżników - którzy trafiali tu raz na dziesiątki tysięcy lat - miasta opierały się głównie na naturalnych materiałach. Zupełnie tak, jakby wyspa zapomniała o stale rozwijającym się świecie i, oddzielona od jego wpływów, trwała od wieków w tym samym stanie, w jakim stworzył ją Wielki Duch.

Jedyną skazą na niemal całkowicie naturalnym krajobrazie Uteau była zawieszona na klifowej ścianie przy zachodnim wybrzeżu kolczasta bryła metalu. Była to struktura o imponującym rozmiarze, zdolna pomieścić w sobie stado przerośniętych Tahtoraków powszechnie spotykanych na Zakazie, z pewnością umieszczona w tym miejscu niedawno. Jej lśniąca powierzchnia nie zmatowiała jeszcze od kontaktu z drobinami piasku, niesionymi przez nieustannie szalejący wiatr. Wystające ze sfery kolce były w rzeczywistości antenami, służącymi do sterowania zastępami armii mechanicznych zabójców. Od metalowej kuli odchodziła po ścianie klifu ku dołowi sieć licznych wind i platform, przypominająca z dala stalową pajęczynę, kończącą się przy umiejscowionym niewiele ponad poziomem wody doku, do którego przybiła właśnie wynurzona z oceanu łódź podwodna generała armii dronów.

Ze względu na swe położenie, Uteau zapewne zostałaby przeoczona przez Armię Nowego Świata - mało którzy kartografowie i podróżnicy w ogóle wiedzieli o jej istnieniu - a jeśli drony przejęłyby kontrolę nad wszechświatem, zapewnie w żaden sposób nie wpłynęłoby to na losy mieszkańców wyspy - dalej żyliby swoim prostym życiem, odcięci od rzeczywistości. Uteau została jednak szybko sforsowana przez Armię Nowego Świata i przeistoczona w ufortyfikowaną placówkę dowództwa, drugą najważniejszą po wulkanicznej wyspie Artidax. Stało się tak z jednego, prostego powodu.

Była to ojczysta wyspa Kraavosa.

Generał kroczył wolno przed siebie ciemnym korytarzem kolczastej fortecy, z rękoma splecionymi za plecami. Kroku dotrzymywał mu Zakazianin imieniem Karsh, który przejął stanowisko drugiego dowódcy floty Kraavosa po śmierci Merra. Jak zawsze dolną część jego twarzy zasłaniała czarna husta. Karsh odznaczał się znacznie od reszty swego gatunku - miał dobrze zbudowane ciało, skryte pod czarną zbroją, był jednak znacznie wyższy i smuklejszy od innych Skakdi, a jego głowę przyzdabiały cztery stalowe kolce, wystające z jego nagiej czaszki. Ponadto, cechował się niezwykłą oszczędnością słów - nie odezwał się ani razu od czasu przybycia Kraavosa. Mimo wszystko generał go szanował, głównie za jego kompetencję. Był dobrym sojusznikiem w tych ciężkich czasach.

Przemierzając korytarz, Kraavos rzucał raz po raz baczne spojrzenia na boki, lustrując wzrokiem pracujących pod nadzorem dronów przy tubach zastoju mieszkańców wyspy. Uwielbiał widzieć strach i niepewność w ich oczach, świadomość, że teraz życie każdego z nich zależy tylko i wyłącznie od niego. To było świetne uczucie, ujrzeć to wszystko po latach piekła, jakie mu zgotowali. Idealne na poprawę nastroju po słonej porażce.

Oczywiście, można było umieścić ich w tubach zastoju i wymazać im pamięć - tylko po co? I tak nie znali świata poza ich własną wyspą, nie mieli związanych z nim żadnych wspomnień. Nie wiedzieli, kim są Toa, nie wiedzieli, kim jest Wielki Duch, być może nawet nie wiedzieli, że poza Uteau jest jakieś życie. Armia Kraavosa była czymś, czego nie znali i czymś, z czym nie potrafili walczyć. Zdawali sobie sprawę, że każdy bunt, jaki spróbują wzniecić, skończy się ich klęską. Dlatego byli posłuszni - wiedzieli, że nie mogą w żaden sposób zmienić swego losu. Przyjęli swoje nowe miejsce u stóp generała.

Kraavos ich nienawidził. Przez dekady był zmuszany do walk na arenie, gdzie nie obowiązywały żadne zasady. Był zmuszony do robienia strasznych rzeczy, okrutnych rzeczy, z którymi wojenne zbrodnie, jakie teraz popełniał, nie mogły się nawet równać. Wszystko po to, aby przeżyć.

I udało mu się.

Tłumy go uwielbiały. Nie - uwielbiały cierpienie, przez jakie musiał przechodzić i jakie musiał zadawać innym. Mieszkańcy Uteau byli prymitywną rasą i mieli równie prymitywne zwyczaje. Kraavos był wdzięczny Wielkiemu Duchowi - o ile ten w ogóle istniał, w co mężczyzna szczerze wątpił - że w końcu nastąpił dzień, w którym mógł opuścić to przeklęte miejsce. Miał szansę rozpocząć nowe życie, a doświadczenie, jakie zdobył podczas walk na arenie, pozwoliło mu stać się jednym z najgroźniejszych zbrodniarzy Południowych Wysp. Nic dziwnego, że kiedy Armia Nowego Świata najechała ląd, na którym wtedy przebywał, szybko dostrzegła w nim potencjał i postanowiła wcielić go w swoje szeregi, dając mu nowe ciało i armię do kontrolowania.

Tak, Kraavos zdecydowanie był wdzięczny za nadejście dnia, w którym mógł wyrwać się z tej wyspy, by po tysiącach lat powrócić na nią i ją podbić. Choć żywił do swych pobratymców ogromną nienawiść, była ona bardziej skierowana do ogółu społeczeństwa, nie do poszczególnych jednostek. W końcu, na dobrą sprawę, większość z osób, które zniewolił, najprawdopodobniej nie widziała nigdy nawet żadnej z jego walk. Nie czuł do nich zawiści więc ze względu na ich czyny, lecz na to, jakiego społeczeństwa byli częścią.

Osobą, której szczerze nienawidził z głębi swojego skostniałego serca była ta, którą zastał w swojej sali po minięciu strażników i wkroczenia do środka. Smukła kobieta w masce Kanohi na twarzy, odziana w srebrno-niebieski pancerz i błękitną pelerynę, opadającą leniwie na znajdujący się pośrodku pomieszczenia stół, na którym owa kobieta właśnie siedziała z założonymi nogami i widniejącym na twarzy uśmiechem, którego Kraavos tak bardzo nie znosił.

- Co tu robisz, Tanith? - rzucił Kraavos. Toa Wody uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a niechęć mężczyzny do niej jeszcze bardziej wzrosła.

- Po prostu, martwiłam się o ciebie, Kraavosie - odparła kobieta spokojnym, delikatnym głosem, a jednak niosącym w sobie nutę arogancji. - Słyszałam, że nie miewasz się najlepiej w ostatnich dniach. Najpierw dajesz się pobić jakiemuś Toa, potem twój statek idzie na dno… Pomyślałam, że sprawdzę, czy wszystko w porządku. - Zamrugała niewinnie oczami.

Za to właśnie generał jej nienawidził. Tanith poniosła klęskę - pozwoliła pokonać się grupie Toa, mimo, że cała wyspa należała do niej, a ona sama miała do dyspozycji potężną armię. Udało się jej uciec - co tylko świadczyło, że Toa, z którymi walczyła, byli równie wielkimi nieudacznikami jak ona - i powrócić na Artidax, a jednak za przegraną… nie spotkała ją żadna kara. Kraavos nie mógł pojąć, jakim cudem Tanith, mimo poniesienia tak druzgocącej porażki, znajdowała się w hierarchii niewiele niżej od niego. Jednakże ich pan miał dla niej jakąś rolę w swoim planie i tylko to powstrzymywało Kraavosa przed wymierzeniem jej takiego kopniaka, który sprawiłby, że spaliłaby się na popiół po dotarciu do słońca.

- Nie mam czasu na twoje gierki - powiedział, podchodząc do stołu, na którym rozrysowane były liczne mapy z zaznaczonymi pozycjami wojsk, machając ręką, by przepędzić z niego Tanith. - Muszę coś odzyskać.

- Och, chodzi ci o mapę do Słonecznego Kryształu? - zapytała, po czym wyszczerzyła się. - Wiem, gdzie ona jest.

Kraavos momentalnie wbił w nią swoje spojrzenie.

- Skąd? - spytał.

Na twarzy kobiety pojawił się tajemniczy uśmiech.

- Mam swoje sposoby.

- Mów! - rozkazał Kraavos.

Tanith zaśmiała się krótko.

- Dlaczego miałabym to zrobić? - odparła. - Jeśli podzieliłabym się z tobą moją wiedzą, mógłbyś wykorzystać ją przede mną i wtedy ja nie zdobyłabym mapy jako pierwsza…

Kraavos zmrużył gniewnie oczy.

- Masz wykonywać moje polecenia, Tanith - warknął. - Jestem twoim generałem!

- Och, ale nie na długo - powiedziała Toa Wody, przechadzając się wolnym krokiem po pomieszczeniu. - W końcu, jak myślisz, co się z tobą stanie, kiedy to ja odzyskam mapę i zaskarbię sobie łaskę naszego dowódcy? Hm? - Spojrzała na niego. - Czy naprawdę sądzisz, że będzie sens utrzymywać na stanowisku kogoś, kto zawiódł tyle razy i nie potrafił naprawić swoich błędów?

Kraavos zapowietrzył się, świdrując Tanith morderczym spojrzeniem. Uniósł zaciśniętą szkieletową pięść, gotów do wymierzenia ciosu, lecz w porę zreflektował się i spojrzał na Karsha, stojącego pod ścianą. Obserwował. Był całkowicie lojalny generałowi, lecz był także całkowicie lojalny ich panu. I nie zawahałby się donieść mu o tym, co wydarzyło się w tej sali.

Nie mogąc wyładować swego gniewu na Toa Wody, Kraavos uderzył pięścią w stół.

- Nie możesz tego zrobić! To nieuczciwe!

Tanith ponownie się zaśmiała. Jej głos zrobił się chłodny.

- Proszę cię, Kraavos - odrzekła, spoglądając na niego. - Mamy wojnę. Tu nie ma miejsca na uczciwość.

Uśmiechnęła się wyniośle, po czym skierowała się w stronę wyjścia.

- Chciałabym potowarzyszyć ci w twoich poszukiwaniach, ale mam własną reputację do odbudowania - powiedziała, po czym opuściła salę. Automatyczne drzwi zasunęły się za nią bezszelestnie.

Kraavos jeszcze przez chwilę stał w miejscu, wpatrując się zawistnym wzrokiem w metalowe drzwi, a przez jego umysł przelatywały dziesiątki myśli. Dopiero po paru minutach mężczyzna rozluźnił palce, do tej pory cały czas zwinięte w pięść. Rzucił do Karsha:

- Masz dostęp do jej danych?

Zakazianin skinął powoli głową.

- Doskonale - odparł Kraavos. - Wykradnij je i wyślij statek w miejsce położenia mapy. I zadbaj, by Tanith o niczym się nie dowiedziała.

W odpowiedzi Karsh odezwał się, po raz pierwszy tego dnia:

- To będzie nieuczciwe.

Kraavos uśmiechnął się pod maską.

- Tanith ma rację, Karsh. - Odwrócił się ku niemu. - Trwa wojna. Tu nie ma miejsca na uczciwość. - Podszedł powoli do panoramicznego okna, dudniąc metalowymi szponami o podłoże i popatrzył na morze. - Nie pozwolę, by ta larwa przywłaszczyła sobie moje zwycięstwo. Tanith popełniła błąd, zadzierając ze mną. I dopilnuję, by był on jej ostatnim.

2. PodróżEdytuj

Rozdział 6Edytuj

Po niskich, spokojnych falach oceanu z dumą prężył się pokaźnych rozmiarów żaglowiec, płynąc ku przygodzie. Mocarny statek skrzypiał lekko, przedzierając się przez wodę, a wokół niego panował kompletny spokój. Słońce zaczęło już wschodzić, rzucając swe ciepłe promienie na przemierzającą samotnie wodny bezkres „Chimerę”. Silnikom statku starczyło mocy jeszcze na niecałą godzinę podróży - teraz załoga była zdana jedynie na żagle. Śnieżnobiały materiał znów rozpostarł się na masztach, łapiąc chłodny morski wiatr w swe objęcia.

Strumień świetlistej energii wypływał z umieszczonej na piedestale obok steru mapy, wskazując kierunek żeglugi. Nikt z obecnych na pokładzie nie miał pojęcia, jak działa mistyczna sfera. Zdawała się być wypełniona czymś w rodzaju magii, czymś, czego nie dało się racjonalnie wytłumaczyć. To dawało załodze poczucie, że cel ich podróży, Słoneczny Kryształ, rzeczywiście może istnieć - wydawał się on być bowiem równie mistyczny i nierealny co sama mapa, a tę przecież mieli przed oczami.

Dalla siedziała na bukszprycie, z ręką spoczywającą na podwiniętym kolanie i spoglądała w bok, podziwiając świeżo wyłonione zza horyzontu słońce i jego odbicie w tafli wody. Gdzieś w oddali słychać było rozmowy pozostałych członków ekipy, lecz dziewczyna nie zwracała na nie uwagi. Były wystarczająco odległe i pozwoliły jej wsłuchiwać się w spokojny szum fal. Chłodne podmuchy powietrza zawirowały wokół niej, lecz jej to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - dreszcz, jaki przeszył jej ciało, okazał się być dość przyjemny.

Toa Wody uśmiechnęła się lekko, obserwując Aza, który zatoczył krąg dookoła statku, wracając z poszukiwań pożywienia i przycupnął z powrotem na ramieniu kapitana, po czym jej wzrok ponownie zwrócił się ku oceanowi.

- Piękny widok, prawda? - Usłyszała nad sobą czyjś głos.

Podniosła głowę, obracając ją i ujrzała Aparu, zjeżdżającego wolno po linie ze szczytu masztu, na którym umieszczone było jego bocianie gniazdo. Matoranin przykucnął na krawędzi falszburty, opodal Dalli. Choć mogło się wydawać, że dziewczyna speszy się na jego widok, nic takiego nie nastąpiło. Miast tego Dalla pokiwała lekko głową, przytakując.

- Tak, ocean wygląda tu zupełnie inaczej - powiedziała.

- Nie tylko ocean, ale też niebo - odrzekł Aparu z nieukrywanym zachwytem w głosie, wodząc spojrzeniem po niebieskim sklepieniu, na którym widniały przejrzyste obłoki chmur i kilka nielicznych gwiazd, które nie schowały się jeszcze mimo obecności słońca. - Jest… wspaniałe.

Dalla dopiero po chwili zrozumiała.

- Nigdy wcześniej go nie widziałeś, prawda?

Matoranin przytaknął.

- A przynajmniej nie pamiętam, żebym je widział.

Toa Wody zamyśliła się.

- To musiało być dla ciebie przykre, nie wiedzieć, jak wygląda świat poza jaskinią…

- Próbowałem się wymykać, wiele razy - powiedział Aparu. - Choćby tylko na chwilę, by móc zobaczyć niebo… Ale nie pozwalali mi, ze względów bezpieczeństwa. To zrozumiałe. - Westchnął. - Można by rzec, że moje życie zaczęło się dopiero kilka tygodni temu. Kiedy obudziłem się w jaskini, pamiętałem tylko jak mam na imię. I - jak się potem okazało - jak się żegluje. Dobrze, że Oduna wziął mnie pod swoją opiekę. Inaczej pewnie nadal tkwiłbym pod ziemią, dopóki wojna by się nie skończyła… O ile w ogóle się skończy.

Dalla nic nie odpowiedziała. Przez moment wpatrywała się w fale, słuchając ich szumu.

- Nie martw się - rzekła po chwili. - Zakończymy ją.

Pomyślała, jak śmiesznie musiało to brzmieć w jej ustach. Ale naprawdę chciała tego dokonać. Sprostać zadaniu, jakie przed nią stało i przezwyciężyć wszystkie lęki, które dominowały nad nią przez całe życie. Miała nadzieję, że jej się uda.

Inaczej jej przyszłość nie malowała się zbyt szczęśliwie.

Po kolejnej chwili spędzonej w ciszy na wpatrywaniu się w ocean, Aparu odezwał się:

- Chyba ktoś cię woła…

Dalla odwróciła się i zobaczyła stojącego na pokładzie Rebisa, spoglądającego w jej stronę i machającego do niej ręką. Poczuła nagły ścisk w brzuchu, który nadszedł w towarzystwie zdenerwowania, zaraz potem jednak potrząsnęła głową. Weź się w garść, powiedziała sobie w myślach. Jesteś teraz Toa.

Spojrzała na Aparu, a raczej na miejsce, w którym przed chwilą się znajdował, teraz bowiem już go tam nie było. Spojrzała w górę i dostrzegła jego sylwetkę wychylającą się z bocianiego gniazda. Uśmiechnęła się lekko. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jaki był do niej podobny - ona również przez lata nauczyła się bezszelestnie poruszać, nie chcąc zwracać na siebie uwagi innych. Przeniosła wzrok na Rebisa i machnęła do niego ręką. Po chwili podniosła się i balansując na bukszprycie, zeszła na deski pokładu, kierując się w stronę czekającego na nią przyjaciela.

Nie wiedziała, czego chce od niej Rebis i trochę ją to niepokoiło, postanowiła jednak nie zaprzątać sobie tym myśli. Bycie Toa wiązało się ze stawianiem czoła różnym wyzwaniom. Dalla zdecydowała, że zacznie od tych mniej niebezpiecznych.

Toa Ognia czekał na nią przy środkowym maszcie. W jednej ręce ściskał rękojeść swojego nowego złocistego miecza, którego gładka klinga odbijała promienie wstającego słońca. Drugą trzymał opartą na biodrze. Gdy Dalla zjawiła się przy nim, na jego twarzy zagościł charakterystyczny już dla niego dziarski uśmiech.

- Co się stało? - zapytała Toa Wody. Dostrzegła błysk w jego oczach.

- Spóźniłaś się na trening - odrzekł Rebis.

Zamrugała.

- Co… - odezwała się, zmieszana. Toa Ognia wyszczerzył się.

- Nie myślałaś chyba, że daruję ci je z powodu podróży?

Dalla rozejrzała się na boki.

- Ale… tu? Na statku?

- Dlaczego nie? - odparł Rebis, sięgając za maszt i chwytając opartą o niego włócznię dziewczyny. - Mamy dużo miejsca. - Rzucił broń ku Dalli. Toa Wody złapała za drzewce, spodziewając się, że ugnie się pod ciężarem włóczni. Wciąż nie przyzwyczaiła się do jej lekkości.

Rzeczywiście, pokład był wystarczająco obszerny, by przeprowadzić na nim walkę, a maszty i takielunek można by uznać za dodatkowe przeszkody urozmaicające trening. Dalla poprawiła uchwyt na drzewcu i spojrzała na boki. Przy bakburcie dostrzegła Ragana, siedzącego na deskach z rękoma opartymi na kolanach oraz Kaneo, która przyglądała się dwójce Toa, zawieszona na gejtawie, opierając się stopami o reling. Po przeciwnej stronie dziewczyna ujrzała pozostałą część ekipy. Spoglądało na nią tyle osób. Nie było to wiele, lecz Dalla nigdy nie miała takiej publiczności podczas treningów. Musiała się skupić.

- Gotowa? - spytał Rebis.

Dalla pokiwała głową.

Mężczyzna zamachnął się kilka razy mieczem i momentalnie dobył drugiego, po czym skinął towarzyszce. Dziewczyna podeszła bliżej, unosząc swoją włócznię, większą od niej o dobre bio.

Chwilę potem brzdęk metalu rozniósł się po całym statku i dalej, niesiony przez wiatr ku oceanowi.

Vox stał z założonymi na piersi rękoma, oparty plecami o reling, i przyglądał się pojedynkowi. Przypominał mu treningi, które on sam odbywał z Zaldiarem, jeszcze na Neitu. I tak jak wtedy, tak i teraz, obserwując dwójkę Toa, Vox nie mógł nie zauważyć dysproporcji pomiędzy walczącymi. Rebis miał twarde mięśnie i masywną budowę wojownika. Dalla zawsze wydawała się drobna, jednak w porównaniu z Toa Ognia, wyglądała na jeszcze drobniejszą.

- Jak myślisz, kto wygra? - odezwała się Arctica, stojąca obok Toa Dźwięku.

- Oni tylko ćwiczą, Arctica - stwierdził Vox. - Nie będzie „zwycięzcy”.

Toa Lodu uśmiechnęła się.

- Ćwiczyłam z Nero zbyt wiele razy, by nie wiedzieć, jak kończą się treningi - odparła. W odpowiedzi Vox również się uśmiechnął.

- Być może. Ale Dalla jest zbyt niedoświadczona, by skończyli poważniejszą wymianą ciosów.

- Więc może skusisz się na bardziej wymagający trening, który się taką skończy? - spytała Arctica, sięgając za plecy i zaciskając dłonie na rękojeściach Mroźnych Ostrzy, gotowa ich dobyć.

Vox pokręcił głową, śmiejąc się krótko.

- Wybacz mi, ale wolałbym zostawić statek w jednym kawałku, przynajmniej dopóki nie dotrzemy do celu - odrzekł i ponownie spojrzał na walczących.

Rebis naparł na Dallę, zamachując się mieczami. Toa Wody wystawiła drzewce włóczni przed siebie i mimo drobniejszej sylwetki powstrzymała cios. Oboje cofnęli się i zaczęli krążyć wokół siebie. Po chwili Rebis ponownie zaatakował, uprzednio markując cios. Dalla skrzywiła się, kiedy nie zauważyła zwodu i płaz miecza trafił ją w prawe udo. Spojrzała na towarzysza. Ten poinstruował ją, by lepiej starała się przewidywać ruchy oponentów, po czym kontynuowali starcie.

Stojący przy sterburcie opodal Voxa i Arctici Purrik przyglądał się walce z tajemniczym półuśmieszkiem na ustach. Opierający się plecami o reling obok niego Izaki obserwował dwoje Toa raz po raz wysuwając i obracając teleskopowe oko swojej maski.

- Stawiam na Dallę - odezwał się złodziej.

Izaki spojrzał na niego z uniesioną brwią.

- Z całym szacunkiem, przyjacielu - powiedział - ale to niemożliwe. Szanse, że Dalla wygra w walce z kimś znacznie bardziej doświadczonym od niej wynoszą w przybliżeniu trzy tysiące siedemset dwadzieścia do jednego.

Purrik roześmiał się, łącząc dłonie z tyłu głowy.

- W złodziejskich szajkach robiliśmy rzeczy, których szanse powodzenia były jeszcze niższe - rzekł. - Może jej też się uda.

- Nonsens. - Izaki pokręcił głową. - Zresztą, to tylko trening. Trudno oczekiwać tu jako takiego zwycięzcy. Nie chodzi w nim o pokonanie przeciwnika, a o nauczenie się nowych umiejętności - podkreślił.

- A co jest lepszym dowodem na to, że się ich nauczyło, jeśli nie pokonanie drugiej osoby?

Izaki wywrócił oczami i burknął coś pod nosem. Purrik roześmiał się po raz kolejny, słysząc jego poirytowany ton. Z jakiegoś powodu lubił się z nim drażnić. Rzadko trafiał na uczonych, z których mógł sobie postroić żarty swoją udawaną niewiedzą i ignorancją. W środowisku złodziei nie było takich osób, nie spotkał ich też zbyt wielu w jaskiniach pod miastem - większość „wielkich umysłów” była wykorzystywana przez Armię Nowego Świata i zapewne gdyby Izaki nie zakończył pracy dla XONOX-u, również byłby wśród nich. Purrik jednak doceniał fakt, że tak nie jest, w końcu dzięki temu miał okazję na poprawienie sobie humoru.

- Cóż, jak uważasz… - powiedział, podrzucając kciukiem widgeta.

Początkowo Toa Lodu starał się ignorować monetę - z czasem jednak soczewka jego teleskopowego oka zaczęła raz po raz na nią spoglądać, aż wreszcie mężczyzna odezwał się:

- Dobra, przyjmuję zakład.

Purrik uśmiechnął się triumfalnie i dalej obserwował trening.

Dalla i Rebis nadal walczyli. Na razie wszystko rozgrywało się powoli - Toa Ognia od czasu do czasu przerywał, by wytłumaczyć różne zasady i pozycje. Purrik oraz Izaki przyglądali się im, gdy pojedynek stawał się coraz intensywniejszy, a wymiany ciosów coraz dłuższe. Dalli udawało się skutecznie parować większość cięć, kilka razy nawet spróbowała wyprowadzić kontrę - nie kończyło się to oczywiście powodzeniem, Toa Wody była zbyt mało doświadczona, jednak starała się i szybko się uczyła. Rebis jeszcze nigdy nie widział w niej takiej determinacji - do większości treningów podchodziła z nieukrywaną niechęcią. Taka zmiana go cieszyła.

O reling uderzył kolejny widget.

- Też stawiam na Dallę - powiedział Kaleva, podchodząc do Toa Powietrza i Lodu.

Izaki westchnął.

- Proszę cię, Kaleva, myślałem, że chociaż ty będziesz myślał racjonalnie.

- Nie przesadzaj, dziewczyna ma szansę - odrzekł konstruktor. - Trochę więcej wiary w swoich współpodróżnych - dodał, zajmując miejsce między nim a Purrikiem.

- W twoje zdolności inżynierskie już dawno straciłem wiarę - powiedział Izaki, wzdychając. - Ale cóż, jak sobie chcecie. Więcej widgetów dla mnie.

Rebis i Dalla kontynuowali wymianę ciosów, lecz widać było, że walka była już nieco poważniejsza. Zaczęli pomału przesuwać się dookoła masztu i schodzić lekko w kierunku burty - Toa Ognia musiał uważać, by machnięciami mieczy przypadkiem nie uszkodzić olinowania statku. Dalla sprawnie radziła sobie z jego atakami, stosując się do wskazówek, które jej dawał. To, co powiedziała Huvatu było prawdą - rzeczywiście dobrze radziła sobie z włócznią. Choć jako strażniczka Wielkiej Biblioteki unikała walk, zdobyła już lekkie doświadczenie w posługiwaniu się tą bronią.

Potknęła się i zachwiała, omal nie lecąc do tyłu. Rebis mógł wykorzystać tę sytuację, by zadać nieszkodliwy cios, zszedł jednak mieczem nieco w bok, dając Dalli szansę, by się zablokowała. On miał dużo lepszą sytuację - nauczył się walczyć już jako Matoranin, kiedy wyruszał na poszukiwania bogactw z żeglarzami z najróżniejszych zakątków wszechświata - nie zawsze za ich wiedzą. Choć nawet gdyby nie bawił się w poszukiwacza skarbów, ktoś z jego charakterem nie mógł tak po prostu uniknąć starć w swoim życiu.

- Rozluźnij mięśnie, Dalla - powiedział, uderzając o drzewce broni dziewczyny. - Zbyt mocno ściskasz włócznię.

Toa Wody pokiwała głową i sparowała kolejny cios. Rebis momentalnie zamachnął się i uderzył mieczem z dołu, wytrącając broń z rąk towarzyszki. Zdezorientowana Dalla upadła na deski pokładu.

- A teraz zbyt lekko - dodał, uśmiechając się i ocierając strużkę potu z czoła. Trudno było mu to przyznać, ale zmęczyła go ta walka.

Izaki rzucił znaczące spojrzenie do Purrika i Kalevy. Ci jedynie pokręcili głowami ze zrzedniętymi minami i wcisnęli monety w otwartą dłoń Toa Lodu, który wyszczerzył się szeroko.

Rebis podszedł do dziewczyny i wyciągnął do niej rękę, chcąc pomóc jej wstać.

- Chyba skończymy na dziś?

Dalla chwyciła jego dłoń i podniosła się.

- Nie - odpowiedziała, samej się temu dziwiąc. - Jeszcze nie.

Rebis zamrugał, zdumiony. Zerknął na trójkę Toa przy sterburcie. Oni również wydawali się zaskoczeni - zwłaszcza Izaki, który cieszył się już z wygranego zakładu. Toa Ognia przeniósł wzrok na Dallę i przytaknął, przyjmując bojową postawę. Dziewczyna również ustawiła się w odpowiedniej pozycji i po chwili kontynuowali walkę.

Mężczyzna w Hunie wystawił klingę jednego miecza przed siebie, udaremniając Dalli pchnięcie włócznią, po czym uniósł drugi i zamachnął się, gdy dziewczyna znalazła się w zasięgu ciosu. Wtedy Toa Wody obróciła się, uderzając drzewcem o klingę Rebisa, pozbawiając go równowagi. Przykucnęła i odbiła się stopami od desek, lecąc do przodu.

Rebis nawet nie zauważył, kiedy ściskany w jego prawej ręce miecz wyleciał z dłoni, zawirował w powietrzu i wbił się w nadburcie za jego plecami, a czubek włóczni Dalli zatrzymał się na kilka centymetrów przed jego maską. Spojrzał zaskoczony na dziewczynę, która również była w szoku.

- Wygrałam…! - zakrzyknęła po chwili, jakby fakt tego, co się właśnie stało, dotarł do niej dopiero po pewnym czasie.

- Na to wygląda - odrzekł Rebis, klepiąc ją po ramieniu i zerknął z ukosa na Izakiego, który, wywróciwszy oczami - zarówno teleskopowym, jak i normalnym - wytrząsnął ze swojej sakiewki kilka widgetów i przekazał je śmiejącym się Kalevie i Purrikowi.

Spojrzał na Dallę. Cieszyła się, lecz dyszała ciężko, a po jej twarzy ściekały strużki potu. Nogi zaczęły jej drżeć.

- Dobra - powiedział - chyba naprawdę już starczy.

Pozwolił Toa Wody wesprzeć się na jego ramieniu i razem z nią usiadł na schodkach prowadzących na rufową nadbudówkę. Obserwujący ich Ragan uśmiechnął się z lekka.

- Co cię tak bawi? - zapytała Kaneo, spoglądając na niego.

- Nigdy nie sądziłem, że Rebis kiedykolwiek stanie się nauczycielem - odparł Toa Ziemi. - Jako Matoranin był znacznie inny, znacznie mniej… rozgarnięty. To ja przeważnie udzielałem mu rad. A on ich nie słuchał. Nigdy bym nie pomyślał, że stanie się kimś takim. Był ostatnią osobą, po której się tego spodziewałem.

- Wojna zmienia ludzi - skwitowała Matoranka.

Ragan spojrzał na Rebisa, rozmawiającego z radosnym błyskiem w oczach z przyjaciółką.

- Nie wydaje mi się, żeby to wojna tak go zmieniła - powiedział, uśmiechając się.

***


Tej nocy ekipa zebrała się w kajucie kapitańskiej. Zajmując miejsce przy obszernym stole, na którym stała niewielka lampa bijąca żółtym blaskiem, będąca jedynym źródłem światła w pomieszczeniu, Toa wsłuchiwali się w opowieści Oduny o jego przygodach z dawnych wypraw. Oprócz Toa i kapitana, w pomieszczeniu znajdował się również Aparu - którego zjawienia się jak zwykle nikt nie zauważył - siedzący w kącie, skryty w cieniu oraz, rzecz jasna, Az, który usadowił się na półce nad łóżkiem Oduny i czyścił dziobem swoje metalowe skrzydła. Kaneo zaglądała od czasu do czasu do kajuty przez otwarty bulaj, huśtając się na jednej z lin dookoła żaglowca.

- …a oba statki uwięziły nasz między sobą. Doszło do abordażu z dwóch stron, wyobrażacie to sobie, ha? - mówił kapitan z przejęciem w głosie, wymachując rękoma, a jego hak świstał w powietrzu. - Piraci wskoczyli na nasz pokład z mieczami w rękach. Jedni wykrzyknęli imię jakiegoś Toa Cienia, inni przysięgali zemstę za śmierć jakiejś kobiety… I wtedy… zaczęli między sobą walczyć! Jakby bili się o to, kto dostanie nasz statek, ha! Moja załoga szybko to wykorzystała i zaczęliśmy wybijać ich, kiedy odwrócili od nas uwagę! Sam powaliłem z trzy tuziny, ale ich wciąż przybywało!

Siedząca pod ścianą Arctica spojrzała z ukosa na Voxa, zajmującego miejsce obok niej. Zauważyła, jak kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu, gdy słuchał opowieści kapitana.

- Z czego się śmiejesz? - zapytała szeptem.

Toa Dźwięku zerknął na nią.

- Z tego, jak bardzo niewiarygodna jest ta historia - odrzekł, otaczając ich oboje dźwiękową barierą, by nikt nie usłyszał ich słów. - Matoranin powalający w pojedynkę trzy tuziny piratów? I sam fakt, że dwa statki pirackie zaatakowały jeden w tym samym czasie wydaje się być nieprawdopodobny. Chyba, że masz wielkiego pecha.

- Więc nie wierzysz w tę historię?

- Nie w każde jej słowo.

- Mhm. - Arctica pokiwała głową. - A co byś pomyślał, gdybym powiedziała ci, że pewien Toa Dźwięku udał się w pojedynkę do skutego lodem miasta, pokonał Skakdi, śmiercionośnego robota z mocami opartymi na dźwięku, pajęczego mutanta i innego Toa, który próbował go zabić, a potem mimo obrażeń ukradł motor jednego z nich i ruszył na pomoc dziewczynie, którą poznał parę dni wcześniej, żeby uratować ją z rąk obłąkanego mistrza psychotroniki? - Uśmiechnęła się znacząco, unosząc brew.

Vox cicho zachichotał.

- Pomyślałbym, że ten Toa Dźwięku był zbyt szalony, by przeżyć kolejne dni.

Arctica roześmiała się, lecz w porę się opamiętała, zasłaniając usta ręką i wyciszając się. W końcu mogłoby wydać się dziwnym to, że śmieje się, nie wydając żadnego odgłosu. Vox uśmiechnął się pod nosem, opuszczając dźwiękową barierę. Do obojga Toa dotarły słowa Oduny, ciągnącego swą opowieść. Po twarzach pozostałych można było zauważyć, że oni również zaczynają powątpiewać w autentyczność opisywanej przez Matoranina walki z piratami. Znużona Dalla spojrzała ukradkiem na Aparu, a ten jedynie uśmiechnął się. Słowa kapitana nie zdawały się robić na nim żadnego wrażenia - zupełnie tak, jakby miał do czynienia z nimi już wcześniej.

Wreszcie Oduna uderzył pięścią i hakiem w stół, kończąc swoją opowieść:

- …i wtedy żagle obu pirackich statków stanęły w płomieniach, a my byliśmy w stanie bezpiecznie się stamtąd wyrwać, z ich krwią na naszych rękach, ha!

Powiódł wzrokiem po pozostałych, zapewne oczekując oklasków czy odgłosów zachwytu. Toa spojrzeli po sobie.

- To… interesująca historia - odezwał się Izaki - choć jej wiarygodność wydaje się być nieco… wątpliwa.

Matoranin zmarszczył czoło.

- Chcesz powiedzieć, że to sobie wszystko zmyśliłem?! - Pochylił się nad stołem. - Myślisz, że jak niby zdobyłem ten hak?! - zapytał, wymachując protezą dłoni przed twarzą Toa Lodu.

Siedzący naprzeciwko naukowca Rebis roześmiał się.

- Spokojnie, kapitanie. Nikt nie ma zamiaru podważać prawdziwości twoich słów - powiedział, odchylając się do tyłu na krześle. - Więc… kto opowiada następną historię?

Nim ktokolwiek zdążył zabrać głos, Purrik odezwał się:

- Ja znam kilka ciekawych historii…

Przerwał mu głośny pomruk niezadowolenia kilkorga ze zgromadzonych - tak, jak Aparu słyszał już wcześniej opowieści kapitana, tak większość reszty drużyny słyszała już opowieści Toa Powietrza.

- Bez obrazy, przyjacielu, ale opowiadałeś już historie o swoich przygodach w złodziejskich szajkach dziesiątki razy - powiedział Izaki. - Zdaje się, że znamy je już na pamięć.

Purrik jedynie prychnął.

- Ja przynajmniej mam co opowiadać. Jedynym interesującym wydarzeniem w twoim życiu była przemiana w Toa. - Posłał Izakiemu kąśliwy uśmiech.

Między dwójką Toa wywiązała się sprzeczka - nie pierwsza w ciągu ostatnich tygodni - ku uciesze Toa Powietrza i zażenowaniu niektórych z pozostałych członków ekipy, którzy westchnęli głośno, kręcąc głowami, lub przyłożyli dłonie do czoła. Obserwujący Izakiego i Purrika Kaleva zaśmiał się cicho. Siedząca między nim a Rebisem Dalla zerknęła na niego.

- A ty, Kaleva? - odezwała się. - Dlaczego właściwie zostałeś Toa?

- Och. - Mężczyzna w Komau zamrugał. - To bardzo proste. Samodzielnie pokonałem tuzin dronów. Jako Matoranin.

Dziewczyna uniosła brew. To była już druga osoba, która dokonała „bohaterskich czynów” jako Matoranin. Kto będzie następny?

Widząc niedowierzanie w jej oczach, Toa Kamienia natychmiast się sprostował:

- Sytuacja nie wyglądała najlepiej. W mieście pełno żołnierzy, a ja byłem zdany tylko na siebie w mojej pracowni. Zebrałem więc kilka… no, może kilkadziesiąt… wolnych części i samemu zbudowałem maszynę, w której stanąłem do walki. - Zacisnął pięści, jakby chciał odtworzyć tamtą scenę. - I mówię ci, naprawdę dobrze mi szło, udało mi się w końcu powalić cały tuzin tych robotów… Mniej więcej. Tyle, że… z jakiegoś powodu… moja maszyna potem nie chciała ze mną współpracować… Naprawdę nie mam pojęcia, co mogło pójść nie tak. Wszystko dokładnie rozplanowałem, daję słowo!

Osłupiała Dalla wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę z wciąż uniesioną brwią, po czym pokiwała niepewnie głową i spojrzała w kierunku dalej sprzeczających się Purrika i Izakiego. Wreszcie uciszył ich Ragan, odchrząkając. Jego donośny głos natychmiast skupił na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych. Spojrzenia całej ekipy momentalnie powędrowały w jego stronę.

- Być może zamiast opowiadać sobie niestworzone historie… - Na te słowa kapitan posłał mu ciężkie spojrzenie, Toa Ziemi jednak zignorował to. - …wolelibyście usłyszeć coś o Słonecznym Krysztale i wyspie, na którą zmierzamy?

Znużone opowieściami Oduny oczy pozostałych w jednej chwili stały się jakby bardziej ożywione.

- Wiesz o nich coś więcej? - zapytała Arctica.

- Oczywiście, że wiem - odparł mężczyzna, przytakując. - Przed wyruszeniem w podróż przestudiowałem dokumenty i kroniki, jakie udało nam się znaleźć. Mieliśmy się przygotować do podróży, pamiętacie?

Toa spuścili na moment wzrok. Rzeczywiście, nikt poza Raganem nie wpadł na pomysł, by przeczytać informacje, jakie mieli na temat poszukiwanego artefaktu.

- I… - mówiła dalej po chwili Arctica. - Czego udało ci się dowiedzieć?

- Cóż - odrzekł Ragan - choć sporo źródeł wspomina o Słonecznym Krysztale, nie ma w nich zbyt wielu konkretnych informacji. Na pewno wiadomo to, że znajduje się on w świątyni na „wyspie otoczonej mgłą”. Niestety, żaden z dokumentów nie podaje, gdzie dokładnie ta świątynia ma się znajdować, będziemy więc zdani jedynie na naszą mapę. Ponadto, świątyni strzeże strażnik, o którym wspominała już Dalla. - Spojrzał na Toa Wody siedzącą naprzeciwko. - Akkaratus.

Ekipa spojrzała po sobie.

- Czy… - odezwał się Rebis. - Wiadomo coś więcej na jego temat?

- I tak, i nie - stwierdził Toa w Ruru. - Kroniki są dosyć niejasne pod względem jego opisu, inne nawet w ogóle nie wspominają nic o nim, za wyjątkiem jego imienia. A z tych, które mówią coś więcej, trudno odczytać cokolwiek konkretnego, ze względu na zniszczenia, jakim uległy po ataku na Wielką Bibliotekę. Jednakże… - Ragan przejechał wzrokiem po zgromadzonych. - Jest jedno, które podaje dość szczegółowe informacje. Mianowicie, Akkaratus podobno jest przedwiecznym stworzeniem, uśpionym na wyspie, który ma obudzić się, gdy Kryształowi zacznie zagrażać niebezpieczeństwo. Ponoć jego uścisk jest w stanie skruszyć nawet najtwardszą skałę, a jego siła wstrząsnąć całą wyspą.

Na moment zapadła cisza, jakby Toa poczuli aurę grozy, jaką roztaczał wokół siebie tajemniczy strażnik, mimo, że jeszcze nawet się z nim nie spotkali.

- A sam Kryształ? - spytał Vox. - Co o nim wiadomo?

- Cóż, jest z nim podobna sytuacja, jak z jego strażnikiem - odparł Ragan. - Wiele dokumentów o nim wspomina, mało w nich jednak konkretów. Większość to ta sama powtarzana informacja: Kryształ ma ogromną moc. Moc tak wielką, że boi się jej sam Wielki Duch - to już na pewno słyszeliście. - Kilkoro Toa pokiwało głowami. - Swoją nazwę zawdzięcza swojej żółtej barwie oraz jasnemu światłu, jakim emanuje. Poza tym trudno jest znaleźć coś więcej, jednak kilka ciekawych informacji dostarczają nam źródła opisujące mapę do Kryształu. Co prawda nie mówią one bezpośrednio o „Słonecznym Krysztale”, lecz o „artefakcie, w którym zawarto moc dwojga Stwórców - Kabriusa i Aeny”. Nie pytajcie mnie, co oznaczają te imiona, ponieważ sam nie wiem. Być może chodzi o Wielkiego Ducha, jednak w wierzeniach osób, które to zapisywały, uznawany jest on za dwie osoby - być może jedną odpowiedzialną za zło, drugą za dobro we wszechświecie. To popularny motyw.

- Zgodzę się - wtrącił Izaki - ale wydaje mi się to nie mieć sensu. Wielki Duch miałby obawiać się własnej potęgi?

- Słuszna uwaga - stwierdził Ragan. - Jak już mówiłem, wokół Kryształu jest wiele niejasności…

- …na przykład takich, czy on w ogóle istnieje - powiedział Toa Lodu.

Ragan spojrzał na niego, wzdychając bezgłośnie.

- Skoro wątpisz w jego prawdziwość, Izaki - odrzekł - dlaczego w ogóle zgodziłeś się wyruszyć na tę wyprawę?

- Żeby odkrywać - stwierdził tamten. - Odkrywanie zawsze było moją pasją, dobrze o tym wiesz. Dlatego zgodziłem się pracować dla XONOX-u. By odkrywać nowe rozwiązania i wcielać je w życie dla lepszej przyszłości nas wszystkich. Podczas gdy ty cały czas tkwiłeś z reliktami przeszłości. Przeżytkami.

Ragan puścił tę uwagę mimo uszu. Zamiast tego odrzekł:

- Więc będziemy odkrywać razem. - Następnie zwrócił się do reszty: - Jest jeszcze coś. W prywatnych zbiorach jednego ze Steltiańskich historyków udało nam się znaleźć pewną ciekawą informację. Ponoć Słoneczny Kryształ jest w stanie zdobyć jedynie najwspanialszy i najszlachetniejszy wojownik o najczystszym sercu…

Arctica rozszerzyła oczy na te słowa. Już wcześniej je słyszała. Wypowiadał je król niewolniczego królestwa, do którego trafiła lata temu w celu obalenia jego rządów. Mówił tak o bohaterze, który miał zaprowadzić go do skarbu - skarbu, którym okazała się być mapa do Słonecznego Kryształu. Mówił tak, kiedy ona i Nero…

Nero…

Poczuła smutek na wspomnienie przyjaciela, który tak bardzo starała się w sobie przez ostatni czas stłumić. Opadła bezwiednie na krzesło, zwieszając głowę. Nagle słowa Ragana stały się dla niej tak odległe - nie słuchała już ich. Z jakiegoś powodu nie wydawały się już dla niej istotne. Wiedziała, że to głupie, a jednak… Pokręciła głową, próbując pozbyć się przygnębiających myśli i wziąć się w garść, nie czuła się już jednak tak jak wcześniej. Zabliźniająca się rana znów zaczęła się otwierać.

Widząc zmianę emocji na jej twarzy, Vox przysunął się do niej.

- Arctica? Wszystko w porządku?

Potrząsnęła głową, zmuszając się do krótkiego uśmiechu.

- Tak, tak… - odpowiedziała. - Po prostu… Czuję się senna. Chyba położę się spać.

Nie dając mu czasu na odpowiedź, wstała z krzesła, pożegnała się z drużyną i wyszła z kajuty po schodach prowadzących na pokład, by jeszcze na chwilę przed snem odetchnąć nocnym powietrzem.

Rozdział 7Edytuj

Obudziła się zlana potem.

Momentalnie zerwała się do pozycji siedzącej, ciężko dysząc, i chwilę zajęło jej uświadomienie sobie, gdzie dokładnie się znajduje - w swojej kajucie na pokładzie „Chimery”. Drżącą ręką sięgnęła po lampę, rozpraszając mrok pomieszczenia i rzucając na ściany słabawe, pomarańczowe światło. Arctica wodziła przez moment wzrokiem po pokoju, po czym westchnęła ciężko, opadając na łóżko i odetchnęła z ulgą, ciesząc się w duchu, że okazała się być w takim, a nie innym miejscu.

Znów śniły jej się koszmary. Ostatnio nawiedzały ją zbyt często, a każdy kolejny był gorszy od poprzedniego. Wszystkie jednak były na swój sposób podobne - we wszystkich widziała Nero. Majaczył gdzieś w oddali, a ona nie mogła go dosięgnąć, mimo, że starała się ze wszystkich sił. Biegła najszybciej jak potrafiła, ale dystans dzielący ją od zaginionego przyjaciela wcale się nie zmniejszał, a otaczający ją świat powoli tonął w ciemności, z której zaczęły wyłaniać się… straszne rzeczy…

Potrząsnęła głową, starając się nie myśleć o potwornych obrazach nocnych mar. Obróciła się na bok w kierunku niewielkiego stolika znajdującego się przy jej łóżku, na którym stało kilka z zabranych przez nią z domu na Artas Nui lodowych figurek. Miniaturowe krystaliczne rzeźby szkliły się, odbijając światło lampy, niewrażliwe na jego ciepło dzięki mocy ich stwórczyni. Jakby chciały jej coś powiedzieć, lecz były niezdolne do wymówienia jakichkolwiek słów.

Uśmiechnęła się smutno, wbijając spojrzenie w figurkę przedstawiającą jej ukochanego, wiernie oddającą każdy jego szczegół. Arctica wyrzeźbiła ją niedługo po jego zaginięciu, póki jeszcze miała w umyśle dokładny obraz Toa Dźwięku. Wiedziała, że z upływem czasu obraz ten zacząłby się zacierać i zmieniać, dlatego stworzyła tę figurkę. By zachować najwierniejsze prawdzie wspomnienia.

Przejechała palcem po przezroczystej twarzy Nero, na której uwiecznił się jego charyzmatyczny półuśmiech, ten, który Arctica tak bardzo uwielbiała.

- Nero… - wyszeptała. - Dlaczego zniknąłeś? Dlaczego mnie zostawiłeś?

Przez moment wpatrywała się jeszcze w figurkę, po czym zakryła lampę, pogrążając kajutę w ciemności, rozpraszanej jedynie słabym blaskiem księżyca, wpadającym do środka pomieszczenia. Toa Lodu położyła głowę na poduszce, próbując zasnąć. Bez skutku. Spoglądała przez chwilę na odbijające gwiazdy morze przez bulaj, licząc, że w końcu ogarnie ją znużenie, to jednak nie nadchodziło.

Wreszcie Arctica podniosła się, narzuciła na siebie zbroję i opuściła kajutę, wiedząc, że tej nocy i tak nie uda się jej już pogrążyć we śnie.

***


Szła wolno okrętowym korytarzem, wodząc dłonią po drewnianej ścianie. Ocean był nadzwyczaj spokojny - Arctica nie czuła wcale kołysania statku, fale musiały być bardzo łagodne. Przez kratkę w suficie, wpuszczającą do wnętrza żaglowca światło księżyca, widziała środkowy maszt i pojedyncze lampy zawieszone dookoła niego, zapalone przez Kaneo tego ranka, kiedy wypływali, wciąż palące się, mimo chłodnych powiewów wiatru. Zupełnie tak, jak figurki Arctici wciąż trzymały się w jednym kawałku, mimo otaczającego ich ciepła. Toa Lodu zastanowiła się, czy przypadkiem Rebis nie ma z tym nic wspólnego.

Pomiędzy podporami wspierającymi maszt z dwóch stron, dziewczyna ujrzała również Vo-Matorankę, śpiącą smacznie na rozciągniętych linach niczym na hamaku. Nieco wyżej, w bocianim gnieździe, w świetle pojedynczej pochodni, choć niewyraźnie, dało się też dostrzec Aparu, także śpiącego. Jedyną przytomną osobą na pokładzie był Otamar, widoczny w blasku światła bijącego z umieszczonej opodal steru mapy. Arctica podziwiała jego oddanie. Wiernie trwał na swoim stanowisku, choć zapewne chęć pogrążenia się we śnie musiała być dla niego ogromna. Toa Lodu miała możliwość zaśnięcia, a mimo to jej umysł na to nie pozwalał. Życie bywało niesprawiedliwe.

Na końcu korytarza dostrzegła światło, sączące się przez szparę między podłogą a drzwiami. Podeszła i zatrzymała się przed wejściem do kajuty, wbijając spojrzenie w drzwi. Z tego co pamiętała, ta kajuta należała do Voxa. Przez chwilę wahała się, czy nie iść dalej. Wreszcie podniosła rękę i zapukała.

Zero reakcji.

Arctica jeszcze przez moment stała w miejscu, wyczekując. Zastanawiała się, czy nie powinna zapukać ponownie, lecz doszła do wniosku, że brak odpowiedzi po takim czasie był dla niej wystarczającym sygnałem. Westchnęła, spuszczając wzrok i już miała odejść, gdy naszła ją pewna myśl. Co jeśli Vox otoczył się dźwiękową barierą i nie usłyszał pukania? Zrobił to już wcześniej podczas spotkania w kajucie Oduny, mógł więc równie dobrze zrobić to i teraz.

Zawahała się. Wiedziała, że nie powinna wchodzić bez ostrzeżenia, postanowiła jednak zaryzykować. Pchnęła drzwi i weszła do środka.

Wewnątrz kajuty ujrzała Voxa, skąpanego w blasku stojącej na stole opodal lampy. Siedział na łóżku ze skrzyżowanymi nogami, z gitarą w rękach, wygrywając jakąś melodię. Początkowo do Arctici nie docierał żaden odgłos, jednak gdy zrobiła krok do przodu, przechodząc przez barierę, usłyszała słabnące dźwięki uderzanych strun.

Vox dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej przyjścia. Podniósł głowę, zaskoczony.

- Arctica? - odezwał się. - Co tutaj robisz?

- Nie mogłam spać - odparła dziewczyna. - Postanowiłam przejść się po statku i zobaczyłam, że też nie śpisz. Więc… pomyślałam, że do ciebie zajrzę.

Zmarszczył czoło.

- Skąd wiedziałaś, że nie śpię? Otoczyłem się przecież polem ciszy…

Arctica posłała mu znaczące spojrzenie.

- Widziałam światło przez szparę w drzwiach.

Vox przez chwilę wpatrywał się w nią zmieszanym spojrzeniem, po czym otworzył usta i palnął się w czoło, skojarzywszy fakty.

- No tak… - rzucił do siebie pod nosem. Arctica parsknęła śmiechem na ten widok. Toa Dźwięku ponownie spojrzał na nią i zapytał: - Czemu nie mogłaś spać?

- Koszmary - powiedziała, podchodząc bliżej i siadając na krawędzi łóżka. - Cały czas śniły mi się koszmary.

Uśmiechnął się półgębkiem.

- Skądś to znam…

- Też je miewasz? - spytała Arctica, unosząc brwi.

- Czasami - odrzekł. - Zwłaszcza odkąd przybyłem na Artas Nui. Odkąd rozmyślam.

- Nad czym?

- Różnymi rzeczami - stwierdził, wzruszywszy ramionami. - Nad swoim przeznaczeniem. Nad tym, co zrobię, gdy odnajdę Zaldiara. Nad tym, co zrobię, gdy go nie odnajdę. Nad tym, czy warto wracać do domu. I gdzie w ogóle jest mój dom. To wszystko odbija się na tym, o czym śnię.

Toa Lodu przysunęła się ku niemu bliżej, tak, że siedziała teraz tuż obok, z dłońmi wspartymi na kolanach i wpatrywała się w niego zaciekawionym wzrokiem. Vox dostrzegł błysk w jej w oczach. W rzeczy samej, zaintrygowały ją te słowa.

- Co ci się śni? - zapytała cicho.

Zamyślił się.

- Zaldiar - powiedział po chwili. - Przeważnie Zaldiar. Czasami widzę też siebie, w kolczastej zbroi, na czele jakiejś armii… a czasami obrazy, które nie do końca potrafię opisać. - Westchnął. - Śnią mi się też dobre rzeczy. A niektórych snów zwyczajnie nie pamiętam. Jednak to te… najgorsze najbardziej zapadają w pamięć. Dziwne wizje, których nie rozumiem. Tak jak tego, dlaczego mi się śnią.

- Boisz się - stwierdziła Arctica. - Dlatego to wszystko widzisz.

- Och, tak - powiedział Vox, przytakując. - Zdecydowanie czegoś się boję. Problem w tym… że nie wiem, czego.

Na moment pogrążyli się w ciszy, głębokiej i niezakłócanej dzięki dźwiękowej barierze. Dopiero po chwili Vox odezwał się:

- A ty? Co tobie się śni?

- Ocean - odparła Arctica. - Zamarznięty ocean. Ja na jednym brzegu, Nero na drugim. Próbuję do niego biec, ale wcale się nie zbliżam, a dookoła gęstnieje mrok. Wreszcie zapada ciemność i wtedy się budzę. I tak niemal każdej nocy, odkąd Nero zaginął. Za każdym razem to samo. - Wydała z siebie ciche westchnięcie, odchylając się do tyłu. - Nadal za nim tęsknię, ale myślałam, że po tym, jak… przestałam zamykać się na innych, będzie mi łatwiej się z tym pogodzić. I owszem, coraz rzadziej dręczą mnie wspomnienia. Ale nie podczas snu.

Na twarzy Toa Dźwięku ponownie zagościł półuśmiech.

- Radzenie sobie z tęsknotą za kimś bliskim nie należy do najłatwiejszych. Coś o tym wiem.

Również się uśmiechnęła. Przez moment siedzieli w ciszy, jedynie Vox raz po raz trącał jedną ze strun swojego instrumentu. Arctica przeniosła na niego swój wzrok.

- Wiesz - zaczęła - ze wszystkich rzeczy, których nauczył mnie Nero… Nigdy nie nauczył mnie grać na czymś takim. - Wskazała głową srebrną gitarę.

Vox uniósł brew.

- To nie takie trudne - powiedział. - Mogę ci pokazać, jeśli chcesz.

Nie sprzeciwiła się. Pozwoliła Voxowi, by zbliżył się do niej i położył instrument na jej kolanach. Ujął jej dłoń i przycisnął trzy palce dziewczyny do strun na pierwszych progach gryfu gitary, a drugą jej dłoń położył na mostku instrumentu, podając Arctice mały, płaski przedmiot w kształcie trójkąta o zaokrąglonych rogach. Po jego powierzchni dziewczyna stwierdziła, że musiał zostać wykonany z kości jakiegoś Rahi. Chwyciła niezgrabnie kostkę między kciukiem a palcem wskazującym i oparła ją na pierwszej, najgrubszej strunie.

Spojrzała na Voxa. Ten uśmiechnął się z lekka, kiwając głową.

- Śmiało - zachęcił ją.

Toa Lodu przejechała kostką w dół po wszystkich sześciu strunach. Niektóre z nich - szczególnie te niedociskane przez jej palce - zabrzmiały czysto, pozostałe jednak wydały z siebie krótkie, tępe dźwięki. Arctica skrzywiła się, słysząc to. Ponownie przeniosła wzrok na Voxa. Nie wydawał się być tym zażenowany, ku jej uldze. Zamiast tego powiedział:

- Musisz mocniej docisnąć struny. - Sięgnął dłonią ku jej palcom obejmującym gryf i przycisnął je mocniej do strun. Następnie skinął przyjaciółce głową, by ponownie uderzyła kostką. Arctica zrobiła to, a wtedy struny wydały z siebie dużo czystszy, harmonijny dźwięk - wciąż nieidealny, Vox uznał jednak, że brzmi całkiem dobrze jak na pierwszy raz. - Widzisz? Od razu lepiej.

Arctica rozluźniła palce i potrząsnęła dłonią.

- Boli… - powiedziała, spoglądając na organiczną tkankę opuszek jej palców, na których widać było odciśnięte struny gitary.

- Tak, na początku możesz odczuwać ból - przyznał Vox - ale z czasem zaczyna się go ignorować.

Dziewczyna spoglądała jeszcze przez chwilę na swoje opuszki, powoli wracające do pierwotnego stanu, po czym zacisnęła palce.

- Więc nauczyłeś się nie zwracać uwagi na ból?

Wykrzywił kąciki ust w ponurym uśmiechu.

- Myślę, że oboje w pewnym sensie się tego nauczyliśmy - stwierdził, chwytając gitarę i pogrywając na niej to, co próbowała zagrać Arctica, dokładając do tego dodatkowe akordy i pojedyncze dźwięki. Toa Lodu wsłuchiwała się w melodię, obejmując podwinięte pod brodę kolana. Nie wiedziała, czy to wina otaczającej ich dwójkę dźwiękowej bariery, czy też może jakiegoś innego sposobu, w jaki Vox wpłynął na otoczenie swoją mocą, ale odniosła wrażenie, że rozbrzmiewające dźwięki odbijają się od powietrza i wracają do niej, tworząc jeszcze przyjemniejszą atmosferę. Zapomniała o dręczących ją tej nocy koszmarach i poczuła się zaskakująco błogo, jakby muzyka ukoiła jej nerwy i pozwoliła umysłowi odetchnąć.

- Co to za melodia? - odezwała się po jakimś czasie.

- Jest z piosenki, którą śpiewano na Neitu, mojej ojczyźnie - powiedział Vox. - Zwłaszcza w tych… trudniejszych czasach. Sam nigdy nie lubiłem śpiewać jej z innymi przy ognisku, w przeciwieństwie do reszty mieszkańców… Ale mimo wszystko dodawała otuchy i nadziei, a te były wtedy bardzo potrzebne. Teraz przypomina mi o tamtej wyspie… a w ostatnich dniach chyba pełni nawet tę samą rolę, co na Neitu. - Trącił lekko kilka strun.

- Ta piosenka. - Arctica zerknęła na przyjaciela. - Jak ona brzmi?

Vox przymknął oczy i ponownie zaczął wygrywać melodię, śpiewając przy tym słowa piosenki, nisko i delikatnie. Toa Lodu oparła się o jego ramię i również przymknęła oczy, wsłuchując się w dźwięk słów swojego towarzysza:

Wędrujemy ze świtem o poranku
Nie boimy się nocnego cienia
Wędrujemy ze słońcem o poranku
Porzuciwszy troski i zmartwienia
Wędrujemy z nadzieją o poranku
Rozpraszając chłodny cień
Teraz żegnamy ciemną noc
I witamy nowy dzień
I witamy nowy dzień

Mężczyzna uderzył po kolei w każdą z sześciu strun od góry do dołu, kończąc melodię, i wraz z Arcticą wsłuchiwał się w bezruchu w słabnące dźwięki, rozpływające się w powietrzu.

- Jest… piękna - wyszeptała Toa Lodu. Jej głowa opadła z ramienia Voxa na jego pierś. - Zagraj jeszcze raz.

Przytaknął powoli. Objął Arcticę lewą ręką i położył dłoń na gryfie, by łatwiej było mu grać. Nie zareagowała. Wykrzywiła jedynie na chwilę kąciki ust w błogim uśmiechu, który zaraz potem jednak zniknął z jej twarzy, gdy przyjemne ciepło zaczęło pomału pogrążać jej umysł we śnie. Vox uśmiechnął się, widząc, jak palce jej zaciśniętych dłoni powoli rozluźniają się, i czując jej spokojny oddech na swojej piersi. Otoczył instrument cienką warstwą dźwiękowej zapory, tak, by muzyka nie była zbyt głośna dla jego towarzyszki, po czym ponownie zaczął grać, cicho śpiewając.

Wspomnienia koszmarów opuściły myśli Arctici, gdy pozwoliła dźwiękom jego wolnej, spokojnej melodii ukołysać się do snu.

Rozdział 8Edytuj

Donośny szczęk metalu rozniósł się po całym pokładzie.

Miecze Rebisa zawirowały ze świstem, kiedy Toa Ognia odepchnąwszy się zszedł z drogi grotowi włóczni Dalli. Broń dziewczyny dźgnęła powietrze w miejscu, w którym przed chwilą znajdował się jej przeciwnik, a sekundę później Rebis zamachnął się ostrzami, tnąc z góry. Dalla w porę wystawiła drzewce włóczni przed siebie, parując atak.

Rebis dostrzegł skrzywienie na twarzy przyjaciółki, gdy jej mięśnie zadrżały pod wpływem uderzenia. Dziewczyna zdołała jednak odepchnąć od siebie rywala i błyskawicznie zakręciła włócznią, uderzając Toa Ognia w splot słoneczny tępą częścią broni, po czym wymierzyła w niego ostrym grotem. Rebis zręcznie zablokował pchnięcie i uśmiechnął się. Nie dlatego, że miał przewagę. To był dobrze wyprowadzony cios. Dalla naprawdę szybko się uczyła.

To ona zaproponowała, by trenowali tego ranka, kiedy pozostali członkowie ekipy jeszcze spali. Rebis był tym zaskoczony, ale nie zamierzał odmówić - nawet jeśli perspektywa spędzenia w łóżku jeszcze jednej czy dwóch godzin wydawała mu się znacznie bardziej kusząca. Widział w oczach Dalli determinację i czuł, że odrzucając jej prośbę, zmarnowałby szanse na porządne wytrenowanie dziewczyny. W końcu przyswajanie nowych umiejętności przychodziło najlepiej wtedy, gdy się tego chciało.

Ale nie tylko to go cieszyło. Miał wrażenie, że trenując z Dallą, nadrabiał te wszystkie dni, podczas których byli rozdzieleni. Czuł się winny, że zostawił ją samą na tyle lat. Tak nie postępowało się z przyjaciółką. Dalla była jedyną osobą, która widziała w nim kogoś więcej niż tylko awanturnika szukającego kłopotów i skarbów. Nawet Ragan czasami tak o nim myślał, ona nigdy. Rebis natomiast widział w niej kogoś więcej niż tylko nieśmiałą Matorankę z biblioteki. Miał nadzieję, że szkoląc ją wynagrodzi jej to, że nie mógł być przy niej, kiedy tego potrzebowała. Zwłaszcza w trakcie wojny.

Skrzyżował miecze przed twarzą, a te zazgrzytały o grot włóczni. Dwoje Toa zatrzymało się teraz w miejscu, siłując się ze sobą.

- Musisz popracować nad mięśniami, Dalla - powiedział Rebis. - Brakuje ci krzepy.

Odepchnął ją od siebie, wybijając broń z jej dłoni. Dalla sapnęła, lecz w porę złapała za odlatujące drzewce i chwyciła broń oburącz, po czym błyskawicznie zrobiła obrót i uderzyła. Oręża dwojga walczących ponownie naparły na siebie.

- Ale przynajmniej jesteś szybka - przyznał Toa Ognia.

Dalla uśmiechnęła się nieśmiało. Przestała nacierać na Rebisa i cofnęła się. Oboje przez chwilę stali w miejscu, mierząc się wzrokiem. Wreszcie Toa Wody odetchnęła i ponownie natarła na przeciwnika, świstając grotem włóczni w powietrzu. Przypomniała sobie sztuczkę Rebisa z ich treningu wczorajszego dnia i zamarkowała cios, po czym zrobiła zamach i trafiła w bok głowy Toa Ognia tępą częścią włóczni.

Rebis jęknął, zatoczył się i runął na ziemię, wypuszczając bronie, przeturlał się po deskach pokładu i zatrzymał dopiero pod głównym masztem.

Dalla zakryła dłonią usta, zszokowana, odrzuciła swoją włócznię i podbiegła do przyjaciela, klękając przy nim.

- Rebis…? - odezwała się, potrząsając nim. Miał zamknięte oczy. - Rebis, nic ci nie jest…?

Z ust mężczyzny wydobył się słaby, niewyraźny głos:

- Nigdy… nie…

Nachyliła się bardziej nad jego głową, nie dosłyszawszy.

- Rebis…?

- Nigdy nie odsłaniaj się w walce! - powtórzył gwałtownie i rzucił się na nią, jakby chciał ją zaatakować, lecz zamiast tego złapał dziewczynę za ramiona. Dalla była zbyt zaskoczona, by się bronić - zresztą nawet, gdyby w porę zareagowała, nie miała włóczni - i po chwili obydwoje leżeli na deskach pokładu, śmiejąc się. Toa Ognia dopiero teraz uświadomił sobie, jak dawno nie słyszał jej śmiechu - szczerego, nie nerwowego czy nieśmiałego. Podobał mu się ten śmiech.

Wtedy właśnie rozległ się krzyk Aparu.

***


Vox otworzył oczy. Czerwone światło poranka wpadało długim strumieniem do kajuty przez bulaj. Do świeżo przebudzonych uszu mężczyzny dotarły stłumione dźwięki walki dochodzące z góry, a po krótszej chwili Vox usłyszał także głosy Dalli i Rebisa. Uśmiechnął się pod nosem. Zapewne znów trenowali. Jak niegdyś on z Zaldiarem.

Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu, a następnie jego spojrzenie spoczęło na leżącej na jego piersi Arctice. Wciąż spała. Mimo zbroi, jaką miała na sobie, wydawała mu się niezwykle lekka i mimo chłodu, jaki roztaczała wokół siebie, czuł ciepło bijące spod jej pancerza. Odchylił głowę do tyłu i zamyślił się. Przypomniał sobie obietnicę, jaką jej złożył. Pomoc w odnalezieniu Nero. Gdyby wciąż był tym samym Toa Dźwięku, który przybył dziesięć lat temu na Artas Nui w poszukiwaniu swego przyjaciela, uznałby za właściwsze odnalezienie Zaldiara, teraz jednak uważał, że podjął dobrą decyzję. Obawiał się czegoś innego.

Obawiał się, co się z nim stanie, gdy Arctica wreszcie odszuka swojego dawnego towarzysza.

Poczuł, że Toa Lodu się budzi. Arctica otworzyła powoli oczy i przez chwilę wiodła spojrzeniem dookoła, jakby zdezorientowana, lecz zaraz potem odetchnęła cicho i przeniosła wzrok na Voxa.

- Obudziłaś się - rzekł mężczyzna. - Ile koszmarów ci się śniło?

- Ani jeden - powiedziała Arctica, uśmiechając się delikatnie.

Toa Dźwięku odwzajemnił uśmiech, lecz moment potem jego twarz ponownie przybrała wcześniejszy, zamyślony wyraz. Arctica zmarszczyła brwi.

- Twój wyraz twarzy - odezwała się. - O co chodzi?

Potrząsnął głową.

- To nic takiego - stwierdził. Zaraz jednak dodał, napotkawszy jej spojrzenie: - Zastanawiałem się tylko, co… co się stanie, gdy odnajdziesz Nero. Co wtedy zrobisz.

Arctica odwróciła wzrok.

- Nie wiem - przyznała szczerze. Vox spojrzał na nią pytająco. - Przez cały ten czas skupiałam się tylko na jednym celu, jakim było znalezienie go. Tak bardzo, że nie mam pojęcia, co zrobię, gdy w końcu go osiągnę. - Westchnęła. - A ty? Co zrobisz, kiedy odszukasz Zaldiara?

Milczenie. Vox zamyślił się. Nie wiedział, czy byłby w stanie rozstać się z Artas Nui i wszystkimi, których tu poznał. Nadal tęsknił za swoją ojczyzną - i wciąż czekała tam na niego pewna bliska mu osoba - ale był też przekonany, że tak samo, lub nawet bardziej, tęskniłby tam za Nieugiętym Miastem. Nie był pewien, czy rzeczywiście powinien tam wracać. I czy chciał tam wracać. Wahał się.

„Nie wahaj się”, przypomniał sobie słowa Hikiry. „Życie jest za krótkie, żeby marnować je na wahanie”.

Uśmiechnął się w myślach. Czasami nienawidził Toa Błyskawic za to, jak często miała rację.

- Wrócę do domu - zdecydował. - Na Neitu.

Arctica przytaknęła powoli.

- Nie będziesz przejmował się rozstaniem z Artas Nui? - zapytała. - Wiem, że nie można o tej wyspie powiedzieć zbyt wiele dobrego… Ale mimo wszystko sporo na niej przeżyłeś. Oboje przeżyliśmy.

- Złożyłem tam obietnicę, Arctica - odrzekł. - Pewnej… bliskiej mi przyjaciółce. Że odnajdę Zaldiara i wrócę. Nie mogę jej złamać.

Zaśmiała się cicho.

- Aż taki jesteś słowny, hm?

Toa Dźwięku wzruszył ramionami.

- Staram się.

Dziewczyna spuściła wzrok.

- Czyli… oboje rozstaniemy się i pójdziemy własnymi drogami?

- Na to wygląda - odparł po chwili milczenia Vox.

W odpowiedzi dało się słyszeć ciche westchnięcie jego przyjaciółki.

- W takim razie - odezwała się. - Na wypadek, gdybyśmy nie mieli się już spotkać… - Spojrzała na niego. - …miło było walczyć u twojego boku.

Mężczyzna uśmiechnął się z lekka.

- U twojego również.

Arctica odwzajemniła uśmiech i ponownie położyła głowę na jego piersi. Toa Dźwięku opadł głową na łóżko. Słońce dopiero zaczęło wyłaniać się zza widnokręgu, a na górnym pokładzie Vox wyłapał jedynie głosy Rebisa i Dalli, którzy wciąż trenowali, nie spieszyło mu się więc ze wstawaniem na nogi. Wolał spędzić nieco czasu w spokoju z Arcticą, póki jeszcze mógł. Jak zauważył, ostatnimi czasy zaczął coraz bardziej doceniać jej obecność.

Wtedy właśnie rozległ się krzyk Aparu.

***


- Statek dronów na horyzoncie! Okręt militarny!

Ekipa natychmiast zebrała się na górnym pokładzie. Oduna podszedł do falszburty i sięgnął za pazuchę, wyciągając swoją lunetę. Az, przycupnięty na jego ramieniu, rozglądał się uważnie dookoła.

- Niech mnie przeciągną pod kilem! - krzyknął kapitan. Niewielki punkt widoczny w oddali rzeczywiście okazał się być statkiem Armii Nowego Świata po spojrzeniu przez lunetę. - Chłopak ma rację!

Odwrócił się, spoglądając na sternika.

- Otamar! Wiesz, co robić!

Su-Matoranin pokręcił w odpowiedzi głową.

- Silniki nie są jeszcze naładowane, kapitanie! - oznajmił. - Nie mogę użyć ich teraz, w najlepszym wypadku dopiero za godzinę.

- Spróbuj w takim razie jakoś ich wyminąć!

Otamar zerknął na mapę.

- Jeśli to zrobię, możemy zboczyć z kursu, a wtedy… - przerwał, do uszu całej załogi dotarł bowiem przeciągły, głęboki grzmot. Wszyscy powiedli spojrzeniem po niebie. Owszem, widniało na nim kilka chmur, nie przesłaniały one jednak w większej mierze widoku błękitu. Ciemne kłęby zaczęły gromadzić się dopiero w oddali przed statkiem, na południowym wschodzie.

Dalla zadrżała na ten dźwięk. Pozostali członkowie ekipy spojrzeli po sobie. Wiedzieli, co to oznacza.

- Burza… - wyszeptał sam do siebie Otamar, po czym zakręcił sterem. - Sztorm się zbliża! Nie wyminę ich, nie mogę wpłynąć statkiem prosto na szalejące morze!

Kapitan stłumił przekleństwo, uderzając drewnianym kołkiem o pokład.

- Więc będziemy musieli walczyć - mruknął, ponownie odwracając się ku nadburciu i raz jeszcze spoglądając przez lunetę. - Huvatu, leć do działa. - Skinął Fe-Matoraninowi.

- Aj, aj, kapitanie. - Mężczyzna skinął głową i już miał zamiar się oddalić, gdy ktoś powstrzymał go, chwytając za ramię. Matoranin obrócił głowę i ujrzał Rebisa, do tej pory spoglądającego ze zmrużonymi oczami na zbliżający się wrogi statek.

- Chwileczkę, skoro są tak blisko… - powiedział sam do siebie, nadal nie odrywając wzroku od okrętu, po czym zerknął na stojącego opodal Toa Lodu. - Izaki, pracowałeś nad tymi statkami. Jesteśmy w zasięgu ich dział?

Biały Toa rozszerzył soczewkę teleskopowego oka i uniósł prawą brew, zdziwiony, po czym przyjrzał się okrętowi. Po chwili odparł:

- Oczywiście, że tak. Te działa mają znacznie większy zasięg niż odległość, jaka nas teraz od nich dzieli.

Stojący obok niego Purrik obruszył się:

- Pomagałeś projektować te statki?!

- Przepraszam bardzo - odrzekł Izaki, spoglądając na niego i i zaciskając dłoń na relingu - ale robiłem to zanim okazało się, że mój pracodawca jest organizacją budującą armię maszyn mających podbić i zniewolić cały wszechświat!

Toa Powietrza już otwierał usta, by mu odpowiedzieć, Rebis uciszył go jednak machnięciem ręki.

- Skoro mogą do nas strzelać, a jeszcze tego nie zrobili, muszą mieć powód - powiedział. - Być może nie wiedzą, kto płynie tym statkiem.

Kapitan zerknął na niego.

- Więc co chcesz zrobić, ha? - odezwał się. - Masz jakiś plan, kamracie?

Rebis jeszcze przez chwilę wpatrywał się w statek dronów, po czym przeniósł spojrzenie na kapitana.

- Owszem, mam plan - oznajmił. - Pytanie tylko, czy dobry.

***


Trap uderzył o burtę „Chimery”, opierając się o nią. Jego powierzchnia połyskiwała w blasku promieni słońca, przesączających się przez coraz bardziej pochmurne niebo. Był wykonany z metalu, podobnie jak cały okręt, do którego należał i wszystko inne, co powstało na Artas Nui. To właśnie odróżniało tę wyspę od podobnej jej metropolii Miasta Legend. Tam w niektórych dzielnicach, takich jak Po-Metru, zachował się jeszcze pierwotny pierwiastek natury. Na Artas Nui wszędzie dominował metal.

Kapitan stał wyprostowany, z rękoma splecionymi za plecami oraz pogodnym półuśmiechem na twarzy i obserwował bacznie postacie wkraczające na pokład jego żaglowca. Jego wyraz twarzy był jedynie przykrywką. W jego głowie roiły się setki myśli, głównie obaw. Z ukrywaną trwogą spoglądał na dobrze zbudowanego Skakdi w czarnym pancerzu, z chustą zasłaniająca jego usta i metalowymi kolcami wystającymi z nagiej czaszki. Oduna nie znał jego imienia, ale rozpoznał w nim Inkwizytora Armii Nowego Świata.

Nie spodziewał się tu Inkwizytora. To komplikowało nieco sytuację, ale kapitan zdołał opanować zdenerwowanie. Musiał tylko trzymać się swojej roli i wszystko powinno pójść zgodnie z planem. Nie miał się czego obawiać - Toa ukryci byli pod pokładem, a mapa w rękach Aparu, który miał zająć się jej schowaniem. Reszta załogi, podobnie jak Oduna, także odgrywała swoje role.

Zakazianin Karsh zatrzymał się przed kapitanem i powiódł spojrzeniem swoich zielonych niczym żrący kwas ślepi po pokładzie. Towarzyszyła mu niewielka grupa dronów - reszta załogi mechanicznych żołnierzy pozostała na swoim okręcie, sczepionym z „Chimerą” linami. Kilka robotów zaczęło wyłaniać się spod pokładu. Oduna na ułamek sekundy zerknął na nich, lecz zaraz potem jego wzrok spoczął na Karshu. Kapitan wykrzywił usta w szerszym uśmiechu i powiedział radośnie:

- Inkwizytorze! Nie spodziewaliśmy się tu pana. Czymże zasłużyliśmy sobie na tę wiz–

Urwał, gdy Zakazianin uciszył go ruchem ręki. Mężczyzna wbił swoje oczy w Matoranina. Wystające z jego głowy metalowe kolce odbijały światło słonecznych promieni.

- Mapa - rzucił Karsh niskim, gardłowym głosem. Rzadko przemawiał, lecz kiedy już to robił, jego słowa potrafiły wrzynać się w umysł niczym ostry stalowy odłamek.

Oduna uśmiechnął się niepewnie i wyjął zza pazuchy zwinięty w rulon skrawek pożółkłego papieru, po czym podał go wyciągającemu ku niemu swoją pazurzastą dłoń Zakazianinowi. Inkwizytor wodził przez chwilę wzrokiem po rysunku - autentycznej starej mapie znalezionej w prywatnych zbiorach kapitana - po czym zmiął kartkę i odrzucił ją w bok. Ponownie spojrzał na Matoranina. Z jego ślepi wypływał niemal jad.

- Mapa - powtórzył. Jego słowu towarzyszył odgłos dobywanego ząbkowanego ostrza.

Toa zebrani w ładowni statku obserwowali sytuację na górze przez kratkę w suficie. Dalla spoglądała z przejęciem na Skakdi i jego żołnierzy zgromadzonych przed kapitanem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, drużynie uda się zatrzasnąć pułapkę. Z jakiegoś powodu Dalla miała jednak złe przeczucia. Oduna dobrze grał, lecz to mogło nie wystarczyć, by przekonać Inkwizytora. Dziewczyna nigdy przedtem nie widziała żadnego z nich, słyszała jednak o nich wiele, a ten tutaj nie wyglądał na takiego, którego dało się łatwo oszukać.

- Doprawdy nie wiem, w czym problem, Inkwizytorze - Toa dobiegł głos kapitana dobiegający znad pokładu. - Pokazałem przecież panu mapę szlaku morskiego na archipelag Kelek Sharan. Mieliśmy dostarczyć materiały do obozu–

Przerwał, kiedy nagle Karsh wystawił gwałtownie rękę przed siebie, a Oduna został odrzucony w tył, jakby trafiła go jakaś niewidzialna siła, po czym zawisł w powietrzu, przylegając plecami do rufowej nadbudówki. Jęknął boleśnie uderzywszy o drewnianą ścianę. Az zerwał się z jego ramienia w momencie odrzutu i teraz kulił się przestraszony za masztem.

- Hej, za kogo ty się masz?! - krzyknęła Kaneo, ściskając w dłoni sztylet i nadlatując na linie w kierunku Karsha, stojącego w miejscu z ręką wyciągniętą w stronę kapitana. Zakazianin bez słowa wystawił drugą dłoń w kierunku Kaneo, a wtedy ta boleśnie uderzyła o kolumnę podtrzymującą maszt, również szarpnięta tajemniczą mocą.

Inkwizytor powiódł spojrzeniem po pozostałych członkach załogi, jakby chciał do nich rzucić „Ktoś jeszcze?”. Obecni na pokładzie Huvatu i Otamar odwrócili wzrok. Karsh spojrzał ponownie na Odunę, po czym opuścił obie ręce, a wtedy zarówno kapitan jak i Kaneo runęli z łomotem na deski żaglowca.

- Przeszukać statek. - Zakazianin machnął ostrzem na swoich żołnierzy. Drony skinęły posłusznie głowami i rozeszły się po pokładzie. Część z nich zmierzyła do wejścia pod pokład.

- To nie będzie potrzebne, Inkwizytorze - rozległ się z góry czyjś głos.

Dalla rozszerzyła oczy ze zdumienia, gdy ujrzała, kto wypowiedział te słowa. Pozostali Toa również.

Aparu zsunął się na linie i wylądował na deskach „Chimery”. Przez ramię przewieszoną miał skórzaną torbę, z której wyjął właśnie pokrytą runami mistyczną kulę.

- Mapa jest przy mnie - powiedział, rzucając sferę w kierunku Karsha. Mężczyzna złapał ją w dłoń i schował pod okalającym jego ciało płaszczem. - Toa ukrywają się pod pokładem. Reszta załogi jest tutaj.

Widniejące na twarzy Oduny zdziwienie powoli ustępowało miejsca narastającej złości. Kapitan zmusił się do podniesienia na nogi, mimo bólu, jaki przeszył jego ciało po uderzeniu o kasztel i który nadal dawał się we znaki. Uderzył drewnianym kołkiem o podłoże, robiąc krok w kierunku Aparu. Az nadal obserwował całe zajście schowany za masztem.

- Co ty, Aparu, do kata, wyprawiasz, ha?!

- Wypełniam jedynie swoją powinność wobec Wszechświata Matoran, kapitanie - odparł spokojnie Aparu. - I wobec Armii Nowego Świata.

Oduna omal się nie zapowietrzył.

- Ty plugawy zdrajco! Ja biorę cię pod swoją opiekę, a ty tak mi się odwdzięczasz?!

Ta-Matoranin nie wydawał się być poruszony tymi słowami. Jego spojrzenie było dziwnie odległe, nieobecne. Oduna dopiero wtedy sobie to uświadomił - czas, jaki Aparu spędził w niewoli armii dronów był wystarczający, by namieszać w jego umyśle.

- Przykro mi, kapitanie - powiedział Aparu. - Toa są zagrożeniem i muszą ponieść śmierć. Ty i twoja załoga również podzielicie ich los, jeśli się nie podporządkujecie.

Oduna zmrużył oczy i zacisnął gniewnie pięść, powstrzymał się jednak od odpowiedzi. Zamiast tego spojrzał na Karsha, świdrującego go swoim wzrokiem. Leżąca na ziemi za plecami Inkwizytora Kaneo spoglądała błagalnie na kapitana. Jakby miała nadzieję, że mężczyzna ma jakiś plan. Oduna musiał jednak z ogromnym bólem przyznać, że nie miał. Otamar zerkał zza steru na pozostałych członków załogi. Zastanawiał się, czy nie użyć miotacza schowanego w skrytce pod sterem, co jednak taka broń mogła zdziałać w walce z uzbrojonymi po zęby mechanicznymi żołnierzami? Huvatu odwrócił się w kierunku działa, licząc, że uda mu się z niego skorzystać. Ze zgrozą zobaczył, że drogę do niego oddziela mu taksujący go czerwonym obiektywem dron.

- Chyba będziemy musieli popsuć wam zabawę - do uszu Matoran dobiegł głos Toa. Cała załoga, drony i Karsh odwrócili się w tamtym kierunku i ujrzeli Rebisa wraz z pozostałymi Toa, stojących u zejścia pod pokład, z bronią w dłoniach, gotowych do walki.

Mechaniczni żołnierze bez słowa wycelowali swoje Rhotuka w kierunku wojowników. Karsh zakręcił ostrzem w powietrzu, przyjmując bojową postawę.

Purrik uśmiechnął się pod nosem.

- Wreszcie jakaś walka.

Grzmot szalejącej w oddali burzy rozległ się w tym samym momencie, w którym Vox uwolnił na boki falę dźwiękową, odrzucając w tył przeciwników. Kilka dronów wypadło za burtę; Karsh zachwiał się, walcząc o zachowanie równowagi. Podniósł głowę i zobaczył Ragana oraz Kalevę, nadciągających w jego kierunku. Świder Toa Ziemi wydał z siebie przeciągły pisk, gdy jego wiertło zaczęło się obracać. Toa Kamienia zamachnął się swoją bronią, celując w ramię Inkwizytora. Zakazianin schował swoje ostrze do pochwy, po czym wysunął ręce, zatrzymując w powietrzu obydwu przeciwników.

W tej samej chwili Vox i Arctica rzucili się na Karsha, który nie miał już wolnej ręki, by ich zatrzymać, i razem z nim wypadli za burtę, po czym uderzyli o pokład metalowego okrętu dronów. Na pokładzie „Chimery” rozgorzała się walka. Purrik odepchnął dwójkę żołnierzy stojących mu na drodze i dopadł do falszburty, wspinając się na nią.

Spojrzał na wrogi statek, na którego pokładzie Arctica i Vox walczyli z Inkwizytorem. Kilka dronów wyłoniło się z wnętrza okrętu i zmierzyło w ich stronę, by pomóc swemu dowódcy.

- Długo czekałem na tę chwilę - roześmiał się, po czym skoczył i wylądował na statku przeciwnika, torując drogę biegnącym żołnierzom.

Zakręcił mieczami w powietrzu i ruszył do walki.


To, co działo się na pokładzie żaglowca, można było określić jako istny chaos. Zupełnie jak wtedy, gdy Toa zaatakowali mostek „Zdobywcy”. Z tą różnicą, że tym razem Dalla nie kuliła się w kącie pod ścianą. Tym razem walczyła. Widziała, jak drony rozpierzchły się po statku, stając do starcia z ekipą. Wszyscy obecni na pokładzie zostali pochłonięci w wir walki - nawet Matoranie - mechaniczni żołnierze skupiali jednak całą swoją uwagę na Toa. Jeden z nich zmierzał w kierunku Dalli.

Toa Wody przyjęła bojową postawę, ściskając oburącz grawerowane drzewce włóczni. Oddychała głęboko, spoglądając na zbliżającego się w jej stronę robota. Zachowaj spokój, powtarzała sobie w myślach. Pamiętaj, czego uczył cię Rebis.

Maszyna wyprostowała swoje ramię i wystrzeliła z działa śmiercionośny promień o równie krwiście czerwonej barwie, co jego oko. Dalla sapnęła i uchyliła się przed pociskiem, a ten uderzył o nadburcie za jej plecami, wyrzucając dziesiątki drzazg i szczątków drewna. Kolejny strzał nie był tak łatwy do ominięcia. Dalla zawirowała włócznią, blokując pocisk. Czerwona energia rozbryzgała się na boki po zderzeniu z włócznią, Toa Wody czuła jej ciepło, ale nie oberwała. Obroniła się. Nagle poczuła się znacznie pewniej.

Spojrzała na drona i zaszarżowała na niego.

Wydała z siebie bojowy okrzyk, by dodać sobie odwagi, po czym zamachnęła się włócznią, celując grotem w głowę maszyny. Na jego drodze stanęło wysunięte naramienne ostrze, które żołnierz wystawił przed siebie. Przeciwnicy naparli na siebie i zaczęli siłować się między sobą. Dalla poczuła, jak jej ręce zaczynają drżeć z wysiłku. Przypomniała sobie słowa Rebisa. Brakowało jej siły. Jej mięśnie były niczym w porównaniu z w pełni mechanicznymi tłokami i przekładniami ramion maszyny.

Stęknęła, gdy żołnierz odepchnął ją od siebie i krzyknęła, gdy szybkim ruchem wytrącił broń z jej dłoni. Cios był tak silny, że powalił dziewczynę na deski pokładu. Jej włócznia opadła parę bio dalej. Dalla natychmiast obróciła się ku niej i zerwała się na nogi, chcąc do niej podbiec, lecz ponownie runęła na pokład, wstrząśnięta spazmami bólu, gdy trafiła ją wiązka Rhotuka drona. Wyciągnęła desperacko rękę w kierunku włóczni, będącej tak blisko, a jednocześnie tak daleko, sieć jednak paraliżowała ją, uniemożliwiała jakikolwiek ruch.

Dalla zajęczała w konwulsjach, widząc, jak żołnierz zbliża się do niej szybkim krokiem. Czas jakby zwolnił.

Nagle ramię maszyny eksplodowało, trafione skupioną wiązką ognia, znacznie silniejszą, niż były to w stanie wytrzymać pancerze dronów. Czerwona postać nadleciała znad głowy Dalli i powaliła robota kilkoma szybkimi ruchami. Odcięte członki maszyny odleciały na boki, sypiąc iskrami. Rebis odwrócił się i złapał świetlistą sieć więżącą Dallę - jego twarz skrzywiła się, zignorował jednak ból - po czym szybkim ruchem zerwał ją z dziewczyny. Wyciągnął ku niej rękę, pomagając wstać, a następnie sięgnął po włócznię i podał ją Toa Wody.

- Nigdy nie odsłaniaj się w walce - powiedział, wyszczerzając się. Dalla odwzajemniła nieśmiało uśmiech, rozluźniając mięśnie, wciąż napięte po uwięzieniu w sieci. Wtem do uszu jej i Rebisa dobiegły odgłosy kolejnych wystrzałów.

Toa Ognia odwrócił się i błyskawicznie zamachnął ostrzami, parując strzały. Jego oczom ukazał się kolejny robot-żołnierz, mierzący do niego i Dalli z działa. Rebis momentalnie naskoczył na niego i po szybkiej wymianie ciosów uszkodził jego lewe ramię, z którego posypały się iskry. Wojownik odepchnął od siebie maszynę, po czym obrócił głowę ku Dalli.

- Ten jest twój - rzucił, uśmiechając się, i odskoczył na bok, nabiegając na kolejnego żołnierza, znajdującego się kilka bio dalej. Ten, z którym przed chwilą walczył, chwiał się przez moment na nogach, po czym wyprostował się, spojrzał na Dallę i wymierzył do niej z działa.

Toa Wody uchyliła się przed strzałem, przeturlała po deskach i dopadła do drona. Ich bronie zderzyły się.

Dalla krzyknęła, gdy ostrze drona przecięło ze świstem powietrze, przemykając tuż nad jej głową, gdy ją odepchnął. Dziewczyna zanurkowała pod jego ramię i spróbowała zaatakować od dołu. Bez skutku. To był zupełnie inny pojedynek niż te, które toczyła podczas treningów. Teraz walczyła z prawdziwym przeciwnikiem, próbującym ją zabić. Nie było forów. To nie były ćwiczenia.

Weź się w garść, Dalla, powiedziała sobie. Włócznia jest twoją bronią. Wykorzystaj ją. Ponownie przypomniała sobie słowa Rebisa. Nie była silna, ale poruszała się szybko. To również zamierzała wykorzystać.

Odchyliła się w bok, gdy żołnierz znów zamachnął się ostrzem. Ruszyła się szybko, lecz nie na tyle, by robot nie zdołał w nią trafić - choć celował w pierś, jego ostrze zerwało zbroję z prawego ramienia Dalli, zostawiając podłużną ranę na jej tkance mięśniowej. Toa Wody skrzywiła się, lecz nie ustąpiła. Zakręciła momentalnie włócznią - jej grot odbił promienie słońca, gdy te na moment wyłoniły się zza ciemnych chmur - po czym z impetem wbiła broń w uszkodzone ramię maszyny. To wypluło iskry i elektryczną wiązkę, która przebiegła po drzewcu i poraziła Dallę, ta jednak nie cofnęła się.

Krzyknęła gniewnie i z całej siły szarpnęła włócznią, wyrywając z trzaskiem kończynę robota. Obróciła się i uderzyła drugim końcem broni w głowę maszyny. Siła towarzysząca obrotowi była wystarczająca, by powalić żołnierza na ziemię. Dalla natychmiast przycisnęła go stopą do podłoża. Wiedziała, że długo tak go nie utrzyma - już czuła, jak metalowe ciało podnosi ją, próbując wstać - dlatego błyskawicznie wbiła grot włóczni w jarzące się oko drona. Robot jeszcze przez chwilę wierzgał kończynami, po czym opadł bezwładnie na ziemię. Kilka iskier wystrzeliło z jego głowy i upadło na deski, wygaszając się.

Dalla dźgnęła jeszcze pary razy żołnierza i kopnęła jego korpus, dając upust emocjom, po czym odetchnęła głęboko i uspokoiła się. Spojrzała na leżącą przed nią poległą maszynę.

Jej pierwszy pokonany przeciwnik.

Fale wezbrały się, czując zbliżającą się burzę. Oboma statkami zarzuciło. Liny sczepiające okręt dronów z żaglowcem napięły się. Wszyscy na pokładzie „Chimery” zachwiali się, gdy statek przechylił się na bok. Dalla zobaczyła Aparu, próbującego zachować równowagę, zmierzającego w kierunku burty, by przedostać się na metalowy okręt. Natychmiast rzuciła się w jego stronę, po drodze również walcząc o zachowanie równowagi. Dopadła do Matoranina i wbiła grot włóczni w podłogę tuż przed jego stopami.

- Nigdzie się stąd nie ruszasz - wycedziła. - Zdrajco.

Ostrze dobytego przez niego sztyletu zaświstało w powietrzu.

- Nie będziesz stała mi na drodze, szlajo - odwarknął Aparu, tnąc sztyletem. Dalla odchyliła się do tyłu, dając Matoraninowi szansę na wskoczenie na reling. Aparu odbił się od poręczy i poszybował w stronę pokładu okrętu mechanicznych żołnierzy. Nagle czyjeś ramię złapało go za kark i wrzuciło z powrotem na pokład „Chimery”. Nim zdezorientowany Matoranin zdołał podnieść się na nogi, wystrzelona w niego wiązka energii żywiołu lodu uwięziła go w krystalicznej bryle.

Dalla spojrzała zaskoczona na Izakiego, stojącego nad zamrożonym Aparu. Nawet nie zauważyła, kiedy ten się zjawił.

Toa Lodu wzruszył jedynie ramionami.


Purrik odepchnął się od Protostalowego pancerza i zatrzymał przed grupą żołnierzy. Po twarzy ściekały mu strużki potu i ciężko dyszał, lecz podobała mu się ta walka. Niegdyś nie miał zbyt wielu okazji do pojedynkowania się. Był złodziejem - w jego pracy chodziło o to, by nie zostać nakrytym, do starć dochodziło jedynie w ostateczności. On jednak lubił walczyć.

Choć musiał przyznać, że drony nie były łatwymi przeciwnikami.

Za jego plecami Arctica i Vox toczyli bój z Inkwizytorem. Przed sobą miał zmierzający ku niemu oddział maszyn. Jego ostrze na moment zabłysło czerwoną barwą, gdy zablokował nim laserowy pocisk. Spojrzał na rysy i bruzdy od jego cięć na zbrojach żołnierzy. Byli cholernie wytrzymali. To dobrze - im bardziej wymagający oponent, tym większa satysfakcja ze zwycięstwa.

- Pora się zabawić - wyszczerzył się Purrik i rozpostarł ramiona na boki, a następnie ruszył nimi do przodu, złączając swoje dwa miecze. Sięgnął do mocy żywiołu, przejmując kontrolę nad otaczającym go powietrzem. Wiatr przed nim nasilił się i zaczął dąć w zbliżających się przeciwników; kilku z nich zachwiało się, niektórzy nawet polecieli do tyłu, uderzeni podmuchem, większość jednak wciąż stała na swoim miejscu. Toa Powietrza jedynie uśmiechnął się pod nosem.

Zawiał silniejszy wiatr, tak potężny, że zaczął smagać wodę wokół statku, pchając jej spienione fale do przodu. Jeden z żołnierzy oddał strzał ze swojego działa, laserowy pocisk pomknął ku Purrikowi i zatrzymał się w powietrzu w połowie drogi, po czym zawrócił i uderzył w żołnierza. Czerwona energia spełzła po jego pancerzu, robot wciąż się trzymał. Złodziej zobaczył, jak stopy robotów zaczynają emanować światłem, gdy maszyny uruchomiły magnetyczne przyciąganie, by utrzymać się na pokładzie. Mozolnie i powoli zaczęły zmierzać ku Toa, walcząc z podmuchami. Mężczyzna napiął mięśnie i zmusił się do wysiłku, by jak najdłużej utrzymać panowanie nad wiatrem.

Spojrzał na żołnierzy. Naprawdę byli cholernie wytrzymali.


Huvatu z przejęciem obserwował sytuację na statku. Widział Rebisa uwalniającego Dallę z sieci i powalającego kolejnego drona. Widział Ragana i Izakiego, walczących z innymi robotami. Widział Odunę wymachującego swoją szablą, próbującego w pojedynkę stawić czoła maszynie. Pomagała mu Kaneo, bujając się na linie i tnąc sztyletami, które Fe-Matoranin wręczył jej przed dwoma dniami. Widział Aza, zataczającego kręgi w powietrzu dookoła żołnierza, jakby samemu chciał włączyć się do walki. Huvatu natomiast miał jeden, prosty cel.

Dostać się do działa.

Rzucił się w jego stronę, po drodze uchylając się przed zbłąkanym pociskiem Rhotuka, który przeleciał nad jego głową i trafił w przedni maszt, nie uszkadzając jednak go. Nagle przed Matoraninem jak spod ziemi wyrósł dron. Zaskoczona postać Huvatu odbijała się w jego połyskującym, czarno-złotym pancerzu. Matoranin instynktownie dobył broni - niewielkiego miecza z grawerowanym na niebiesko ostrzem - i przyjął bojową postawę. Dron wycelował w niego swoje działo. Czas stanął w miejscu.

Huvatu był specem od broni. Wiedział wszystko o mieczu, którego rękojeść ściskał właśnie w dłoniach. Wiedział wszystko o każdym orężu, jaki stworzył. Z każdym na swój sposób się zżywał. Przypomniał sobie, ile trudu włożył w wykonanie tej broni. Poczuł żal, wiedząc, że ostrze, nad którym tyle pracował, za chwilę się złamie, przyjmując na siebie strzał z działa.

W jednej sekundzie robot spoglądał na Matoranina pozbawionym emocji wzrokiem. W kolejnej jego oko zgasło, a ciało zwaliło się bezwładnie na ziemię. Huvatu zamrugał, widząc przed sobą Kalevę, trzymającego w dłoni kawałek jakiegoś urządzenia z wystającymi przerwanymi kablami, sypiącymi iskrami. W plecach drona dostrzegł lukę, również iskrzącą. Kształt urządzenia idealnie do niej pasował.

- Prosta konstrukcja - oznajmił Toa z uśmiechem. - Sam kiedyś nad podobną pracowałem.

Matoranin minął go i dopadł do działa. Usadowił się na stanowisku strzelca i chwycił za drążki.

Wycelował i nacisnął spust.


Pokład wypluł z siebie falę ognia, rozerwany wybuchem. Purrik z ulgą patrzył, jak wstrząśnięte eksplozją drony odrywają się od podłoża i odlatują w dal z wzniecanym przez niego wiatrem. Kiedy ostatni żołnierz zniknął mu z pola widzenia, dezaktywował swoją moc i upadł na kolana, ciężko dysząc. Czuł ogromny ból przeszywający jego ciało, spowodowany zbyt wielkim wysiłkiem i zbyt intensywnym korzystaniem z żywiołu. Musiał chwilę poczekać, niedługo to minie. Drony na razie były zajęte czymś innym, miał czas.

Spojrzał w stronę „Chimery”, na Huvatu ostrzeliwującego wrogi okręt ze swojego działa. Wykrzywił usta w uśmiechu. Jego towarzysze dobrze sobie radzili.

Usłyszał szczęk metalu i spojrzał za siebie. No, nie wszyscy jego towarzysze dobrze sobie radzili. Vox i Arctica nadal walczyli z Zakazianinem. Purrik zmusił się do podniesienia i zaczepił miecze na plecach, formując skrzydła, po czym wzbił się ze świstem w powietrze.


Przedostatni dron wypadł za burtę żaglowca. Liny sczepiające „Chimerę” z okrętem maszyn zatrzeszczały, napinając się. Metalowy trap wpadł z pluskiem do wody, odłączając się od nadburcia statku, kołysanego falami. Ocean stał się gwałtowny, burza była naprawdę blisko. Otamar z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się o tym przekonywał.

- Ragan! Izaki! - krzyknął zza steru. - Odczepcie liny!

Toa Ziemi skinął głową, przywalił masywną pięścią w ostatniego robota i rzucił się biegiem w kierunku burty wraz z Izakim. Dopadł do lin i w tym samym momencie co Toa Lodu, przewiercił dwie z nich za jednym razem, zamachując się świdrem. Statkiem szarpnęło. „Chimera” dała ponieść się falom, oddalając się od okrętu nieprzyjaciela. Była wolna.

I wpływała w sam środek szalejącego sztormu.

- Co z nimi? - odezwała się Dalla, wskazując na walczących Voxa i Arcticę.

Kapitan wyjrzał za burtę.

- Spokojnie, kamracie - odparł. Na jego twarzy pojawił się tajemniczy uśmieszek. - Dadzą sobie radę.


Vox zmełł przekleństwo, podnosząc się z ziemi po tym, jak po raz kolejny został odepchnięty niewidzialną siłą przez Inkwizytora. Wsparł się na kolanie i spojrzał na Zakazianina. Arctica nadbiegała ku niemu z bojowym okrzykiem na ustach i Mroźnymi Ostrzami gotowymi do cięcia. Rozległo się kilka metalicznych szczęków i po chwili Skakdi wystawił otwartą dłoń przed siebie, odrzucając Arcticę do tyłu. Dziewczyna przeleciała parę bio w powietrzu i uderzyła z łomotem plecami o metal, omal nie wypadając poza pokład.

Teraz Vox miał szansę. Zerwał się i ruszył na Inkwizytora, wystawiając Dźwiękowe Ostrze do boku, celując w udo odwróconego do niego plecami mężczyzny. Płaszcz Inkwizytora łopotał wściekle na wietrze, który stał się bardziej gwałtowny, podobnie jak fale. Mimo otaczającego go hałasu, wycia wiatru, szumu oceanu, eksplozji na pokładzie, Zakazianin usłyszał zbliżającego się oponenta. Jego zielone oczy zabłysły, gdy się odwracał. Vox wymierzył cios.

Karsh sparował go. Klinga miecza Toa Dźwięku zazgrzytała o ząbkowane ostrze Skakdi, gdy ich bronie się zetknęły. Sekundę później Karsh wyszarpnął broń z potrzasku i odepchnął od siebie Voxa mocą. Toa Dźwięku charknął, przywalając o pokład. Inkwizytor odpychał go, jakby korzystał z mocy Magnetyzmu, co było przecież niemożliwe. Był Skakdi, nie mógł używać mocy żywiołu w pojedynkę.

Zerknął na Arcticę, podnoszącą się opodal niego. Skinął głową. Ona zrobiła to samo.

Ruszyli razem.

Zawirowali wokół Karsha, naskakując na niego. Seria szczęków i zgrzytów rozniosła się po oceanie, gdy Skakdi parował ich ciosy, a oni blokowali jego kontry i sami próbowali wyprowadzić własne. Zakazianin był cholernie wymagającym przeciwnikiem. Nie dość, że mógł ich odpychać i przyciągać, to w dodatku jeszcze potrafił walczyć.

Karsh machnął ostrzem, odrzucając przeciwników do tyłu. Już miał pchnąć ich swoją mocą, gdy cały okręt zatrząsł się. Kolejna eksplozja wypluła w powietrze szczątki okrętu tuż obok walczących, odrzucając ich na boki. Vox uderzył o pokład na drugim krańcu statku. Karsh zachwiał się i upadł, a mapa wysunęła się spod jego płaszcza i potoczyła po podłożu, zatrzymując się dopiero przy Arctice, która znalazła się w pobliżu Inkwizytora. Spojrzała na kulę w tym samym momencie, co Karsh. Potem przeniosła wzrok na Inkwizytora. On na nią.

- Nie! - krzyknęła, rzucając się do przodu. Karsh uniósł dłoń, wpływając mocą na kulę, która również wzniosła się w powietrze.

Nim zdążyła dolecieć do Zakazianina, Arctica złapała ją w swoje ręce. Kurczowo zacisnęła palce wokół sfery, nie pozwalając jej wyrwać się w stronę Inkwizytora. Karsh zmrużył oczy, napiął mięśnie i wzmocnił przyciąganie. Toa Lodu czuła, jak kula próbuje wystrzelić z jej dłoni i pomknąć ku Skakdi. Zaparła się i zaczęła powoli sunąć po pokładzie w kierunku mężczyzny.

Vox zobaczył to i natychmiast zerwał się na nogi, dobywając ostrza i biegnąc ku Arctice. Miał nadzieję, że zdąży.

Arctica odbiła się od ziemi i pozwoliła mocy Karsha przyciągnąć ją ku Skakdi, wciąż trzymając kurczowo mapę. Gdy znalazła się o kilka centymetrów od jego głowy, wymierzyła potężny kopniak w nagą, kolczastą czaszkę Inkwizytora. Karsh zatoczył się i runął na pokład, a Arctica przeleciała ponad nim i zatrzymała się jakieś półtora bio dalej, z mapą w dłoniach. Vox dobiegł do niej i uśmiechnął się. W tle rozległ się huk kolejnej eksplozji - Huvatu udało się trafić w działo dronów, a to zajęło się ogniem.

Arctica spojrzała na Karsha. Wydawał się nieprzytomny, lecz w każdej chwili mógł podnieść się na nogi. Chciała ku niemu skoczyć, lecz Vox ją przed tym powstrzymał.

- Zostaw go, Arctica - powiedział i skinął głową za siebie. - Musimy wracać na statek.

Toa Lodu spojrzała na „Chimerę”. Oddalała się.

- Jak się tam dostaniemy?

Vox już otwierał usta, by odpowiedzieć „Coś wymyślimy”, gdy znad głów dobiegł ich czyjś głos:

- W czymś wam pomóc?

Oboje Toa podnieśli głowy i ujrzeli Purrika nadlatującego ku nim na swoich mieczo-skrzydłach. Wyciągnęli ku niemu dłonie i złapali się go, po czym wszyscy troje wylądowali na pokładzie żaglowca. Vox i Arctica podbiegli do burty i spojrzeli na statek dronów. Karsh już zdążył wstać na nogi.

Inkwizytor posłał jadowite spojrzenie w kierunku „Chimery” i wyciągnął ku niej dłoń, której palce gwałtownie zwinęły się w pięść. Nagle statek zatrzymał się, gdy Karsh chwycił go mocą i zaczął przyciągać ku sobie. Cały żaglowiec zaczął się trząść i trzeszczeć - niektóre elementy jego konstrukcji, takie jak te z metalu, mocniej reagowały na przyciąganie i niemal wyrywały się z reszty pokładu, by pomknąć w kierunku Zakazianina. Wszyscy członkowie ekipy spojrzeli z niedowierzaniem na Inkwizytora, samodzielnie kierującego w swoją stronę cały statek. Czym była ta istota?

Huvatu obrócił swoje działo, wymierzając w Inkwizytora, i nadusił spust. Czerwony pocisk przeszył wilgotne powietrze, pozostawiając za sobą smugę pary. Karsh w ostatniej chwili uskoczył przed nim w bok, a potem poleciał do tylu, gdy wybuch rozerwał pokład okrętu tuż za jego plecami.

Chimera” ponownie zakołysała się, uwolniona z uścisku. Purrik uwolnił swoją moc i dął wiatrem w żagle, wprawiając statek w ruch. Żaglowiec pomknął do przodu po niespokojnych falach ku gęstniejącemu mrokowi, zostawiając wrogi statek za sobą.

Karsh jeszcze przez chwilę wpatrywał się w oddalającą się „Chimerę”, świdrując ją spojrzeniem, po czym skinął swoim ludziom, by rozpoczęli pościg.

***


Błyskawica przeszyła z hukiem powietrze, rozświetlając ciemne, zupełnie jak nocą, niebo. Żaglowiec płynął niebezpieczną parabolą, wznosząc się i opadając na falach, szarpany wiatrem i ulewą. Wody ryknęły w akompaniamencie szumu zawiei i jęków pomp. Grotmaszt wygiął się i zaczął kierować statek w epicentrum burzy. Ostatnie lampy zawieszone wokół masztu przestały świecić, zgaszone tnącym na ukos deszczem, niektóre z nich oderwały się od lin i zniknęły w mrocznej tafli wody. Słońce dawno zniknęło za czarnymi chmurami, źródłem światła na pokładzie były teraz jedynie oczy i światełka sercowe członków ekipy.

Fala przeszła przez statek, zalewając go. Kaneo biegała w tę i z powrotem z cebrzykiem, nabierając do niego wody i wyrzucając ją za pokład. Toa siłowali się z linami, próbując utrzymać „Chimerę” w odpowiedniej pozycji. Otamar zaciskał dłonie na sterze, walcząc z wiatrem. Oduna wypluwał z siebie kolejne przekleństwa, w przerwach między coraz gwałtowniejszymi i bardziej nerwowymi poleceniami. Był doświadczonym wilkiem morskim, przeżył już kilka sztormów - dlatego wiedział, jak bardzo są one niebezpieczne. Co gorsza, drony wciąż siedziały jego statkowi na ogonie.

- Przeklęte blaszane łby - rzucił pod nosem, po czym zwrócił się do Vo-Matoranki, próbując przebić głosem wycie fal i szum sztormu: - Kaneo! Zwiń żagle!

Dziewczyna rzuciła sfrustrowana wiadrem o ziemię i pomknęła w kierunku masztu, łapiąc za fały. Oduna odwrócił się i zmierzył w stronę rufy. Wiatr zerwał z głowy jego kapelusz, a ten zniknął gdzieś w dali. Zimne krople uderzały o jego maskę, w dodatku kapitan czuł, jak Az wbija boleśnie szpony w jego ramię, próbując się na nim utrzymać. Nie winił go jednak za to - wiedział, że jeśli spróbowałby wzbić się w powietrze, natychmiast zostałby porwany przez wiatr, a tego kapitan mógł nie przeżyć.

Zatrzymał się przy relingu i spojrzał na ścigający ich okręt, przebijając wzrokiem ścianę deszczu. Karsh stał niewzruszony na pokładzie, jakby wichura w ogóle na niego nie oddziaływała, i wydał swoim ludziom rozkaz do wystrzału. Czerwony promień pomknął ku żaglowcu, opierając się sile wiatru.

Kapitan rozszerzył oczy, widząc, jak leci prosto na niego. Odsunął się i zasłonił rękoma, gotów na najgorsze, wtedy jednak Arctica rzuciła się przed niego, tworząc przed sobą lodową ścianę, która powstrzymała pocisk. Bariera rozpadła się na dziesiątki krystalicznych odłamków, a sama Toa została odrzucona siłą eksplozji do tyłu i rąbnęła o fokmaszt. Vox natychmiast do niej podbiegł, łapiąc ją za ramiona. Zmusiła się do bolesnego uśmiechu i po chwili wstała na nogi.

Huvatu skierował działo w stronę pogoni i wystrzelił. Nie celował dokładnie - wiatr i kołysanie statku mu to uniemożliwiały - udało mu się jednak trafić w działo wroga. Wybuch rozświetlił na moment ciemne niebo, pozwalając zobaczyć, jak kilka dronów odrywa się od pokładu, wylatuje w powietrze i daje wiatrowi ponieść się w nieznane.

Metalowy odłamek przeleciał ze świstem nad głowami załogi i zarył w żagiel, pozostawiając w nim ziejącą dziurę. Oduna rzucił gniewne spojrzenie w kierunku Matoranki, zawieszonej na linach.

- Kaneo! Co z tymi żaglami?!

- Staram się, kapitanie! - usłyszał w odpowiedzi jej głos, tłumiony rykiem burzy. - Ale to nie jest takie łatwe, kiedy nie ma się nikogo do pomocy!

Spojrzała z ukosa na Aparu, przywiązanego do środkowego masztu. Miotał się i krzyczał, lecz z jego zakrytych szmatką ust wydobywały się jedynie niewyraźne odgłosy, które i tak były tłumione przez wszechobecny hałas.

Kapitan miał ochotę coś jej odpowiedzieć, przeszkodził mu w tym jednak donośny trzask, który rozbrzmiał, gdy bom oderwał się od masztu i zawisł bezwładnie na dolnym liku prawie zwiniętego żagla. Nie było dobrze.

- Otamar! - Oduna zwrócił się do sternika. - Musimy się stąd zmywać, inaczej albo ten statek rozleci się na kawałki, albo damy się złapać tamtym szelmom! - W istocie, metalowy statek dronów dużo lepiej znosił sztorm, a w dodatku - jak ze zgrozą zdążył zauważyć Matoranin - był już coraz bliżej.

- Nic nie poradzę, kapitanie! - odkrzyknął Otamar. - Nie mogę użyć silników w środku sztormu, inaczej się rozpadniemy! Musimy znaleźć jakieś miejsce, gdzie morze nie jest tak gwałtowne!

Stojący na dziobie Izaki wysunął soczewkę teleskopowego oka.

- Tam - oznajmił, wskazując palcem na jakiś odległy punkt. W oddali przed nim dało się dostrzec słońce przebijające się przez chmury, doskonale widoczne na tle otaczającego je mroku.

Kapitan skinął głową.

- Masz dobre oko, ha! - zakrzyknął, po czym spojrzał na sternika. - Otamar! Kieruj nas w tamtą stronę!

Matoranin przytaknął, przyjmując polecenie i zakręcił sterem, choć nie czuł się wcale pewnie. Od tamtego miejsca dzieliło ich jeszcze sporo kio morskich, a wiatr cały czas spychał „Chimerę” z kursu. Dotarcie tam nie będzie łatwe.

- Aj, aj, kapitanie - odparł, i, opierając się żywiołowi, skierował żaglowiec we wskazanym kierunku. Słyszał, jak płetwa sterowa trzeszczy i wygina się pod naporem fal, które za wszelką cenę próbowały uniemożliwić statkowi dopłynięcie do celu. Miał nadzieję, że „Chimera” wytrzyma.

Dla dobra ich wszystkich, lepiej, żeby wytrzymała.

Widząc, jak statek Toa zmienia kurs, okręt dronów natychmiast zmierzył jego śladem. Żołnierze już nie strzelali - ekipa nie wiedziała, czy to dlatego, że uznali, iż w obecnej sytuacji i tak nie przyniesie to żadnego pożytku, czy też może Huvatu skutecznie pozbawił ich wszystkich dział. We wszechobecnej ciemności trudno było to stwierdzić.

Dalla stała opodal kasztelu i spoglądała z niedowierzaniem na szalejący ocean. Zapiski w Wielkiej Bibliotece nieraz wspominały o burzach na morzu, sam Rebis też często opowiadał jej o sztormach w trakcie jego podróży, ona sama jednak nigdy nie była świadkiem czegoś podobnego. Nie sądziła, że ocean może w jednej chwili stać się tak groźny, tak… niszczycielski. Patrzyła na swoich towarzyszy, walczących z żywiołem. Na Kaneo i pomagającego jej Rebisa, próbujących jakoś zapanować nad szarpanym wichrem bomem. Na Odunę, przekrzykującego szum wiatru i oceanu, wydającego polecenia. Na pozostałych członków załogi, walczących z wlewającą się na pokład wodą. Białe grzbiety fal wznosiły się coraz wyżej dookoła statku. Gdyby tylko Dalla potrafiła na nie jakoś wpłynąć…

Ogromne tornada świecące piorunami uderzyły w taflę obok nich. Wicher zawył jeszcze donośniej niż wcześniej, tak, że przypominał niemal krzyk jakiejś istoty. Toa ze zgrozą patrzyli, jak przed „Chimerą” wyrasta istna ściana wody, jak pnie się coraz wyżej i wyżej, przesłaniając im widok odległego świetlistego punktu, do którego zmierzali. Posępna fala rzuciła złowrogi cień na śmiesznie mały w porównaniu do niej żaglowiec i niewiele większy okręt, który go ścigał - o ile w ogóle możliwe było rzucenie cienia w miejscu, do którego praktycznie nie docierało żadne światło.

Wiatr szarpnął mocniej niż do tej pory. Otamar walczył ze sterem, czuł jednak, jak jego mięśnie protestują. Był u kresu wytrzymałości. Zdołał wydać z siebie jedynie cichy jęk, zagłuszony sztormem, nim odleciał na bok i uderzył o bakburtę. Ster zaczął się wściekle obracać, a wraz z nim cały żaglowiec zaczął zataczać koła na szalejących falach.

Oduna błyskawicznie doskoczył do steru i chwycił go we własną dłoń i hak, samemu stając z nim do walki. Spojrzał na wciąż rosnącą przed jego oczami falę. Powoli zaczął sobie uświadamiać, że to wcale nie była fala.

Woda rozbryzgała się na boki, odsłaniając bestię, która do tej pory skrywała się pod jej powierzchnią. Wszyscy obecni na pokładzie rozszerzyli oczy, kiedy błyskawica rzuciła swoje światło na piętrzącego się przed nimi potwora.

- Niech to zaraza… - wyszeptał kapitan. Wiedział, co to za istota. - Krabbern…

Morska bestia wznosiła się jak góra pancerza o czarno-karmazynowej barwie. Kapitan rozumiał, dlaczego wcześniej wiatr zdawał się krzyczeć - po prostu zwiastował jej nadejście. Miała wykrzywiony łeb z długimi, skierowanymi do tyłu czułkami, przypominającymi kolczaste, wijące się węże, oraz pysk pełen ostrych żuwaczek. Choć z wyglądu przypominała skorupiaka, nie była bynajmniej przysadzistym, spokojnym Ussalem. Na swoich szerokich, pokrytych chitynowym, czarnym jak węgiel pancerzem ramionach umieszczoną miała parę paskudnych, srebrzystych szczypiec. Jedno z nich było znacznie większe od drugiego, swym rozmiarem dorównywało niemal samemu potworowi. Drugie, choć mniejsze, również wyglądało, jakby było w stanie pochwycić rosłego Kikanalo i zmiażdżyć go bez wysiłku. Bestia stała na dwóch nogach, z górną połową torsu wystającą ponad taflę wody. Jej jasnozielone, okrągłe ślepia przebijały burzową ciemność.

Przez moment - nie licząc wciąż spienionego oceanu - nie wydarzyło się nic - załoga „Chimery” i Karsh spoglądali na stwora, on na nich. W następnej chwili potwór rozdziawił swoją paszczę i zawył, wydając z siebie koszmarny piszczący odgłos. Dudnił kilkoma głosami, nakładającymi się na siebie nawzajem, które w połączeniu z hałasem sztormu omal nie rozrywały umysłów Toa i Matoran.

- Kryć się! - ryknął Oduna. - Kryć się, głupcy!

Bestia poruszyła się, a wraz z nią wzburzone fale. Poniosły oba statki tak, że teraz znalazły się po dwóch stronach monstrum - „Chimera” po jego lewej, okręt dronów po prawej. Kilka wiązek Rhotuka rozbłysło na tle mroku i uderzyło o pancerz stwora, nie zostawiły na nim jednak nawet rysy. Gigant obrócił swoją głowę w tamtym kierunku, a wtedy Huvatu zaczął strzelać w niego z drugiej strony ze swojego działa. Pocisk trafił w chitynę i spełzł po niej, nie przynosząc żadnego efektu. Matoranin zamarł.

Potwór otrząsnął się, zdezorientowany atakami z obydwu stron. Zamachnął się szczypcami, kierując je prosto na żaglowiec. Tylko zręczny i w porę wyprowadzony manewr Oduny uchronił przedni maszt przed rozerwaniem przez bestię - szczypce zdołały jednak zaryć o pokład, trafiając prosto w działo Huvatu. Matoranin zdążył w ostatniej chwili uskoczyć na bok, nim metalowa konstrukcja rozpadła się na kawałki. Uderzył o pokładnicę z tępym gruchotem i zatrzymał się przed burtą, tracąc przytomność.

Szczypce uderzyły w wodę tuż obok „Chimery”, piana wzbiła się w powietrze. Ciągnięte siłą rozmachu kleszcze poleciały dalej i trafiły w okręt dronów, przejeżdżając po jego pokładzie i wywołując na nim kolejne eksplozje, które omal nie rozdzieliły statku na pół. Wiatry nasiliły się jeszcze bardziej, w dodatku gwałtowne ruchy bestii wznieciły i tak już rozzłoszczone fale. Członkowie załogi żaglowca uświadomili sobie w tym momencie jeden fakt - epicentrum burzy było dokładnie w tym samym miejscu, co potwór.

Kolejna próba zaatakowania statków skończyła się niepowodzeniem, lecz ocean i tak zaczął miotać obydwoma statkami. Nikt już nie próbował strzelać, wszyscy chcieli jedynie znaleźć się jak najdalej od bestii. Stwór po raz kolejny zaryczał, wzburzając fale wokół siebie. „Chimera” odchyliła się do tyłu, osiągając kąt niemal dziewięćdziesięciu stopni. Obecni na pokładzie omal nie wypadli za burtę. Dalla zachwiała się, próbując zachować równowagę i złapała się za jedną z lin, chroniąc się przed upadkiem.

- Dalla! Pomóż mi z tym sztormem! - usłyszała przebijający się przez ryki zawiei głos Purrika.

Spojrzała na niego. Stał pośrodku pokładu z rozłożonymi ramionami i próbował zapanować nad wiatrami szarpiącymi żaglowcem. Wiedział, że sam nie da rady - zużył zbyt wiele mocy podczas walki z robotami. Gdyby dziewczynie udało się przynajmniej na chwilę wpłynąć na fale, może daliby radę choć trochę ujarzmić ocean…

Toa Wody obróciła głowę, spoglądając na szalejące bałwany. Jedną ręką wciąż trzymając linę - zbyt bardzo bała się wypadnięcia za burtę - wyciągnęła drugą dłoń ku falom, próbując nad nimi zapanować. Sięgnęła do mocy, modląc się w duchu, by tym razem się jej posłuchała. Wokół niej szalał wicher, błyskawice oślepiały ją, deszcz bił poziomo w jej twarz, słyszała gdzieś w tle też krzyki Purrika, zapewne skierowane do niej, nie wiedziała - była zbyt mocno skupiona na tym, by wreszcie użyć swojej mocy żywiołu.

Proszę… - błagała w myślach, wbijając spojrzenie w ocean. Nic się jednak nie poprawiło. Wręcz przeciwnie - morze stało się jeszcze bardziej gniewne, jakby jego złość wzrastała wraz z gniewem bestii. Dalla opuściła rękę, przekonana o własnej bezradności. Była zbyt słaba.

Pozbawionym nadziei wzrokiem patrzyła, jak kolejna fala wznosi się tuż przed nią, gotowa pochłonąć ją w swoich objęciach. Gdy Toa Wody już żegnała się z statkiem, nagle dwie postacie - Vox i Arctica - zjawiły się przed nią, uwalniając swoje moce. W mgnieniu oka przed Dallą zmaterializowała się lodowa ściana, wzmocniona dodatkowo polem siłowym Kanohi Hau Voxa, która powstrzymała falę przed walnięciem w żaglowiec - o pokład uderzyło jedynie kilka pojedynczych kropel. Dalla spojrzała na dwójkę Toa. Byli ze sobą idealnie zgrani, błyskawicznie podejmowali decyzje, a korzystanie z mocy przychodziło im z taką łatwością…

Bestia ponownie uderzyła, łapiąc w szczypce okręt dronów. „Chimerą” po raz kolejny zarzuciło, tym razem najmocniej, wstrząsając wszystkimi obecnymi na deskach pokładnicy. Dalla poleciała do przodu i tylko lina, która zaplątała się wokół jej dłoni, uchroniła ją przed wypadnięciem za burtę. Arctica i Vox wzbili się w powietrze. Bom oderwał się od żagla i uderzył w Purrika, a ten z jękiem zatoczył się i runął na deski. Fala, która przetoczyła się przez statek, przesłoniła wszystkim widoczność, a kiedy opadła, Vox zobaczył, jak jego towarzyszka wylatuje poza pokład, niesiona przez wiatr ku morzu. Natychmiast rzucił się w jej stronę.

- Arctica! - krzyknął, wychylając się za burtę. Jego dłoń kurczowo zaciskała się wokół nadgarstka Toa Lodu, zwisającej pod kątem w kierunku gniewnego oceanu.

Spojrzała na niego, jej niebieskie oczy były ledwo widoczne pośród pędzących kropel. Voxowi zdawało się, że krzyczy do niego „Nie puszczaj!”, lecz szum sztormu wszystko mu zagłuszał. Jego receptory słuchowe płonęły bólem, nadwrażliwe na tak ogromny hałas. Vox nie miał jednak teraz nawet siły, by otoczyć się dźwiękową barierą. Nie było na to czasu…

- Spokojnie, trzymam cię! - odkrzyknął, choć czuł, jak ręka dziewczyny powoli wysuwa się spomiędzy jego śliskich palców. Wzmocnił uścisk, walcząc z bólem i zmęczeniem. Chciał wspomóc się drugą dłonią, ta jednak trzymała kurczowo reling, a jeśli Vox by go puścił, sam zostałby porwany przez wiatr. Czuł się… bezradny. Nie chciał stracić kolejnej osoby. Nie, nie, nie!

Ręka dziewczyny wyślizgnęła się z jego dłoni. Arctica posłała Voxowi ostatnie spojrzenie, przepełnione zdumieniem wymieszanym ze strachem, po czym jej postać zniknęła w odmętach szalejących fal.

- NIE!

Vox wydał z siebie rozpaczliwy krzyk i już miał wyskoczyć za burtę, gdy czyjeś ramiona mu to uniemożliwiły. Obejrzał się i zobaczył Rebisa, powstrzymującego go przed skoczeniem w głębię.

- Zostaw mnie! - warknął Toa Dźwięku, próbując się wyszarpać. - Muszę jej pomóc!

- Pomóż sobie! - odparł Rebis, ledwo słyszalnym głosem. - I nam, jeśli chcemy przetrwać ten sztorm w jednym kawałku!

Vox jeszcze przez chwilę spoglądał na ocean, w którego objęciach zniknęła jego towarzyszka, po czym zeskoczył z nadburcia na pokład. Toa Ognia miał rację - jeśli nikt inny nie miał już zginąć, musieli współpracować. Nie było miejsca na osobiste uczucia.

Dalla wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Gdyby tylko udało się jej zapanować nad sztormem…

Do jej uszu dobiegł przeraźliwy trzask, tak głośny, że zdołał przebić się przez ten cały dźwiękowy chaos, który rozbrzmiewał dookoła. Toa Wody spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła, jak morski potwór podnosi okręt dronów do pyska i zagnieżdża w nim swoje żuwaczki. Na moment mignęła jej gdzieś niewielka łódź ratunkowa, która odłączyła się od reszty statku i uderzyła o fale, z Inkwizytorem i kilkoma jego żołnierzami na pokładzie. Eksplozja i piorun rzuciły mieszankę pomarańczowego i białego światła na odrażającą gębę bestii.

Dalla odwiązała linę ze swojej ręki i padła na czworaka na przemoknięte deski - bała się, że jeśli wstanie na nogi, wiatr porwie ją jak Arcticę. Spuściła głowę, by wypluć wodę, która dostała się do jej ust i ujrzała Aza, skulonego na pokładnicy tuż przed nią. Az… Dlaczego nie był przy kapitanie? Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała w kierunku Oduny. Walczył z wiatrem, próbując zakręcić sterem.

- N-nie… pozwolę… - wycharczał na moment przed tym, jak jego mięśnie nie wytrzymały i runął na deski, szarpnięty kołem, które zaczęło się gwałtownie obracać. Któryś z Toa - w całym tym szaleństwie Dalla nie rozpoznała nawet, który - wziął na ręce jego nieprzytomne ciało i schował się z nim pod pokładem.

Dziewczyna spróbowała się podnieść, wspierając się na jednym kolanie. Az zatrzepotał przemokniętymi skrzydłami i schronił się na jej ramieniu, wbijając w nie pazury. Bolało, ale dziewczyna zignorowała to. Wyprostowała się i zachwiała, gdy deszcz uderzył w nią wraz z wiatrem. Zrobiła krok do tyłu, chroniąc się przed upadkiem i wystawiła dłoń przed siebie, jakby to mogło powstrzymać zawieję. Drugą osłoniła twarz przed deszczem. Powoli zaczynała żałować, że w ogóle się podniosła.

- Dalla! Pod pokład! - usłyszała krzyk Rebisa.

Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła całą załogę, wyglądającą spod klapy osłaniającej zejście do wnętrza statku. Ona i Az byli ostatnimi, którzy zostali na pokładzie. Przez chwilę Dalla wahała się, czy w ogóle ruszyć się z miejsca, obawiając się, że jeśli to zrobi, wichura wyrzuci ją poza żaglowiec. Od zejścia dzieliło ją jednak tylko kilka bio, powinna dać radę…

Zrobiła krok do przodu i spojrzała przed siebie. Za zejściem zobaczyła ster, obracający się gwałtownie, kierujący statkiem wedle woli wiatru. Dalej widziała podwodne monstrum i palące się szczątki okrętu, wystające z jego paszczy. Wątpiła, czy schowanie się pod pokładem cokolwiek da.

Postawiła kolejny krok i wtedy dotarły do niej promienie słońca. Obróciła głowę, osłaniając oczy dłonią. Nie wydało jej się - słońce rzeczywiście tam było. Dotarli do miejsca, do którego mieli się dostać. Mieli jeszcze szansę…

Rzuciła się biegiem, jednak nie w kierunku wejścia pod pokład, a w stronę steru, wydającego się być aż zbyt daleko. Oczy wyglądające spod klapy podążyły za nią zdumionym spojrzeniem, gdy minęła pozostałych i dopadła do koła. Spojrzała za siebie - monstrum zaczęło zmierzać w ich stronę, Dalli zdawało się nawet, że słyszy jego powolne kroki, wstrząsające morskim dnem. Odwróciła głowę, spoglądając naprzód - na szczęście wiatr ustawił „Chimerę” w odpowiedniej pozycji. Zerknęła na dźwignię obok steru. Paliło się na niej zielone światło.

Mając nadzieję, że wie, jak to działa, złapała za uchwyt i przekręciła dźwignię.

Omal nie poleciała w tył, gdy statek wystrzelił do przodu, pchnięty silnikami. Żaglowcem zarzuciło, gdy uderzył o wyższą falę, a wtedy Dalla z jękiem puściła ster i uderzyła plecami o kasztel. Charknęła i, walcząc z wgniatającą ją w pokładową nadbudówkę siłą pędu, wyciągnęła desperacko rękę ku sterowi, który obracał się samoczynnie, spychając statek z kursu. Udało jej się dotknąć koniuszkiem palca uchwytu koła, nie dała jednak rady sięgnąć dalej i tylko go trąciła, wprawiając ster w jeszcze szybszy ruch.

- Nie! - krzyknęła bezradnie, upadając na pokład. Już miała podnieść głowę i spróbować jeszcze raz, gdy nagle poczuła na sobie cień. Cień jakiejś postaci. Podniosła głowę i zobaczyła Otamara, który stanął przy sterze i chwycił go pewnie w swoje dłonie.

- Spokojnie - powiedział Matoranin, napinając mięśnie i, mimo zmęczenia i bólu, jakie wciąż odczuwał po wcześniejszych zmaganiach z żywiołem, zakręcił kołem, kierując statek ku wolnym od sztormu wodom, pozostawiając potwora daleko w tyle.

Jeszcze nim całkiem zniknęła spoglądającej raz po raz za siebie Dalli z oczu, bestia wydała z siebie przeciągły ryk i zanurzyła się wśród morskich fal, rozpływając się w ich objęciach.

Rozdział 9Edytuj

- Tak jak myślałem - powiedział Izaki, spoglądając na trzymany w dłoni niewielki metaliczny przedmiot. - Urządzenie naprowadzające.

Ekipa znajdowała się teraz w kubryku pod pokładem. Oduna, Kaneo, Huvatu, Ragan, Purrik, Rebis, Kaleva, Izaki i Dalla zebrali się wokół Aparu, przywiązanego do drewnianej kolumny podtrzymującej sufit. Początkowo Ta-Matoranin miotał się i wierzgał, teraz jednak jedynie mierzył pozostałych zawistnym wzrokiem. Nie mówił nic. Do tej pory zawsze był oszczędny w słowach, teraz jednak wydawało się to aż nader niepokojące. W jego spojrzeniu było coś dziwnie obcego. Dalla już wcześniej zauważyła jego odmienność, sądziła jednak, że jest ona spowodowana amnezją i niewolą u dronów. Wydawał jej się zagubiony, lecz jednocześnie próbował odnaleźć się w obcym dla niego świecie. Zdążyła go nawet polubić.

Teraz jednak znała prawdziwy powód jego odrębności. Aparu nie stracił wspomnień tak po prostu. Zmieniono mu je.

- Chcecie mi powiedzieć, że ten łachudra zamontował na moim statku jakieś ustrojstwo, które mówiło tamtym metalowym półgłówkom, gdzie jesteśmy, ha?! - obruszył się kapitan. - Jak mogło mi to umknąć?

- Musiał to zrobić jeszcze przed wyruszeniem w podróż - stwierdził Toa Lodu. - Sygnał zapewne nie mógł przebić się z podziemi i dotarł do Armii Nowego Świata dopiero wtedy, gdy opuściliśmy kryjówkę. Stąd drony znały pozycję „Chimery” i stąd nasze „przypadkowe” spotkanie na morzu.

- Całe szczęście, że nigdy nie pozwoliłem mu się wymknąć z jaskini - powiedział Oduna. - Wolę nie wiedzieć, co by się wtedy stało…

Pozostali pokiwali zgodnie głowami. Oni również woleli nie wiedzieć.

- A więc - rzekł Ragan, spoglądając na Matoranina w Ruru - co z nim zrobimy?

- Jest zdrajcą - odparł natychmiast Oduna. - Powinniśmy wywiesić go za nogi na maszcie!

- W grupach złodziei zdrajców spotykały znacznie gorsze kary - wtrącił Purrik. - Ale myślę, że w tym wypadku wystarczy wsadzić go do szalupy i zostawić na morzu. Niech radzi sobie sam.

- Zgadzam się - oznajmiła Kaneo. - Raczej nie chcemy, żeby ktoś taki jak on został na pokładzie.

Aparu spojrzał na nich spode łba.

- Nie macie pojęcia, jak wielki błąd popełniacie. - Jego głos również się zmienił. Wcześniej Dalla wyczuwała w nim autentyczną ciekawość i chęć poznania otaczającego go świata. Ten, który wydobył się teraz z jego ust, był szorstki i lodowaty. - Toa są niebezpieczni! Nie mogą zdobyć Słonecznego Kryształu. Sprowadzą na nas jedynie zagładę! Jak możecie tego nie widzieć?!

Kapitan zmrużył gniewnie oczy.

- Masz czelność jeszcze się odzywać?! - zagrzmiał, podchodząc do Ta-Matoranina. - Zobaczymy, co będziesz miał do powiedzenia, kiedy krew spłynie ci do mózgu, gdy będziesz wisiał na maszcie, ha! Może wtedy wszystko poukłada ci się w głowie na nowo tak, jak powinno być, ha!

- Albo gdy zostaniesz sam na morzu - dorzucił Purrik. - Będziesz miał dużo czasu, by zmienić swoje poglądy.

Przyglądający się marynarzowi Izaki westchnął cicho.

- I pomyśleć, że pomagałem budować tuby zastoju, kiedy pracowaliśmy jeszcze nad nimi na Artas Nui. Może gdybym przejrzał, jakie jest ich przeznaczenie, do tego wszystkiego by nie doszło… - powiedział szeptem sam do siebie, lecz stojący obok niego Ragan i to usłyszał. Podszedł do towarzysza i położył mu rękę na ramieniu.

- Przyszłości nie da się dokładnie przewidzieć, przyjacielu - rzekł. - Nie mogłeś nic zrobić.

Kolejne westchnięcie.

- Masz rację, nie powinienem się obwiniać. Jednak może gdybym był lepszy w przewidywaniu przyszłości, nie musielibyśmy się teraz porać z tym zdrajcą. - Jego teleskopowa soczewka zwróciła się ku Aparu.

- Zabierzecie te słowa do grobu! - krzyknął Matoranin, szarpiąc się. - To wy jesteście zdrajcami, nie ja!

- Milcz! - obruszył się Oduna. - Masz szczęście, że jestem wyrozumiałym kapitanem, inaczej nie skończyłoby się na wygnaniu, a już dawno kazałbym cię przeciągnąć pod kilem!

Dalla spojrzała na Aparu. Widziała szczerą nienawiść wypływającą z jego oczu. On naprawdę wierzył w to, co mówił. W tak krótkim czasie zmienił się nie do poznania. Ich znajomość nie trwała długo, fakt, lecz Toa Wody śmiało mogła stwierdzić, że to nie był ten sam Matoranin, o którym opowiadał jej kapitan, który rozmawiał z nią wczorajszego ranka, gdy wypłynęli w rejs, który uśmiechał się do niej podczas wieczoru w kajucie Oduny. Nie. Ten był kimś zupełnie innym.

A mimo to… nie czuła do niego gniewu, w przeciwieństwie do kapitana czy reszty załogi. Urazę, owszem, lecz bardziej spowodowaną jego nagłą i brutalną przemianą, nie tym, co mówił. Rozumiała, dlaczego tak się zachowywał. Domyślała się, przez co musiał przejść i powoli zaczynała mu współczuć, patrząc na to, czym się stał. Zostawienie go samemu sobie na pastwę oceanu wydawało się jej nie w porządku. W końcu był jednym z nich.

- Może… - odezwała się, po raz pierwszy w trakcie tego spotkania. - Może nie powinnyśmy go karać w taki surowy sposób? To nie jego wina, że stał się… tym, kim się stał. Może zostać na pokładzie.

Pozostali spojrzeli na nią zaskoczeni. Nie spodziewali się, że zabierze głos w tej sprawie.

- Śmiesz bronić zdrajcy?! - zdziwił się kapitan. - Po tym wszystkim, co zrobił?!

Dalla skuliła się na dźwięk jego ostrego tonu. Rebis zauważył to i stanął między nią a Bo-Matoraninem.

- Spokojnie, kapitanie. Nie powinniśmy podejmować decyzji tak gwałtownie. Możemy zamknąć go w jednej z kajut, ktoś z nas będzie go pilnował.

- Zamiast skupiać się na podróży? Dlaczego miałbym okazywać mu współczucie, ha?! Był gotów oddać nas w ręce Inkwizytora. Przez niego omal nie zginęliście. Cała załoga omal przez niego nie zginęła!

- To prawda - zawtórował kapitanowi Toa Powietrza. - Nie możemy się nad nim litować.

- Więc mamy pozwolić umrzeć mu na morzu? - odparł Rebis.

- On nie zawahałby się wydać nas na śmierć!

- I mamy być tacy jak on?!

W pomieszczeniu rozgorzała kłótnia. Toa Ognia zaczął sprzeczać się z Oduną i Purrikiem o to, jak powinni potraktować Aparu. Pozostali członkowie ekipy nie odzywali się, wciąż niepewni swojego stanowiska w tej sprawie. Nawet Kaneo, optująca początkowo za banicją Matoranina zaczęła się wahać, kapitan i Purrik oraz Rebis nadal nie mogli jednak dojść do porozumienia. Izaki przyłożył dłoń do czoła, mrucząc pod nosem:

- Z kim ja muszę pracować…

Dalla zasępiła się, wsłuchując się w odgłosy kłótni. To przez nią był ten spór. Wypuściła głośno powietrze i oparła się o ścianę, wciskając się w kąt, czekając, aż awantura minie. Zerknęła ukradkiem na Aparu. Spoglądał w jej kierunku, patrzył prosto na nią. Zastanowiła się, co musiał o niej myśleć. Była Toa, pragnął jej śmierci. A jednak stanęła w jego obronie. Czy to mogło coś zmienić?

Kłótnię przerwał nagle stanowczy głos dobiegający z drugiego końca pomieszczenia:

- Dalla ma rację.

Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę i ich oczom ukazał się Vox, stojący w wejściu do kubryku. Zamarli. Odkąd uciekli przed dronami i sztormem, Toa Dźwięku cały czas spędzał siedząc na falszburcie rufy, nie odzywając się słowem do nikogo. Jego nagłe pojawienie się w tym momencie zdumiało wszystkich, nie bardziej jednak od faktu, że mężczyzna w końcu się odezwał. Ani od tego, że stanął w obronie Ta-Matoranina.

- Aparu jest jednym z nas - mówił dalej Vox, wciąż stojąc w wejściu. - Stał się po prostu kolejną ofiarą wojny. Potrzebuje od nas pomocy, nie kary.

Po tych słowach mężczyzna odwrócił się i odszedł, znikając równie szybko jak się pojawił. Pozostali spojrzeli po sobie. Nikt nie miał już ochoty do kłótni. Głos Toa Dźwięku miał coś w sobie, coś, co sprawiało, że strona, po której opowiedział się Vox w tym sporze wydawała się nagle wszystkim tą właściwą.

- Dobrze więc, niech tak będzie - odezwał się po chwili niezręcznej ciszy Oduna. - Aparu zostanie na pokładzie. - Obrzucił Matoranina pogardliwym spojrzeniem. - Przyda mi się ktoś do zeskrobywania soli ze statku.

***


Morska bryza owiała twarz Toa Dźwięku, gdy ten siedział na rufowym nadburciu, z jedną nogą przyciągnięta do piersi i ręką opartą swobodnie na kolanie. Choć jego głowa była zwrócona ku oceanowi, Vox miał zamknięte oczy. Pozwalał otoczeniu oddziaływać jedynie na jego słuch, poddając się kołysaniom statku. Na szczęście szkody wyrządzone przez sztorm nie były na tyle poważne, by ekipa zaprzestała podróży - ta nie przebiegała już jednak tak gładko i sprawnie jak przedtem, bowiem uszkodzony przedni żagiel, od którego oderwał się bom w trakcie burzy, nie nadawał się do użytku, a bez niego nawigowanie statkiem było mocno utrudnione, przez co wiatr co chwila spychał żaglowiec z kursu - to jednak w porę dawało się zauważyć dzięki strumieniowi światła wylatującym z mapy. Vox słyszał, jak załoga postanowiła zatrzymać się przy najbliższej niezajmowanej przez drony wyspie w celu zdobycia materiałów i naprawy masztu. Przystał na to. Postawienie stóp na lądzie dobrze mu zrobi.

Dalla wyłoniła się spod pokładu i natychmiast zlokalizowała Voxa na końcu statku, odwróconego do niej plecami. Zmierzyła w jego stronę, podczas gdy pozostali członkowie drużyny również zaczęli wychodzić na zewnątrz, by zaczerpnąć nieco morskiego powietrza, które nie było już tak ciężkie i wilgotne jak przed paroma godzinami, gdy wciąż mieli nad głowami burzowe chmury.

Toa Wody zatrzymała się przy mężczyźnie. Nie spojrzał na nią.

- Dziękuję - powiedziała.

Vox otworzył gwałtownie oczy. Zupełnie tak, jakby zjawienie się Dalli go zaskoczyło, co musiało być przecież bzdurą - był Toa Dźwięku, musiał słyszeć jej kroki. I owszem, słyszał, był jednak zbyt zamyślony, by zwrócić na nie uwagę. Dopiero głos Dalli wyrwał go z rozmyślań. Mężczyzna przekrzywił głowę, zerkając na dziewczynę.

- Za to, że się za mną wstawiłeś - mówiła dalej. - Dziękuję.

- Drobiazg - odparł beznamiętnie Vox i ponownie zwrócił wzrok ku oceanowi.

Dalla uklękła obok i spojrzała na niego.

- Tęsknisz za nią, prawda?

Mężczyzna przymknął oczy na dźwięk tych słów, jakby sprawiały mu ból. Istotnie, były dla niego jak ostry, rozgrzany do czerwoności nóż wbijający się w pancerz. Ale wiedział, że milczenie tylko spotęguje ten ból. Musiał go z siebie wylać, tak jak wtedy, gdy rozmawiał z Arcticą w jaskini.

- Wsłuchuję się w szum fal, próbując wyłapać jej głos - odrzekł po chwili, po czym westchnął. - Jest kolejną osobą, którą straciłem. Za każdym razem, gdy to się staje, przyrzekam sobie, że nie dopuszczę już do straty nikogo innego. A jednak to wciąż się dzieje. - Zwinął palce w zaciśniętą pięść. - A ja nadal to robię.

Dalla skinęła jedynie w odpowiedzi delikatnie głową i spuściła wzrok, spoglądając znad przyciągniętych do brody kolan na swoje stopy, oparte na relingu. Na moment zapadło milczenie, przerwane po chwili głosem dziewczyny:

- Jesteś zdeterminowany…

Wzruszył ramionami. Niemal niezauważalnie, ale Dalla i tak to dostrzegła.

- Nauczyłem się taki być. Życie cały czas ode mnie tego wymagało. Zwłaszcza po tym, kiedy dotarłem na Artas Nui.

Zerknęła na niego.

- Dlaczego przybyłeś na wyspę? Ludzie mówili różne…

- Żeby odnaleźć przyjaciela - odparł. - Ale wygląda na to, że zamiast go odzyskać, tracę tylko kolejnych.

- Co masz na myśli?

Usłyszała ponowne westchnienie.

- Wiem, że może to brzmieć, jakbym popadał w rozpacz. Nie jest tak, uwierz mi. Ale nie mogę ignorować tego, co mi się przytrafiło - rzekł. - Zaczęło się od Matoranina, którego spotkałem pierwszego dnia na wyspie. Od tamtej chwili wydaje mi się, że za każdym razem, kiedy wybrałem sobie kogoś, na kim mi zależało, ta osoba kończyła martwa. To chyba wystarczy, by zacząć się zastanawiać, czy sam Wielki Duch mnie nienawidzi. To tylko kwestia czasu, nim któreś z was również zginie. - Uśmiechnął się ponuro pod nosem. - To pewnie egoizm, sądzić, że wszystko kręci się wokół mnie. A jednak ja wciąż żyję, a inni giną. Raz za razem. Coraz trudniej to ignorować.

Przypomniał sobie Tahku, handlarza, który był pierwszym mieszkańcem, z którym rozmawiał po przybiciu do brzegu Artas Nui. Nie znali się długo, Tahku był jednak pierwszą osobą, którą Vox poznał na wyspie, pierwszą, która mu pomogła i pierwszą, która sama oczekiwała od niego pomocy. Przypomniał sobie Elaineh, która wyjawiła mu przeszłość Zaldiara. Malę, która poprowadziła rebelię na wyspie i dzięki której Armia Nowego Świata całkowicie ich nie zdominowała. Hikirę, która go wyszkoliła. I Arcticę…

- Nie było ich wielu - podjął po chwili. - A jednak strata każdego z nich bolała. I mimo, że nauczyłem sobie radzić z bólem… jej strata boli najmocniej.

Dalla poczuła nagłe poczucie winy. Wbiła spojrzenie w ocean pod sobą.

- Przepraszam - powiedziała. - To moja wina, że ją straciliśmy. Gdybym wtedy potrafiła zapanować nad sztormem…

- Nie obwiniaj się. - Vox pokręcił głową. - Nikt nie oczekiwał od ciebie, że samodzielnie powstrzymasz tamten sztorm. Jesteś jeszcze niedoświadczona, nie masz wprawy w posługiwaniu się żywiołem…

- W ogóle nie potrafię się nim posługiwać - rzuciła Dalla i zasępiła się. Patrzyła na spienione grzbiety fal, jakie zostawiał po sobie płynący statek. Po chwili dodała: - Myślałam, że po tym, jak nauczyłam się walczyć, poradzę sobie jako Toa. Ale jak mam być dobrą Toa, skoro nie daję rady korzystać z własnej mocy? - Głos zaczął się jej łamać. Nie z powodu smutku, lecz z powodu frustracji i złości na samą siebie.

Vox znów uśmiechnął się z lekka, spoglądając na nią. Przypominała mu jego samego, gdy dopiero poznawał swoją nową postać, wątpiącego w siebie i swoją powinność. Tamte dni wydawały mu się tak odległe, mimo, że było to całkiem niedawno - dłużąca się wojna zmieniła jego postrzeganie czasu. A jednak bardzo się zmienił od tamtej pory.

- Żaden Toa nie nauczył się od razu władać żywiołem.

- Ale inni nauczyli się już po paru dniach - odparła Dalla. - Ja jestem Toa już od kilku tygodni i nadal tego nie potrafię. Ani trochę. - Zwiesiła głowę.

Mężczyzna odwrócił się ku niej i uśmiechnął szerzej, chcąc jakoś podnieść ją na duchu.

- To przyjdzie z czasem.

- A ty? Kiedy po raz pierwszy użyłeś mocy?

Vox zawahał się na chwilę, czy udzielić odpowiedzi, wiedząc, z jaką może się ona spotkać z reakcją.

- Kilka godzin po przemianie - odrzekł wreszcie. Dostrzegł spojrzenie Dalli, jakby dziewczyna chciała powiedzieć „A nie mówiłam?”, więc zaraz potem dodał: - To było pod wpływem silnych emocji. Impulsu. Dużo czasu zajęło mi potem ponowne sięgnięcie do mocy, a jeszcze więcej nauczenie się sprawnego korzystania z niej.

- Jak się tego nauczyłeś? - zapytała dziewczyna.

- Płynąc na Artas Nui - powiedział. - Przez kilka miesięcy byłem sam na morzu, miałem więc dość czasu i skupienia, by ćwiczyć. Akurat poszczęściło mi się, że zostałem Toa Dźwięku. Dźwięk cały czas mi towarzyszył, miałem więc na czym trenować. Ty jesteś w podobnej sytuacji. - Powiódł dłonią dookoła. - Jesteśmy na statku pośrodku oceanu. Wokół woda. Twój żywioł. Spróbuj do niego sięgnąć teraz, w spokoju. Nie czekaj, aż od twojej mocy będą zależały losy drużyny.

Dalla zawahała się.

- Dobrze. Spróbuję.

Zauważyła, jak Vox śmieje się sam do siebie, ponownie odwracając się ku morzu.

- Dlaczego się…

- Po prostu nie spodziewałem się, że kiedykolwiek udzielę komuś rady - skwitował. - Sądziłem, że raczej kiepski ze mnie nauczyciel.

- Masz doświadczenie - stwierdziła Dalla. - Już długo jesteś Toa.

- Wcale nie - powiedział Vox, kręcąc głową. - Owszem, nadal dłużej niż ty, ale te dziesięć lat wydają się niczym przy takich Toa jak Auerieus czy Hserg. Nie. Myślę, że to, ile czasu minęło od mojej przemiany nie ma aż tak znaczącego wpływu na moje zdolności. Być może wcale nie ma wpływu. To wojna. Walka to ogień, w którym wykuwa się doświadczenie. Ci, którzy nie uczą się wystarczająco szybko, mają małe szanse na wojnie.

Dalla spojrzała na mężczyznę. Jej oczy zabłyszczały, lecz tym razem nie od łez, jak to miały w zwyczaju. Nie, to było coś innego.

- Więc będę się uczyć - oznajmiła Toa, podnosząc się oraz zaciskając pięści. - I trenować, dopóki nie dorównam pozostałym. Nie przyniosę wstydu drużynie.

Vox ucieszył się w duchu na dźwięk tych słów. Nie tylko z powodu decyzji Dalli, ale również dlatego, że jego słowa rozpaliły w kimś płomień determinacji.

- Dziękuję - powiedziała dziewczyna, ponownie siadając obok niego. - Jeszcze raz.

Kolejne minuty spędzili na wpatrywaniu się w ocean w milczeniu, dopóki Vox nie odezwał się:

- Chyba coś słyszę…

- Arcticę?

Zaprzeczył i nadstawił uszu. Dalla również to zrobiła i po chwili dotarł do niej głos Oduny, nadbiegający z dzioba żaglowca.

- Wołają nas - powiedział Vox.

Zeskoczył z nadburcia, wylądował na pokładnicy i zmierzył w kierunku przedniej części statku. Dalla po chwili podążyła jego śladem i oboje zmierzyli ku nawołującemu ich kapitanowi. On z umysłem, który zapomniał o troskach, które dręczyły go jeszcze przed paroma chwilami. Ona z nowymi pokładami pewności siebie i chęci udowodnienia, że jest godna nosić imię Toa.

***


Oduna stał na dziobie, opierając się protezą nogi o bukszpryt i ze zmrużonymi oczami spoglądał przed siebie. Przed nim rozpościerał się widok na olbrzymie, ostro zakończone skały, wyrastające spod powierzchni wody, przypominające zęby jakiegoś monstrum. Ich ostre końce pięły się ku górze, osiągając wysokość nawet kilkudziesięciu bio i przesłaniały słońce, rzucając złowrogi cień na każdego, kto tylko się do nich zbliżył. Otaczała je lekka warstwa mgieł i chłodnego powietrza, dodając im jeszcze bardziej zatrważającego wyglądu. „Chimera” nie wydawała się przy nich tak imponująca jak wtedy, gdy Toa ujrzeli ją po raz pierwszy w jaskini. Nawet uwieńczona w galionie na przedzie statku bestia wyglądała marnie przy ciemnych, powykrzywianych skalnych zębiskach.

Między skałami znajdowała się niewielka szczelina, pozwalająca wodzie wpłynąć między kamienne ściany, tworząc tym samym swego rodzaju morską ścieżkę. Woda falowała lekko, była spokojna, jakby sama obawiała się otaczających ją skał, przypominających rozdziawione paszcze ogromnych potworów. Światło przedzierało się przez kamienne szczyty i odbijało się od tafli na chropowate ściany, tworząc na nich falujące obrazy. Zbłądzone prądy uderzały wodą o brzegi skał, a jej szum roznosił się pomiędzy nimi głośnym echem.

Kapitan mruknął cicho, nie odrywając spojrzenia od skał. Dookoła niego krzątali się Kaneo i Huvatu, ciągnący za liny i ustawiający żagiel we właściwej pozycji. Toa stali opodal Oduny, również wpatrując się w widok przed nimi. Az jak zawsze towarzyszył kapitanowi na jego ramieniu, on jednak spoglądał na skały z pewnym niepokojem. Z wyrazu twarzy Oduny trudno było cokolwiek odczytać.

- Co to za skały? - zapytał Vox, podchodząc do Matoranina. Toa Wody szła tuż za nim.

- Przełęcz Brzytw - oznajmił kapitan.

Dalla zadrżała na dźwięk tej nazwy.

- Żeglarze często o niej wspominali - rzekł Rebis, stojący obok, zakładając ręce na piersi. - Głównie nieprzyjemne rzeczy.

Toa Wody podniosła głowę, by objąć wzrokiem skalne szczyty. Sięgały naprawdę wysoko, ich końce niemal zahaczały o chmury.

- Niegdyś była to górzasta wyspa, zatopiona przed wiekami. Ponoć Wielki Duch stworzył ją, by nie pozwolić statkom dostać się do drogocennego skarbu - powiedziała, bardziej do siebie niż do kogoś innego, przypominając sobie dawne teksty, które niegdyś czytała. Pozostali spojrzeli na nią, zdumieni. Dalla zarumieniła się i dodała: - Tak przynajmniej mówią legendy. Zapiski w Wielkiej Bibliotece często wspominały o tej przełęczy. Ale czy to nie jest…

- Bardzo niebezpieczne miejsce? - wtrąciła Kaneo, spuszczając się na linach. - Oczywiście, że jest, i tylko jakiś kretyn odważyłby się–

- Kaneo! - Kapitan zgromił ją wzrokiem. - Wracaj do pracy. Na fokmaszt, już!

Matoranka jedynie przewróciła oczami, mamrocząc coś pod nosem, po czym wspięła się po linach na górę.

Toa Wody spojrzała na kapitana. Skupiony, wciąż wpatrywał się w wąską szczelinę między skałami. Nie wyglądał tak, jakby miał rozkazać sternikowi, by obrócił statek i ominął przełęcz.

- Zaraz… - odezwała się, podchodząc do Oduny. - Chyba nie będziemy tędy płynąć?

- Będziemy - oznajmił kapitan.

Dalla zamarła.

- Nie ma innej drogi?

W odpowiedzi Bo-Matoranin westchnął.

- Otamar, powiedz jej.

- Mapa każe nam płynąć prosto przez przełęcz - rzekł sternik, wskazując na mistyczną kulę. Promień światła wypływał z jej środka i znikał dokładnie w szczelinie między kamiennymi kłami. - Mógłbym spróbować ją ominąć, ale skały ciągną się przez wiele kio morskich, przepłynięcie bokiem zajęłoby nam co najmniej kilka dni. A czas nie stoi po naszej stronie.

Dalla ponownie zwróciła się ku kapitanowi.

- Ale statek jest uszkodzony!

- Wytrzyma - odparł Oduna. - I tak nie mamy gdzie się zatrzymać, żeby naprawić szkody. Za nami - woda. Po lewej - woda. Po prawej - woda. Przed nami - skały. Najbliższe wyspy znajdują się dopiero za przełęczą. Poza tym, jeśli ścigają nas statki dronów, nie przepłyną tędy. „Chimera” jest znacznie mniejsza, poradzi sobie.

Toa Wody powoli zaczęła odczuwać panikę.

- Ale tam mieszkają–

- Spokojnie. - Rebis podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu. Zajrzał jej w oczy. - Wszystko będzie w porządku.

Dalla po chwili wahania skinęła lekko głową i odwróciła się. Podeszła do burty, zacisnęła palce na relingu i z narastającym niepokojem patrzyła, jak żaglowiec wpływa między skały.

Posępny cień padł na drużynę, gdy statek znalazł się wśród skalnych ścian. Były tak blisko, że Toa Wody mogła swobodnie dotknąć ich dłonią, stojąc przy barierce. Gdy okręt przepływał między dwoma większymi skałami, czubek masztu zahaczył o kamień i otarł się o jego powierzchnię, odrywając kilka odłamków, które wpadły z cichym pluskiem do wody za żaglowcem, przeciskającym się przez wąską szczelinę. W tak ciasnym miejscu załoga musiała uważać, by „Chimera” nie nadziała się na wymierzone w jej stronę kolce. Matoranie i pomagający im Toa zastygli w miejscu z naciągniętymi linami w dłoniach, trzymając żagle zwinięte. Raz po raz posyłali podejrzliwe spojrzenia na skały, obnażające przed nimi swoje zębiska. Odbijające się w wodzie światło rzucało niebieski blask na ich twarze.

- Uwaga! Skały na sterburcie! - rozległ się krzyk Kaneo, kucającej na bukszprycie, kiedy Vo-Matoranka dostrzegła wystające z wody przed nimi przeszkody.

Otamar pokiwał głową i zakręcił sterem, kierując statek w bok. Ominąwszy przeszkodę, „Chimera” skręciła za kolejną wielką skałę i wpłynęła do kolejnej części przesmyku. Tutaj szczelina nieco się rozszerzała, zupełnie tak, jakby poprzedni fragment przełęczy był ledwie korytarzem, a dopiero teraz statek wpłynął do głównej sali. To, co ujrzeli przed sobą członkowie ekipy, zmroziło im krew w żyłach.

Przed oczami załogi znajdowały się dziesiątki okrętów, pokrytych solą, pleśnią i rdzą na metalowych elementach. Wznosiły się ponad wodą, nabite na ostre skały, z powyginanymi i złamanymi masztami, podziurawionym poszyciem i wilgotnymi deskami odstającymi na wszystkie strony, tworząc przygnębiający obraz beznadziei, torując drogę żaglowcowi i stanowiąc pamiątkę po tych, którzy odważyli się wpłynąć do przełęczy i już nigdy z niej nie wrócili. Dalla złapała się za ramiona, czując przenikliwy chłód i zazgrzytała zębami, wypuszczając z ust biały obłok. Chłodny wiatr poruszał delikatnie linami martwych statków, a zwisające z nich sople uderzały jeden o drugi, wydając przy tym stukot, który roznosił się echem po przesmyku.

Mgła wiła się między wrakami, zaglądała do ich wnętrza przez ziejące pustką dziury i wypływała na zewnątrz niczym wąż, sunący pomiędzy skałami, zupełnie jak woda, która w tym miejscu nie była już tak spokojna jak przedtem. Falowała gwałtowniej, wznosiła się i opadała, wpływała na skały tylko po to, by zaraz po nich spełznąć, tworząc morskie wyboje, w którymś miejscu musiała też spadać gwałtownie w dół, gdzieś w oddali dało się słyszeć bowiem donośny plusk, nie można było jednak określić dokładnie gdzie, ponieważ odbijał się on od skał i wraków oraz zlewał się z pozostałymi dźwiękami, tworząc chaotyczny szum, któremu zdawał się towarzyszyć cichy, melancholijny śpiew.

Dalla rozglądała się dookoła, wodząc wzrokiem po szkieletach statków i ostrych końcach skał, przypominających groty włóczni, na których zdawała się widzieć jeszcze niezmytą przez fale krew zabitych marynarzy. Aura śmierci, jaka ją otaczała, była przytłaczająca. Dziewczyna czytała kilka razy o Przełęczy Brzytw, zawsze sądziła jednak, że słowa o niej, jakoby to miejsce miało być domem śmierci, cmentarzyskiem poległych żeglarzy, przygniatających wszystkich wkraczających na jego wody swoją zatrważającą atmosferą, były tylko wyolbrzymieniami, co często miało miejsce w starożytnych podaniach. Teraz jednak wiedziała, że się myliła. Uznała, że wpłynięcie tutaj było złym pomysłem.

A jednak tak kazała im mapa. Świetlisty strumień wskazywał drogę naprzód, znikając gdzieś pośród mgieł. Dalla powoli zaczynała jednak odnosić wrażenie, że promień nie kieruje ich już do Słonecznego Kryształu, miast tego wpędza ich prosto w pułapkę.

Ekipa patrzyła z kamiennym wyrazem twarzy na mijane okręty, rozpłatane kamiennymi szponami, a uwiecznione w galionach postaci kobiet zdawały się odwzajemniać spojrzenie. Otaczające je mgła skraplała się i ściekała w dół po wyrytych w drewnie twarzach, zupełnie tak, jakby zawieszone na przodach statków dawne towarzyszki załóg płakały, widząc płynący żaglowiec i wiedząc, jaki los czeka jego ludzi. Krople wpadały z cichym pluskiem do fal, a towarzyszył im przy tym ten sam śpiew, który ekipa usłyszała już wcześniej. Teraz zdawał się być głośniejszy.

Az, towarzyszący kapitanowi na przedzie, zląkł się i zerwał z ramienia Oduny, po czym wylądował na barku Dalli, stojącej na tyłach statku. Zaskrzeczał cicho, a wtedy dziewczyna pogładziła go po dziobie. Zmarszczyła brwi.

- Vox? - odezwała się do Toa stojącego w pobliżu. - Słyszysz ten głos? - zapytała, wsłuchując się w smutny śpiew. Opływał ją, zdawał się dochodzić ze wszystkich stron jednocześnie.

Oczywiście wiedziała, że to głupie pytanie. Vox był Toa Dźwięku, pewnie usłyszał go na długo przed Dallą. A jednak dziewczyna miała wrażenie…

- Nie - odparł po chwili Vox. Jego głos brzmiał dziwnie.

Toa Wody odwróciła się i spojrzała na niego. Opierał się o maszt, dziwnie zamyślony. Jego wzrok skrył się pod mgłą. Znów rozmyślał o Arctice?

Coś zaczęło falować wokół statku. Dalla wychyliła się za burtę i spojrzała na wodę otaczającą żaglowiec. Zachowywała się w nienaturalny sposób, jakby układała w jakiś kształt. Dziewczyna podniosła głowę i popatrzyła na wraki dookoła. Z ich galionów nagle oderwały się przejrzyste postaci, jakby odzwierciedlenia tych wyrytych w drewnie i wskoczyły z pluskiem do wody, dołączając do tych płynących wokół „Chimery”. Po chwili Dalla zauważyła, że dziwne kształty zaczynają przypominać jakieś postaci. Kobiety. To one śpiewały.

- Syreny… - wyszeptała. Na dźwięk tego słowa przypomniała sobie dziesiątki kronik, dziesiątki podań, jakie czytała o tych stworzeniach w Wielkiej Bibliotece. Mistyczne istoty o ciałach jakby utworzonych z wody, wyskakiwały teraz z fal, wyciągając swoje przezroczyste ramiona ku Toa na pokładzie. Kilku z nich rozluźniło palce zaciśnięte na linach.

Zamarła.

- Otamar… - zwróciła się do sternika. - Musimy…

Omal się nie przewróciła, gdy statek zahaczył rufą o skałę. „Chimerą” zarzuciło na kolejną skałę, od której również się odbiła. Dalla z trudem zachowała równowagę. Szarpnięcie prawie posłało ją prosto na Matoranina. On jednak nie zwracał uwagi na kamienie. Rozłożył się na kole, z głową opartą na ramieniu i wsłuchiwał się z tęsknym spojrzeniem w śpiew. Ten rozbrzmiewał teraz znacznie głośniej.

- Otamar? - Toa Wody podeszła do niego i pomachała mu dłonią przed twarzą. Nie zareagował. - Otamar?! - powtórzyła i przeniosła wzrok na pozostałych członków drużyny. Szli chwiejnym krokiem w kierunku burty, wpatrując się w wyłaniające się z wody przejrzyste istoty. Nie trzymali już lin. - Vox? Purrik? Izaki? - Zobaczyła, jak jej przyjaciel ogląda się za jedną z syren. - Rebis…?

Powiodła wzrokiem za parą istot, które wyskoczyły z wody opodal. Jeszcze nim na powrót zniknęły wśród fal, Dalla zobaczyła w ich płynnych, przezroczystych twarzach pary żółtych, świecących oczu i usta wykrzywione w uśmiechu. Odsłaniającym rzędy ostrych zębów.

- Kapitanie?! - krzyknęła i przejechała wzrokiem po pokładzie w poszukiwaniu Oduny.

Dostrzegła go po chwili, stojącego przy relingu i wpatrującego się w przepływające postacie.

- Do diaska… - powiedział zauroczonym głosem. - Czegoś tak pięknego jeszcze nie widziałem, ha!

Dalla zadrżała i spojrzała na pozostałych. Rebis, Vox, Izaki, Purrik, Kaleva, Huvatu. Wszyscy podążali za wodnymi kobietami, które kusiły ich śpiewem i swoimi gestami. Dawno zostawili liny same sobie i tylko cudem drzewce masztu nie uderzyły jeszcze o skały i nie złamały go w pół. Poruszali się tak dziwnie, tak… sennie. Byli jak w transie.

- Hej, uważajcie, przed nami ostry spad… - ostrzegła Kaneo, wciąż siedząca na bukszprycie. - Ej! - krzyknęła, gdy Otamar, zamiast ominąć statkiem przeszkodę, pozwolił mu spłynąć w dół po wezbranych falach. Żaglowiec obił się o kilka skał, pozostawiając za sobą parę desek. Dalla poleciała do przodu i wylądowała na czworaka na pokładzie. Otaczający ją mężczyźni zachwiali się, kilku z nich się przewróciło, ale zaraz potem wstali na nogi i znów zmierzyli ku syrenom, które co chwila wychylały się z wody.

Kaneo zeskoczyła na deski.

- Hej, co z wami?! - zawołała, patrząc na załogę.

Dalla podniosła się.

- Są w transie, Kaneo… - powiedziała, spoglądając na towarzyszy. - Syreny ich zahipnotyzowały…

Matoranka zerknęła na nią zdumiona, po czym ponownie popatrzyła na członków ekipy. Wyciągali ręce ku płynnym istotom, jęcząc z tęsknoty.

- Och, faceci… - Przewróciła oczami.

Toa Wody spoglądała nerwowo na boki, czując narastającą panikę. Musiała coś zrobić, jeśli jej towarzysze się nie opamiętają, statek rozbije się - jeśli nie o skały, to o wraki innych statków. Rzucała przerażone spojrzenia na wszystkie strony, gdy nagle dostrzegła, jak z wody uderzającej o nagą skałę na wprost wyłaniają się trzy syreny i przysiadają na kamieniach, uśmiechając się zalotnie do mężczyzn na pokładzie. Ci natychmiast zwrócili się w ich stronę, przepychając się między Dallą i Kaneo, która nie pozostawiła tego bez złośliwego komentarza. Matoranka odwróciła się i spojrzała na sternika, po czym dostrzegła błysk w jego oku, gdy zakręcił kołem, kierując statek ku syrenom. „Chimera” płynęła prosto na nie - i prosto na skały.

Dalla zamarła, widząc niebezpiecznie zbliżającą się przeszkodę. Co robić?

Az latał w tę i z powrotem, jakby chciał jej coś pokazać. Dziewczyna podążyła za nim wzrokiem i zobaczyła, jak krąży wokół steru. Na moment się zawahała. Potem puściła się biegiem w kierunku koła, biorąc się w garść. Odepchnęła zauroczonego Otamara na bok, a ten zatoczył się i upadł na pokład. Dalla chwyciła ster i szarpnęła kołem. Żaglowiec minął skałę, ocierając się tylko o jej skrawek. Syreny wskoczyły do wody, zlewając się z nią w jedno i podążyły za „Chimerą”.

Dalla napięła mięśnie, starając się, by ster nie wyrwał się jej z rąk. Z trudem panowała nad statkiem, który co chwila obijał się o głazy i tratował szczątki innych okrętów. Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej niż podczas ucieczki przed morskim potworem. Teraz Toa Wody nie miała do pomocy Otamara, który przejmie od niej ster i zapanuje nad sytuacją. Su-Matoranin leżał na deskach obok niej i cicho pojękiwał. Sama musiała się wszystkim zająć.

Przerażało ją to.

Syreny wzniosły się na fali, która wyrosła przed żaglowcem. Śpiewały jeszcze głośniej, ich głos rozbrzmiewał w głowie Dalli jak potężny dzwon. Wychyliły się ku żeglarzom i przetoczyły się wraz z falą przez pokład, przewracając załogę i wracając do wodnej postaci. Strumienie przepłynęły przez deski i zniknęły za burtą, ponownie przeistaczając się w wodne kobiety. Toa i Matoranie podnieśli się i zmierzyli w stronę relingu i syren, które zachęcająco machały do nich rękoma.

Dalla z przestrachem patrzyła, jak jej przyjaciele gotowi są wyskoczyć za burtę i dołączyć do zjaw. Musiała coś zrobić, inaczej się pozabijają…

Dostrzegła linę leżącą przed nimi na deskach, strąconą wcześniej wiatrem.

- Kaneo, zwiąż ich, szybko! - wrzasnęła.

Żeglarka złapała linę i kilka akrobacji później ta była już obwiązana dookoła kostek załogi. Kaneo przerzuciła linę przez krążek i mocno szarpnęła, napinając ją. Członkowie załogi poderwali się do góry, zawieszeni za nogi na maszcie, razem z Matoranką, gdy lina z jakiegoś powodu zacisnęła się wokół jej kostki zamiast Rebisa.

Kaneo jęknęła poirytowana, próbując uwolnić się z uścisku sznura.

Toa Wody krzyknęła, widząc, jak jej przyjaciel zbliża się do syren, które z niecierpliwością czekały, aż będą mogły wciągnąć go pod wodę, śpiewając przy tym zachęcająco. Az poderwał się z ramienia dziewczyny i chwycił dziobem kawałek liny przed stopami Toa Ognia, a wtedy ten zahaczył o nią nogami i runął jak długi na pokład.

Dalla odetchnęła głęboko, zaraz potem jednak znów wrzasnęła, gdy żaglowiec walnął o jeden z wraków. Próbowała zapanować nad kołem, podczas gdy kolejna syrena wskoczyła na pokład i usiadła swoim falującym ciałem na dziobie, uśmiechając się do Rebisa. Ten natychmiast zmierzył w jej kierunku.

Ster wyrwał się Dalli z jej dłoni, a wtedy statek obrócił się bokiem, przebił przez wrak i spłynął w dół gwałtownego spadu. Toa Wody poleciała do przodu, przetoczyła się przez pokład, wpadła na Rebisa i razem z nim runęła do tyłu, gdy „Chimera” znów znalazła się na prostej. Fale ściągały ją ku kamiennej ścianie najeżonej skalnymi kolcami. Kawałek wraku, zepchnięty wcześniej z wodospadu przez żaglowiec, przepłynął obok i wzbił się na falach w górę, rozbijając się na kawałki uderzywszy o skałę. Jego szczątki poleciały na boki, rozbijając się o pomniejsze głazy.

Dziewczyna podniosła głowę, potrząsając nią. Znajdowała się dokładnie między Rebisem a syreną. Przejrzysta kobieta zmierzała powoli ku mężczyźnie, wyciągając ku niemu płynne dłonie i obnażając świecące zęby. Jej śpiew nie przypominał już spokojnej, smutnej melodii, był teraz duży szybszy, gwałtowniejszy i groźny. Dalla zadrżała, gdy zjawa znalazła się tuż nad nią. Skuliła się, a wtedy syrena skoczyła na nią i Rebisa.

- Nie! - krzyknęła Toa, wystawiając desperacko dłonie przed siebie.

Ku jej zdumieniu, istota zatrzymała się. Dalla spojrzała na nią z zaskoczeniem. Wodna kobieta stała w miejscu, na kilka centymetrów przed wyciągniętą dłonią dziewczyny, a jej przezroczyste ciało falowało, jakby próbowało wyrwać się z uścisku jakiejś mocy. Po chwili Dalla zamrugała, uświadamiając coś sobie.

To była jej moc.

Ciało syreny powstało z wody. Ona na nie wpłynęła…

Pomału podniosła się, mierząc istotę groźnym spojrzeniem. Syrena śpiewała coraz gniewniej, teraz jej głos przypominał bardziej histeryczne krzyki niż sam śpiew. Zjawa obnażała zęby, ale nie odważała się zbliżyć. Nie, kiedy Dalla trzymała ją swoją mocą. Toa Wody zmrużyła oczy, siłując się z próbującą wyrwać się z jej żywiołowego uścisku syreną i pchnęła dłonią do przodu, wydając przy tym donośny jęk. Płynna kobieta poleciała w tył i rozbryzgała się na boki, jak zwykła woda, po czym zniknęła za burtą.

Dalla opuściła dłoń i spojrzała na nią, zaskoczona. Wciąż czuła dziwne uczucie mocy przepływającej przez jej ciało. Po chwili jednak zachwiała się, gdy statek zarył o kolejną skałę. Podążyła wzrokiem za kolejnymi szczątkami, które wyprzedziły żaglowiec i rozbiły się o czarne kolce. Musiała jakoś zatrzymać statek…

Nagle więcej syren zebrało się wokół niej. Zjawy wpływały na pokład i krążyły dookoła dziewczyny, krzycząc wściekle i świecąc zębami. Nie zbliżały się jednak - Dalla wciąż wpływała na nie mocą, choć sama nie do końca rozumiała, jak. Istoty zataczały coraz mniejsze kręgi, kłapiąc zębami i skandując gniewne pieśni. Nie przypominały już wodnych piękności, bardziej przejrzyste potwory, wcale nie gorsze od tego, z którymi przyszło się już zmierzyć Toa. Na domiar złego, Dalla słyszała już trzask drewna uderzającego o skały, czuła na twarzy kropelki wody rozbryzgujących się na głazach fal. Musiała… zatrzymać… statek…

Gdzieś z boku dostrzegła promienie słońca, przebijające się przez kamienne ściany. Obróciła głowę i zobaczyła przerwę między skałami, na tyle szeroką, by zmieścił się w niej żaglowiec, lecz utorowaną wrakami. Dziewczyna ponownie przeniosła wzrok na syreny i sapnęła. Postanowiła zaryzykować.

Sięgnęła do swojej mocy i ścisnęła nią potwory, po czym uniosła dłonie do góry i zakręciła nimi, a syreny zawirowały razem z jej palcami, zlewając się w jedną, bezkształtną wodną masę. Dalla jęknęła i skierowała dłonie w bok, a wtedy utworzony z morskich zjaw strumień uderzył we wraki barykadujące przejście, rozbijając je.

Toa natychmiast rzuciła się biegiem do steru i wydobyła ze swoich mięśni resztki sił, kierując statek w otwartą szczelinę. Szum fal i krzyk syren rozbrzmiewał echem w jej głowie, gdy żaglowiec uderzył masztem o skalną ścianę, drzewce złamały się w pół i runęły na pokład wraz ze skrępowanymi mężczyznami i Kaneo, a „Chimera” wspięła się na resztki wraków i, używając ich jak rampy, wystrzeliła do przodu, wznosząc się w powietrze, po drodze tratując ostatnie syreny, których krzyk rozniósł się po całym przesmyku, gdy statek zostawił Przełęcz Brzytw w tyle za sobą.

Chimera” uderzyła o spokojne fale, zakołysała się i po chwili uspokoiła, płynąc powoli przed siebie. Dalla wciąż stała ze sterem, trzymając go kurczowo w dłoniach. Powoli zaczynały boleć ją palce.

Ale była bezpieczna. Wszyscy byli.

Odetchnęła z ulgą.

Jej towarzysze zaczęli powoli budzić się z transu. Pomału podnosili się na nogi, rozglądając się niepewnie dookoła i łapiąc za obolałe głowy.

- Co… co się tu stało…? - wychrypiał kapitan, patrząc na resztki ostatniego masztu, wystające pod kątem z pokładu. Potem posłał spojrzenie w kierunku wielkich skał, które powoli niknęły w oddali za statkiem. Nie byli już w przesmyku. Popatrzył na trzymającą ster Dallę i zmarszczył czoło. Az siedział na jej ramieniu, nie jego. Niczego już nie rozumiał.

Rebis spojrzał na przyjaciółkę i ruszył w jej stronę, początkowo chwiejnym krokiem. Minął potrząsającego głową Izakiego, siedzącego na deskach z rękoma opartymi na kolanach. Klęczący obok Kaleva trzymał w dłoniach szamoczącego się morskiego Rahi i szykował się do pocałunku. Toa Lodu grzmotnął go w kark, mrucząc coś pod nosem, a wtedy dopiero jego towarzysz na dobre się ocknął. Izaki posłał mu ciężkie spojrzenie, po czym powiódł wzrokiem po pokładzie.

- Kto nas uratował…?

Wszyscy obrócili głowy w kierunku Dalli, zajmującej miejsce sternika. Zarumieniła się.

- Dalla? - zapytał Rebis, wspinając się po drewnianych schodkach. Na jego twarzy gościł półuśmiech. - Co się tu tak właściwie wydarzyło?

Toa Wody spojrzała na swoje dłonie.

- Ja… - zaczęła. - Chyba nauczyłam się korzystać z mocy żywiołu… - odparła, po czym jej wzrok powędrował do góry, a ona sama osunęła się w ramiona mężczyzny, tracąc przytomność.

Rozdział 10Edytuj

Dwa dni po wydostaniu się z zatopionej górskiej Przełęczy Brzytw, „Chimera” przybiła do brzegu malutkiej, niezasiedlonej wyspy, którą wypatrzył wcześniej Az, wyruszając na powietrzny zwiad, w celu zdobycia materiałów do naprawy statku. Na niebie nie gościła ani jedna chmura, a spokojny ocean odbijał jego niebieską barwę w swojej powierzchni, szkląc się w promieniach ciepłego, popołudniowego słońca.

Wyspa, do której przybiła ekipa, na dobrą sprawę składała się tylko z piaszczystej plaży i niewielkiego wzgórza pokrytego lasem. Miejsce wydawało się całkiem przyjemne i członkowie ekipy zareagowali radosnym okrzykiem, gdy kapitan pozwolił im zostać tu przez kilka godzin. Odpoczynek dobrze im zrobi i cieszyli się, że natrafili na tę wyspę. Zupełnie tak, jakby mapa specjalnie kazała im obrać taki kurs, wiedząc o ich potrzebach.

- Dobra, kamraci, słuchajcie - przemówił Oduna, jeszcze nim zeszli na ląd. - Potrzebny nam będzie komplet kłód, hebel i sporo bio drewna. Bierzcie się do pracy, nie przypłynęliśmy tu na wakacje. Pamiętajcie, że wypływamy o zmroku. Kto się zgubi, zostaje, ha!

Trap uderzył o złocisty piasek. Podchodząc do barierki, Izaki obejrzał się za siebie, spoglądając na Toa Kamienia. Nie szykował się do zejścia, miast tego klęczał przy szczątkach działa na przedzie statku. W miejscu, w którym niegdyś znajdowała się masywna, czterolufowa broń, teraz sterczało z pokładu jedynie kilka metalowych uchwytów pośród walających się po deskach stalowych części. Od czasów walki z morską bestią, nikt jeszcze nie miał czasu, by wziąć się za naprawę. Toa Lodu dostrzegł błysk w zielonych oczach przyjaciela, gdy spoglądał na uszkodzoną konstrukcję. Miał obawę, że jego towarzysz wreszcie zamierzał użyć narzędzi, które stanowiły jego nadmierny bagaż.

- Idziesz, Kaleva? - zawołał.

- Nie, nie… - odrzekł tamten, kręcąc głową. - Zostanę na pokładzie, zajmę się tym działem. Zobaczysz, zrobię z niego najlepszą broń, jaka pływała po tych wodach. To będzie moje najlepsze dzieło! - dodał, sięgając po narzędzia.

Izaki westchnął jedynie pod nosem.

- Cóż, jak uważasz - powiedział. - Możesz przynajmniej podać nam swoją broń? Przyda się przy ścinaniu drewna - zapytał i odchylił się do tyłu, gdy Toa Kamienia rzucił ku niemu niedbale młoto-piłę.

Posłał inżynierowi ciężkie spojrzenie.

- Powiedziałem „podać”, nie „rzucić” - odparł, ale Kaleva i tak już go nie słuchał. Z zapałem wziął się za naprawę uszkodzonego działa. Izaki wzruszył tylko ramionami i odwrócił się, schodząc po trapie na ląd.

Opuszczając pokład żaglowca, Dalla spoglądała na wyspę przed sobą. Nigdy wcześniej nie była w takim miejscu, a zapiski w Wielkiej Bibliotece poświęcały im mało uwagi. Szkoda, ta wyspa wydawała się jej bowiem całkiem miła. Słońce przyjemnie prażyło ją w tył głowy, gdy schodziła po trapie, a widniejące w oddali drzewa zachęcały do odpoczynku w ich cieniu. Tak, to miejsce zdecydowanie wydawało się jej miłe.

Postawiła stopy na piaszczystej plaży i spojrzała w dół. Pojedyncze ziarnka odbijały promienie słoneczne, sprawiając wrażenie, że cała plaża szkliła się, podobnie jak otaczające ją wody. Dalla przykucnęła i nabrała w dłonie garść piasku. Maleńkie granulki przesypywały się spomiędzy jej palców, gdy zbliżyła dłonie do twarzy i zaczerpnęła woń piasku, przymykając oczy.

Gdy je otworzyła, zobaczyła, jak Rebis przygląda się jej z zainteresowaniem.

- Ten piasek… - powiedziała. - Jest zupełnie inny niż ten na Artas Nui. Jaśniejszy, przyjemniejszy w dotyku, bardziej… czysty. Nigdy wcześniej się z takim nie spotkałam.

- Cóż, gdybyś zgodziła się wyruszyć ze mną na którąś z wypraw, tak jak ci wiele razy proponowałem, odwiedziłabyś mnóstwo takich miejsc - zaśmiał się Toa Ognia.

Dalla zerknęła na niego.

- Nawet na te wyprawy, na które wyruszałeś na pokładzie statków, których załoga niekoniecznie wiedziała o twojej obecności? - zapytała, pozwalając sobie na złośliwy komentarz. Powoli zaczynała się ich uczyć od Purrika, który podczas podróży nieustannie próbował wytrącić Izakiego z równowagi.

Rebis ponownie się zaśmiał.

- Nie, te akurat nie zawsze kończyły się moim dotarciem do celu - odparł, po czym oddalił się w stronę lasu, zarzucając jeden z mieczy na ramię. Dalla powiodła za nim wzrokiem, po czym jej spojrzenie spoczęło na Voxie. Kucał przy ziemi, podobnie jak przed chwilą ona i dotykał dłonią piasku.

Podeszła do niego.

- Podobne plaże mieliśmy na Neitu - rzekł. Nabrał w dłoń nieco piasku, a po chwili wiatr poderwał z niej drobne ziarenka, które odleciały w kierunku oceanu. - Wyspie, z której pochodzę.

Wyprostował się i ruszył wolnym krokiem ku drzewom. Dalla podążyła za nim. Po chwili piaszczyste podłoże pod ich nogami ustąpiło miejsca miękkiej ziemi, pokrytej w licznych miejscach kępkami gęstej trawy, krzewami i egzotyczną, bujną, jaskrawą roślinnością, której dziewczyna nigdzie wcześniej nie widziała, nawet w ilustrowanych kronikach czy atlasach.

- Twoja ojczyzna - odezwała się Toa Wody - była jak ta wyspa?

- Pomijając dzikie Rahi polujące na Matoran, tak - powiedział mężczyzna. - Zdominowana przez pierwotną naturę, daleko od rozwiniętego ducha cywilizacji. Miejmy nadzieję, że wystarczająco daleko.

Dalla dopiero po chwili zrozumiała, co znaczą te słowa.

- Myślisz, że Armia Nowego…

- Nie wiem - odrzekł Vox. - Moi pobratymcy są twardzi, poradziliby sobie. Jednak jeśli po powrocie miałbym tam zastać tylko zniszczenia i jałową ziemię… - Uklęknął i nabrał garść brązowego gruntu, po czym wsypał ją do zawieszonej na ramieniu torby. - …przynajmniej będę miał od czego zacząć.

Dziewczyna bez słowa patrzyła, jak Toa Dźwięku wstaje i odchodzi, by dołączyć do pozostałych. Uznała to za interesujący gest. Już miała za nim ruszyć, gdy nagle dobiegł do niej głos Rebisa. Odwróciła się i rozejrzała, szukając wzrokiem przyjaciela. Stał na skraju lasu, rozmawiając o czymś z Fe-Matoraninem. Po chwili skończył rozmowę i zmierzył do niej dziarskim krokiem, trzymając w dłoni topór. Rzucił go Dalli, a ta złapała jego drzewce w dłonie. Ugięła się. Był cięższy niż jej włócznia.

- Pożyczyłem go od Huvatu - powiedział, wyszczerzając się.

- Do czego mi on? - spytała dziewczyna, spoglądając niepewnie na trzymany topór.

- Jak to do czego? Do ścinania drewna! - Rebis uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Będziesz nim trenować.

Dalla uniosła brew.

- Walczy się nim inaczej niż włócznią - stwierdziła.

- Ale wymachiwanie nim wyrabia mięśnie. A te z pewnością ci się przydadzą. - Poklepał ją w wątłe ramię.

Toa Wody poczuła, jak oblewa się rumieńcem.

- Wystarczyłaby mi Kanohi Pakari…

- Wybacz, ale nie wzięliśmy ze sobą na wyprawę żadnego Mistrza Masek - odparł Rebis. - I nie patrz tak na mnie, to wina Auerieusa, to on wyznaczał członków ekipy. Poza tym, Kanohi zawsze łatwo jest stracić w walce. Ze zdobytą siłą bywa już trochę trudniej.

- Ale…

- Dalla. - Toa Ognia zajrzał jej w oczy. - Świetnie posługujesz się włócznią. Naprawdę nigdy nie sądziłem, że tak szybko osiągniesz taki poziom, i jestem dumny. Z ciebie, że robisz takie postępy i z siebie, że cię tego nauczyłem. Ale umiejętności, które zdobyłaś, mogą nie wystarczyć, jeśli będzie brakować ci siły, by wyprowadzić wystarczająco skuteczny cios. Dlatego musisz nabrać krzepy. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Nie mówiąc już o tym, że materiały do naprawy statku same się nie zdobędą.

Dziewczyna westchnęła cicho. Nie lubiła, gdy Rebis wypominał jej brak siły. Choć wiedziała, że ma rację.

- Nigdy nie sądziłam, że będziesz moim nauczycielem…

Wzruszył ramionami.

- Robię to, co mogę - skwitował Toa Ognia. - Masz ogromną wiedzę, Dalla. Znasz całą Wielką Bibliotekę na pamięć. Ale kroniki nie nauczą cię walczyć. Ja mogę. Zawsze byłem dobry w naparzaniu się bronią. Do tego nie potrzeba zbyt wielkich kwalifikacji, więc akurat się nadaję.

Toa Wody zaśmiała się cicho, zakrywając dłonią usta. Zaraz potem jęknęła, myśląc o tym, ile czeka ją pracy, gdy weszli między drzewa.

***


Gdy kilka godzin później „Chimera” wyruszyła w dalszą podróż, księżyc zdołał już wyłonić się zza horyzontu i teraz zimny blask jego białej tarczy odbijał się w powierzchni wody. Ekipa ponownie, jak przed kilkoma dniami, zebrała się, by wysłuchać wieczornych opowieści, choć tym razem znajdowali się nie pod, a na pokładzie żaglowca, w ramach uczczenia jego ponownego wyruszenia w rejs. Wszyscy członkowie drużyny przebywali teraz na rufie, z wyjątkiem Otamara, kierującego statkiem oraz Kalevy, który przez cały czas nieprzerwanie pracował nad swoim działem, mimo dezaprobujących komentarzy Izakiego.

Załoga siedziała w kręgu wokół kilku Kamieni Świetlnych, rzucających na podróżników żółtawy blask oraz Kamieni Cieplnych, które ich ogrzewały. Toa i Matoranie wsłuchiwali się z zaciekawieniem w opowieść Ragana, którego historie bardziej przypadły im do gustu od tych, którymi próbował zabawić ich kapitan. Toa Ziemi raczył swoich towarzyszy opowieścią o tym, jak jeszcze będąc Matoranami, on oraz Izaki zostali uwięzieni w podziemnych Archiwach Artas Nui, choć Toa Lodu musiał często przerywać swojemu przyjacielowi, gdyż, jak twierdził, Ragan nie do końca wiernie przedstawiał tamte wydarzenia.

Głośna salwa śmiechu zwieńczyła jego historię, gdy Toa Ziemi skończył opowiadać. Nawet Otamar, stojący za sterem nieopodal, wykrzywił kąciki ust w uśmiechu.

- Hej, Otamar! - zakrzyknęła Kaneo, odwracając się ku sternikowi. Jako jedyna ze słuchaczy nie siedziała na ziemi, tylko zwisała na linach. - Nie chcesz się do nas dołączyć?

Matoranin pokręcił głową. Oprócz Kamieni Świetlnych i rozwieszonych w różnych miejscach statku lamp zapalonych przed wyruszeniem przez Kaneo, kolejnym źródłem światła na pokładzie był strumień energii wypływający z mapy, który rzucał błękitny blask na maskę sternika.

- Dziękuję, ale nie skorzystam - powiedział. - Nowe maszty dopiero co złapały wiatr w żagle. Chcę się nacieszyć razem z nimi.

Widząc zdumiony wyraz na twarzach Toa, Oduna zaśmiał się rubasznie.

- Otamar już taki jest. Chłopak zżył się z tym statkiem. Zresztą nic dziwnego. Mocno się nad nim napracował, by nadawał się do wyruszenia na taką wyprawę. Wszyscy się napracowaliśmy, ha!

Siedzący obok Purrik spojrzał z ukosa na Odunę.

- Z całym szacunkiem, kapitanie, ale czy każda twoja wypowiedź musi kończyć się na „ha”?

- Wypraszam sobie, nie każda. No i tak mówi się tam, skąd pochodzę - odparł mężczyzna, wzruszając ramionami. - Zresztą, czy ty sam jako Matoranin Powietrza nie powinieneś posługiwać się tym waszym dziwacznym dialektem? Mową Szybową, czy jak się to cholerstwo nazywa, ha?

- Powinienem - przyznał Purrik - Ale w szajkach złodziei nie było miejsca dla osób używających tej mowy. W końcu jaki pożytek z kogoś, z kim nie potrafisz się nawet porozumieć? Wiąże się z tym nawet pewna ciekawa historia…

- Proszę cię, przyjacielu… - Izaki wywrócił oczami. - Nasłuchaliśmy się już twoich opowieści o złodziejach.

W odpowiedzi Toa Powietrza wyszczerzył zęby w tajemniczym uśmiechu. Jego czerwone oczy zabłyszczały pod maską.

- Więc może wolisz, by to nasz kapitan opowiedział kolejną historię?

Kapitan przez moment spoglądał na nich dwóch, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. Dopiero po chwili obruszył się:

- Hej, co to ma znaczyć, ha?!

Purrik i Izaki rozpoczęli ku zażenowaniu innych kolejną wymianę złośliwych komentarzy, przerywaną co chwila przez obruszonego kapitana. Siedząca najbliżej nich Dalla nie zwracała jednak uwagi na sprzeczkę. Odkąd wrócili na pokład, cały czas skupiała się na zawieszonej w powietrzu kuli wody, którą „wyciągnęła” z morza jeszcze podczas postoju na wyspie. Az spoczywał wygodnie na jej ramieniu - ostatnio spędzał z nią znacznie więcej czasu. Mimo upływu godzin, mięśnie wciąż bolały ją po ścinaniu drzew, jednak to dobrze - po ciężkim wysiłku fizycznym łatwiej było jej umysłowi skoncentrować się na trenowaniu nowo odkrytej przez dziewczynę mocy. Przejrzysta substancja cały czas przyjmowała różne kształty, nie układała się jednak w żadną konkretną figurę. Tego Dalla jeszcze się nie nauczyła.

Zajmujący miejsce obok Rebis przyglądał się jej z rozbawieniem.

- Halo, jesteś tam? Od czasu kiedy wróciliśmy na pokład cały czas wpatrujesz się w to kroplisko - powiedział, machając dłonią przed twarzą dziewczyny. Woda, która zaczęła się już układać w formę piramidy, ponownie przybrała postać bezkształtnej masy.

Dalla westchnęła.

- Staram się trenować panowanie nad mocą - odrzekła. - Manipulowanie żywiołem wychodzi mi już nawet coraz lepiej. Szkoda, że nadal nie umiem go tworzyć.

Nie czekając na odpowiedź przyjaciela, ponownie wbiła wzrok w zawieszoną przed nią ciecz, skupiając się. Rebis pociągnął nosem i spojrzał na swoich towarzyszy, wciąż próbujących sobie dopiec. Podparł dłonią głowę i wpatrywał się w dwójkę Toa, szybko jednak mu się to znudziło i ponownie odwrócił wzrok w stronę Dalli. Nawet nie zauważyła, że na nią patrzy.

Krzyknęła gwałtownie, gdy nagle wystrzelony przez Rebisa płomień zmienił wodną substancję w obłok pary, który po chwili rozpłynął się w powietrzu. Az poderwał się z jej ramienia i zaraz potem ponownie na nim wylądował, a dziewczyna spojrzała ze zmrużonymi oczami na mężczyznę. Chichotał cicho, spoglądając na nią, a zawieszony nad jego otwartą płomień poruszał się gwałtownie, jakby śmiejąc się razem z nim.

Moment potem uśmiech znikł z twarzy Toa Ognia, podobnie jak płomień, kiedy Dalla ugasiła go wodnym strumieniem. Rebis spojrzał na nią zaskoczony.

- Chyba właśnie nauczyłam się kolejnej rzeczy. - Toa Wody uśmiechnęła się triumfalnie, choć na jej twarzy i tak pojawił się rumieniec. Toa Ognia również uśmiechnął się do niej i zerknął na Izakiego i Purrika. Nadal się ze sobą sprzeczali.

Znów dało się słyszeć westchnięcie, tym razem Kaneo.

- Macie zamiar całą noc się kłócić? - odezwała się do Toa Lodu i Powietrza, wyraźnie znużona.

- Przynajmniej to jakaś rozrywka - skwitował Purrik, wzruszając ramionami.

- Kaneo ma rację, nie ma sensu się sprzeczać - wtrącił Ragan, a jego donośny głos wydał się aż nader głośny pośród wieczornej ciszy. - Siedzimy wokół tych kamieni jak dookoła ogniska. Vox, może mógłbyś nam coś zagrać? - Skinął głową ku Toa Dźwięku.

Mężczyzna zamrugał. Wszystkie głowy momentalnie obróciły się w jego stronę.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry… - zaczął, lecz wtedy przerwał mu kapitan:

- Cóż, w takim razie, mogę opowiedzieć wam kolejną historię…

- Nie! - krzyknęli jednocześnie pozostali Toa. Kapitan obrzucił ich wzburzonym wzrokiem, a ci z kolei spojrzeli na Voxa.

Toa Dźwięku ponownie zamrugał.

- Dajcie mi chwilę - powiedział, po czym podniósł się i zmierzył w kierunku zejścia pod pokład, kierując się w stronę swojej kajuty.

Kaneo przewróciła oczami i wspięła się wyżej na linie, po czym jak pająkowaty Rahi poruszający się po pajęczynie przedostała się na przód statku. Dostrzegła w dole pod sobą Kalevę, wciąż pracującego nad działem. Broń znacznie różniła się od swojej poprzedniczki. Zsuwając się w dół po sztagu, Kaneo zauważyła, że działo oprócz czterech luf, które zostały znacznie wydłużone, posiada również kilka składanych wyrzutni i mnóstwo dodatkowych celowników i paneli. Mimo nieco chaotycznego wyglądu, broń i tak już robiła wrażenie, a nic nie wskazywało na to, by Toa Kamienia zbliżał się do końca swojej pracy.

Matoranka wylądowała na deskach obok mężczyzny. Kaleva nie zareagował na jej przybycie. Albo ją zignorował, albo był tak pochłonięty konstrukcją, że nawet jej nie zauważył. Jego stanowisko pracy oświetlała pojedyncza lampa, postawiona na pokładnicy przy Toa. Kaneo przyjrzała jej się. Nie przypominała tych, które Matoranka zapaliła na noc przed wypłynięciem. Bardziej wyglądała na lampę domowej roboty. Dziewczyna zmrużyła oczy i zerknęła na Toa.

- A ty? - zapytała. - Nie dołączasz do pozostałych?

- Chciałbym, ale nie mogę - odparł Kaleva, przecierając czoło. W dłoni trzymał jakieś narzędzie, którego funkcję trudno było Kaneo określić. - Muszę zająć się tym działem.

- Ślęczysz nad nim już od kilku godzin.

- Cóż poradzę. Konstruowanie to moja pasja - stwierdził Toa i dodał ciszej: - Szkoda, że inni nie potrafili tego zrozumieć…

Matoranka uniosła brew.

- Co masz na myśli?

- Tam, skąd pochodzę, Po-Matoranie to głównie rzeźbiarze. Oczekiwano więc ode mnie, że też będę się tym zajmował. Nie spodobało im się, kiedy nie do końca chciałem to robić - odparł Kaleva. - Ale ja jestem rzeźbiarzem. Na swój sposób. Po prostu używam innych materiałów. - Uśmiechnął się do siebie.

- I co było potem?

- Nie mogąc znaleźć zajęcia, jakim mógłbym się trudnić, opuściłem mój dom i dotarłem na Artas Nui. Tam miałem większe pole do popisu, mogłem w końcu rozwijać swoje umiejętności tak, jak mi się podobało. Chciałem nawet zacząć pracę dla XONOX-u, nie zgodzili się jednak mnie przyjąć - może to i dobrze. Uznali, że moje konstrukcje nie są wystarczająco… wytrzymałe.

Matoranka zamrugała.

- Cóż, w takim razie może warto by zmienić zainteresowanie…

Kaleva pokręcił głową.

- To było dawno temu. Teraz nabrałem już wprawy i moje dzieła nie rozlatują się już tak szybko. No, zazwyczaj. Czasem zdarzy się jakiś nieudany projekt, ale to naprawdę rzadko. Nie słuchaj tego, co mówi Izaki, on zawsze wszystko wyolbrzymia. A to działo… To będzie moja najlepsza konstrukcja! Zobaczysz, stworzę taką broń, że będziemy w stanie powalić takie bestie, jak ta, z którą niedawno walczyliśmy, za jednym strzałem! To znaczy, przy precyzyjnym celowaniu, w przeciwnym wypadku być może za dwoma…

Kaneo wpatrywała się z zainteresowaniem to na Toa, to na broń, nad którą pracował. Wydawała się… zaintrygowana.

- Pomogę ci - rzekła po chwili, siadając obok Kalevy.

Zerknął na nią, zdumiony.

- Znasz się na tym?

- Nie - przyznała Kaneo, wzruszając ramionami. - Ale czy to ważne? - Wyszczerzyła się.

Toa Kamienia również się uśmiechnął i po chwili oboje zabrali się do pracy.

Na rufie statku, Vox powrócił do swoich towarzyszy z gitarą ściskaną w ręku. Usadowił się pomiędzy nimi i położył instrument bokiem na kolanach, tak, by wygodnie było mu grać. Oparł dłoń ściskającą kostkę na korpusie i trącił kilka początkowych strun, sprawdzając brzmienie gitary. Spojrzał po pozostałych i ujrzał, jak ci wpatrują się w niego z zaciekawieniem. Vox nagle mimo woli poczuł się zakłopotany. Przypomniał sobie, kiedy na Neitu nieraz proszono go, by zagrał coś podczas tamtejszych uroczystości. Zawsze odmawiał.

- Muszę was ostrzec - powiedział. - Nigdy nie grałem przed tak dużą publicznością, więc… - przerwało mu odchrząknięcie Oduny, który po chwili zaczął swoją opowieść:

- A więc, kiedy moja załoga przybiła do brzegu Południowego Kontynentu…

- Dobrze już, dobrze. - Vox machnął ręką. - Zaczynam.

Powoli trącał struny, uwalniając dźwięki, które rozniosły się po statku razem z chłodnym, nocnym wiatrem. Vox przymknął oczy, wygrywając melodię, tę samą, którą zagrał kilka dni wcześniej, gdy Arctica zawitała w nocy do jego kajuty. Po chwili do pojedynczych dźwięków uderzanych strun dołączył również niski głos Toa, kiedy mężczyzna zaczął śpiewać słowa piosenki.

Jego towarzysze spoglądali na niego w całkowitym skupieniu, nikt z nich nie przeszkadzał - nawet Izaki i Purrik przestali obrzucać się kąśliwymi komentarzami. Po kilku minutach rozbrzmiewania muzyki zaczęli cicho gwizdać w rytm melodii, a gdy Vox powtórzył zwrotkę na tyle razy, by nauczyli się jej słów, dołączyli się do jego śpiewu, początkowo cicho i głośniej z każdą kolejną, jak powoli rozjarzający się płomień.

Vox uśmiechnął się, słysząc, jak jego przyjaciele dołączają się do niego. Zatęsknił za swoim dawnym domem i zaczął żałować, że nigdy nie zebrał się na odwagę i nie zagrał tej piosenki przed innymi mieszkańcami. Lecz nawet mimo tych myśli i nawet mimo chłodu nocy, gdy do jego uszu docierał śpiew jego towarzyszy zrobiło mu się znacznie cieplej.

Zgromadzona wokół Toa Dźwięku załoga śpiewała głośno, nikt nie słyszał więc, jak kierujący statkiem Otamar pogwizduje cicho wygrywaną przez Voxa melodię, podobne dźwięki dobiegały też od strony pracujących Kaneo i Kalevy. Błękitny strumień światła, wypływający z kuli przed sternikiem wskazywał im drogę ku nadziei dla ofiar wojny, ci płynący tym statkiem wiedzieli jednak, że odnaleźli już swoją.

Rozdział 11Edytuj

Donośne odgłosy rozbrzmiewające nad pokładem obudziły Rebisa. Toa Ognia otworzył gwałtownie oczy i przez chwilę jeszcze leżał w swojej kajucie, po czym momentalnie zerwał się na nogi, chwycił za miecze i popędził na górę. Wreszcie coś zaczęło się dziać.

Ostatnie tygodnie podróży były dla załogi „Chimery” spokojne, z wyjątkiem kilku gwałtowniejszych wiatrów na morzu i niewielkiego pożaru, spowodowanego przedwczesnym wystrzałem z działa Kalevy. Choć Rebisowi zależało na powodzeniu misji, zaczynało mu powoli brakować walk, będących nieodłączną częścią jego życia jako poszukiwacza przygód - nadal trenował co prawda z Dallą - i cieszył się widząc, jakie jego przyjaciółka robi postępy - tęsknił jednak za dreszczykiem emocji, jaki towarzyszył starciom z piratami i innymi rzezimieszkami, czy ostatnio z dronami. Teraz jednak, być może, szykowała się kolejna walka i Rebis w głębi duszy cieszył się na nią.

Wyprawa trwała już naprawdę długo - mijał właśnie dwudziesty dzień, odkąd „Chimera” zatrzymała się na wyspie w celu naprawy szkód. Toa zaczynali pomału tęsknić za lądem. Załoga starała się trzymać statek z dala od zamieszkanych wysp, na swojej drodze często mijali jednak pomniejsze wysepki, tak małe, że nie zaznaczano ich nawet na mapach. Ekipa tęsknym wzrokiem spoglądała na mijane lądy, z lewitującymi górami, egzotycznymi Rahi i z bujną, kolorową roślinnością, jakiej nigdy wcześniej jeszcze nie widzieli, kapitan jednak odmawiał zatrzymania się przy nich. Postoje były ostatecznością, drużyna nie miała na nie czasu - wciąż odczuwali na swoich plecach cień ścigających ich dronów.

Toa Ognia wybiegł spod pokładu i zamarł z mieczem uniesionym w dłoni. Żaglowiec otaczały ściany białych obłoków, tak gęstych, że nie dało się dostrzec niczego za burtą. Krzyki, które usłyszał wcześniej Rebis należały do Oduny, stojącego przy kasztelu i siedzącej na dziobie Kaneo, próbującej zauważyć coś wśród obłoków i pomóc w nawigowaniu statkiem.

Zauważył Dallę stojącą opodal kapitana. Podszedł do niej.

- Co się dzieje?

- Przeklęte mgły - mruknął Oduna. - Niczego nie widać, ha!

Rebis spojrzał na przyjaciółkę.

- „Na krańcu wszechświata we mgle wyspa leży” - przypomniała sobie słowa zapisane na kamiennej tabliczce, którą tłumaczyła w podziemnej kryjówce jeszcze przed wyprawą. - Kapitanie, wydaje mi się, że jesteśmy…

- Myślałem, że to o tych mgłach to taka przenośnia - zirytował się Purrik usłyszawszy jej słowa, chodząc w tę i z powrotem po pokładzie. Mgły kłębiły się wokół niego, gdy znajdował się blisko burty - ale tu faktycznie jest ich cała ściana. I znając nasze szczęście, niedługo rozbijemy się na jakiejś skale. Nie udało się w przesmyku, więc ten, kto chce nas zatrzymać, postanowił spróbować swojego szczęścia tutaj.

Kucający na nadburciu przy stanowisku sternika Vox odezwał się do Otamara:

- Skoro o tym mowa, skieruj statek w prawo. Przed nami spora skała.

Matoranin skinął głową i zakręcił sterem. Po chwili pośród białej zawiesiny dało się dostrzec mijany przez statek niewyraźny, ciemny kształt. Vox uśmiechnął się lekko pod nosem. Cały czas spoglądał przed siebie.

Zdumiony Purrik spojrzał z zaskoczeniem na mijaną skałę, po czym podszedł do Toa Dźwięku.

- Skąd wiedziałeś, że tam jest?

Kąciki ust mężczyzny w Hau ponownie wykrzywiły się.

- To proste - powiedział i postukał palcem w bok maski. - Echolokacja.

Toa Powietrza zmarszczył czoło.

- Echo… co?

Znajdujący się na przedzie statku Kaleva siedział za sterami swojego działa, co chwila obracając naszpikowaną wyrzutniami broń w różnych kierunkach. Praca nad nią zajęła mu około pięciu dniu, od tamtej pory - nie licząc jednej nieudanej próby - nie miał jednak jeszcze okazji wypróbować swojego dzieła. Podekscytowany, nie mógł się doczekać tego momentu.

- Kaleva? - zapytał Izaki, podchodząc do niego i patrząc z uniesioną brwią, jak jego towarzysz celuje działem na wszystkie strony. - Co ty robisz?

- Nie wiadomo, co może czaić się w tej mgle - odparł inżynier - ale cokolwiek tam na nas czeka, będę gotów zgotować mu odpowiednie powitanie!

Toa Lodu przyłożył palce do czoła i pokręcił głową z westchnieniem.

- Nie wygłupiaj się - powiedział i pociągnął towarzysza za ramię, ściągając go z działa i kierując się ku przedniej burcie. - Jeśli coś miałoby nas tu zaatakować, już dawno by to zrobiło.

- Ciężko mi to mówić, ale muszę przyznać naszemu jajogłowemu rację - odezwał się Purrik. - Nic nam tu nie grozi. Jeśli my nie możemy zobaczyć nic w tej mgle, nikt inny też nas nie może… - umilkł, gdy biały Toa uciszył go uniesieniem dłoni.

Izaki zatrzymał się w miejscu, stojąc przy dziobie statku. Soczewka jego teleskopowego oka obracała się, spoglądając w białą zawiesinę przed żaglowcem. Po chwili Toa Lodu odezwał się:

- Mamy towarzystwo…

Nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, z mgły nagle wyłoniły się mroczne, cieniste kształty, nadlatując prosto na statek. Toa błyskawicznie dobyli swoich broni, a gdy zjawy przelatywały nad ich głowami, zauważyli, że wyglądają jak jakiś rodzaj nieznanych lotnych Rahi. Przypominały przerośnięte wersje Aza, który zaskrzeczał z niepokojem na ich widok, ze skrzydłami stworzonymi z cienia i nagimi czaszkami w miejscu głów. Zataczały kręgi wokół załogi statku, raz po raz szarpiąc swoimi kościanymi szponami poszycie i maszty żaglowca.

- Hej! Dopiero co je naprawiliśmy! - krzyknęła Kaneo, gdy jeden ze stworów pozostawił podłużne wgłębienia w drzewcu pierwszego masztu.

Kilka wiązek żywiołowej energii wystrzeliło w powietrze, wszystkie jednak chybiły. Cieniste Rahi przelatywały nad głowami drużyny i znikały we mgle, by za chwilę nadlecieć z innej strony, nie dając się trafić.

Kaleva rzucił się biegiem w kierunku działa, odpędzając po drodze przecinające powietrze nad nim zjawy i momentalnie znalazł się za sterami broni. Zacisnął dłonie na drążkach i obrócił działo, podążając za najbliższym Rahi. Celownik namierzył bestię i Kaleva już miał naciskać spust, kiedy nagle do jego uszu dobiegł głos Izakiego.

- Czekajcie! - wykrzyknął Toa Lodu, wskazując palcem na Rahi. - Odlatują.

Istotnie, spojrzawszy we wskazywanym przez niego kierunku, pozostali członkowie drużyny dostrzegli powoli oddalające się ciemne kształty. Toa Kamienia westchnął, rozczarowany.

- Co to, do pioruna, było, ha?! - odezwał się kapitan, podnosząc się z ziemi po tym, jak upadł w trakcie nalotu.

- Dymne Kruki - odparła natychmiast Dalla, przypominając sobie ich nazwę. Innych nie dziwiło już nawet, że wiedziała coś takiego. - Według legend miały atakować żeglarzy, którzy nazbyt zbliżyli się do nieodpowiednich wysp… - umilkła. - Ale nie powinny zapuszczać się tak daleko w morze…

- Zaraz - wtrącił się Huvatu. - Po czym mogliśmy określić, że się oddalają?

Pozostali spojrzeli po sobie.

- Mgły - powiedział po chwili Izaki. - Mgły się rozstępują.

Oduna podreptał na dziób statku i wyjął spod płaszcza lunetę. Oparł jedną nogę na bukszprycie i spojrzał przez teleskop przed siebie. Rzeczywiście, mgły stawały się coraz rzadsze i po chwili kapitan ujrzał ciemny, niewyraźny kształt majaczący gdzieś na horyzoncie. Po dłuższym przyjrzeniu się Matoranin uświadomił sobie, że ma przed oczami wyspę, wyłaniającą się z wody pośrodku mgielnego kręgu. Nie było wątpliwości. Strumień światła wypływający z mapy i przelatujący tuż obok głowy kapitana wskazywał prosto na widniejący na drodze „Chimery” ląd.

Oduna opuścił lunetę i odwrócił się do pozostałych. Wpatrywali się w niego z wyczekiwaniem.

- Załogo - powiedział. - Chyba jesteśmy na miejscu.

***


Kotwica uderzyła o morskie dno, wznosząc tumany pyłu w wodną toń. „Chimera” zatrzymała się przy piaszczystym brzegu wyspy Słonecznego Kryształu, w niewielkiej zatoce utworzonej z wystających ponad taflę skał. Kilka Dymnych Kruków krążyło nad żaglowcem, żaden jednak nie atakował - wszystkie po chwili zniknęły w głębi lądu, wlatując między drzewa gęstej dżungli porastającej wyspę, do której przybiła ekipa.

Oduna i kilkoro pozostałych członków załogi stało przy relingu i wpatrywało się w długo wyczekiwany cel ich podróży. Ich oczy zabłyszczały.

- Patrzcie, kamraci, ha! - wykrzyknął Bo-Matoranin. - W końcu dotarliśmy. Czyli jednak ta mapa nie próbowała nas wykiwać, ha!

- Nie cieszyłbym się tak na twoim miejscu, kapitanie - stwierdził Purrik. - To wciąż może być niewłaściwa wyspa.

Dalla powiodła wzrokiem po puszczy rozpościerającej się przed jej oczami. Szerokie liście drzew przechodziły z zielonej barwy w niebieską, sprawiając wrażenie, że cała dżungla pokryta jest od góry dwukolorowymi pasmami. Z wnętrza lasu dochodziły odgłosy przeróżnych Rahi i coś, co przypominało tykanie mechanizmu. Cała wyspa roztaczała wokół siebie dziwną aurę, z którą Dalla nigdy przedtem nie miała styczności. Była… zaintrygowana.

- Ta wyspa jest zupełnie… inna - odezwała się. - Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam… Nigdy wcześniej o czymś takim nie czytałam. Gdybym mogła opisać to wszystko i uzupełnić kroniki…

Poczuła na swoim ramieniu dotyk Rebisa.

- Nie mamy na to teraz czasu, Dalla. Chodź, musimy się przygotować.

Dziewczyna skinęła głową i wraz z towarzyszem zeszła pod pokład. Po drodze do swojej kajuty minęła pokój Voxa, przez którego otwarte drzwi zobaczyła Toa Dźwięku pakującego rzeczy do torby. Wcześnie zaczął się szykować.

Stanęła w drzwiach i oparła niepewnie dłoń o futrynę. Vox był do niej odwrócony plecami, lecz podniósł głowę - musiał usłyszeć jej przybycie. Jakżeby inaczej.

- Dziękuję ci za to, co powiedziałeś o trenowaniu żywiołu. - Dziewczyna spuściła wzrok. - Naprawdę pomogło. Teraz mam pewność, że poradzę sobie jako Toa. Że jestem gotowa.

Mężczyzna odwrócił ku niej głowę.

- Nie ciesz się przedwcześnie. Prawdziwe wyzwanie dopiero przed nami.

Dalla skinęła głową i zmierzyła w stronę swojej kajuty. Vox obrócił się w stronę torby leżącej na drewnianej półce pod ścianą i wyjrzał przez bulaj.

Nad całą wyspą wznosiła się masywna beżowa góra o czterech szczytach, której najwyższe partie pokryte były nie śniegiem, jak mogłoby się wydawać, a piaskiem. Wokół niej w oddali dało się dostrzec kilka z Rahi, które wcześniej zaatakowały statek, a u jej podnóży rozpoczynał się las, ciągnący się od niej aż do samego brzegu. Sposób, w jaki drzewa odchodziły od góry sprawiał, że cała wyspa przypomniała z wyglądu spiralną piramidę. Choć Vox znajdował się kilka bio od lądu w zamkniętym pomieszczeniu, jego wyczulone receptory słuchowe i tak wyłapywały niskie, powolne dźwięki dochodzące od strony wyspy, przypominające zgrzytanie pordzewiałych kół zębatych o siebie. Zastanowił się, co może być ich źródłem. I czy mają jakieś znaczenie.

Skończył pakować rzeczy do torby, zarzucił ją na ramię, wsunął miecz do pochwy i zmierzył do wyjścia z kajuty. Zatrzymał się w drzwiach i obrócił się, spoglądając na sakiewkę z ziemią, którą zabrał z wyspy, do której przybili po wydostaniu się z przesmyku. Po chwili namysłu cofnął się, przypiął ją do pasa i dopiero wtedy wyszedł z pokoju.

Po drodze do schodów prowadzących na górny pokład minął kajutę Arctici. Zastygł w miejscu.

Przez chwilę bił się z myślami, po czym cofnął się i stanął przed drzwiami do pokoju. Pchnął je i wszedł do środka.

Nikt nie zajmował się tym pomieszczeniem od czasu walki z morską bestią. Wszystko było w nim tak, jak przed kilkoma tygodniami. Vox zatrzymał się w drzwiach i powiódł wzrokiem po kajucie. Rzeczy jego przyjaciółki wciąż stały na swoim miejscu. Nie wiedział, dlaczego zdecydował się tu wejść. Może po prostu chciał w jakiś sposób zaczerpnąć wspomnień. Coś odkryć. Po prostu tam być. Nie wiedział.

Zacisnął pięść i przymknął oczy. Brakowało mu jej…

Wkroczył do kajuty, wciąż wodząc oczami po jej ścianach, aż wreszcie jego spojrzenie spoczęło na trzech niewielkich lodowych figurkach, stojących na szafce opodal łóżka białej Toa. Podszedł do nich i przykucnął, by móc lepiej się im przyjrzeć. Wysokie na jedynie kilkanaście centymetrów, a jednak bogate w najdrobniejsze detale. Te same, które zobaczył wystające z torby dziewczyny, gdy wchodzili na pokład żaglowca, wtedy jednak nie zwrócił uwagi, z jakim kunsztem zostały one wykonane. Arctica miała talent.

Spojrzał na pierwszą z figurek. Przedstawiała samą Toa Lodu, wyciągająca ramiona do jakiejś niewidocznej postaci. Vox chwycił ją w dłoń i podniósł - musiał użyć przy tym nieco siły, jakby figurka przymarzła do podłoża. Owinął palce wokół przejrzystej sylwetki przyjaciółki i przyjrzał się z bliska jej Kanohi Volitak. Minął prawie miesiąc, kiedy ostatni raz ujrzał tę maskę. Nie było to długo, lecz te dni z jakiegoś powodu dłużyły się Voxowi bardziej niż pozostałe.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie schować tej figurki do torby, szybko jednak rozmyślił się. W trakcie wyprawy mógłby ją uszkodzić. Zniszczyłby owoc pracy swojej przyjaciółki, a tego mógłby sobie nie wybaczyć.

Odłożył ją na miejsce i spojrzał na kolejną. Nie znał postaci, którą przedstawiała, lecz szybko domyślił się, kim ona jest. Wysoki, dobrze zbudowany wojownik o szerokich ramionach, w zbroi pokrytej licznymi detalami, wiernie oddanymi w lodowej powierzchni. Na jego barkach spoczywały dwa masywne naramienniki z czterema zakrzywionymi kolcami wystającymi u ich końców. Na twarzy mężczyzna nosił podłużną maskę o ostrych konturach, której Vox nigdy wcześniej nie widział, z trzema podobnymi kolcami widniejącymi na czole i po bokach maski. Przez otwór na usta dało się dostrzec ciepły półuśmiech, a spojrzenie postaci, choć wykute w lodzie, zdawało się być żywe. Nero. Nawet uwieczniony w krystalicznej bryle zdawał się roztaczać wokół siebie pewną aurę. Nic dziwnego, że Arctica tak za nim szalała.

W jednej dłoni mężczyzna trzymał długą włócznię z podwójnym grotem, drugą zaś wystawiał na bok, jakby chciał po coś sięgnąć. Vox dopiero po chwili sobie uświadomił. Ta i poprzednia figurka miały być ze sobą połączone, tak, by tworzyły razem obraz Arctici obejmującej swojego ukochanego. Toa Dźwięku mruknął. Nie poczuł się lepiej, ale przynajmniej już wiedział, jak wyglądał tajemniczy przyjaciel jego kompanki.

Usłyszał na górze stukoty i odgłosy kroków, zapewne jego towarzysze szykowali się do zejścia na ląd. Już miał do nich dołączyć, gdy spojrzał na trzecią figurkę i zamrugał, zdumiony.

Przedstawiała go samego.

Vox był pod wrażeniem, jak wiernie Arctica odwzorowała jego wygląd - na jego brzuchu widniała nawet rana, którą zdobył niegdyś na krótko przed tym, jak ją uratował - Toa musiała ją wyrzeźbić niedawno po jej ocaleniu. Już wtedy uznała go za wartego uwiecznienia w lodzie. Pomyślał, ile pracy musiała włożyć w wykonanie tej figurki. Zastanowił się, czy…

Nie, odpowiedział zaraz potem sobie w myślach. Nawet się z nim nie równasz.

Pokręcił głową z ponurym uśmiechem, wyprostował się i ponownie rozejrzał po pomieszczeniu, nie wiedział jednak, co jeszcze mógłby w nim znaleźć. Poprawił uchwyt na torbie i ostatni raz obejrzał się na przezroczyste sylwetki trojga wojowników, po czym wyszedł z kajuty i udał się na górę, chcąc dołączyć do reszty drużyny.

Rozdział 12Edytuj

Otamar wręczył Dalli pokrytą runami mapę.

- Przekazuję ją tobie - powiedział do dziewczyny, uśmiechając się lekko. Dalla skinęła delikatnie głową, również się uśmiechnąwszy i schowała kulę do zawieszonej na ramieniu skórzanej torby, po czym chwyciła swoją włócznię i zmierzyła w stronę trapu, by zejść na ląd, gdzie czekali już na nią pozostali.

Kaneo rozbujała się na linie i przedostała po takielunku na burtę statku. Zawisła na gejtawach i spoglądała na Toa zgromadzonych na piaszczystej plaży.

- Och… - westchnęła. - Ale nam będzie bez nich nudno!

- Ha! Nie myślcie sobie, że nie znajdę dla was żadnego zajęcia podczas ich nieobecności! - odparł Oduna, śmiejąc się donośnie. - Może i naprawiliśmy maszty, ale nasz statek nadal nosi na sobie całe mnóstwo rys i cięć! Będziecie się nimi zajmować, dopóki Toa nie wrócą z wyprawy, ha!

Matoranka wywróciła oczami.

- Bez przesady, kapitanie, wystarczy trochę soku drzewnego i statek będzie jak nowy.

- Kaneo! - Mężczyzna zgromił ją wzrokiem.

Żeglarka pociągnęła tylko nosem i wspięła się wyżej na linie. Oduna oparł dłoń i hak na relingu, patrząc w dół przed siebie. Az siedział na jego ramieniu.

- Ona ma rację, kapitanie - odezwał się Huvatu. - Sok drzewny wystarczy.

Bo-Matoranin w odpowiedzi westchnął ciężko i pokręcił głową z dezaprobatą.

Dalla zeszła z trapu i wstąpiła na miękki piasek, po czym podeszła do swoich towarzyszy i odwróciła się, by pomachać wyglądającym ich z pokładu Matoranom na pożegnanie; ci również zaczęli machać do Toa, w akompaniamencie pożegnalnych okrzyków. Az przestępował z nogi na nogę na barku kapitana, nerwowo skrzecząc. Oduna zerknął na niego i roześmiał się.

- No leć już do niej, leć, ha!

Az skrzeknął radośnie i poderwał się z ramienia Matoranina, po czym sfrunął w dół, zakręcił się wokół Dalli i wylądował na jej barku.

Dziewczyna zachichotała lekko i pogłaskała Rahi po dziobie. Ostatni raz pomachała do załogi, po czym odeszła z resztą ekipy w kierunku puszczy, zostawiając „Chimerę” i towarzyszących im w trakcie morskiej przeprawy Matoran za sobą.

Gdy weszli między drzewa, Kaleva odezwał się:

- Wiecie, żałuję tylko jednego…

- Niby czego? - odparł Purrik, uniósłszy brew.

Toa Kamienia wyszczerzył się.

- Że nie miałem okazji wypróbować mojego działa.

Głośne westchnięcie pozostałych Toa zdawało się roznieść po całej wyspie.

***


Dudnienie szponów o podłoże odbiło się echem po strzelistej komnacie. Zawieszone na łukach podtrzymujących sklepienie Kamienie Świetlne rzucały z góry czerwony blask na przechadzającego się z rękoma skrzyżowanymi za plecami generała Kraavosa i grupę pozostałych dowódców Armii Nowego Świata, zajmujących miejsca przy obszernym stole na środku pomieszczenia. Za panoramicznym oknem zastępującym jedną ze ścian sali dało się słyszeć wycie szalejących wiatrów Uteau, nieprzerwanie uderzających o nadmorskie klify, zagłuszone przez szklaną barierę i głos samego generała.

Mężczyzna mierzył wzrokiem pozostałych, chodząc w tę i z powrotem po Protostalowej płycie. Pozostali dowódcy, ściśnięci przy stole i zdominowani przez rozmiar komnaty wyglądali jak skulone szczury, którymi w istocie byli. Kraavos żałował tylko, że nie mógł ich zgnieść jak szczurów - podejrzewał jednak, że to tylko kwestia czasu.

- …chce, abyśmy przenieśli tuby zastoju i radę przywództwa do naszych fabryk na Artidax - mówił. - Budowa umocnień naszej nowej fortecy powoli dobiega końca. To, w połączeniu z wulkanicznym klimatem tamtego miejsca, uczyni z naszej siedziby twierdzę nie do zdobycia.

- Artidax? - odezwał się jeden z siedzących przy stole. - Więc mamy płynąć na południe? Co z flotą Toa, która się tam gromadzi? Skąd w ogóle pomysł na tę przeprowadzkę?

Kraavos momentalnie obrócił się, taksując spojrzeniem osobę, która to powiedziała. Tofret, Steltianin klasy wyższej, parszywy jak każdy inny z tego gatunku. Myślał, że może podważać słowa generała. Jego wyspa dostarczała Armii niewolników wykorzystywanych do ciężkich prac oraz machin oblężniczych - kupionych zresztą i tak od Xiii - i przez to uważał się za kogoś ważnego. W rzeczywistości jednak był tchórzem, oślizgłą i wątłą kreaturą, której zależało tylko na sobie samym. Typowy okaz ze Steltu.

Odrażający, pazerny łajdak, pomyślał Kraavos. O reszcie dowódców nie miał lepszego zdania.

- To już nie flota, a mała garstka samozwańczych rewolucjonistów - odparł generał. - Mam ci przypomnieć, jak skończył się ich żałosny atak na Visorak?

- A Makuta? - oponował dalej Tofret, nastrajając swój aparat oddechowy. - Destral nadal nie zostało zdobyte. Moje machiny oblężnicze…

- Makuta nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia - stwierdził Kraavos. - Pełno wśród nich wewnętrznych konfliktów. Prędzej wybiją sami siebie, oszczędzając nam pracy.

- Co nie zmienia faktu, że przeniesienie się na Artidax wydaje się niezbyt rozsądnym posunięciem - wtrąciła Xarsa, Vortixx w bordowej szacie. - Zerwanie sojuszu z Bractwem i zawarcie go z tobą, generale, sporo mnie kosztowało. Obiecano mi, że będzie tego warte, jednak twoje ostatnie działania sprawiają, że powoli zaczynam żałować tej decyzji. Budowa tej twierdzy jeszcze nie została skończona, a już mamy przenosić się do nowej?

Kraavos stłumił poirytowane warknięcie, mierząc kobietę wzrokiem. Jej również nie darzył sympatią. Główna zarządczyni Xii, liczyła się tylko ze względu na broń dostarczaną Armii Nowego Świata. Generał nie mógł już się doczekać, kiedy ich pan pozwoli mu osobiście się jej pozbyć.

- Twoim jedynym zmartwieniem jest dostarczanie materiałów moim żołnierzom. Resztę zostawcie mnie. - Dowódca dronów przejechał spojrzeniem po rozmówcach, po czym skupił się na skałach Uteau widocznych za szkłem. - Podróż na Artidax jest decyzją odgórną. Możecie sobie myśleć, co chcecie, ale zapewniam was, że będziecie tam bezpieczni.

Zajmujący miejsce przy stole Zakazianin podniósł się.

- Bezpieczni? Ostatnio masz na swoim koncie same porażki, generale. Wątpię, byś był odpowiednią osobą do decydowania o naszym bezpieczeństwie.

Kraavos zareagował tak szybko, jakby nagle teleportował się spod okna w stronę stołu, by stanąć ledwie pół bio przed Skakdi. Karbel, jeden z Zakaziańskich watażków. Ważny tylko dlatego, że dostarczał armii Inkwizytorów. Poza tym niczym nie różnił się od tępych osiłków z Zakazu.

- Być może twierdzisz, że twój lud byłby lepszy w waszej ochronie? - powiedział Kraavos, nachylając się nad Skakdi. Zakazianin nawet będąc wyprostowanym sięgał generałowi zaledwie do ramion. - Jednak to twojemu Inkwizytorowi nie udało się odzyskać skradzionej mapy. Komu więc zaufasz? Mi czy swojej rasie?

Mężczyzna skulił się, gdy Kraavos prześwidrował go ślepiami na wylot.

- Mapy, którą to ty pozwoliłeś sobie wykraść, Kraavosie. - Z boku dobiegł generała kolejny głos.

Były gladiator obrócił się i zogniskował spojrzenie na postaci siedzącej na rogu stołu. Tanith. Z wszystkich zebranych, poza Kraavosem, miała tu największą władzę. I to do niej generał żywił największą nienawiść.

Zostawił Karbela w spokoju i zmierzył wolnym krokiem ku Toa Wody, przesłaniając padający na kobietę czerwony blask kamieni i rzucając na nią długi cień. Nie wydawało się to robić na niej wrażenia.

- Pragnąłbym przypomnieć, że to ja zabiłem Toa, która strzegła tego artefaktu - warknął. - Podczas gdy ty nie potrafiłaś poradzić sobie z ich garstką na własnej wyspie, mając do dyspozycji całe zastępy żołnierzy i komandora Vrexa.

Na twarzy Tanith zagościł chłodny uśmiech.

- To prawda, zabiłeś ją - przyznała. - Lecz zaraz potem dałeś się pokonać innemu Toa, a kilka tygodni później następni ukradli zdobytą przez ciebie mapę i zatopili twój statek. Ostatnie miesiące nie służą ci dobrze, generale. Nie potrafiłeś nawet odzyskać tego, co straciłeś, mimo danych, które to ja zdobyłam i które wykradłeś bez mojego pozwolenia.

Kraavos zacisnął pięść. Skąd ta żmija wiedziała? Karsh musiał być jeszcze bardziej niekompetentny.

Przez chwilę generał świdrował Tanith wzrokiem, w końcu jednak dał za wygraną. Tą wiedźmą później zajmie się w inny sposób.

- Kontynuując - odezwał się, tym razem do wszystkich, wolnym tonem, jakby tłumaczył rzecz mało rozgarniętemu Matoraninowi - Uteau jest tylko wrogą wyspą, którą okupujemy. Nigdy nie miała być niczym więcej jak tylko przystankiem do czasu ukończenia rozbudowy systemów obronnych na Artidax. Teraz, gdy są one gotowe, Artidax jest najbezpieczniejszą wyspą we wszechświecie. Twierdza, która tam na was czeka, może wytrzymać atak całej floty Toa, Makuta, czy czego tam chcecie. I nic tego nie zmieni. - Zmrużył czerwone ślepia. - To wszystko, co mam do powiedzenia. Spotkanie uważam za skończone. Rozejść się!

Dowódcy wstali z krzeseł i dyskutując szeptem między sobą zmierzyli do wyjścia, odprowadzani przez mechanicznych strażników. Kraavos jeszcze przez chwilę mierzył ich spojrzeniem, po czym odwrócił się i wyjrzał przez okno na nocny morski krajobraz.

Stał w milczeniu na szeroko rozstawionych nogach, z rękami złożonymi za plecami i wpatrywał się w zamyśleniu w ciemną noc. Kilka drobnych światełek łodzi dronów majaczyło gdzieś w oddali, poza nimi wszędzie panowała ciemność. Gwiazdy nawet nie mogły odbić się we wzburzonych wichurą wodach.

Mężczyzna westchnął głęboko. Szalejący wiatr dobrze oddawał to, co działo się w jego głowie. Tanith miała rację. Niełatwo było mu zachować swoje stanowisko w ostatnich tygodniach. Musiał osiągnąć naprawdę spektakularne zwycięstwo, by ponownie wkupić się w łaski swojego pana. Po utracie mapy obawiał się jednak, że nie będzie miał już ku temu okazji.

Kilka minut później drzwi do sali rozsunęły się, wpuszczając do środka nieco więcej światła.

Kraavos nie obrócił się, ale w odbijającej się w szybie sylwetce rozpoznał postać Inkwizytora Armii Nowego Świata.

- Karsh - powiedział, skinąwszy ręką. - Podaj mi jeden powód, dla którego nie miałbym pozbyć się ciebie za twoją niekompetencję.

Zakazianin zrobił kilka kroków do przodu i zatrzymał się. Jego zielone oczy były całkowicie pozbawione emocji.

- Mamy jeńca - odezwał się niskim tonem, po czym odsunął się na bok, pozwalając dwójce robotów wprowadzić do sali bezwiednie wiszącą na ich ramionach postać.

Generał natychmiast odwrócił się i podszedł wolnym krokiem do zdobyczy, stukając metalowymi szponami o podłoże, po czym zatrzymał się przed trzymanym przez drony więźniem, by móc lepiej się mu przyjrzeć. Jego usta wykrzywiły się w triumfalnym uśmiechu pod maską, gdy rozpoznał w nim znajomą postać.

Jej bezwładne ciało pokryte było oceanicznym mułem, zaschniętą krwią i solą oraz licznymi rysami, bruzdami i innymi śladami walki. Kraavos nie wiedział, czy z jej zwieszonej twarzy ścieka morska woda, łzy, krew czy może mieszanka tego wszystkiego. Zauważył długą, ciemną smugę na podłodze pozostawioną po wniesionymi przez drony pojmanym. Nie wyglądał dobrze, ale wciąż żył - świadczyło o tym ledwo widoczne pod warstwą brudu światełko sercowe oraz unosząca się i opadająca klatka piersiowa.

- Może nie wszystko układa się tak źle, jak przypuszczałem. A teraz powiesz mi, gdzie znajdują się twoi przyjaciele. - Kraavos ścisnął policzki postaci i przysunął jej twarz do swojej. W jej błękitnych oczach ledwie tliło się światło. - Toa Arctico.

3. WyspaEdytuj

Rozdział 13Edytuj

Tykanie mechanizmu towarzyszyło siódemce Toa przemierzających gęstą puszczę drogą wskazywaną im przez mapę do Słonecznego Kryształu. Promienie słońca przedzierały się przez korony drzew, zyskując zielono-niebieską barwę liści i padały z góry na wydeptywaną przez wojowników ścieżkę, tworząc długie cienie u podnóży pokrytych bladobrązową korą pni. Wokół podróżników co jakiś czas zlatywały się maleńkie, świecące, przypominające muchy Rahi, które raz po raz próbował złapać w swój dziób siedzący na ramieniu Dalli Az, a ogromna gama przeróżnych dźwięków, jakie docierały do receptorów słuchowych drużyny świadczyła tylko o tym, że pośród drzew kryje się jeszcze więcej egzotycznych stworzeń.

Na wyspie roiło się od Rahi - takich jak Dymne Kruki, które co jakiś czas przelatywały ponad drzewami nad głowami Toa, nie atakowały ich jednak - lecz mimo tego całe to miejsce wydawało się na swój sposób… martwe.

Idąc głębiej w las, Toa szybko zlokalizowali źródło mechanicznych odgłosów, które dobiegały do nich odkąd zeszli na ląd i które usłyszał Vox jeszcze na statku. W szczelinach ziemi, korytach wyschniętych rzek, rowach i wgłębieniach, a nawet niekiedy przy kamieniach czy między korzeniami znajdującymi się z nimi na równi, ekipa napotykała się na liczne lub pojedyncze koła zębate, schowane - w większym lub mniejszych stopniu - pośród roślinności wyspy. Pokryte mchem i warstwą ziemi, o różnych rozmiarach, wolno i nieprzerwanie obracały się, wydając przy tym charakterystyczne dźwięki, jakie wyłapał Vox w swojej kajucie. Zupełnie tak, jakby pod wyspą była skryta jakaś maszyneria. Niczego takiego nie było w kronikach i źródłach opisujących Słoneczny Kryształ i jego wyspę, Toa byli więc co najmniej zdumieni.

I co najmniej zaniepokojeni.

Choć mapa kazała im się kierować prosto, w stronę góry, drużyna obrała spiralną drogę, tak by łatwiej było im przejść układający się w taki sposób teren. Mimo, że znajdowali się coraz wyżej, las wcale się nie rozrzedzał, wręcz przeciwnie - stawał się coraz gęstszy, przepuszczając coraz mniej światła przez swoje korony. Szum morskich fal uderzających o brzeg już dawno przestał docierać do uszu Toa, znaleźli się w samym środku dzikiej głuszy.

A mechanizm wciąż tykał.

- Wiecie - odezwał się Purrik, wodząc wzrokiem po otaczających go drzewach. - Nie podoba mi się ta dżungla. Wydaje się jakaś… inna. Nie do końca naturalna.

Izaki prychnął.

- Skąd możesz to wiedzieć, przyjacielu? - zapytał. - Ktoś ty, Toa Dżungli?

- Purrik ma rację - powiedział Vox, idący przed nimi. Cały czas nasłuchiwał. - To miejsce wydaje się nienaturalne. Ragan?

Czarny Toa przymknął na chwilę oczy, skupiając się i sięgając do mocy żywiołu.

- Pod nami jest ziemia - oznajmił po chwili. - Prawdziwa ziemia, na której rosną prawdziwe rośliny. Ale wśród niej jest też metal. Bardzo dużo metalu.

- To tykanie i koła zębate… - odezwała się Dalla. Wraz z Rebisem szła na przedzie, trzymając w torbie mapę do Kryształu. Wyłączoną, Toa uznali bowiem, że będą sprawdzali kierunek raz na jakiś czas, by nie przyciągnąć ciągłym strumieniem światła uwagi czegokolwiek, co mogło czaić się w dziczy. - Zupełnie tak jakby cała ta puszcza wyrosła na jakimś starym mechanizmie…

- Tak, co do tego nie ma chyba wątpliwości - stwierdził Vox, przesuwając się do przodu. - Niepokoi mnie tylko jedno.

Pozostali spojrzeli na niego.

- Ten mechanizm wciąż chodzi.

Nikt nic nie odpowiedział. Ich również to niepokoiło.

W ciągu następnych kilkunastu minut las stał się tak gęsty, że jedynie słabe, pojedyncze strumienie przebijały się przez liście. Wkrótce Toa ogarnął niemal całkowity mrok i byli zmuszeni włączyć mapę, by mieć choć trochę światła. Błękitny promień rzucał nieco blasku na otaczające ich drzewa, jednocześnie tworzył jednak również dodatkowe cienie i ograniczał widoczność w już zacienionych miejscach, przez co ekipa nie wiedziała, co może czyhać wśród mroku, a to tylko czyniło atmosferę jeszcze bardziej niepokojącą.

Az raz po raz podrygiwał nerwowo, podnosząc dziób do góry. Z całej drużyny on najbardziej okazywał swoje zdenerwowanie - był w końcu Rahi, nie miał powodów, by ignorować niepokojące odczucia.

- Co się stało, Az? - zapytała Dalla, a wtedy Rahi ponownie skinął dziobem w górę. Toa Wody podążyła wzrokiem we wskazanym kierunku i zamarła.

Przełknęła ślinę, zatrzymując się.

- Chyba powinniście to zobaczyć…

Pozostali Toa również zatrzymali się i spojrzeli w górę. Również zamarli.

Ponad ich głowami, na gałęziach drzew, zobaczyli zawieszone dzikie, humanoidalne Rahi o błękitnych ślepiach, wpatrujące się w ekipę w bezruchu. Z tego, co dało się dostrzec w ciemnościach, istoty przypominały nieco małpy Brakas, były jednak znacznie większe, o stalowo-niebieskim pancerzu i rzędach metalowych paneli dookoła głów, przypominających grzywy, a ich podłużne pyski o wielkich nozdrzach zwrócone były ku dołowi, w stronę Toa. Tkwiły na drzewach nie wydając żadnego dźwięku, jedyne odgłosy, jakie dochodziły do drużyny to ciche tykanie Rahi-świerszczy i zgrzytanie podziemnych mechanizmów.

- Co to za istoty? - zapytał Kaleva, zniżając głos. - Są ich tu setki…

- Nie powiedziałbym, że „setki” - odparł Izaki, obserwując stworzenia teleskopowym okiem - ale z pewnością jest ich tu kilkadziesiąt.

Toa Kamienia spojrzał na towarzysza.

- Tak, to robi wielką różnicę…

Purrik spoglądał na Rahi, posuwając się powoli i ostrożnie do przodu. Czuł na sobie spojrzenie niebieskich oczu, jakby wszystkie ślepia zwrócone były w jego stronę. Obrócił się, by spojrzeć za siebie i zaczął iść tyłem, aż nagle jego plecy o coś uderzyły. Toa Powietrza momentalnie odwrócił się i zamarł, kiedy ujrzał przed sobą kilka z małpowatych Rahi, zwisających z drzewa i torujących dalszą drogę. Strumień światła wypływający z mapy przelatywał dokładnie między nimi.

- No pięknie… - mruknął poirytowany Purrik i dobył swoich mieczy, chcąc pozbyć się przeszkody.

W tej samej chwili wszystkie oczy obserwujące Toa zmieniły barwę na czerwoną.

Wojownicy zastygli w bezruchu, spoglądając na obserwujące ich ślepia. Vox wyłapał ich przyśpieszone bicie serc, gdy wyczekiwali na to, co miało za chwilę nastąpić. Nic się jednak nie wydarzyło.

- Purrik - rzucił półszeptem Rebis, zbliżając się do Toa Powietrza. - Chyba lepiej będzie, jak schowasz te miecze.

Złodziej pokiwał powoli i delikatnie głową.

- Tak… Chyba masz rację - powiedział i równie ostrożnie schował miecze do pochew na plecach, starając się nie robić już żadnych gwałtownych ruchów.

Rahi nadal taksowały Toa morderczym wzrokiem. Ich spojrzenie skupiało się nie na Purriku, który, jak przypuszczali pozostali, rozzłościł stworzenia, a na trzymanej w dłoniach Toa Wody mapy. Wpatrywały się w kulę jak zahipnotyzowane, tak jak Dalla, gdy pierwszy raz miała ją w rękach, ale z pewnością nie były to przyjazne spojrzenia. Choć nie poruszały się, zdawało się, że są coraz bliżej.

Vox przysunął się do dziewczyny plecami.

- Dalla, wyłącz tę mapę.

Toa Wody zdumiała się.

- Ale…

- Wyłącz ją, albo nas nie przepuszczą.

Dziewczyna pokiwała niepewnie głową i przekręciła górną połowę sfery. Strumień światła znikł, ustępując miejsca wcześniejszemu półmrokowi.

Wtedy rozległ się ryk.

Wszystkie zawieszone na drzewach Rahi rzuciły się w jednym momencie na Toa. Kilku z wojowników krzyknęło i uchyliło się przed nadlatującymi bestiami, które stłoczyły się na środku ścieżki, jakby jeszcze nie uświadomiwszy sobie, że chybiły swój cel. Drużyna odskoczyła i wpadła na oniemiałego Purrika, który zastygł w miejscu.

- Biegnij, Purrik! - krzyknął Rebis, omal nie tratując Toa Powietrza.

- Dokąd…?

- Nieważne, po prostu biegnij!

Złodziej potrząsnął głową i rzucił się biegiem do ucieczki drogą, którą wcześniej torowały mu stwory. Małpowate Rahi dopiero teraz zorientowały się, że Toa i Az im umknęli i ruszyły za nimi w pogoń, dziko rycząc. Rebis w biegu obrócił się i wystrzelił płomienie ognia w stronę bestii; kilka Rahi zaskomlało i padło na ziemię, natychmiast jednak zostały stratowane przez kolejne, które nawet się nie zatrzymały - w dodatku kilka pobliskich drzew zajęło się ogniem.

- Zabawa z płomieniami w środku dżungli to chyba nie najlepszy pomysł - rzucił biegnący obok czerwonego Toa Ragan.

Rebis spojrzał ukradkiem na ogień trawiący gałęzie - na szczęście nie zdążył jeszcze rozprzestrzenić się na pozostałe drzewa. Wystawił dłonie, wyssał ciepło z płomieni, przyciągnął je do siebie i uwolnił w postaci ciągłego strumienia energii żywiołu, który trafił prosto w środek torsu najbliższej małpy, a ta została odrzucona do tyłu, przy okazji tratując kilka z biegnących za nią, pozostałe szybko jednak ominęły przeszkodę, jeszcze bardziej rozwścieczone. Ich ostre pazury pozostawiały głębokie ślady w ziemistym podłożu.

Kaleva zatrzymał się, obrócił i wbił swoją broń ziemię. Sekundę później, parę bio przed nim i tuż przed nosami ścigających ich Rahi wyrosła kamienna ściana, odcinając bestiom drogę.

- To ich powinno zatrzymać. - Uśmiechnął się, lecz zaraz potem kamienna zapora zaczęła kruszyć się i pękać pod naporem istot, bestie zaczęły też nadciągać z bocznych stron, jakby pościg zbierał ze sobą resztę Rahi będącą w pobliżu.

Toa Kamienia odsunął się.

- Albo i nie… - wyjęczał i rzucił się biegiem do ucieczki. Za jego plecami skalna ściana całkowicie się rozpadła i przepuściła stwory, które wypadły na ścieżkę, przypominając wylewający się strumień szamoczących się ciał, naskoczyły na jedno z drzew stojących na drodze i przewróciły je, odsłaniając ukryty pod nim mechanizm.

Toa wpadli na leśną drogę, biegnącą się wzdłuż krawędzi urwiska. Po ich prawej stronie, za kilkoma drzewami znajdowała się przepaść, głęboka na kilkadziesiąt bio, na której dnie ciągnęła się kolejna część lasu, poprzecinana w niektórych miejscach wielkimi, wystającymi z ziemi kołami zębatymi. Kilka Dymnych Kruków przecięło niebo, zupełnie nie zwracając uwagi na drzewa pod nimi, które falowały, gdy przedzierała się przez nie drużyna ze skrzydlatym Rahi i ścigające ich stada bestii. Toa pędzili do przodu, omal nie tratując siebie nawzajem, podobnie jak stwory, siedzące im na ogonie, które ku ich przerażeniu znajdowały się coraz bliżej - chociaż strach w tej chwili był ostatnią rzeczą, o której myśleli wojownicy.

Kilka bestii na czele pogoni wystrzeliło do przodu i chwyciło Purrika i Dallę, biegnących na końcu. Małpa rzuciła się na Toa Powietrza i razem z nim przeturlała się po ziemi, aż wreszcie obydwoje zatrzymali się, z Rahi przyciskającym mężczyznę do trawy. Nim istota zdążyła przejechać pazurami po pancerzu Toa, Purrikowi udało się dobyć mieczy i mężczyzna w porę sparował ciosy, samemu próbując ciąć i, przede wszystkim, podnieść się. Uderzył Rahi stopą i próbował ją odepchnąć, ta jednak wystarczająco mocno się opierała, by utrzymać się w miejscu. Jęknęła, gdy Purrik zatopił ostrze w jej barku i zaskomlała cicho, gdy Toa przywalił jej pięścią w głowę, zrzucając ją z siebie.

Dalla wypadła spomiędzy drzew i uderzyła plecami o zawieszony nad urwiskiem skalny występ, z małpą przyciskającą ją do ziemi. Jej torba otworzyła się i wypuściła swoją zawartość, w tym mapę, która potoczyła się kilka bio po trawie i zatrzymała tuż nad krawędzią skały. Dalla zablokowała włócznią cięcie pazurów z góry i zęby bestii, które zaczęły obgryzać drzewce broni dziewczyny. Toa Wody sapnęła, szarpnęła włócznią i uderzyła jej tępym końcem w głowę stwora, potem jeszcze raz, mocniej i po raz kolejny, wyprowadzając cios na tyle silny, że zdołał zrzucić małpę z ciała dziewczyny. Dalla momentalnie poderwała się, zakręciła włócznią i ponownie uderzyła grotem, spychając Rahi na skraj przepaści, po czym wykonała podbicie i zrzuciła małpę ze skały. Powoli niknące wycie dało się słyszeć jeszcze przez chwilę, dopóki bestia nie zniknęła między drzewami w dole.

Kolejny ryk dotarł do uszu Dalli. Toa Wody w porę obróciła się, by uderzyć kolejną małpę w locie i ją również strąciła w przepaść, a siła ciosu pociągnęła ją za sobą i obróciła plecami do lasu tak, że Dalla nie zauważyła następnej bestii wyskakującej spomiędzy drzew, dopóki ta nie uderzyła w nią i powaliła na ziemię. Dziewczyna charknęła, czując przytłaczający ciężar i spróbowała się podnieść, gdy nagle gdzieś w pobliżu mignęły jej na moment srebrzyste skrzydła Aza.

Rahi wzbił się w powietrze i zanurkował w dół, wbijając dziób w lewe oko stwora. Małpa zawyła i odchyliła się do tyłu, machając chaotycznie rękoma i pozwalając Dalli kopniakiem zrzucić ją z siebie. Bestia osunęła się na skraj występu i zleciała w przepaść, gdy skały pod jej stopami załamały się. Spadając, desperacko złapała próbującego uciec Aza w szponiastą łapę i pociągnęła go ze sobą w dół, pozwalając skrzydlatemu Rahi wydać z siebie jedynie przeciągłe skrzeknięcie.

- Az! - krzyknęła Dalla, próbując go złapać, lecz zaraz potem kolejna małpa wyłoniła się z dżungli i przyszpiliła ją do skały.

Toa Wody starała się ją z siebie zrzucić, blokując się włócznią przed pazurami, jednocześnie zerkając na mapę i wyciągając ku niej rękę. Brakowało jej zaledwie kilku centymetrów, bestia nie pozwalała jej jednak wyciągnąć ręki ani odrobinę dalej…

Rahi zadał kolejny cios, wstrząsając skałą. Dalla szarpnęła włócznią, starając się jakoś odepchnąć małpę i odchyliła głowę, spoglądając na sferę. Kula zachwiała się na krawędzi urwiska, przechylając się to w jedną, to w drugą stronę.

Po chwili spadła.

Dalla jęknęła, wyciągając ku niej desperacko rękę. Zaraz potem dało się słyszeć kolejne jęknięcie, tym razem należące do bestii, gdy coś wbiło się w jej plecy. Toa Wody natychmiast wykorzystała okazję i zrzuciła z siebie napastnika, a w następnej sekundzie nadlatujący ku niej na mieczo-skrzydłach Purrik złapał ją za rękę i razem z nim Dalla wzbiła się w powietrze.

- Mapa…! - krzyknęła, wyciągając dłoń ku skale.

- Zapomnij o niej! Musimy uciekać!

Dwoje Toa zniknęło między drzewami i dołączyło do pozostałych, wciąż ściganych przez resztę Rahi. Po chwili zaczęło docierać do nich nieco więcej światła, którego źródło znajdowało się na końcu wykarczowywanej przez nich ścieżki. Toa z ulgą uświadomili sobie, że w tamtym miejscu kończy się las.

Moment później uświadomili sobie również, że w tamtym miejscu kończy się także grunt. Od następnej skarpy oddzielała ich głęboka przepaść, skalna krawędź była oddalona od urwiska o jakieś piętnaście bio. Biegnąc, Rebis zauważył na skraju skarpy naprzeciwko drzewo dokładnie na wprost Toa, które po przewróceniu mogłoby posłużyć jako most między dwoma urwiskami. Oczywiście, drużyna mogłaby spróbować biec wzdłuż urwiska, przy którym teraz się znajdowali lub cofnąć się i poszukać jakieś innej drogi pośród drzew, zbliżająca się dzika pogoń jednak nie zachęcała ich do skorzystania z tej opcji.

- Purrik! Drzewo, leć! - krzyknął Toa Ognia, wskazując przed siebie.

Purrik skinął głową i wystrzelił w powietrze, przeleciał nad przepaścią i wylądował przy drzewie. Szybko zmierzył je wzrokiem, błyskawicznie oceniając jego wysokość. Była wystarczająca, by pień po przewróceniu utworzył most nad rozpadliną.

- Idealnie… - powiedział do siebie pod nosem, dobywając ostrzy i wbijając je w ziemię pod pniem, chcąc podważyć konar. Drzewo zatrzęsło się.

A wraz z nim całe urwisko.

Purrik omal nie runął plecami na trawę, gdy pokryte pyłem koła zębate wystające ze skalnej ściany poruszyły mechanizm wybudowany pod ziemią i odchyliły skarpę do tyłu, zwiększając odległość między dwoma brzegami rozpadlin o jakieś dziesięć bio. Podważone przez Purrika drzewo zwaliło się koroną do przodu i osunęło po ścianie urwiska w przepaść.

Stojący na drugim brzegu Toa bezradnie patrzyli, jak ich niedoszły most znika we mgle, która zaczęła gromadzić się na dnie urwiska. Odwrócili się ku dżungli, ku ścigającym ich Rahi i dobyli swoich broni, gotowi na najgorsze, kiedy Ragan podszedł do krawędzi i odezwał się do pozostałych:

- Zajmę się tym. Przytrzymajcie ich jakoś.

Jego towarzysze zamrugali, ale zaraz potem Izaki, Vox i Kaleva pokiwali głowami, gotowi wypełnić polecenie. Toa Kamienia i Lodu utworzyli przed sobą wysoką na kilka bio i równie szeroką ścianę powstałą z połączonych mocy ich żywiołów, wzmocnioną dodatkowo polem siłowym Kanohi Hau Voxa. Małpy uderzyły z impetem w barierę, ta jednak wytrzymała napór. Trzech Toa odrzuciło w momencie zderzenia na jakieś pół bio do tyłu, jakby to oni przyjęli uderzenie, nie ściana, lecz nie ugięli się. Za lodowo-kamiennym murem dało się słyszeć coraz wścieklejsze ryki walących w nią stworów.

Ragan uklęknął na skraju urwiska i przymknął oczy, sięgając do swojej mocy. Stojący na drugim brzegu Purrik ze zdumieniem spoglądał, jak z lasu w dole przed nim wyłaniają się skalne odłamki, lecą w górę, jakby ktoś wpływał na nie mocą telekinezy lub grawitacji i zatrzymują się na linii między obydwoma skarpami, formując pomiędzy nimi most.

Dalla spoglądała z niepokojem to na Ragana, to na trójkę Toa powstrzymującą Rahi. Bestie zaczęły nadbiegać z kilku stron, tratując po drodze drzewa i uderzały w żywiołową ścianę, ledwie wytrzymującą napór. Dziewczyna wiedziała, że jej towarzysze długo nie dadzą rady…

Wreszcie skały złączyły się ze sobą, tworząc gotowe przejście.

- Biegiem, już! - krzyknął Toa Ziemi, machając ręką. Dalla, Kaleva i Izaki natychmiast wbiegli na most. Ragan postawił na nim stopę, lecz zaraz potem odwrócił się. Spojrzał na Voxa. Toa Dźwięku stał zwrócony ku dżungli, z rękoma wystawionymi przed siebie, wciąż nie opuszczając pola siłowego.

Ragan zszedł z mostu.

- Vox, musimy…

- Dam wam więcej czasu - rzucił przez ramię Toa Dźwięku.

Ragan wyciągnął rękę, jakby chciał coś powiedzieć, powstrzymał się jednak. Im dłużej zwlekał, tym dłużej Vox musiał walczyć z napierającymi Rahi. Przytaknął i wskoczył na skalny most, po czym przebiegł po nim i dołączył do pozostałych, wyczekujących na drugim brzegu na ostatniego Toa.

Vox odczekał jeszcze chwilę, po czym dezaktywował pole siłowe i rzucił się biegiem w kierunku mostu. Gdy wbiegł na skalne przejście, skarpa naprzeciw niego znów się zatrzęsła - mechanizm ponownie się uruchomił, przywracając urwisko do poprzedniej pozycji. Zgnieciony między obydwoma brzegami most pękł i rozpadł się, nim Toa Dźwięku zdążył dobiec do celu czy choćby znaleźć się w połowie drogi. Bestie, które wbiegły za nim nie miały o wiele więcej szczęścia.

Mężczyzna zdołał jedynie zamachać rękoma, spadając w dół wraz z kilkoma Rahi i szczątkami mostu. Nim ktokolwiek z jego towarzyszy zdążył zareagować, szary Toa zniknął pośród mgły, kilkadziesiąt bio pod nimi.

- Nie! - krzyknęła po chwili Dalla, rzucając się w stronę krawędzi. Ręka Rebisa powstrzymała ją, nim zdążyła skoczyć za Voxem.

Purrik poderwał się z ziemi, poszybował w dół na swoich skrzydłach i wrócił po paru minutach, kręcąc bezradnie głową. Małpy na końcu drugiej skarpy tłoczyły się i wydawały gniewnie odgłosy, żadna z nich nie była jednak w stanie przeskoczyć przepaści. Toa jeszcze przez chwilę stali przy krawędzi i spoglądali na las w dole, jakby liczyli, że Vox wydostanie się stamtąd o własnych siłach. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Zapadła cisza.

- I co teraz zrobimy? - odezwał się po jakimś czasie Purrik.

- Nie wiem - odparł szczerze Rebis, kręcąc głową. - Nie mam pojęcia. - Po tych słowach odwrócił się od skarpy i ruszył przed siebie, wchodząc między drzewa. Bądź co bądź, musieli kontynuować podróż. Pozostali wkrótce potem także do niego dołączyli, zostawiając jedynie Dallę, wciąż klęczącą przy krawędzi.

Po chwili dziewczyna westchnęła smutno, podniosła się i podążyła za resztą drużyny, zostawiając skarpę za plecami.

Stracili mapę, jednego z nich i towarzyszącego im Rahi.

Ale bądź co bądź, musieli kontynuować podróż.

Rozdział 14Edytuj

Mogło się wydawać, że w doku wyspy Uteau, znajdującym się pod zawieszoną na klifowej ścianie kuli kolców i stali, panuje chaos. Przywódcy Armii Nowego Świata biegali po metalowych płytach, drony chodziły w tę i z powrotem, statki i łodzie kłębiły się przy wybrzeżu jak owadzie Rahi w swoim roju. Wszystko jednak przebiegało według z góry ustalonego planu. Dowódcy kierowali się w stronę trapów, mechaniczni żołnierze ich eskortowali, roboty służące i miejscowi niewolnicy ładowali tuby zastoju z mieszkańcami różnych zakątków wszechświata na pokłady statków, a masywne okręty czekały, by zabrać swoich wysoką rangą pasażerów do nowo umocnionej twierdzy na Artidax.

Wszystkiemu temu przyglądał się uważnie Karsh.

Ząbkowane ostrze Zakazianina było trzymane w jego prawej dłoni i opierało się o bark mężczyzny. Inkwizytor stał wyprostowany przy trapie prowadzącym na pokład głównego z okrętów, obserwując otoczenie i pilnując, by wszystko przebiegało zgodnie z instrukcjami. Instrukcjami, które przekazał mu generał. Oczywiście, Karsh mógł znaleźć lepsze zajęcie, niż czuwanie nad grupą wątłych i tchórzliwych osób, do których los postanowił się uśmiechnąć i dać im wysokie stanowisko w Armii Nowego Świata. Ale czy zrobiłoby to jakąś różnicę? Przeznaczeniem Inkwizytora było wykonywanie poleceń jego mocodawców - i to właśnie robił. Nasuwało się lecz pytanie, dlaczego generał sam nie mógł zająć się nadzorowaniem przygotowań do podróży.

Jednak jeśli chodziło o Kraavosa…

Był on w tej chwili nieco zajęty.

***


Głośne charknięcie odbiło się echem od metalowych ścian niewielkiej sali, gdy Toa Arctica zwiesiła głowę. Przymocowali ją do jakiejś dziwnej aparatury znajdującej się pośrodku pomieszczenia, a po jej obu stronach stały drony, pilnując jej - jakby mogła coś zrobić. Z jej pokrytego wciąż świeżymi bliznami ciała unosiły się niewielkie smużki dymu. Torturowali ją na różne sposoby - teraz przerzucili się na rażenie prądem. Pod względem zadawanego bólu nie było wcale przyjemniejsze od wcześniejszych metod. Ale przynajmniej nic się nie brudziło.

Zachodzące słońce wdzierało się do pokoju przez szerokie okno, rzucając mocno pomarańczowe, niemal czerwone światło na dziewczynę. Arctica nie lubiła czerwieni. Ale w obecnej sytuacji przynajmniej pasowała do tego, czym pokryta była jej zbroja.

Kraavos chodził w jedną i drugą stronę, jak zawsze trzymając ręce skrzyżowane za plecami, skryte pod czarną peleryną, której koniec muskał płytę pod jego stopami. I jak zawsze jego szpony dudniły o podłoże. Arctica zastanawiała się, czy generał specjalnie kazał budować podłogi z nagiego metalu, by odgłos jego kroków wydawał się jeszcze bardziej zastraszający.

- Zapytam po raz kolejny - odezwał się mężczyzna. - Gdzie jest wyspa, do której płyną twoi towarzysze?

Toa Lodu podniosła głowę. Nudziło już ją to pytanie.

- A ja odpowiem po raz kolejny, Kraavosie - odparła. Przez chrypę ledwie dało się zrozumieć jej słowa. - Nie mam pojęcia!

- Widziałaś mapę!

- Która nie pokazywała, gdzie jest wyspa! Wskazywała tylko kierunek, w którym mieliśmy płynąć!

Kraavos stłumił gniewne warknięcie. Koścista dłoń wysunęła się spod jego peleryny i zacisnęła w pięść. Przez moment mężczyzna stał w miejscu na ugiętych nogach, jakby miał za chwilę skoczyć na Arcticę. Pod jego maską dało się dostrzec gotującą się złość, ta po chwili jednak zniknęła, ustępując miejsca zaskakującemu… spokojowi. Generał podszedł do okna i zaczął spoglądać na oblewany promieniami chowającego się za horyzontem słońca ocean, wzdychając. Jakby wydawał się zmęczony całą tą sytuacją. Jakby chciał mieć to już wszystko za sobą. Odzyskać dawną godność i odpocząć.

- Jesteś tak bardzo oddana swoim przyjaciołom - powiedział, nie odwracając się. - Tak głupia, że wolisz zginąć, niż ich zdradzić. Ale w życiu chodzi o to, żeby przeżyć. Nie ma miejsca na przyjaźń. Każdy, komu pozwolisz zbliżyć się do ciebie, w końcu obróci się przeciwko tobie. Wykorzysta twoje słabości do własnych celów. Do przeżycia. Nie ma przyjaciół. Są rywale. - Powróciły do niego wspomnienia dawnych lat, spędzonych na arenach Uteau. - Nie broń swoich rywali. Przeżyj.

Arctica wpatrywała się w niego zamglonymi oczami. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- To, co powiedziałeś, Kraavosie - wycharczała w końcu. - To wszystko nieprawda.

- Nie masz pojęcia, przez co musiałem przechodzić, zanim objąłem to stanowisko. Byłem gladiatorem. Przetrwałem piekło. Poznałem się na świecie. Wiem, jakie są jego zasady. Wszystko, co powiedziałem, jest prawdą.

- Nie wiesz nic o świecie, który cię otacza…

Kraavos warknął wściekle, rzucając się ku Toa.

- Gadaj, gdzie jest Kryształ! - Jego szpony zacisnęły się tuż przez maską Arctici. Ich twarze dzieliło od siebie ledwie kilka centymetrów.

Mięśnie szyi Arctici płonęły bólem. Ale nie mogła spuścić głowy. Nie teraz.

- Nie wiem - odparła stanowczo.

Kraavos zogniskował spojrzenie swoich ślepi na jej oczach, jakby chciał wwiercić się do jej umysłu. Wykorzystać swoją ostatnią broń - strach. Złamać ją. Dowiedzieć się czy Toa kłamie, czy też nie. Zaskakująco szybko poznał odpowiedź. Toa mówiła prawdę.

Westchnął.

- Niech i tak będzie - rzekł, podnosząc się i zmierzył ku wyjściu, zostawiając Arctice jedynie widok jego czarnej peleryny skrywającej plecy. - Jednak okazałaś się być bezużyteczna. - Zatrzymał się na chwilę, jakby nad czymś rozmyślał. - Czyli to rzeczywiście jest mój koniec. Żegnaj, Toa. - Skinął ręką na żołnierzy. - Zabić ją.

Arctica przełknęła ślinę, gdy działa robotów wycelowały prosto na nią. Ich lufy zaczęły jarzyć się coraz jaśniejszym światłem, szykując się do wystrzału.

Postanowiła wykorzystać swoją ostatnią szansę.

- Więc to prawda, co o tobie mówią, Kraavosie.

Mężczyzna zatrzymał się. Uniósł dłoń, a wtedy jego żołnierze opuścili broń. Odwrócił się.

- Nie jesteś tym samym Kraavosem, co przed kilkoma miesiącami. Wysługiwanie się maszynami, by zabić bezbronną Toa przykutą do krzesła? Bez żadnej walki? Tylko na tyle cię stać? Ostatnie miesiące cię zmieniły. To niewiele, ale wystarczyło, by cię osłabić.

Widoczny w oczach generała spokój zniknął w jednej chwili. Na jego miejscu ponownie pojawił się gniew.

- Zabiłem dziesiątki Toa takich jak ty. Zabiłem tę, która broniła mapy do Słonecznego Kryształu!

- I tego samego dnia dałeś pokonać się innemu Toa. Wciąż nosisz blizny. - Arctica spojrzała na długą, wypaloną szramę biegnącą przez pierś mężczyzny, pamiątkę po starciu z Hsergiem. - One cię prześladują. Boisz się kolejnej porażki, dlatego wybierasz łatwe cele i posługujesz się innymi, żeby osiągać łatwe zwycięstwa.

Kraavos nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w Toa rozzłoszczonym i jednocześnie niepewnym wzrokiem. Jego szkieletowe palce zastygły w bezruchu, w połowie zwijania się w pięść.

- Byłeś gladiatorem. Wojownikiem areny. Wiem, jak oni walczą. Widziałam ich. Walczą ze wszystkich sił, wszystkim co potrafią przeciw wrogowi, który ma takie same szanse co oni, w pojedynkach, w których o zwycięstwie decydują tylko ich własne umiejętności. Bo mają coś, co ty dawno straciłeś, gdy opuściłeś arenę. Honor.

- Zamilcz! - ryknął.

Jego kanciaste barki unosiły się wolno i opadały, gdy generał oddychał głęboko przez maskę. Jego chropowaty oddech wydawał się aż nadto głośny w pomieszczeniu, w którym oprócz niego panowała absolutna cisza. Mężczyzna patrzył przez zwężone szparki powiek na skutą Arcticę. Ona również na niego patrzyła. Potem spojrzał na swoje dłonie. Czy rzeczywiście tym się stał? Gdzie podział się dawny Kraavos, czempion areny, który pokonywał wrogów w długiej i wyczerpującej walce? Gdzie podział się jego honor?

Trwała wojna. Nie było miejsca na honor. Nie. To nie miało znaczenia. Kraavos przeżył arenę Uteau. Podjął wyzwania, jakie mu rzuciła. Teraz miał odmówić podjęcia kolejnych?

- Rozkuć ją - rozkazał.

Żołnierze zwolnili zatrzaski i Arctica upadła z hukiem na czworaka na metalową płytę. Pomału podniosła się i poruszyła barkami. Wciąż odczuwała ból w niektórych miejscach ciała, drony nie zadały jej jednak żadnych poważnych obrażeń. Najgroźniejszym dla niej było wypadnięcie za burtę „Chimery”, woda jednak skutecznie zamortyzowała upadek. Oczywiście, Arctica nie była w najlepszym stanie. Ale bywały gorsze sytuacje.

Generał otaksował ją wzrokiem.

- Jeśli chcesz walki, zapewnię ci ją - oznajmił. - Za mną.

Po tych słowach opuścił pomieszczenie, a dźwięk jego kroków oddalił się powoli pobliskim korytarzem.

Drony chwyciły Arcticę za ramiona i wyprowadziły ją z pokoju przesłuchań. Przez moment szli przestronnym korytarzem, po drodze mijając otwarte sale, pracujących w pocie czoła niewolników z Uteau i drony transportujące towary na statki, aż wreszcie dotarli do celu. Korytarz prowadził do przestronnej, wysoko sklepionej sali. Protostalowa podłoga była niemal pusta, jedynie w pojedynczych miejscach dało się dostrzec samotne skrzynie i puste tuby zastoju, które albo nie zostały jeszcze zabrane na pokład okrętów, albo miały pozostać na Uteau.

Cała sala wybudowana została na planie koła i obudowana z prawie każdej strony - jedynie na wprost wprowadzanej Toa Lodu, między podłogą a ścianą znajdowała się szczelina, wysoka na jakieś trzy bio i szeroka na jedną czwartą długości okręgu, który stanowił podłoże. Zupełnie jak panoramiczne okno, jedynie bez szyby, z którego wychodził widok na zachodzące słońce i ocean. Arctica zorientowała się, że pomieszczenie znajduje się pośrodku kulistej bazy - widokowa szczelina przecinała wystającą ze skały sferę dokładnie na pół.

Na tle pomarańczowego nieba dziewczyna dostrzegła sylwetkę Kraavosa. Stał na drugim końcu metalowej płyty i czekał na nią. Dopiero teraz uświadomiła sobie, dlaczego kazał ją tu przyprowadzić. Ta sala przypominała arenę.

- Przyznaję, udało ci się mnie sprowokować. - Generał władczym gestem odchylił do tyłu pelerynę. - Ale podjęłaś bardzo głupią i lekkomyślną decyzję. Przewyższam cię umiejętnościami o głowę.

Arctica zmrużyła oczy, gdy drony puściły ją i odeszły pod ścianę. Oczywiście nie spodziewała się, że wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko. Wygrana z dowódcą armii dronów, byłym gladiatorem, który uśmiercił dziesiątki Toa, w tym Hikirę, w samym środku najeżonej robotami bazy graniczyła z cudem. Ale dziewczyna przynajmniej dała sobie więcej czasu, by obmyślić, jak wydostać się z tego przeklętego miejsca. O ile w ogóle dało się z niego wydostać.

Dobrze, że przynajmniej nie czuła się zmęczona torturami. Sama się temu dziwiła.

- Moje miecze - powiedziała do Kraavosa.

- Co?

- Moje miecze - powtórzyła. - Wiem, że je wyłowiliście.

Generał mruknął poirytowany i skinął na dwójkę żołnierzy, a ci po chwili wrócili, niosąc oręż dziewczyny. Następnie dowódca odprawił ich, by nie przeszkadzali w walce.

Arctica zacisnęła dłonie na rękojeściach Mroźnych Ostrzy, a wtedy ich krawędzie zabłysły niebieskim światłem. Przejechała nimi po ziemi, zmierzając ku Kraavosowi, po czym zatrzymała się i zakręciła mieczami w powietrzu. Jak dobrze było znów mieć je w dłoniach, czuć swoją własną moc przepływającą do ich kling. Arctica postanowiła, że tym razem będzie się bardziej starać, by ich nie zgubić.

- Walczyłaś kiedyś na arenie, Toa? - zapytał Kraavos. Bez peleryny nie wydawał się już taki zgarbiony.

- Marna z tego arena - stwierdziła Arctica. - Nie ma żadnej widowni.

- To dobrze. Nie obserwuje nas nikt o słabych nerwach, będę mógł więc sobie pozwolić na nieco bardziej… niehumanitarne czyny.

Dziewczyna wykrzywiła usta w chłodnym półuśmiechu.

- Miejmy to już za sobą.

- Jak sobie życzysz.

Rozległa się seria metalicznych zgrzytów i dłonie generała w mgnieniu oka zamieniły się w lśniące klingi ostrzy. Teraz ręce generała wydawały się prawie dwa razy dłuższe.

Arctica wystawiła nogę przed siebie i ugięła kolana, przyjmując bojową postawę. Przeciwnicy zmierzyli się wzrokiem.

Skoczyli ku sobie.

Mechanizmy napędzające w pełni zrobotyzowane ramiona Kraavosa były szybkie - oba miecze zadawały teraz cztery ciosy na sekundę. Dzięki pełnej synchronizacji, osiągniętej za pomocą niezwykłych możliwości jego nowego ciała, prezentu od Armii Nowego Świata, który otrzymał na wstępie po dołączeniu do jej szeregów, oraz jego własnym umiejętnościom i doświadczeniu, zdobytym latami walk na tutejszych arenach, każdy z ośmiu ataków na sekundę nadchodził z innego kierunku, pod innym kątem i z inną siłą. Wszystko razem dawało nieprzewidywalną kombinację cięć i sztychów, z których każde mogło odebrać oponentce generała życie.

Na prawym ramieniu Arctici pojawiła się długa, podłużna rana. Po chwili taka sama pojawiła się na jej lewym policzku.

To wszystko, co Kraavos był jej w stanie zrobić.

Arctica nie była oszałamiająco szybka, jak ruchy generała. Była wystarczająco szybka. Blokowała tylko niektóre z jego ciosów - reszta omijała ją o centymetry, bo doskonale wiedziała, kiedy minimalnie przemieścić ciężar ciała albo zmienić pozycję. Miała dobry refleks. Nero zawsze podkreślał, że brak jej siły fizycznej i dlatego powinna pracować nad szybkością i zwinnością. Tak też robiła i teraz była w stanie przeżyć kilkadziesiąt sekund nieustannego gradu ciosów Kraavosa. Wszystko dzięki temu, co nauczył ją Nero. I czego sama się nauczyła.

Miała nadzieję, że to wystarczy.

Problem z ciałem Kraavosa był taki, że było ono niemal w całości mechaniczne - dużo bardziej niż ciała innych istot z Wszechświata Matoran, a te i tak były mechaniczne w ponad osiemdziesięciu procentach. U generała mechanizmy stanowiły natomiast ponad dziewięćdziesiąt procent jego ciała, czyniąc go bliższym swoim robotom niż jakiejkolwiek innej rasie. Arctica nie wiedziała, dlaczego tak jest - w tej chwili nie było to istotne. Istotne było to, że nie dało się go zmęczyć. Dało się go natomiast rozzłościć. Sprawić, że stanie się mniej uważny, a jego cięcia mniej precyzyjne. Toa Lodu liczyła, że wytrzyma jego ciosy na tyle długo, by wytrącić go z równowagi.

I że w końcu uda się jej przejść do ofensywy.

Rozwścieczony Kraavos zawarczał i wystawił lewą rękę na bok, szykując się do cięcia w poprzek. Arctica postanowiła wykorzystać okazję. Teraz albo nigdy.

Uchyliła się przed świstającą głownią i ugięła kolana, znajdując się na wysokości pasa mężczyzny. Obróciła miecz ściskany w lewej dłoni ostrzem do tyłu tak, że był teraz trzymany jak sztylet i zamachnęła się nim, celując pod żebra Kraavosa. Nim jej broń zdążyła dotrzeć do celu, prawa klinga generała ponownie przemieniła się w szkieletową dłoń, która zacisnęła się na nadgarstku Arctici i podniosła ją do góry. Nogi dziewczyny zawisły w powietrzu.

Arctica stęknęła, gdy uścisk Kraavosa omal nie zmiażdżył jej kości. Generał roześmiał się i cisnął oponentką przez całe pomieszczenie. Toa Lodu uderzyła z hukiem o metalowe podłoże. Wciąż trzymała miecze.

Kraavos odbił się od ziemi i nadleciał ku Arctice. Dziewczyna w porę przetoczyła się na bok, unikając jego szponiastych stóp. W miejscu, w którym przed chwilą się znajdowała i w które uderzył Kraavos, pojawiło się spore głębienie w metalu. Generał zawarczał i uderzył drugą stopą, Toa zdołała się jednak odturlać po raz kolejny, po czym momentalnie podniosła się z ziemi i zamachnęła ostrzami, tnąc z góry.

Kraavos gwałtownym ruchem zbił klingi z ich drogi. Siła uderzenia obróciła Arcticę bokiem do generała, a wtedy mężczyzna w ułamku sekundy przemienił swoje ostrze w dłoń i przejechał pazurami po plecach dziewczyny, zdzierając z nich pancerz i metalową skórę. Toa Lodu jęknęła, czując rozrywający ból i ciepłą krew spływającą w dół jej ciała. Szarpnięcie znów ją obróciło, tym razem przodem do przeciwnika i w tym samym momencie przyjęła uderzenie pięścią w bok twarzy. Jej głowa poleciała w bok od siły ciosu, ale kręgi w karku strzeliły tak boleśnie, że ledwie poczuła ponowne zderzenie z podłożem.

Leżała na ziemi, zbyt zamroczona, by myśleć. Kraavos podszedł do niej i kopnął ją z całej siły tak, że znów wzbiła się w powietrze i ponownie uderzyła o metal.

Kolejna salwa śmiechu.

Wciąż ściskając w dłoniach Mroźne Ostrza - Arctica nie wiedziała, jakim cudem Kraavos jeszcze ich jej nie wytrącił - dziewczyna zmusiła się do podniesienia głowy i zobaczyła, jak mężczyzna zbliża się do niej szybkim krokiem. Kraavos ponownie przemienił dłonie w ostrza i uniósł je nad głowę, gdy znalazł się nad Toa Lodu.

Wtedy Arctica rozwarła dłoń i wystrzeliła z niej lodowe sople, celując prosto w twarz generała. Mężczyzna warknął i zatoczył się do tyłu, trafiony, łapiąc się znów utworzonymi dłońmi za maskę. Kiedy wreszcie strzepnął krystaliczne odłamki i spojrzał na podłogę, gdzie leżała przez nim Arctica, zauważył, że wcale jej tam nie ma.

Zamrugał, zdumiony, lecz zaraz potem roześmiał się.

- Coś nie tak, Arctico? - zapytał, rozglądając się. - Myślałem, że chciałaś powalczyć.

Arctica dezaktywowała swoją Kanohi Volitak i pojawiła się za jedną z porzuconych skrzyń, z dala od oczu Kraavosa. Oparła się o ścianę kontenera i odetchnęła głęboko. Nie mogła dalej walczyć. Musiała odpocząć. Zdobyć choć kilka cennych sekund i zregenerować siły na tyle, na ile mogła. Twarz płonęła jej w miejscu, w którym została uderzona, plecy wciąż krwawiły, umysł był zamglony. Jeszcze kilka sekund. Kilka sekund i będzie dobrze. Będzie mogła wrócić do walki.

- Wyjdź, wyjdź, gdziekolwiek jesteś… - usłyszała za sobą głos Kraavosa. Był daleko. To dobrze. Daje jej czas.

Kilka sekund… Jeszcze tylko kilka sekund…

Żałowała, że nie miała już żadnych rezerw Mocy Toa. Zużyła ją przed laty, gdy opatrywała rannych w podziemiach Artas Nui. Teraz sama była ranna. Nero wiele razy mówił jej, że Maska Kamuflażu jest niezwykle przydatna w walce, w tej chwili Arctica wolałaby jednak jakąś, która leczy rany.

- Gdzie mogłaś się schować… - odezwał się Kraavos, przemieniając lewą dłoń w działo i mierząc z niego w jedną ze skrzyń. - Może tu?

Czerwony pocisk rozerwał metal na kawałki. Arctica skuliła się na dźwięk eksplozji. Resztki skrzyni poleciały na wszystkie strony, a na jej miejscu została jedynie osmolona podstawa i unoszące się smugi gęstego, szarego dymu. Kiedy ten wreszcie się rozwiał, generał z rozczarowaniem odkrył, że Arctici tam nie było. Obrócił głowę i wymierzył do kolejnej skrzyni.

- A może tu?

Kolejny wybuch, tym razem bliżej niż poprzednio. Toa Lodu poczuła narastające napięcie. Zacisnęła mocniej palce na rękojeściach mieczy, tak, że odczuwała prawie ból. Jeszcze nie teraz…

- A może tu? - Ponowny strzał. - A może tu? - I kolejny. - Może tu? - I kolejny. - Może tu? - Jeszcze jeden.

Arctica kuliła się na dźwięk każdej z eksplozji. Czy ten wariat zamierzał roznieść w pył to całe miejsce, dopóki jej nie znajdzie?

- A może tu?

Jego głos był tak blisko. Wystrzelił w pustą tubę zastoju, niszcząc szklany pojemnik. Odłamki szkła uderzyły o ziemię zaledwie parę centymetrów od Arctici.

Jeszcze tylko kilka sekund…

W sali pozostała tylko jedna skrzynia. Kraavos uśmiechnął się pod maską, celując do niej z działa. Czerwone wiązki zaczęły gromadzić się wokół lufy, skupiając się w jeden promień, gotów do wystrzału. Choć Toa nie mogła go zobaczyć, czuła, jaką aurę roztaczał wokół siebie generał. W oczach miał mord.

- A może tu?

Wybuch rozniósł fragmenty skrzyni na wszystkie strony. Kraavos poczekał, aż dym się rozwieje, gotów ujrzeć za jego kłębami ranną Arcticę.

Nie było jej tam.

Zdumienie oszołomiło go na wystarczająco długo, by nie zdążył zareagować. Arctica dezaktywowała swoją maskę i nadleciała zza pleców generała z gniewnym okrzykiem na ustach. Kraavos zdołał jedynie obrócić się w połowie, gdy dziewczyna uderzyła w niego całą zebraną siłą. Kilka iskier posypało się z jego pancerza, kiedy Mroźne Ostrza go drasnęły. Kraavos wydał z siebie wściekłe wycie i przemienił dłonie, utkwione między dwoma mieczami w klingi, którymi szarpnął najmocniej jak tylko jego udoskonalone ciało potrafiło.

Arctica jęknęła, czując, jak szarpnięcie podrywa ją z ziemi. Generał wytrącił ostrza z jej rąk, a ona sama poleciała na kolejne spotkanie z podłogą. Który to już raz o nią uderzała? Jej miecze zatrzymały się kilka bio dalej, wydając nieprzyjemny zgrzyt. Dziewczyna podniosła się na czworaka i obróciła głowę. Kraavos się zbliżał, ale był jeszcze daleko. Dalej niż jej miecze.

Zamroziła stopy generała, przytwierdzając je do podłoża i sama puściła się biegiem w kierunku broni. Kraavos zawarczał gniewnie i wystrzelił ku niej linę ze swojej ręki. Ta oplotła się wokół brzucha wojowniczki, a wtedy mężczyzna przyciągnął ją do siebie. Ścisnął jej policzki i wycedził:

- Żałosna larwa… - po tych słowach uderzył ją pięścią w brzuch. I jeszcze raz, i jeszcze. Arctica charknęła, zginając się w pół i spluwając krwią. Puścił ją, a wtedy upadła na podłogę i zwinęła się z bólu. Uwolnił stopę z pułapki i przycisnął nią Toa do ziemi. - …niegodna, żeby ze mną walczyć.

Arctica utworzyła w dłoniach lodowe sztylety i cięła nimi w goleń przeciwnika. Roztrzaskały się w mak po zderzeniu z metalową powierzchnią. Kraavos zaśmiał się szyderczo i mocniej przycisnął dziewczynę. Toa sapnęła, gdy nacisk wypchnął powietrze z jej płuc. Desperacko złapała za kostkę generała. Nawet nie spodziewała się, że ją odepchnie.

Kraavos przeniósł cały ciężar swojego ciała na nogę przygniatającą jego rywalkę. Uśmiechnął się, ujrzawszy jej twarz wykrzywiającą się w bolesnym grymasie, gdy miażdżył jej płuca. W następnej sekundzie wrzasnął, kiedy Arctica uwolniła eksplozję krystalicznych odłamków i odrzuciła od siebie Kraavosa na kilka bio. Podniosła się, łapiąc się za pierś. Każdemu jej oddechowi towarzyszyło głośne, chropowate charknięcie.

Chwyciła miecze i zaszarżowała na Kraavosa. Generał zdążył już wstać na nogi i przemienił lewą dłoń w działo, wymierzone w Arcticę. Toa Lodu aktywowała swoją Kanohi i stała się przezroczysta, niemal niewidoczna, utrudniając mu celowanie. Pojawiła się sekundę później tuż przed nim i zanim zdążył oddać strzał, przecięła lufę na pół i zrobiła zamach, kierując drugie ostrze w pierś mężczyzny. Kraavos przemienił uszkodzone działo w dłoń i zacisnął jej palce wokół szyi Arctici, podnosząc dziewczynę. Warknął wściekle i cisnął Toa za siebie, a chwilę później dało się słyszeć bolesne rąbnięcie o metal, gdy Arctica zatrzymała się kilka centymetrów przed krawędzią platformy.

Chwiejnie wstała na nogi i spojrzała na Kraavosa. Już do niej zmierzał.

- Nie masz dokąd uciec, Toa.

Arctica poprawiła uchwyt na mieczach i obróciła głowę, spoglądając w przepaść za plecami. Wysoko.

Ręce Kraavosa zaszczękały, gdy w miejscu jego dłoni na powrót pojawiły się ostrza. Generał naskoczył ku Arctice, tnąc z obydwu stron jednocześnie. Toa Lodu w ostatnim momencie uchyliła się. Skulona, znalazła się pod piersią Kraavosa, gdy siła wybicia wciąż pchała go do przodu, uderzyła go łokciami w brzuch i wyprostowała się, przerzucając jego ciało nad swoim. W normalnej sytuacji generał uderzyłby boleśnie o metal. Z tym, że za plecami Arctici już go nie było.

Kraavos krzyknął, bardziej ze zdumienia niż czegokolwiek innego, rozpaczliwie próbując się czegoś złapać. Po kilku sekundach jego krzyk stał się bardzo odległy.

Dziewczyna odwróciła się, by zobaczyć, jak generał znika gdzieś w dole. Potem upadła na kolana.

Dotknęła ręką blizny na policzku i ramieniu, rozdartych pleców, strzaskanych boków i zgniecionej piersi. Zabolało. Odetchnęła głęboko i położyła się na metalowej płycie, łapiąc łapczywie powietrze.

Jej mięśnie wreszcie mogły odpocząć.

Kilka głębokich wdechów później podniosła się do pozycji klęczącej i schowała miecze. Coś kazało jej się upewnić, czy Kraavos na pewno nie żyje, więc zbliżyła się do krawędzi.

Spojrzała w dół.

Wystrzelona ku niej z przepaści szponiasta dłoń na metalowym wysięgniku zacisnęła się wokół jej twarzy. Arctica krzyknęła i zamachała desperacko rękoma, zareagowała jednak zbyt późno i szkieletowa ręka pociągnęła ją w dół ze sobą.

Kilkanaście bio niżej, Toa Lodu uderzyła o jedną z kolcowych anten, wystających z powierzchni kulistej bazy. Zdołała uchronić się przed dalszym upadkiem i, balansując ostrożnie, przykucnęła na antenie. Podniosła głowę i zobaczyła, jak Kraavos przyciąga do siebie dłoń, samemu balansując na kolejnej antenie zawieszonej nieco wyżej, jakieś dziesięć bio dalej od Arctici i śmieje się szyderczo. Wysunął z rąk ostrza i wbił je w ścianę bazy, rozpoczynając wspinaczkę po metalowej powierzchni.

Toa Lodu rozejrzała się wokoło, oceniając sytuację. Oczywiście mogłaby zrezygnować z dalszej walki i spróbować znaleźć drogę ucieczki, w dole czekały nad nią całe oddziały uzbrojonych dronów eskortujących swoich dowódców na Artidax. W tej sytuacji pojedynek z Kraavosem wydawał się bardziej rozsądną opcją. Poza tym, wcześniej mówiła mu o honorze - rezygnacja z walki nie była honorowa.

Wyprostowała nogi, zachwiała się i zamachała rękoma, udało jej się jednak utrzymać równowagę. Podniosła wzrok. Kraavos znalazł się już w połowie drogi do szczeliny, z której go wyrzuciła. Opuściła głowę i spojrzała na kilka pobliskich anten. Oceniła odległości między nimi i doszła do wniosku, że przy odrobinie szczęścia uda się jej po nich doścignąć oponenta. Ugięła lekko kolana, szykując się do skoku.

Miała nadzieję, że jej mięśnie nie są na tyle zmęczone, by nie wykonać tych akrobacji.

Skoczyła i zacisnęła dłonie wokół najbliższej anteny. Rozbujała się i puściła, mknąc wyżej, ku kolejnej. Stęknęła, czując ból w ramionach. Jeszcze trochę… Wybiła się, zrobiła salto w powietrzu i wylądowała na następnej antenie, cudem z niej nie spadając. Spojrzała w górę. Kraavos był już blisko. Nie odwracał się do niej. Najwyraźniej nie sądził, że będzie próbowała go w jakikolwiek sposób doścignąć.

Zresztą ona sama nie mogła uwierzyć, że to robi.

Wstrzymała powietrze i rzuciła się ku kolejnej antenie. Niedokładnie oceniła odległość i w ostatniej chwili uchroniła się przed upadkiem, zaciskając dłonie wokół prowizorycznej tyczki. Antena wygięła się i zakołysała, wydając przy tym trzask, kilka niewielkich płyt oderwało się od powierzchni kuli i poleciało na spotkanie z widniejącym w dole oceanem. Kraavos usłyszał hałas i obrócił głowę. Warknął ze złością, widząc zbliżającą się Toa. Przyspieszył wspinaczkę.

Arctica spojrzała pod siebie. Jeśli się puści, będzie miała pewność, że wpadnie do wody. Uderzenie o taflę nie będzie jednak bezbolesne, w dodatku Toa nie wiedziała, jak głębokie jest morze w tym miejscu. Nie. Musiała kontynuować pogoń. Przelała resztki sił w mięśnie i zaczęła bujać się w przód i w tył, w przód i w tył… Wreszcie zrobiła obrót wokół anteny, potem jeszcze jeden, i kolejny. Nadawszy sobie odpowiedniej prędkości, Arctica puściła się anteny i pomknęła ku Kraavosowi.

Dobyła mieczy i wbiła się w generała, lecąc razem z nim ku górze. Obydwoje zatrzymali się dopiero jakieś dziesięć bio wyżej, oddaleni od siebie o zaledwie trzy. Arctica wbiła miecze w ścianę, by utrzymać się na metalowej powierzchni. Spojrzała na Kraavosa. On na nią. Nie potrzebowali już słów.

Wtedy nastąpiła eksplozja.

Kraavos i Arctica poczuli się, jakby wraz z nimi zatrzęsła się cała baza. Generał obrócił głowę i powiódł zdumionym spojrzeniem w kierunku, z którego padł strzał. Jego oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, kiedy zobaczył wpływające do klifowej zatoki statki, bluzgające ogniem ze wszystkich luf w kierunku kolczastej sfery. W dole zapanował chaos. Ale nie to najbardziej przeraziło mężczyznę.

To nie były jego statki.

Wrogie okręty zbliżały się w stronę kuli, odcinając drogę statkom Armii. Z ich pokładów na wybudowane przy wybrzeżu doki wyskoczyły dziesiątki Skakdi, Vortixx i innych istot, wśród których generał wypatrzył także Toa. Dopiero teraz sobie uświadomił. Flota Toa. Jakim cudem dotarli tu tak szybko? To była ta sama flota, która gromadziła się gdzieś na dalekim południu, zbyt słaba, by mogła zatopić choćby krążownik. Ta sama, którą zlekceważył. I ta sama, która niszczyła teraz wysłane do obrony Uteau machiny oblężnicze ze Steltu i dziesiątkowała jego własne oddziały, spychając je w głąb wybrzeża.

Spojrzał na bitwę, jaka rozgorzała kilkadziesiąt bio pod nim, na zbłąkane wiązki żywiołowej energii, przecinające bordowe niebo i na Arcticę. W tej chwili była jego najmniejszym zmartwieniem. Zignorował ją i skupił się tylko na tym, by dostać się na górę. Nagle jakby przypomniał sobie, ża bardzo pilne sprawy czekają na niego gdzieś indziej.

Gdziekolwiek indziej.

***


Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w czarnym pancerzu wyłonił się spod pokładu i podszedł do relingu okrętu, wodząc spojrzeniem zielonych oczu wyglądających spod Kanohi Kadin na walkę, toczoną między jego ludźmi a mechanicznymi żołnierzami. Uśmiechnął się, zakładając ręce na piersi. Udało im się ich zaskoczyć. Drony zbyt późno ich wykryły, by móc skutecznie przygotować się na atak i teraz skoncentrowana siła napastników całkowicie ich przygniotła, nie pozwalając im przejść do ofensywy.

Toa Dakhin wiedział, że długo to nie potrwa. Dlatego jego żołnierze musieli działać szybko. Mieli element zaskoczenia, dający im przewagę. I bardzo długo przygotowywali się do tego ataku. Wierzył, że im się uda. Jego mocodawcy powinni być zadowoleni.

Kolejna postać podeszła do niego. Przewyższający go o głowę barczysty Toa w żółto-brązowej zbroi z Kanohi Kakamą skrywającą twarz. Dakhin ponownie wykrzywił usta w uśmiechu. Lubił, kiedy Tanoa dotrzymywał mu towarzystwa.

- Dobrze sobie radzą - powiedział, wskazując głową na swoje oddziały. - Niech flota dopilnuje, by statki dronów się nie wydostały.

- A ty? Co zamierzasz zrobić?

- Pomóc swoim ludziom. - Dakhin wspiął się na reling. - Osłaniaj mnie.

Toa Kamienia spojrzał na niego wymownie.

- Ja mam osłaniać ciebie? Przecież to ty latasz.

Dakhin pokręcił głową, cicho chichocząc.

- Jakoś sobie poradzisz - powiedział, po czym aktywował moc swojej maski i poszybował w górę.

Tanoa westchnął jedynie ciężko i przeskoczył przez burtę, lądując na platformie dokowej wrogiej bazy i dobył swojego masywnego ostrza oraz tarczy, szarżując na mechanicznych żołnierzy, którzy momentalnie otworzyli do niego swój ogień.

***


Wejście na jeden z wyższych poziomów bazy znalazło się już w zasięgu wzroku Kraavosa. Generał przyspieszył pracę swoich mechanicznych kończyn, wspinając się ku niemu jak pająk. Po dostaniu się do środka będzie musiał tylko dotrzeć do swojego prywatnego doku, może po drodze zabijając jakiegoś wrogiego żołnierza i zabierając jego broń w ramach dowodu odwagi w obronie placówki i wsiąść na pokład łodzi podwodnej, która zabierze go na Artidax. Tam mężczyzna będzie mógł przedstawić szczegółowy raport i wyrazić swój żal z powodu straty tak wielu wspaniałych podwładnych, takich jak Tanith. Przynajmniej nie będzie martwił się karą za swoją porażkę - po śmierci wszystkich pozostałych dowódców, jego pan nie będzie mógł postawić nikogo na jego stanowisku.

Nim jednak zdążył zrealizować którykolwiek z tych punktów, poczuł draśnięcie na nodze. Obrócił się i ujrzał Arcticę, znajdującą się ledwie dwa bio pod nim, która wypuściła właśnie przed chwilą w jego kierunku ostry sopel. Może Kraavos nie będzie musiał zabijać żadnego żołnierza.

Może ona wystarczy.

- Z armią czy bez - wysyczał, zbliżając się do rywalki - musisz sobie zdawać sprawę, że już po–

- Och, daruj to sobie - odparła Arctica i rzuciła się na generała, zatapiając w nim Mroźne Ostrza. Oboje przebili się przed kratkę wylotową jednego z pomieszczeń i wpadli do środka.

Kraavos silnym kopnięciem zrzucił z siebie przeciwniczkę. Oboje znaleźli się teraz w niewielkim, ciemnym pokoju. Za plecami Toa Lodu znajdowała się potężna turbina powietrzna i tylko kolejna kratka, pełniąca rolę jednej ze ścian, chroniła Kraavosa i Arcticę przed zostaniem wessanymi do środka.

Toa zdołała wykonać przewrót i wylądowała na nogach, choć zachwiała się. Kraavos poderwał się z ziemi i stanął na wprost rywalki. Zmierzyli się spojrzeniem. Generał nie zamierzał czekać na jej pierwszy ruch. Przemienił prawą dłoń w działo i posłał serię jaskrawoczerwonych pocisków ku oponentce. Żałował, że nie mógł strzelać z dwóch dział jednocześnie, drugie jednak nie nadawało się od użytku, przepołowione przez tę przeklętą larwę.

Arctica zdążyła jedynie skrzyżować miecze przed twarzą, a te przyjęły na siebie ostrzał. Czerwona energia rozprysła się na boki, kontrastując z błękitem kling, a siła uderzenia odrzuciła dziewczynę do tyłu, posyłając ją na metalową ścianę.

Kraavos ugiął kolana i wystrzelił w kierunku Arctici, zacisnąwszy pięść. Dziewczyna odchyliła się i zwinięte palce mechanicznego szkieletu wbiły się w stalową podporę, a Toa Lodu znalazła się pod piersią generała.

Dostrzegła wypaloną szczelinę w zbroi oponenta i nie zastanawiając się, wbiła w nie jedno z Mroźnych Ostrzy. Metalowa płyta wygięła się od środka, a w miejscu, w którym łączyła się z grubszym pancerzem napierśnika, pękła jedna ze złączek. Kraavos warknął coś niezrozumiale i spoliczkował Arcticę ciosem tak silnym, że posłał ją pod ścianę obok. Mroźne Ostrze wyrwało się z brzucha generała, pozostawiając w nim jeszcze większą szczelinę.

Na zewnątrz rozległ się huk eksplozji, w tym samym momencie, w którym Kraavos postawił swoją szponiastą stopę przed Arcticą.

- Mam już tego dosyć, Toa! - wycharczał przez zaciśnięte zęby i zamachnął się ponownie utworzonymi mieczami.

Arctica sparowała atak własną bronią - jakim cudem wciąż miała ją w rękach? - i zbiła płazem następny cios, samej wyprowadzając cięcie. Kraavos ciął mieczem w bok i trafił w klingi dziewczyny, odrzucając ją pod kratkę. Toa Lodu uderzyła o nią plecami, wyginając ją. Poczuła powietrze wsysane przez turbinę, próbujące pociągnąć ją ze sobą. Przezwyciężyła zamroczenie umysłu i podniosła głowę. Kraavos zacharczał i zaszarżował na nią.

Wyprowadził cios. Arctica go sparowała.

Kraavos był szybszy.

Toa Lodu rozszerzyła oczy i otwarła usta w niemym okrzyku, gdy dwie klingi wystające z nadgarstków generała zatopiły się w jej brzuchu i wyłoniły z drugiej strony. Ciepła krew zaczęła spływać w dół jej talii i po udach, po czym skapywała na ziemię. Arctica osunęła się w dół, czując, jak siły opuszczają jej nogi. Zawiesiła bezwładnie ręce, tracąc panowanie nad mięśniami. Jakimś cudem jednak jeszcze trzymała rękojeści Mroźnych Ostrzy. Trudno było jej rozstać się ze swoimi siostrami.

Kraavos nachylił się nad nią, by móc dobrze słyszeć jej ostatnie słowa.

- Powiedz mi - odezwał się. - Jakie to uczucie… umierać?

Arctica zmusiła się do posłania mu spojrzenia. Ledwie widziała go przez mgłę, która przesłoniła jej oczy.

- Sam zobacz - wychrypiała i gwałtownym ruchem wbiła miecze we wcześniej powstałą szczelinę w pancerzu mężczyzny.

Kraavos wydał z siebie bolesny krzyk i po chwili odleciał do tyłu, gdy wewnętrzne mechanizmy w jego torsie eksplodowały, rozrywając pancerz na jego piersi. Z dymiącą dziurą ziejącą w jego tułowiu rąbnął o ścianę i osunął się po niej w dół, wypluwając iskry z rozdartej zbroi i spomiędzy szczelin w jego szkieletowej masce. Arctica dotknęła broczących krwią boków i spojrzała na pokryte karmazynową Protodermis drżące dłonie. Potem spojrzała na Kraavosa. Podnosił się pomału na nogach, wydając z siebie odgłosy, które zapewne miały być słowami, ale przez to, co stało się z jego mechaniczną krtanią zmieniły się w mieszaninę niezrozumiałych warknięć.

Chyba nie był już w stanie mówić.

Arctica nie wiedziała, czemu nagle poczuła ulgę. Jakby wygrała. W następnej sekundzie Kraavos pozbawił ją jednak tego przekonania, gdy rzucił się na nią, wypluwając z płonącego gardła coś, co prawdopodobnie miało brzmieć jak „Zabiję cię!”. Oboje przebili się przez kratkę i pomknęli ku mielącym powietrze łopatom turbiny.

Toa zdążyła wbić miecze i zatrzymała się w połowie pochyłej platformy znajdującej się nad turbiną. Kraavos przeleciał nad nią i nie zdołał już chwycić się platformy, omijając ją. Ale również się zatrzymał.

Arctica obróciła ze zdumieniem głowę i zobaczyła samotną dłoń Kraavosa, wbijającą szpony w krawędź metalu, a reszta ciała generała była połączona z nią czarnym wysięgnikiem, który teraz, powoli i mozolnie, walcząc z oporami powietrza, zaczął przyciągać mężczyznę ku platformie, gdy ten znalazł się w odległości ledwie kilku centymetrów od turbiny. Może nie potrafił już mówić, ale z pewnością potrafił się śmiać. I ten śmiech był znacznie bardziej przerażający od tego, który dziewczyna słyszała wcześniej.

Toa spojrzała w panice za siebie. Kraavos był tak blisko… Była pewna, że w bezpośrednim starciu na tej platformie, wśród wiatrów ściągających ich do tyłu, generał okaże się zwycięzcą i to ona zginie między turbinowymi łopatami. Obrażenia, jakie mu zadała pewnie prędzej czy później i tak go zabiją, ale Arctica nie mogła pozwolić, by przedtem ona również straciła życie…

Musiała coś wymyślić. Zmusić zamroczony umysł do myślenia i stworzyć jakiś plan. Coś zrobić. Cokolwiek.

Szybko.

Wzmocniła uścisk na rękojeściach mieczy, walcząc z zasysającym ją powietrznym prądem. Wtedy wymyśliła. Jeśli wyrwie miecze z platformy i da się ponieść wiatrowi ku Kraavosowi, po czym w odpowiednim momencie ponownie wbije się w metal, być może zdoła przeciąć wysięgnik i uniemożliwić generałowi dostanie się do niej. Wolała nie myśleć, co by z nią zrobił, gdyby dostał się do niej.

Kraavos był tak blisko, słyszała jego śmiech niemal tuż za plecami.

Pamiętaj, żeby nie puszczać mieczy. Jeśli je puścisz, zginiesz…

Postanowiła spróbować.

Gwałtownym ruchem wyszarpnęła zatopione w metalu Mroźne Ostrza, odrywając się od platformy i pomknęła ciągnięta przez powietrze ku turbinie, ku Kraavosowi. W ostatnim momencie zebrała resztki sił i wbiła klingi w sam skrawek platformy, prosto w mechaniczny wysięgnik, który zdołał już przyciągnąć generała na połowę odległości. Mężczyzna rozszerzył oczy i przestał się śmiać, lecz nie mógł zrobić nic więcej, zanim powietrze zassało go do turbiny.

Świst wiatru zagłuszył jego krzyk, gdy zginął między łopatami, a chwilę później cała turbina rozbłysła ogniem, rozerwana od środka siłą eksplozji. Arctica skuliła się na krawędzi platformy, przyjmując na siebie płomienie. Pamiętaj, żeby nie puszczać mieczy…

W następnej sekundzie wybuch wyrzucił ją do przodu.

***


Dakhin odrzucił w dal szczątki przepołowionego drona i spojrzał za siebie. Stłumił przekleństwo, widząc, jak jeden z okrętów Armii przedziera się między jego statkami i wypływa na otwarte morze. Już miał wzbić się w powietrze i ruszyć w tamtą stronę - choć nie wiedział jeszcze, jak samemu może zatrzymać statek - kiedy nagle dotarł do niego dźwięk eksplozji. Dochodzący z góry.

Podniósł głowę i zobaczył, jak płomienie rozrywają od środka górną część zawieszonej na klifie metalowej kuli. Wśród szczątków wylatujących z kłębów ognia dostrzegł nagle coś, co przypominało mu sylwetką jakąś postać. I to nie bynajmniej postać drona. Nie, Dakhin był pewny. To była Toa.

Nie zastanawiając się długo uwolnił moc maski i poleciał w tamtym kierunku. Złapał nieznajomą w ramiona, gdy w niego uderzyła i oboje pomknęli ku oceanowi, pchani siłą odrzutu. Zatrzymali się dopiero kilka centymetrów nad wodą, kilkanaście bio z dala od bitwy.

Dakhin przyjrzał się postaci trzymanej w ramionach. Pod warstwą pyłu i sadzy zobaczył parę błękitnych oczu, spoglądających na niego zamroczonym wzrokiem i krwawiące usta, które uśmiechnęły się delikatnie. Zaraz potem Arctica przymknęła powieki, tracąc przytomność, a jej głowa opadła bezwładnie na rękę mężczyzny.

Cały czas ściskała w dłoniach Mroźne Ostrza.

Rozdział 15Edytuj

Niebiesko-zielone liście wzleciały w powietrze, poderwane wiatrem, gdy srebrzyste skrzydła Aza zatrzepotały i wzbiły go w górę. Rahi potrząsnął głową i przysiadł na gałęzi, tej samej, na której przed chwilą się znajdował, przykryty stertą opadłych liści. U podnóży drzewa zobaczył małpowatą bestię, przygniecioną do ziemi kolejną oderwaną gałęzią. Istota nie poruszała się, leżąc w nienaturalnej pozie z głową wygiętą do tyłu i kilkoma świecącymi insektami krążącymi nad jej ciałem, toteż Az nie poświęcił jej zbyt wiele uwagi. Rozejrzał się po okolicy.

Otaczały go dziesiątki drzew takich jak to, na którym właśnie przycupnął. Strumienie światła słonecznego wdzierały się między nie pojedynczymi pasami i mieszały się z zielononiebieskim blaskiem przesączającym się przez korony drzew. Z pokrytej mchem i gęstą trawą ziemi w niektórych miejscach wystawały koła zębate, jedna kręcące się, inne nie, kolejne znajdowały się zapewne również dalej, wzrok Aza nie był jednak na tyle dobry, by Rahi mógł je zobaczyć. Znalazł się w samym środku dżungli. W zupełnie obcym dla niego miejscu.

Az był prostym stworzeniem o prostym umyśle. Lecz nawet ten prosty umysł zdołał wytworzyć w sobie jedną myśl.

Musiał dotrzeć do pani w niebieskiej masce.

Zmachał skrzydłami i wzbił się w powietrze, po czym poleciał przed siebie, rozpoczynając poszukiwania ekipy. Tym, co odróżniało go od dwunogich istot, z którymi przebywał, był fakt, że nie był w stanie zrozumieć tak wiele jak oni. Dlatego nie przejmował się tym, jak długo zajmie mu odnalezienie Toa w tej puszczy, nie zastanawiał się, czy żyją, czy też nie i jak wielka jest szansa na to, że jego poszukiwania zakończą się bezowocnie. Po prostu wyznaczył sobie cel i teraz zamierzał go spełnić. To było proste.

Mijając kolejne drzewa i zwisające z koron liany, zataczając koła i kreśląc w powietrzu wstęgi wokół masywnych konarów, strącił owoc z jednej z gałęzi, przyciągając uwagę jakiegoś insektoidalnego Rahi, obrócił się w locie do pionu, by zmieścić się między dwoma pniami, zahaczył końcem skrzydła o warstwę ziemi ostałą na nieruchomym kole zębatym wystającym ze skały i strącając z niej kilka grudek, przebił się przez chmarę świecących komarów i przy tym wszystkim cały czas rozglądał się, na ile pozwalał mu jego wzrok i nasłuchiwał, na ile pozwalał mu jego słuch, szukając jakichkolwiek śladów świadczących o obecności jego towarzyszy. Mógł wydawać się zagubiony i przytłoczony ogromem dżungli. Az jednak doskonale wiedział, co robi.

Wtem coś nagle przesłoniło na moment światło nad jego głową.

Az zaskrzeczał zlękniony i skrył się za jedną z gałęzi. Wyjrzał ostrożnie i powiódł wzrokiem w górę, spoglądając na Dymnego Kruka, pozostawiającego po sobie czarną smugę gęstego mroku. Jednak to nie to najbardziej przykuło uwagę Rahi. Był to przedmiot, trzymany w szponach olbrzymiego ptaka. Niewielka kula pokryta runami, które emanowały niebieskim światłem. Przedmiot dobrze znany Azowi.

Prosty umysł Aza połączył fakty i zdołał wytworzyć kolejną myśl.

Jeśli Az zdobyłby tę kulę, pani w niebieskiej masce byłaby szczęśliwa.

Zatrzepotał skrzydłami i wzbił się w górę, podążając za Dymnym Krukiem, starając się z całych sił, by dotrzymać tempa większemu Rahi i nie zgubić go pośród drzew oraz samemu jednocześnie pozostać niezauważonym.

Po kilku minutach lotu między konarami Az przysiadł na bladobrązowej korze jednego z pni i wychylił pomału głowę. Parę bio wyżej, na gałęzi drzewa przed sobą zobaczył Dymnego Kruka, lądującego w niewielkim kręgu zbudowanym z chrustu i pomniejszych gałązek. Gdyby Az miał kiedykolwiek wcześniej z czymś takim do czynienia, wiedziałby, że jest to gniazdo, spędził jednak jedną połowę życia w pałacowej klatce, a drugą na ramieniu Oduny, który ocalił go z niewoli. Dymny Kruk zostawił kulę w gnieździe i po chwili ponownie wzbił się w powietrze, znikając gdzieś w oddali.

Az odczekał jeszcze chwilę, po czym podleciał do gniazda, przysiadł na jego krawędzi i zajrzał do środka. Wewnątrz, oprócz kuli z runami znajdowało się również kilka pordzewiałych i umorusanych zębatek i przekładni, pozostałości po przestarzałych elementach podziemnego mechanizmu, które Dymny Kruk uznał za cenne. Dla Aza jednak nie miały one jednak żadnej wartości. Spodziewał się, że pani w niebieskiej masce nie byłaby szczęśliwa, gdyby przyniósł je zamiast mapy.

Rozejrzał się jeszcze raz na boki, po czym podleciał do kuli i wbił pazury w zagłębienia w wyżłobionych symbolach. Zamachał skrzydłami, z całych sił próbując wzbić się wraz z trzymaną sferą. Na szczęście był na tyle duży, by udźwignąć jej ciężar. Z odzyskaną mapą, Az oddalił się od gniazda, znikając między kolejnymi drzewami. Teraz znów mógł skupić się na swoim pierwotnym zadaniu.

Dotarciu do drużyny.

Już miał lecieć dalej, gdy nagle usłyszał przeciągły skrzek i w ostatnim momencie uchylił się przed czarną smugą, która przecięła gwałtownie powietrze miejscu, w którym przed chwilą się znajdował. Az zamachał skrzydłami, walcząc ze ściągającym go w dół ciężarem kuli o utrzymanie się w powietrzu i wystrzelił do przodu, uciekając przed Dymnym Krukiem, który ruszył za nim w pogoń, kłapiąc gniewnie dziobem.

Przelatując między kolejnymi drzewami, Az wyciągał resztki sił ze swoich mięśni, by nie dać doścignąć się bestii siedzącej mu na ogonie. Mijana przez niego dżungla zmieniła się w rozmytą masę zieleni, błękitu i brązu, gdy pędził przed siebie najszybciej jak potrafił. Ścigający go Dymny Kruk zostawiał po sobie gęstą smugę cienia, która po chwili rozpływała się w powietrzu jak mgła otaczająca las z zewnątrz.

Bestia zaskrzeczała donośnie, widząc, jak Az znika pomiędzy gałęziami drzewa na wprost i przebiła się przez nie, po czym zatrzymała się i rozejrzała dookoła. Srebrny Rahi zniknął. Dymny Kruk wydał z siebie poirytowane charknięcie i poleciał dalej, przeczesując okolicę. Z dziupli w drzewie nieopodal na moment wychyliła się głowa Aza i zaraz potem na powrót schowała się w szczelinie. W prostym umyśle Rahi pojawiła się kolejna myśl.

Na razie lepiej pozostać w ukryciu.

***


Kilka godzin po ucieczce przed Rahi, Toa dotarli na skraj urwiska, które w tym miejscu łączyło się ze skalną ścianą kolejnej skarpy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, ekipa postanowiła więc zatrzymać się w tym miejscu na nocleg i po chwili wojownicy rozpalili ognisko pośrodku niewielkiej polany - nie dlatego, że potrzebowali światła - było jeszcze wystarczająco jasno - odkryli jednak, że ogień skutecznie płoszy zwierzynę, a Toa woleli uniknąć kolejnych spotkań z tutejszą fauną. W końcu ostatnim razem omal nie skończyło się to ich śmiercią.

Rebis, Izaki i Dalla wyjęli z toreb płachty materiału i zaczęli rozstawiać namioty, w których mieli spędzić nadchodzącą noc, podczas gdy Kaleva i Ragan przyciągnęli podłużne głazy, które mogły posłużyć jako ławy do rozstawienia wokół ogniska. Wkróce potem na polanie pojawiły się pierwsze namioty, a odgłosy przybijanych do ziemi mocowań rozbrzmiewały w akompaniamencie trzaskającego ognia, wokół którego zebrała się chmara świetlistych insektów, zdających się tańczyć razem z płomieniami.

Jedynie Purrik powstrzymywał się od pracy, stojąc z założonymi na piersi rękoma pod skalną ścianą pokrytą światłoroślami, które rozjarzały się w miarę zapadania zmroku.

- Nie masz zamiaru nam pomóc, Purrik? - spytał Rebis, podnosząc się z klęczącej pozycji. Jego namiot był już prawie gotowy.

Toa Powietrza pokręcił głową.

- Muszę sobie to najpierw wszystko przemyśleć - powiedział i obrzucił polanę wzrokiem. - I nie wydaje mi się, żeby zostanie tu na noc było dobrym pomysłem. Powinniśmy wrócić na statek.

Pozostali Toa spojrzeli na niego z zaskoczeniem.

- Co takiego? - odezwał się Rebis, podchodząc. - Mamy misję odnalezienie artefaktu, który może ocalić cały wszechświat, a ty chcesz, żebyśmy się wycofywali? - Zerknął na towarzysza. - Poza tym, jak masz zamiar wrócić na „Chimerę”? Wszyscy wiemy, co stało się z drogą, którą tędy przyszliśmy. Odwrót nie wchodzi w grę. Kontynuujemy podróż.

- Mogę wzbić się w powietrze i znaleźć inną drogę. To żaden problem.

- Nie ma mowy - sprzeciwił się Toa Ognia. - Nie wracamy na statek. Zatrzymujemy się tutaj na noc i następnego dnia ruszamy dalej.

Purrik przestał opierać się o skałę i zbliżył się do mężczyzny w Hunie.

- Obudź się, nie mamy już szans na zdobycie Kryształu! Jak chcesz go znaleźć? - Rozłożył ręce. - Nie wiemy jak do niego dotrzeć. Zgubiliśmy mapę i w dodatku straciliśmy Voxa.

- I Aza - wtrąciła ponuro Dalla, przysiadłszy na kamieniu.

Purrik zerknął na nią, zdezorientowany.

- Co?

- Az - powtórzyła. - Jego również straciliśmy.

Toa Powietrza machnął ręką.

- Nieważne. To tylko Rahi.

Dalla podniosła się, zaciskając pięści.

- To członek drużyny.

- To ptak! - odparł Purrik. - Nie jest tak ważny jak Toa czy mapa. - Zmrużył oczy, skupiając spojrzenie na dziewczynie. - Którą to ty zgubiłaś.

Toa Wody zadrżała na dźwięk tych słów. Gdyby nadal była dawną sobą, teraz zapewne rozpłakałaby się - obecna Dalla jednak powstrzymała się od płaczu, choć Rebis widział, jak drga jej warga. Podszedł do przyjaciółki i stanął między nią a Purrikiem.

- Zostaw ją, jej to nie dotyczy. - Osłonił towarzyszkę ręką.

- To dotyczy nas wszystkich! - Zielony Toa powiódł dłonią po drużynie. - Dlaczego tak trudno ci to zrozumieć? Nie damy już rady wypełnić zadania. Powinniśmy wrócić na statek i powiedzieć, że nam się nie udało. Staraliśmy się, ale trudno. Tak się zdarza. Nie jesteśmy idealni i powinniśmy mieć tego świadomość. Nie da się już tu nic zrobić. Bez mapy będziemy tylko błądzić po tej wyspie, aż w końcu natkniemy się na coś, co nas zabije. I dlatego powinniśmy wrócić na statek!

Toa Ognia parsknął i pokręcił głową, wyraźnie coraz bardziej poirytowany całą tą dyskusją.

- Zaszliśmy tak daleko i ty masz zamiar się poddać? Zresztą, dlaczego miałbym słuchać się kogoś, kto jest złodziejem? - W odpowiedzi Purrik zacisnął pięści.

- Ach tak? A dlaczego ja miałbym słuchać się kogoś, kto wypiął się na nas i zostawił nas samych w potrzebie na całe cztery lata wojny?!

Rebis zamarł. Nagle poczuł się, jakby ktoś wbił mu rozjarzony nóż w plecy. Poczucie winy, o którym myślał, że już go opuściło, przytłoczyło go po raz kolejny. Opuścił ręce wzdłuż ciała i zacisnął pięści. Dalla zauważyła, że coś jest nie tak i dotknęła jego ramienia, zamiast przyjemnego ciepła, jakie zawsze towarzyszyło jej przyjacielowi poczuła jednak coś innego. Chłód.

- Wy też tak uważacie, prawda? - zapytał Rebis, patrząc na pozostałych członków ekipy. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. - Tak myślałem. Dobrze. - Westchnął ponuro. - Macie rację. Nie powinienem był się tak rządzić. Nie zasługuję na to. - Po tych słowach obrócił się i odszedł wolnym krokiem z polany, znikając po chwili w gęstniejącym mroku nocy, do którego nie docierały płomienie ogniska.

Dalla wyciągnęła dłoń ku przyjacielowi i otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz po chwili powstrzymała się. Wiedziała, że to go nie zatrzyma. Mogła tylko patrzeć, jak czerwony Toa niknie w cieniu i po jakimś czasie zobaczyła w oddali kulę ognia, zawieszoną w powietrzu obok Rebisa, gdy ten przysiadł na skraju skalnego występu.

Spojrzała na pozostałych. Stali przy ognisku i spoglądali niepewnie w miejsce, w którym zniknął Rebis. Po chwili Dalla odwróciła się w tamtą stronę i wyszła poza polanę, by dołączyć do przyjaciela. Purrik usiadł ciężko na kamieniu, opierając dłonie na kolanach i potrząsnął głową, wzdychając głęboko. Ragan wpatrywał się z zatroskaną miną, jak Toa Wody oddala się w kierunku swojego towarzysza.

- Jesteśmy razem przez tak długi czas - odezwał się cicho - a jednak wciąż brakuje nam jedności…

- Och? - Stojący obok Izaki uniósł brew. - Czyżby przeczytanie kronik Wielkiej Biblioteki w połączeniu z twoją pracą Archiwisty jeszcze bardziej zwiększyły twoją fascynację przeszłością?

Toa Ziemi zerknął na niego pytająco.

- Co masz na myśli? Jedność to jedno z Trzech Praw Wielkiego Ducha.

- No właśnie - odrzekł Izaki. - Z całym szacunkiem do ciebie, przyjacielu, i do naszej historii, nie uważam, żeby ustanowione przed tysiącleciami prawa pomogły nam w tej sytuacji.

Ragan zmarszczył brwi.

- Nie wydaje mi się, żeby…

- Zbyt wielką uwagę przywiązujesz do przeszłości, mój drogi - przerwał mu Toa Lodu. - Powinieneś bardziej skupić się na tym, co przed tobą - na przyszłości. Jak ja.

Ragan skinął powoli głową i przysiadł na kamieniu, spoglądając na tańczące płomienie ogniska. Rozmyślał nad słowami Izakiego i nad tym, co wydarzyło się przed chwilą, na kłótni między Purrikiem a Rebisem i odejściu Toa Ognia. Znów - teoretycznie - skupiał się na przeszłości. Żal było mu przyjaciela - oczywiście nie uważał jego decyzji o odłączeniu się od reszty Toa po rozpoczęciu wojny za właściwą, nie winił go jednak. Znał go na tyle długo, by zrozumieć ten wybór. Nie uważał, by Rebis zasługiwał na takie traktowanie. Lecz kiedy Ragan dłużej myślał o całym tym zajściu, martwiło go co innego.

Rzeczywiście brakowało im jedności.

***


Az wychylił głowę z dziupli. Robiło się już ciemno, na szczęście jego wzrok szybko przyzwyczajał się do mroku i Rahi zdołał zauważyć Dymnego Kruka, wciąż przeczesującego okolicę w poszukiwaniu intruza, który wtargnął do jego gniazda i zabrał skarb. Świecące owady, które wypełzały nocą na pnie drzew chowały się między szczelinami w korze, gdy cienisty ptak przelatywał nad nimi, zaraz potem jednak ponownie się pojawiały, gdy tylko zagrożenie się oddaliło. Niestety dla Aza zagrożenie wciąż było w pobliżu - Dymny Kruk cały czas krążył między najbliższymi drzewami, jakby wiedział, że mały złodziej wciąż gdzieś się tu ukrywa. Bestia nie dawała za wygraną.

Podobnie jak Az.

Wykorzystując moment, w którym Dymny Kruk znalazł się wystarczająco daleko, Az wyłonił się z kryjówki i pomknął do przodu, by znaleźć się w bezpiecznej odległości, póki drapieżnik jeszcze nie zwrócił na niego uwagi. Sekundę później Kruk dostrzegł swoją ofiarę i ruszył w pogoń - trzymana w szponach Aza świecąca kula była aż nader widoczna w pogrążonej w mroku zbliżającej się nocy dżungli.

Zauważywszy ścigające go zagrożenie, Az zaczął gwałtownie skręcać, przelatywać między cienkimi szczelinami drzew, okrążać pnie i wykonywać dezorientujące powietrzne akrobacje wokół lian, by zgubić potwora - mimo to Kruk nie dawał się zmylić i cały czas podążał śladem mniejszego ptaka, wydając z siebie przy tym gniewne skrzeknięcia.

Kula, którą zabrał mu Az musiała być dla niego wyjątkowo cenna.

Srebrny Rahi wzleciał do góry i zanurkował w koronę jednego z drzew. Na moment znalazł się w swego rodzaju komnacie, której ściany stanowiły warstwy niebiesko-zielonych liści, po czym wystrzelił z drugiej strony. Dymny Kruk przeleciał tą samą drogą i kiedy tylko wyłonił się spomiędzy liści, te zmieniły barwę na czarną, w jednym momencie stały się kruche i wysuszone, sekundę później opadły. Cały pień zmienił barwę z brązowej na szarą, a pokrywająca go kora zaczęła odkształcać się i wyginać, jak liście zawieszone jeszcze przed chwilą na gałęziach.

Moment potem pień przewalił się z gruchotem na ziemię, a chmary dzikich insektów wypełzły spod niego i rozpierzchły się po dżungli, szukając nowego schronienia.

Az wystrzelił spomiędzy drzew, wzleciał ponad zawieszoną nad lasem mgłę, zakręcił i ponownie zniknął w dżungli. Dymny Kruk zrobił to samo, a pozostawiona przez niego ciemna smuga zmieszała się z białym mgielnym obłokiem. Mały Rahi zaskrzeczał desperacko. Jego prostemu umysłowi kończyły się powoli pomysły na zgubienie drapieżcy.

Cienista bestia zaczęła stopniowo doganiać Aza - a ten zaczynał stopniowo tracić siły. Czuł na ogonie chłód, jaki roztaczał wokół siebie ścigający go ptak i mimo, iż był tylko Rahi, spodziewał się, co się z nim stanie, gdy wreszcie zmęczy się i stanie się zbyt powolny, by uciec. Musiał szybko wymyślić jakiś sposób. Zmusić prosty umysł do pomocy mu w ucieczce.

Na szczęście Az był bystrym Rahi - Oduna zawsze to powtarzał - i zobaczywszy szeroki pień na swojej drodze, postanowił wykorzystać okazję.

Rozpostarł skrzydła na boki i obrócił się niemal do pionu, pozwalając wiatrowi się ponieść, zatoczył krąg wokół konaru i pomknął w kierunku, z którego nadleciał przed chwilą. Minął Dymnego Kruka, a ten zdezorientowany zatrzymał się i powiódł zdumionym spojrzeniem za Azem, po czym zaskrzeczał donośnie i zawrócił, by dopaść złodzieja. Na szczęście ta reakcja kosztowała go nieco czasu - czasu, który Az wykorzystał, by zwiększyć swoją odległość między sobą samym a bestią.

Skręcił w lewo i znikł między kolejnymi drzewami. Dymny Kruk nadal go ścigał, ale jeśli Az skręciłby wystarczająco dużo razy, wreszcie zgubiłby potwora, który był zbyt daleko, by móc śledził nagłe zmiany kierunków mniejszego Rahi. Az był zbyt prostym stworzeniem, by odczuwać nadzieję, jednak gdyby tylko był Matoraninem lub Toa, teraz zapewne w jego umyśle pojawiłaby się ona. Nadzieja na uwolnienie się od bestii. Nie wiedział tego, ale jego szanse na to były całkiem spore.

Skręcił jeszcze raz i nagle zobaczył przed sobą skalną ścianę, ciągnącą się w górę na kilkanaście bio. Leciał zbyt szybko, by wykonać kolejny zakręt. Musiał zwolnić, ale z drugiej strony nie mógł tego zrobić - wtedy bowiem zostałby złapany. Ponownie rozpostarł skrzydła na boki i tym razem poleciał w górę, wzdłuż ściany, po chwili wyłaniając się z puszczy i z mgły, która nad nią zawisła.

Znalazł się na otwartej przestrzeni. Bez drzew, między którymi mógłby się ukryć. Dymny Kruk doskonale widział teraz, w którą stronę pomknie jego ofiara. Az stracił swoją przewagę. Gdyby tylko mógł, zapewne zakląłby teraz. Ograniczył się jednak do skrzeknięcia i poleciał w kierunku lasu zaczynającego się na skraju urwiska, z Dymnym Krukiem wciąż siedzącym mu na ogonie.

Na razie Az odrzucił na bok cel dotarcia do pani w niebieskiej masce. Skupił się na nowym, przed chwilą powstałym w jego prostym umyśle.

Przeżyciu.

***


Rebis siedział na skraju skalnego występu, oświetlany blaskiem zawieszonej w powietrzu obok niego ognistej kuli i wpatrywał się pustym spojrzeniem w nocny krajobraz dżungli, wydającej z siebie gamę przeróżnych dźwięków i odgłosów dzikich Rahi. Zza pleców dobiegały go też dźwięki jego towarzyszy, zgromadzonych wokół ogniska, ale Toa nie zwracał na nie uwagi. Wciąż nie wiedział, jak powinien zachować się w obecności drużyny.

Liczył, że to, co zrobił, zostanie mu zapomniane, w końcu przez tak długi czas świetnie dogadywał się z resztą ekipy, a jedyne wyrzuty, jakie były skierowane pod jego adresem to te, które zadręczały go w myślach. Jednak ktoś w końcu musiał mu to wytknąć. Wtedy właśnie Rebis uświadomił sobie, że odejście od Toa mogło być błędem, którego nie da się już naprawić.

Westchnął, zwieszając głowę. Trącony przez niego niewielki kamyk stoczył się po skarpie i pomknął w dół, znikając po chwili między zgrzytającymi zębami kół, które obracały się kilkanaście bio poniżej.

Dalla zatrzymała się w cieniu. Rebis siedział odwrócony do niej plecami i najwyraźniej nie zdał sobie sprawy z tego, że do niego podeszła. Nie wiedziała, czy powinna podejść bliżej - dawniej to on pocieszał ją, kiedy była smutna lub gdy się bała, nigdy ona jego. Nie była pewna, co powinna powiedzieć. Zazwyczaj nie mówiła, tylko słuchała. Zawahała się przez chwilę, lecz zaraz potem wzięła się w garść. Postawiła kolejny krok.

- Kiedy was zostawiłem - odezwał się nagle Rebis, tak, że Dalla prawie podskoczyła i odruchowo skierowała rękę ku zawieszonej na plecach włóczni. Kolejny nawyk, którego się nauczyła - jak bardzo byłaś na mnie zła?

Stanęła przy nim i spojrzała na przyjaciela. Nie patrzył na nią.

- Nie byłam zła - odparła w końcu, przysiadając obok niego, podwijając kolana pod brodę i również wpatrując się w las - tylko smutna. Byłeś moim jedynym przyjacielem. Jedyną osobą, która poświęcała mi uwagę i troszczyła się o mnie. Lecz w końcu nawet i ty mnie opuściłeś…

- Przepraszam. Nie chciałem…

- …ale wróciłeś - dokończyła Dalla. - I dałeś mi więcej, niż mogłabym oczekiwać. Nauczyłeś mnie walczyć. Pomogłeś mi odnaleźć się w tym wszystkim. Sprawiłeś, że nie boję się już własnego cienia. Pokazałeś, że wciąż się troszczysz. Dziękuję.

Uśmiechnął się smutno.

- Cieszę się, że nadrobiłem cały ten czas, podczas którego cię zaniedbywałem. Szkoda, że z innymi Toa nie jest tak samo.

Zerknęła na niego.

- To, co powiedział Purrik… Nie powinieneś się tym przejmować. Wiesz, jaki on jest. Najpierw mówi, potem myśli.

Na twarzy Toa Ognia ponownie zagościł uśmiech.

- Pod tym względem chyba jesteśmy podobni - odrzekł Rebis. - Ale w tym rzecz, Dalla. Nie myśli, co mówi. Mówi, co myśli. Co oni wszyscy myślą. Wiem, że tak jest. Widziałem to w ich oczach. I… rozumiem ich. Nie mam im niczego za złe. Po prostu chciałbym… chciałbym, żebyśmy mieli to już za sobą. Zostawili moje dawne błędy w tyle i szli dalej. A tak nie jest.

Przez moment siedzieli w milczeniu, spoglądając na dżunglę rozświetloną gdzieniegdzie chmarami bijących blaskiem owadzich Rahi czy pnących się w górę po konarach i gałęziach światłorośli. W końcu Dalla odezwała się - ostatnio sama się sobie dziwiła, jak często zabiera głos w rozmowach:

- Może musisz postąpić podobnie jak ze mną. - Wbiła spojrzenie zielonych oczu w przyjaciela. On również na nią zerknął. - Pokazać, że ci na nich zależy. Zrobić coś, co przyćmi twoje błędy. Udało ci się ze mną. Z nimi też ci się uda.

Toa Ognia zamyślił się. Po chwili odparł:

- Może i masz rację…

Przerwał, gdy nagle zza pleców dobiegł ich donośny skrzek. Obydwoje Toa poderwało się ze skały, odwracając się - jakaś część Rebisa ucieszyła się na widok tego, jak szybko Dalla sięgnęła po broń - była to w końcu częściowo także zasługa jego lekcji - i przyjęło bojowe postawy. W następnej sekundzie z lasu przed nimi wyleciało coś niewielkiego, co skryło się w ramionach Dalli, która zaskoczona cofnęła się o krok do tyłu. Wypuściła broń, a zamiast włóczni w jej dłoniach znalazł się jakiś mały, kulisty przedmiot.

W kolejnej chwili z puszczy za niewielkim stworzeniem wystrzeliło drugie, znacznie większe - to ono było źródłem hałasu, który dotarł do uszu Toa. Rebis krzyknął, widząc Dymnego Kruka i wystrzelił ku bestii płomienie z końców swoich ostrzy, te jednak przeleciały przez cieniste skrzydła ptaka jak przez mgłę, nie uszkadzając go. Rahi zaskrzeczał jeszcze głośniej i pomknął prosto na Dallę oraz na przedmiot, który trzymała w dłoniach.

Z jakiegoś powodu dziewczyna wiedziała, co robić.

Chwyciła sferę oburącz i przekręciła jej górną połowę. Nagle z mapy wydobył się strumień jasnego, błękitnego światła, które oślepiło Kruka i odrzuciło go do tyłu. Bestia wydała z siebie przypominający bolesny jęk skrzek i zawróciła, znikając po chwili między drzewami.

Rebis i Dalla przez moment wpatrywali się w bezruchu na las, jakby nie do końca zrozumiawszy, co się właściwie wydarzyło. Po chwili stworzenie, które wpadło w ramiona Toa Wody poderwało się w górę i zamachało skrzydłami przez Dallą.

- Az! - wykrzyknęła radośnie Toa, widząc znajomego Rahi.

Ptak zaczął latać wokół dziewczyny, jakby samemu okazując radość, po czym przysiadł na jej ramieniu i wtulił się w nią, skrzecząc cicho i gruchocząc.

- Wygląda na to, że twój przyjaciel znalazł mapę - powiedział Rebis, wskazując na kulę.

Dalla uśmiechnęła się, jedną ręką obracając sferę przed oczami, jakby nie mogła uwierzyć, że ją odzyskała i bała się, że ta za chwilę zniknie, a drugą głaszcząc Rahi po dziobie.

- To chyba wystarczy, żeby poprawić humor Purrikowi, jak sądzisz? - zapytała, rzucając kulę towarzyszowi.

- Poprawić? Żartujesz? Przecież on chciał wrócić na statek. Odzyskanie mapy oznacza, że kontynuujemy podróż. Będzie wściekły.

Dziewczyna parsknęła śmiechem w akompaniamencie Toa Ognia. Po chwili oboje zmierzyli w stronę wioski, by podzielić się radosną wieścią z towarzyszami.

Rozdział 16Edytuj

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył Vox po przebudzeniu się, było pokryte pnączami sklepienie jaskini. Właściwie zobaczyły je tylko jego oczy, umysł bowiem dopiero po jakimś czasie zdołał przyswoić tę informację.

Jaskinia. Ostatni raz, kiedy Vox był przytomny, spadał w przepaść razem z dzikimi bestiami i odłamkami skał. Nie był w jaskini.

Ktoś go tu przeniósł.

Poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła, ale wiedział, jak powinien zareagować. Tak przynajmniej mu się wydawało. Momentalnie dotknął dłońmi swojej maski, by sprawdzić, czy nadal ma na sobie Kanohi Hau. Jego palce poczuły dobrze im już znaną chropowatą powierzchnię i odpowiedni kształt, który sprawdził również drganiami powietrza, by mieć całkowitą pewność. Dopiero wtedy sięgnął do mocy maski i otoczył się polem siłowym. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, ale to wystarczyło.

Tak. To była jego Kanohi Hau. Dziwne. Obezwładniając nieprzytomnego Toa, powinno zacząć się od zabrania mu jego maski. A swoją Vox wciąż przywdziewał na twarzy.

Mając za sobą pierwszą rzecz, jaką powinien sprawdzić po odzyskaniu nagle utraconej przytomności, mężczyzna skupił się na kolejnej - zbadaniu otoczenia. Poczuł, że leży - najpewniej na skale przykrytej jakimś miękkim materiałem, choć nie wszystkie zmysły chciały z nim do końca współpracować, wciąż odrętwiałe po upadku - i podniósł się po pozycji półsiedzącej. Wtedy właśnie jego plecy zapłonęły bólem. Vox zacisnął wargi i spojrzał na swój tors. Ze zdumieniem odkrył, że pozbawiono go części zbroi, a jego pierś i boki owinięte były bandażami z delikatnej tkaniny, przypominającej w dotyku tę, na której leżał. Zignorował ból i zmusił się do wyciągnięcia szyi, by rozejrzeć się wokół.

Znajdował się w niewielkiej jaskini, oświetlanej przez promienie słońca wpadająca do środka przez pojedynczy otwór za jego plecami. Z zewnątrz docierały odgłosy świerszczy i ptaków, Vox słyszał również zgrzytanie kół zębatych, nie widział jednak żadnego w pobliżu. Grota nie należała do największych, lecz była wystarczająco przestronna - uczucie to dodatkowo potęgował brak jakichkolwiek obiektów w jej wnętrzu, nie licząc prowizorycznego łóżka, będącego w rzeczywistości głazem o wyrównanych bokach z narzuconym na niego materiałem i mniejszą skałą po ścianą, na której leżała skórzana torba Voxa i o którą opierało się jego Dźwiękowe Ostrze.

Zamrugał.

Jego torba i miecz. Żadna osoba próbująca go rozbroić nie zostawiłaby go z torbą i mieczem na wyciągnięcie ręki.

Voxowi od razu przyszła do głowy jedna myśl.

Ktokolwiek go ty przyniósł, nie był wrogiem.

Nie wiedział, jak powinien czuć się z tą świadomością. Na razie ważniejszym dla niego było to, by dowiedział się, gdzie dokładnie jest. Obrócił się i oparł stopy o skalne podłoże, a dłonie na krawędzi łóżka i pochylił się do przodu, zwieszając głowę i czekając, aż ból w plecach i nowy, rozrywający jego prawy bok, miną. Wreszcie podniósł wzrok i skierował go w stronę wpuszczającego do środka chłodne światło poranka wejście do jaskini.

Wtedy właśnie zamarł.

Na tle wpadających do wnętrza groty promieni ujrzał przycupniętą na niewielkim, pokrytym mchem kamieniu bacznie przyglądającą mu się nieznajomą postać.

***


Niewielki Rahi przypominający kameleona zatrzymał się na korze jednego z drzew, nim jednak zdążył wtopić się w otoczenie, był zmuszony uciec między gałęzie, gdy Az nadleciał z góry, próbując złapać go w dziób. Ptak zamachał metalowymi skrzydłami i odleciał, po czym zakręcił się w powietrzu wokół wychodzącej z namiotu Dalli.

Toa Wody pogłaskała Rahi po dziobie, gdy przysiadł na jej ramieniu i rozejrzała się wokół. Zimne światło świtu padało na polanę, rzucając biały blask na stojącego nad wygaszonym ogniskiem Rebisa. Choć mężczyzna stał odwrócony do niej plecami, Dalla wiedziała, jaki ma wyraz twarzy. Zamyślony.

W istocie, rozmyślał. Mimo, że wieść o odzyskaniu mapy minionej nocy rozładowała nieco napiętą atmosferę panującą wśród Toa, Rebis wciąż nie czuł się dobrze z tym, co usłyszał od Purrika zeszłego wieczora. Myślał, jak mógłby naprawić swój błąd. Cholera, miał na to całe cztery lata. Tyle czasu, który zmarnował na głupstwa. Oczywiście, wtedy to, co robił, wydawało mu się właściwie. Jednak jego problemem było to, że rzeczy, które za takie uznawał nie były już takie dla niego po upływie czasu. Tak też było i w tym przypadku.

Przypomniał sobie słowa Dalli. Musisz pokazać, że ci na nich zależy. Wiedział, że miała rację. Sam również doszedł do takich wniosków.

Chrust zatrzaskał pod stopami dziewczyny i dopiero wtedy Rebis zdał sobie sprawę z jej obecności. Odwrócił się i uśmiechnął do towarzyszki, momentalnie pozbywając się zatroskanej miny - choć Dalla i tak domyślała się, co dzieje się w jego głowie.

- Śliczny poranek, co?

- Aż dziwne, że dotrwaliśmy do niego w jednym kawałku - wtrącił Purrik, wyłaniając się ze swojego namiotu. - Spodziewałem się, że w nocy jakaś dzika bestia zechce nas pożreć.

- Doszliśmy chyba do tego, że ogień odstrasza tutejsze zwierzęta - zauważył Rebis.

- Niektóre zwierzęta. Jestem pewien, że gdzieś na tej wyspie czai się taka kreatura, której jedyne, co może zrobić ogień, to posłużyć do upieczenia nas na rożnie - odparł Toa Powietrza i dodał pod nosem: - Wszystko przez ten durny kamień…

Z kolejnego namiotu wyjrzał Ragan.

- Nie wydaje mi się, by nazywanie artefaktu, który być może jest jedyną szansą na ocalenie nas przed zagładą „durnym kamieniem” było właściwe…

- Tylko jeśli ten artefakt rzeczywiście może ocalić nas przed zagładą - stwierdził Izaki, który również zjawił się na polanie. - Natomiast nazwanie kryształu kamieniem to już zupełnie inna sprawa…

Ragan westchnął głęboko, posyłając Toa Lodu spojrzenie.

- Nadal w niego wątpisz, czyż nie?

- Jak już mówiłem, przyjacielu: nie przybyłem tu, by szukać skarbów, tylko po to, by badać - oznajmił Izaki i zaczął przyglądać się odpoczywającemu na drzewie kameleonowi. - Co idzie mi, nie chwaląc się, całkiem nieźle. - Istotnie, kilkoro Toa narzekało w nocy na ciągłe dźwięki wysuwanej soczewki teleskopowego oka, które przeszkadzały im we śnie. Skończywszy przyglądać się Rahi, Izaki zwrócił się do pozostałych: - Co teraz?

- To chyba oczywiste - odrzekł Rebis. - Mamy mapę. Ruszamy dalej.

Purrik skrzyżował ramiona.

- Myślałem, że przestałeś się nami rządzić.

W odpowiedzi Toa Ognia zmrużył oczy, spoglądając na złodzieja. Ich emocje jeszcze nie opadły.

Dalla wypuściła głośno powietrze i usiadła na kamieniu, podpierając głowę rękoma wspartymi na kolanach. Który to już raz, kiedy jej towarzysze się sprzeczali? Przynajmniej teraz nie robili tego z jej powodu.

Przyglądający się całej sytuacji Kaleva usiadł po chwili obok niej.

- Wygląda na to, że Purrik przerzucił się z irytowania Izakiego na irytowanie Rebisa - zachichotał.

- Powiedziałabym raczej, że z irytowania Izakiego na irytowanie nas wszystkich.

Inżynier parsknął śmiechem, Rebis i Purrik natychmiast stanęli naprzeciwko siebie, rozpoczynając kolejną dyskusję. To nie był pierwszy raz, kiedy dochodziło między nimi do starć, Toa Ognia zaczynał mieć już tego jednak powoli serdecznie dość. Wiedział, że granie na nerwach innych jest częścią osobowości Purrika, to jednak zaszło jego zdaniem za daleko. Wszyscy inni zdążyli już zostawić błędy Rebisa za sobą - możliwe, że wciąż uważali je za problem, lecz nie był to jednak dla nich problem największej wagi - Purrik natomiast wciąż trwał przy swoim. Był uparty.

Na jego nieszczęście, Rebis również taki był.

- Co ci tym razem nie pasuje? Odzyskaliśmy mapę, czemu mielibyśmy nie kontynuować podróży?

- Ponieważ znów możemy znaleźć się w trudnej sytuacji i…

- Już wcześniej znajdowaliśmy się w trudnych sytuacjach! Atak dronów, ucieczka przed Inkwizytorem, walka z morską bestią, Przełęcz Brzytw i syreny. Dlaczego wtedy nie upierałeś się, żeby nie płynąć dalej?

- To zupełnie co innego. Owszem, bywało źle. Straciliśmy Arcticę, jeden z nas okazał się zdrajcą. Ale cały czas mieliśmy mapę i wierzyliśmy, że mimo wszystkich przeciwności losu uda nam się dotrzeć do celu. Potem straciliśmy mapę - i tylko cudem odzyskaliśmy ją z powrotem - ale to dało mi do myślenia. Jeśli taka sytuacja się powtórzy, będziemy zgubieni. Sami w głębi nieznanego lądu, gdzie prawie wszystko próbuje nas zabić. I wierz mi, im dalej zajdziemy, tym bardziej niebezpieczne to wszystko się stanie. Wielki Duch, Akkaratus, sam Karzahni czy ktokolwiek tam strzeże tego Kryształu nie da nam łatwo za wygraną. A my możemy przecenić swoje możliwości.

- I dlatego chcesz z tego zrezygnować, mimo że zaszliśmy tak daleko? - odparł Rebis.

- Nie chcę z tego zrezygnować. Po prostu podejść do tego inaczej. Dać sobie czas.

- Wszechświat nie ma już czasu, Purrik.

Zmierzyli się wzrokiem. Nic nie wskazywało na to, by któryś z nich przekonał drugiego do zmiany zdania. Szykowała się długa dyskusja, a Rebis miał rację - nie było na to czasu. Toa musieli działać, nie męczyć się z wewnętrznymi rozłamami w drużynie.

- W takim razie - zaproponował Ragan, stając między obydwoma mężczyznami - może będziemy głosować?

- Mi to pasuje - stwierdził Rebis i założył ręce na piersi. - Jestem za kontynuowaniem wyprawy.

- Ja głosuję przeciw - oznajmił Purrik.

- Ja również - powiedział Izaki, stając po stronie Toa Powietrza. - Wybacz, Rebisie, ale w tej sytuacji, jakkolwiek trudno jest mi to wykrztusić, uważam, że Purrik ma rację.

- Ja natomiast jestem za ruszeniem w podróż - rzekł Ragan.

- Ze mną tak samo - rzucił Kaleva i dołączył do Toa Ognia oraz Ziemi.

Ekipa podzieliła się na dwie frakcje - troje po stronie Rebisa i dwójka po stronie Purrika. Pozostała jedynie Dalla, wciąż siedząca na kamieniu i przyglądająca się niepewnie głosowaniu. Nie wyglądała, jakby miała zamiar dołączyć do większości.

- Cóż, chyba mamy remis - skwitował Purrik i uśmiechnął się kąśliwie do mężczyzny w Hunie. Taki wynik go zadowalał, co prawda nie tak bardzo jak zwycięstwo, ale wciąż był dużo lepszy od porażki.

- Nie - odparła Dalla i podniosła się, po czym stanęła razem z Rebisem, Raganem i Kalevą. Spojrzała pewnie na Toa Powietrza. - Jestem za.

Purrik wydął wargi. Cztery do dwóch. Możliwość remisu sprzed kilku sekund zdecydowanie bardziej mu odpowiadała.

- W takim razie… - Izaki wzruszył ramionami i dołączył do czwórki Toa. - Zostanie samemu z Purrikiem w tej sytuacji nie byłoby najlepszym rozwiązaniem.

Złodziej popatrzył na pozostałych, obrzucając wzrokiem ich twarze. Miały jeden z tych wyrazów, które mówiły „Ile mamy jeszcze czekać, nim zmądrzejesz i zmienisz zdanie?”. Był uparty. Ale nawet on miewał pewne granice w tym uporze.

- Dobra już, dobra - powiedział, unosząc dłonie. - Przyznaję to, mieliście rację. Mój błąd. Tylko już tak na mnie nie patrzcie.

Rebis uśmiechnął się i skinął pozostałym. Wkrótce potem Toa zwinęli swoje namioty i przygotowali się do dalszych poszukiwań, a Dalla wyjęła odzyskaną mapę z torby i uwolniła z niej strumień światła, wskazujący drużynie kierunek ich wyprawy.

Jeszcze nim słońce znalazło się w centrum nieboskłonu, ekipa zagłębiła się w puszczy, kontynuując swą podróż.

***


Choć chwila, w trakcie której Vox mierzył spojrzeniem nieznajomą postać nie trwała dłużej niż kilka sekund, dla Toa Dźwięku zdawała się być całą wiecznością. Mężczyzna spoglądał na obcą istotę, a ona na niego. Nie wiedział, dlaczego ten krótki moment tak bardzo mu się dłużył. Zapewne jego umysł spowolnił postrzeganie czasu, by móc lepiej przyswoić wszystkie szczegóły wyglądu przybyszki, a to z pewnością nie było łatwym zadaniem. Vox jeszcze nigdy wcześniej nie widział czegoś tak… osobliwego.

Postać stojąca teraz w wejściu do jaskini była kobietą wzrostu Toa, i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że jej ciało nie przypominało niczego, co Vox do tej pory miał przed oczami. Jej szkielet i pancerz stanowiły cienkie, powiązane ze sobą gałęzie, przeplatane jasnozielonym pnączem grubości nici. Wiły się w górę, nadając kształtu jej nogom, rękom, torsowi oraz głowie i zakręcały się dookoła pary jasnozielonych oczu o tej samej barwie, co niewielki kryształ umieszczony na jej piersi, przypominający światełko sercowe. Poskręcane kawałki chrustu i liści wystawały z jej drewnianej czaszki jak włosy, kilka podobnych listków znajdowało się też w przypadkowych miejscach jej ciała, nawet na palcach. Jakby ktoś ożywił stertę gałęzi i stworzył z nich istotę. Vox był nawet skłonny uwierzyć, że tak właśnie powstała ta nieznajoma.

Postać stała wyprostowana na drewnianych nogach, choć te wydawały się tak kruche, że w każdej chwili mogłyby się złamać, i jedną ręką dotykała ściany u wejścia do groty. W miejscu, w którym jej palce stykały się ze skałą, zaczęły rozrastać się niewielkie pnącza, przypominające bluszcz. Vox dopiero po jakimś czasie uświadomił sobie, że mchu pokrywającego kamień, na którym jeszcze przed chwilą siedziała istota nie było w chwili, gdy na nim przycupnęła. W plątaninie chrustu i gałązek formującej głowę postaci, Toa Dźwięku zdołał dostrzec wyraz twarzy. Ze zdumieniem wyczytał z niego troskę wymieszaną z zaskoczeniem.

- Obudziłeś się - powiedziała istota miękkim głosem. Drewniane witki stanowiące jej wargi zatrzeszczały cicho, gdy poruszyła ustami.

- Kim jesteś? - zapytał Vox, podrywając się gwałtownie na nogi i przyjmując bojową postawę.

A przynajmniej próbując ją przyjąć, w następnej sekundzie ból bowiem wstrząsnął jego ciałem i mężczyzna zatoczył się, padając na kolana.

- Ojej. - Nieznajoma przyłożyła dłoń do ust i podeszła do niego. Wykonała jakiś nieokreślony ruch ręką, a wtedy z ziemi wokół Voxa wyrosły wijące się pnącza i pochwyciły jego ciało, pomagając mu wstać. Toa Dźwięku usiadł na powrót z bolesnym grymasem na łóżku i spojrzał na twarz kobiety, gdy ta do niego podeszła. Znów ujrzał w niej to samo. Szczerą troskliwość.

Teraz już wiedział.

Kimkolwiek była ta istota, nie miała wrogich zamiarów.

- Wybacz - powiedziała postać, siadając obok niego i kładąc mu chrustowe dłonie na barkach. - Powinnam była wiedzieć, że tak zareagujesz, Vox.

- Nic się… - Mężczyzna otworzył usta i zamyślił się na chwilę. - Skąd znasz moje imię?

- Och. - Kobieta cofnęła się i zamrugała, jakby sama była zaskoczona tym faktem. - Nie wiem. Po prostu je znam. Skąd ty je znasz?

- To chyba oczywiste. Ja…

Vox zmrużył oczy. Co to było za pytanie? Znał je, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Zdawało mu się, że odkąd pamiętał, żył ze świadomością, że właśnie takie imię mu przypisano. Inni też się po nim do niego zwracali, od samego początku jego istnienia. Skąd oni je znali? Potrząsnął głową, czując, że za bardzo się w to wszystko zagłębia. Cała ta sytuacja wydawała mu się aż nadto nietypowa. Powoli zaczynał mieć wątpliwości, czy na pewno na dobre się ocknął.

Albo, co gorsza, czy upadek z urwiska nie uszkodził jego umysłu. Rozmawiając z tą postacią, utworzoną z gałęzi i liści, która używała jego imienia choć nie miała pojęcia skąd je znała, Vox wcale nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że oszalał.

Oparł tył głowy o skałę i odetchnął. Był taki zmęczony.

Drzewiasta istota nadal siedziała obok niego i oglądała jego rany, delikatnymi ruchami drewnianych palców wcierając jakąś leczniczą substancję w jego ciało. Liście porastające jej dłonie delikatnie łaskotały go w odsłoniętą tkankę mięśniową i metalowe żebra okalające wewnętrzne tryby. Toa Dźwięku skorzystał z okazji, że była blisko, i przyjrzał się jej uważnie.

- A ty masz jakieś imię?

Przechyliła głowę i uniosła wzrok do góry, zamyślając się.

- Chyba nie. Nie jestem pewna. - Wzruszyła ramionami. - Powinnam jakieś mieć?

Vox spoglądał na nią zaskoczony. Tak, z całą pewnością musiał oszaleć.

- Ty mnie tu przyniosłaś?

Nieznajoma pokiwała głową, odwijając kolejne bandaże i odsłaniając czerwone blizny po cięciach pazurów Rahi. Rany na szczęście nie były głębokie i potrzebowały zaledwie kilku tygodni, by całkowicie się zasklepić.

- Jak długo byłem nieprzytomny? - odezwał się Toa Dźwięku.

- Całą noc, aż do dzisiejszego poranka. Znalazłam cię zaraz po tym, jak moi bracia poczuli poruszenie w lesie, kiedy poszłam sprawdzić, co się dzieje.

- Twoi bracia? - Vox uniósł brew, patrząc na kobietę pytająco.

- Kwiaty, drzewa i trawy porastające tę puszczę - odpowiedziała istota, jakby było to najoczywistszą rzeczą na świecie. Wskazała dłonią na wejście do jaskini, z którego rozpościerał się widok na skąpane w blasku porannych promieni bujne rośliny. - Cała ta dżungla jest moim rodzeństwem. Wszyscy stanowimy jedną wielką rodzinę. - W odpowiedzi Toa pokiwał powoli głową, nie wiedząc, co powiedzieć. - Tak rzadko widujemy kogoś obcego. Każda nowa osoba, która postawi stopę na tym lądzie wydaje mi się taka interesująca… Jak ty. - Uśmiechnęła się sympatycznie. - Nie wiem tylko, dlaczego znalazłam cię nieprzytomnego. Co ci się przydarzyło?

Vox posłał jej spojrzenie. Zastanowił się, czy powinien jej zaufać. Od razu skarcił się w myślach. Uratowała go, dlaczego miałby wątpić w jej intencje? Zresztą, pewnie i tak była tylko nierealnym wytworem jego umysłu. Co mu szkodziło jej odpowiedzieć?

- To stało się, kiedy ja i moi towarzysze… - Umilkł, jakby ta myśl dopiero teraz w niego uderzyła. Ekipa. Rebis, Dalla i reszta. Ostatni raz, kiedy ich widział, uciekali przed bestiami. Nie wiedział, co stało się potem. - Moi towarzysze…

Kobieta spojrzała na niego z zatroskaniem, widząc zmianę jego wyrazu twarzy. Zaraz potem Vox wyprostował się, próbując wstać.

- Muszę do nich wracać.

- Nie możesz - zaprotestowała. - Wciąż jesteś ranny…

- To nic wielkiego - odparł Vox i wstał na nogi, zmierzając w kierunku swojego miecza i torby. Nie zrobił nawet dwóch kroków, gdy poleciał do przodu i upadł na jedno kolano, wstrząśnięty bólem. Przynajmniej nadal miał dowód, że to wszystko nie jest snem. Ból był zbyt realny. Mężczyzna zaklął pod nosem, próbując zmusić mięśnie do ponownego podniesienia go na nogi, lecz zaraz po chwili zielone pnącza owinęły się wokół niego, wyręczając go.

Jego towarzyszka podeszła do niego i wzięła go pod ramię, pomagając mu ustać w wyprostowanej pozycji.

- Moja ekipa - powiedział Vox przez zaciśnięte zęby, wciąż czekając, aż ból minie. - Czy wiesz, co się z nią stało?

- Inni, którzy przybyli na wyspę? Wyczuwam ich obecność, ale nie wiem, co się z nimi w tej chwili dzieje. Mogę to sprawdzić, jeśli chcesz.

Nim Vox zdążył zapytać jak ma zamiar to zrobić, kobieta przymknęła oczy i skupiła się, na moment odcinając się od otaczającego ją świata. Nie minęło kilka sekund, a liściaste powieki na powrót otworzyły się, gdy bezimienna zwróciła się do wojownika:

- Są już daleko stąd. Ale nic im nie grozi.

- Skąd to wiesz?

- Moi bracia mi to powiedzieli - odparła, a widząc zmieszane spojrzenie Toa Dźwięku, szybko dodała: - Wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani. Otaczające ich drzewa udzieliły mi odpowiedzi.

Vox odetchnął z ulgą, słysząc, że jego przyjaciele są bezpieczni. Szkoda, że towarzyszka nie mogła sięgnąć swoją mocą dalej, by sprawdzić, czy Arctica również jest cała. Być może jeśli… Nie, odrzekł sobie w myślach. Tylko się łudzisz.

- I tak muszę do nich wracać - rzekł, uwalniając ramię spod ręki leśnej istoty. Zrobił kilka kroków do przodu, tym razem bez upadnięcia. Wciąż odczuwał ból, ale radził już sobie znacznie lepiej. - Będą się o mnie martwić. - Udało mu się dojść do kamienia, na którym leżała jego torba i położyć dłoń na rękojeści Dźwiękowego Ostrza. Wtedy kobieta odezwała się załamanym głosem:

- Ja też się o ciebie martwię. Chcesz tak po prostu mnie zostawić?

Vox zatrzymał się w bezruchu. Pomału obrócił głowę, spoglądając na towarzyszkę. Stała pośrodku jaskini, oblewana od tyłu blaskiem wdzierającego się do wnętrza groty słońca. Widział powoli malujący się na jej osobliwej twarzy smutek. Miała rację. Odnalazła go nieprzytomnego, sama przyniosła tutaj, by opatrzyć mu rany, liczyła, że znajdzie nowego przyjaciela, a on miał tak po prostu ją opuścić?

Zaklął w myślach. To nie był dobry moment na podejmowanie tego typu decyzji.

Rozdział 17Edytuj

Otworzywszy oczy i przejechawszy zamglonym wzrokiem po otoczeniu, Arctica szybko uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. Który to już raz budziła się w zupełnie obcym miejscu? Kiedyś przynajmniej mogła liczyć, że zastanie obok siebie Nero. Albo że nawet jeśli go nie będzie, to za kilka chwil wparuje do pomieszczenia, by ją uratować - tym razem jednak tak nie miało się stać. Była sama. Po raz kolejny.

Spróbowała usiąść. Niewyraźne uczucie drętwoty zmieniło się w ból tak nagle, że natychmiast pożałowała tej decyzji. Niewielkie pomieszczenie o jasnych ścianach zawirowało jej przed oczami i chwilę zajęło jej odzyskanie ostrości widzenia. Jej umysł był pełen mgły, nie pamiętała, jak tu trafiła. Aż do pewnego momentu.

Wspomnienia uderzyły w nią równie gwałtownie co ból, gdy poderwała się z łóżka. Ostatnie, co pamiętała to chwila, w której leciała do przodu, pchana siłą eksplozji, pochłaniana przez płomienie i nagle wydostała się na chłodne, świeże powietrze, trafiając w ręce nieznajomego Toa. Powiodła wzrokiem po swoim ciele i ledwo je poznała. Jej niegdyś biały pancerz zmienił barwę na niemal czarną, osmolony i pokryty zwęglonymi odłamkami. W niektórych miejscach zobaczyła jaśniejsze smugi i dopiero po jakimś czasie zorientowała się, że to bandaże. Ktoś ją opatrzył. Kto?

Podniosła się do półsiedzącej pozycji i dotknęła dłonią obolałego ramienia, wodząc spojrzeniem po pokoju. W jednym z jego rogów zobaczyła oparte o ścianę Mroźne Ostrza. Ucieszyła się na ich widok. Aż dziwne, że przetrwały do tego momentu. Dalej lustrowała otoczenie wzrokiem, aż nagle jej wzrok spoczął na czymś, co wytrąciło ją z błędnego przekonania, że jest sama w tym pokoju.

W nieszerokich drzwiach do pomieszczenia ujrzała dwie postacie, bez wątpienia Toa. Ten stojący bliżej niej, odziany w czarny pancerz z jasnozielonymi akcentami, skrywał twarz pod Kanohi Kadin, spod której uśmiechnął się półgębkiem, dostrzegłszy na sobie jej spojrzenie. To jego Arctica widziała jako ostatniego, jeszcze nim osunęła się w ciemność. Jego towarzysz, stojący za plecami, był od niego dużo masywniejszy i wyższy o głowę, na której przywdziewał Kanohi Kakamę, wpasowującą się swoją żółtawą barwą w brązowo-żółtą kolorystykę zbroi. Jego Arctica widziała po raz pierwszy.

- Witamy z powrotem, śpiąca królewno - rzekł dziarskim tonem mężczyzna w czarnej zbroi, opierając się o futrynę. - Martwiliśmy się, że już się nie obudzisz.

- Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście? - odparła momentalnie Arctica. Ledwo poznała swój głos, stał się tak szorstki, chrapliwy i płytki.

- Och, wybacz. - Toa w Kadin drgnął, jakby rzeczywiście poczuł skruchę, po czym ukłonił się. - Jestem Toa Dakhin, kapitan zjednoczonej floty Toa, a to mój towarzysz Tanoa. - Wskazał na mężczyznę w Kakamie. - Ty natomiast znajdujesz się na pokładzie „Nieśmiertelnego”, mojego flagowego okrętu. Daruj nam, że umieściliśmy cię w tych niezbyt komfortowych warunkach, jednak czas nagli i nie mogliśmy zostawić cię na lądzie. Tanoa musiał towarzyszyć mi w podróży, a chciałem, żeby to właśnie on cię opatrzył. Wiesz, jest naszym najlepszym medykiem. Pod tym względem zasłużyłaś na odrobinę luksusowego traktowania, zwłaszcza po tym, jak bardzo nam pomogłaś, Toa…

- Arctica - powiedziała po chwili dziewczyna. Z jakiegoś powodu nie bała się im zaufać. Cóż, uratowanie życia było zapewne wystarczającym powodem.

- A więc, jesteśmy ci wdzięczni, Toa Arctico - podjął dalej Dakhin. - Bez ciebie być może nie odnieślibyśmy zwycięstwa. Doskonale poradziłaś sobie z Kraavosem.

Toa Lodu odetchnęła z ulgą. Czyli pozbyła się go na dobre.

- Jak długo spałam? - zapytała po chwili, odchrząkując. Brzmiała strasznie.

- Całe trzy dni. Wystarczająco długo, by Tanoa mógł zająć się najpoważniejszymi ranami. Wciąż musi jeszcze nad tobą trochę popracować, ale wydaje mi się, że lepiej będzie, kiedy sama z nim o tym porozmawiasz… - Umilkł na chwilę i przyjrzał się jej uważnie. - Jesteś Toa Lodu, prawda?

Przytaknęła.

- To… intrygujące.

- Co to ma do rzeczy?

- Och, nic, nic… - Dakhin podrapał się w tył głowy, jakby znów poczuł się zmieszany. - Wybacz mi, jeśli cię uraziłem. Po prostu ostatnie dni są dla mnie dość stresujące, nawet jak na moją pracę, teraz jest tak samo. Jesteśmy właśnie w środku pościgu za okrętami flagowymi Armii Nowego Świata.

Zamrugała.

- Ścigacie ich w tej chwili?

- Właściwie to próbujemy na razie zbliżyć się do ich pozycji - wyjaśnił Dakhin. - Mamy za mało ludzi, by wysłać kogoś, kto pojmałby uciekających przywódców Armii i kogoś, kto zapanowałby w tym samym czasie nad chaosem panującym na Uteau, dlatego postanowiłem osobiście zająć się złapaniem zbiegów. Właściwie to powinienem być teraz na mostku, ale pomyślałem, że sprawdzę, czy z naszą ocalałą wszystko w porządku. Lecz teraz, jeśli pozwolisz…

Posłał jej spojrzenie, a Arctica skinęła w odpowiedzi głową.

- W takim razie, zostawiam cię samą z Tanoą. - Poklepał towarzysza po ramieniu. - Nie bój się. Nie jest taki groźny na jakiego wygląda. Wrogowie na szczęście tego nie wiedzą - dodał i zaraz potem opuścił pomieszczenie.

Drugi Toa jeszcze przez moment spoglądał za nim, jak oddalał się okrętowym korytarzem, po czym podszedł do Arctici, zamykając za sobą drzwi.

- Strasznie dużo gada, nieprawdaż?

- Zdecydowanie - przytaknęła Arctica i zastanowiła się. - Jeśli mogę… Dakhin mówił, że musisz nade mną jeszcze popracować. Co miał na myśli?

Tanoa zrobił zatroskaną minę. Przez chwilę Toa Lodu miała wrażenie, że waha się z udzieleniem jej odpowiedzi.

- Opatrzyłem większość twoich ran, wciąż jednak nie wyleczyłem cię w pełni. Nadal masz mnóstwo ran, którymi muszę się zająć i skłamałbym, mówiąc, że są one mniej poważne od pozostałych. Jednak musisz zrozumieć, że obecna sytuacja nie należy do najlepszych i nie miałem jeszcze czasu, by to wszystko zrobić. Na razie owinąłem je tylko bandażami z leczniczą substancją, by choć trochę przyspieszyć ich proces gojenia się.

Arctica rozszerzyła oczy ze zdumienia, coś sobie uświadamiając.

- Zaraz… te wszystkie bandaże… - Powiodła wzrokiem po swoim ciele. - …to rany, których jeszcze nie opatrzyłeś?

Przytaknął. Arctica zadrżała. Było ich tak wiele…

- Jest ich całe mnóstwo…

- Owszem.

- Co z pozostałymi?

- Wyleczyłem je. Zniknęły. - Widząc zmieszanie na twarzy Toa Lodu, Tanoa westchnął. - Wiem, co możesz sobie pomyśleć, ale wierz mi - naprawdę byłaś ciężko ranna. I musiałem spędzić wiele godzin, by zająć się opatrywaniem ciebie… Dakhin tylko tak mówi, że spałaś nadzwyczaj długo. Tak naprawdę sądziliśmy, że będziesz nieprzytomna znacznie dłużej. Zahaczałaś o śmierć. To, że w ogóle się obudziłaś, zakrawa na cud. Twoje obrażenia były… No cóż, mniemam, że będziesz zadowolona z mojej pracy. Ja z pewnością jestem.

Arctica spuściła wzrok, spoglądając na swoje osmalone i pokryte zaschniętą krwią dłonie. Nie wiedziała, co o tym myśleć. Zahaczała o śmierć? Naprawdę była tak poważnie ranna, że omal nie zginęła? Przecinanie gorącego powietrza pośród płomieni miało być jej ostatnim wspomnieniem z tego świata? Nieraz ocierała się o śmierć, fakt, lecz zawsze było to podczas walki, nigdy z powodu konsekwencji odniesionych w niej obrażeń. To musiałoby być okropnym uczuciem, czuć, jak powoli opuszcza cię życie. Arctica miała szczęście, że trafiła na tego Toa. Kiedy to wszystko się skończy, będzie musiała mu się jakoś odwdzięczyć.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której obydwoje Toa spoglądało na siebie. Dopiero teraz Arctica zaczęła odczuwać delikatne kołysanie. Rzeczywiście byli na statku.

- Chcesz, żebym to zrobił? - odezwał się Tanoa.

Dziewczyna zerknęła na niego pytająco.

- Kontynuował opatrywanie twoich ran - wyjaśnił. - Kiedy byłaś nieprzytomna, miałem nieco ułatwione zadanie. Nie odczuwałaś bólu. Nie wierzgałaś się i tak dalej. Teraz jednak jesteś przytomna. I możesz mi zaufać, nie zaśniesz tak prędko. A ja muszę cię wyleczyć. Niestety, nie mam przy sobie żadnego środka znieczulającego… poza, rzecz jasna, tradycyjnymi metodami. - Zaśmiał się krótko. Arctica również wykrzywiła lekko kąciki ust, choć wcale nie było jej do śmiechu. - Dlatego zadaję to pytanie. - Spojrzał jej w oczy. - Czy chcesz, żebym to zrobił?

Skinęła głową, powoli i delikatnie, jak gdyby sama nie była pewna, czy naprawdę tego chce. A jednak podjęła decyzję. Tanoa odwzajemnił gest i przybliżył się do niej, siadając obok jej łóżka na niewielkim stoliku i pochylając swoje masywne ciało nad jej, które wydawało się przy nim jeszcze mniejsze i kruche, niż było w rzeczywistości.

Chwycił bandaż owinięty wokół piersi Arctici i zaczął go pomału odrywać.

- Ostrzegam, będzie boleć - powiedział spokojnie.

Toa Lodu wykrzywiła twarz, zarówno z powodu bólu jak i tego, co zobaczyła, gdy biały materiał odsłonił jej ciało, a spomiędzy zaciśniętych zębów dziewczyny wydobyło się płytkie charknięcie. Zaraz potem dziewczyna wrzasnęła, gdy Tanoa gwałtownym ruchem oderwał ostatni skrawek opatrunku, ukazując paskudną, głęboką szramę biegnącą przez pierś dziewczyny, czarną od krwi i zwęglonej tkanki. Arctica wydała z siebie przeciągły jęk, gdy rana zaczęła ją palić od samego kontaktu z powietrzem. Zacisnęła oczy, a w kącikach jej powiek mimowolnie zaczęły gromadzić się łzy.

Tanoa cmoknął, kręcąc głową.

- Myślałem, że będzie lepiej - mruknął. - Trzeba będzie się tym szybko zająć. Zobaczę, jak z pozostałymi.

Nim Arctica zdążyła zaprotestować, by tego nie robił, zaczął odwijać kolejne bandaże. Chcąc jakoś odwrócić jej uwagę od bólu, odezwał się:

- Kiedy opatrywałem cię wcześniej, zauważyłem też starsze blizny i je również wyleczyłem. Jak w ogóle stanęłaś do walki z Kraavosem? Jak do tego wszystkiego doszło?

Dziewczyna odetchnęła głęboko, czekając, aż ból minie na tyle, by była w stanie poruszyć ustami.

- I tak byś mi nie uwierzył - wychrypiała w końcu.

- Mogę spróbować.

Odpowiedziało mu kolejne westchnienie.

- Zwyczajnie dałam się namówić na poszukiwania starożytnego kryształu, który miał pomóc moim towarzyszom zakończyć tę wojnę - powiedziała, robiąc co kilka słów długie przerwy, by zaczerpnąć powietrza. - Tylko, że zamiast zdobywać artefakt, wypadłam za burtę naszego statku w trakcie ucieczki przed potworem morskim, zostałam wyłowiona przez drony, zabrana do ich kryjówki, torturowana i przesłuchiwana przez Kraavosa, potem wyzwałam go na pojedynek i z nim do niego stanęłam, i jakimś cudem udało mi się go zabić, jednocześnie powodując eksplozję połowy bazy… a potem trafiłam prosto w ramiona dziarskiego i wojowniczego Toa Ziemi, jak w legendach opowiadanych Matoranom przy ogniskach.

- Brzmi całkiem ciekawie - przyznał Tanoa, zabierając się za ostatni opatrunek.

- Zapomnij - parsknęła Arctica. - Do Karzahniego z taką robotą.

Toa Kamienia szybkim ruchem zerwał ostatni skrawek materiału, w akompaniamencie syku dziewczyny i przyjrzał się odsłoniętej szramie. Ta na szczęście nie wyglądała tak źle w porównaniu do pozostałych. Co nie znaczyło, że mógł ją zignorować.

Pochylił się nad jej twarzą i ponownie zajrzał w oczy Arctici.

- Jesteś gotowa?

- Zaraz… - odezwała się dziewczyna, starając się uspokoić oddech. - Jak chcesz… operować? Nie masz narzędzi.

Tanoa uśmiechnął się pobłażliwie.

- Och, oczywiście, że mam. - Postukał palcem w bok głowy. - Moja maska mi wystarczy.

Arctica zmarszczyła brwi.

- Przecież to zwykła Kakama…

- O, nie, nie - poprawił ją mężczyzna. - To Maska Uzdrawiania w kształcie Kakamy. Niespotykane, nieprawdaż? Wszyscy tak reagujecie, ha, ha! - Zaśmiał się rubasznie, lecz zaraz potem spoważniał, odchrząkując. - Dobrze. Zaczynam.

Położył dłonie na pierwszej odkrytej bliźnie i sięgnął do mocy maski, powoli przelewając ją w ranę i uwalniając przy tym przyjemne ciepło. Na oczach Arctici szrama zaczęła się zasklepiać, zaraz potem jednak dziewczyna była zmuszona je zamknąć, gdy ból powrócił ze zdwojoną siłą. Zwinęła palce w zaciśnięte pięści i napięła wszystkie mięśnie, w miarę jak ból stawał się nie do zniesienia. Wydała z siebie zachrypnięty, przeciągły jęk, a po jej policzku pociekła strużka łzy, zostawiając po sobie czystą smugę na umorusanej masce. Kilka minut później było po wszystkim. Arctica opadła bezwiednie na łóżko i spojrzała na swoją pierś, na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się paskudna rana. Nie było jej tam.

Przeniosła spojrzenie na Tanoę. Poczuła, że drży. Toa Kamienia uśmiechnął się do niej pocieszająco.

- Oszczędzaj siły. Jeszcze wiele przed nami.

Pokiwała głową, nie dając sobie nawet czasu na zastanowienie się, czy to dobra decyzja - bowiem gdyby tak się stało, Arctica z pewnością doszłaby do wniosku, że nie chce brać udziału w tym szaleństwie. Wiedziała, że to dla jej dobra, w obecnej chwili jednak wolałaby się ponownie zmierzyć z tym przeklętym Kraavosem, który ją w to wszystko wpakował, niż znów poczuć ten potworny ból…

Tanoa przeniósł dłonie na inny obszar jej ciała i zaczął zajmować się kolejnymi ranami. W głowie Arctici pojawiła się tylko jedna myśl:

Chciała mieć już to jak najszybciej za sobą.

***


- Chodźcie! Szybko! - zakrzyknął Kaleva i puścił się biegiem do przodu, w kierunku świetlistego punktu przebijającego się przez drzewa w oddali, na który wskazywał strumień wylatujący z mapy do Słonecznego Kryształu. - Niedługo będziemy na miejscu!

Odgłosy jego piły zadźwięczały w lesie, gdy zaczął ścinać stojące mu na przeszkodzie pnie, karczując sobie drogę przez puszczę. Pozostali członkowie ekipy spojrzeli po sobie i po chwili ruszyli za swoim towarzyszem, choć żadne z nich nie było tak podekscytowane jak Toa Kamienia. Jednak nie można się mu było dziwić - drużyna spędzała kolejny dzień na tej wyspie i kolejny tydzień w poszukiwaniu Słonecznego Kryształu. Teraz, mając cel na wyciągnięcie ręki, Kaleva nie miał zamiaru czekać na ślimaczącą się resztę wojowników i gnał przed siebie, dopóki ostatnie drzewo nie runęło na ziemię przed nim, pozwalając mu wybiec na otwartą przestrzeń.

Toa Kamienia zatrzymał się i jego entuzjazm momentalnie opadł.

- Albo i nie - mruknął.

- Ha, ha, ha, nasza wyprawa nie byłaby żadnym wyzwaniem, gdybyśmy znaleźli Kryształ tak szybko - dobiegł go zza pleców głos Ragana. Po chwili reszta ekipy zaczęła również wyłaniać się z dżungli.

Toa znajdowali się teraz na skraju lasu porastającego brzeg obszernej rzeki, przecinającej puszczę szerokim strumieniem, którego krystalicznie czysta tafla odbijała promienie południowego słońca. Przejrzysta woda szumiała gromko, wpływając na wystające gdzieniegdzie skały, na których co jakiś czas przysiadywały ptasie i owadzie Rahi o jaskrawej gamie barw. Wodny szum mieszał się z odgłosami obracających się kół zębatych, wystających ponad grunt po obu stronach rzeki, żadne z nich nie mogło się jednak równać z tym widocznym naprzeciwko Toa, które głośnością swojego zgrzytu przebijało nawet nocne odgłosy chrapania Ragana.

Na drugim brzegu rzeki, z olbrzymiej skały stanowiącej początek dominującej nad całą wyspą góry, wyłaniał się w pozycji pionowej do ziemi olbrzymi tryb, którego zęby zahaczały o płynącą wodę, wzburzając obłoki piany i mieląc ją niczym wielki, mechaniczny młyn. Choć od Toa oddzielało go kilkadziesiąt bio rzecznej przeszkody, wojownikom zdawało się, że czują na swoich maskach pojedyncze krople zimnej wody, wzniecanej mozolnymi ruchami koła.

Między wspienione fale wdzierały się strumienie światła, tworząc niewielkie smugi tęczy. Przez pozbawione chmur błękitne niebo przeleciała para Dymnych Kruków, zostawiając po sobie czarne pasma, lecz te po paru sekundach rozwiały się, nie pozostawiając żadnej skazy na cudownym widoku, jaki zastali Toa.

- Tu jest… pięknie - westchnęła z zachwytem Dalla, rozglądając się wokół. Siedzący na jej barku Az podążał wzrokiem za jej spojrzeniem.

- Tak… zbyt pięknie - powiedział Purrik, krzyżując ramiona. - Mogę się założyć, że nie minie kilka minut, a zaatakuje nas kolejna bestia. Właściwie jestem nawet ciekaw, co tym razem będzie próbowało nas zabić.

Stojący obok niego Izaki prychnął.

- Ja już się z tobą o nic nie zakładam - odparł, przypominając sobie, jak skończył się jego ostatni zakład z Toa Powietrza i Kalevą.

Purrik wyszczerzył się i już miał rzucić jakąś ripostę, kiedy Rebis podszedł na skraj plaży i spojrzał przed siebie, oznajmiając:

- Jeśli dostaniemy się na drugi brzeg, znajdziemy się u podnóża góry. Możemy użyć tego młyna, by dostać się na skały. Świątynia z Kryształem powinna być gdzieś między tymi szczytami. - Wskazał palcem na skalne ściany w kolorze piaskowca, pomiędzy którymi znikał świetlisty promień. - Purrik, wzleć i sprawdź, czy można gdzieś przejść tę rzekę - zwrócił się do Toa Powietrza i zaraz potem dodał: - To nie rozkaz, tylko prośba.

Nie czuł się do końca pewnie, zwracając się w ten sposób do ekipy. Wciąż nie wiedział, jak drużyna na nie zareaguje, po tym, jak na wierzch ponowie wyciągnięto jego przeszłe błędy. Przeklęte wyrzuty sumienia. Potrafił zapomnieć o nich na kilka miesięcy, lecz gdy wracały, uderzały w niego ze zdwojoną siłą.

Na szczęście on równie silnie potrafił ukrywać je pod swoim wyrazem twarzy, rzucając spojrzenie Purrikowi. Złodziej uśmiechnął się pod nosem, lecz nim zdążył wzbić się w powietrze, przerwał mu Izaki:

- To chyba nie będzie potrzebne… - Po tych słowach biały Toa kucnął i dotknął dłonią tafli wody, a wtedy ta w mgnieniu oka została skuta lodem, który zaczął rozprzestrzeniać się na całą szerokość rzeki. Wreszcie dotarł na drugi jej brzeg i zacisnął się wokół koła zębatego, które zazgrzytało donośniej, walcząc z żywiołem, lecz po chwili dało za wygraną i przestało się obracać.

Mężczyzna wyprostował się i uśmiechnął, oceniając efekt swojej pracy, po czym odwrócił się do pozostałych.

- Droga wolna, towarzysze - powiedział i wszedł na lód, idąc w kierunku wskazywanym przez mapę.

Pozostali przez chwilę patrzyli na niego ze zdumieniem, po czym podążyli jego śladem, wstępując na krystaliczną powierzchnię. Jedynie Purrik wzleciał w górę i teraz szybował nad głowami Toa przemierzających olbrzymią krę łączącą oba brzegi.

Dalla zakryła usta dłonią, chichocząc na widok Rebisa, który poślizgnął się na lodzie i omal nie runął na ziemię, przy okazji robiąc szpagat. Skryła się pod rumieńcem, gdy się ku niej od wrócił, lecz pod wpływem jego spojrzenia wybuchnęła jeszcze bardziej gromkim śmiechem. W następnym momencie przestała się śmiać, gdy Toa Ognia aktywował swoją Maskę Ukrycia, stał się niewidzialny i pojawił się po sekundzie za dziewczyną, łapiąc ją w ramiona tak, że omal nie wypuściła swojej włóczni oraz mapy, i mknąc z nią do przodu po lodzie.

Az poderwał się z ramienia Dalli i podążył za nimi. Po chwili on i obydwoje Toa minęli idącego na przedzie Izakiego, który pokręcił głową z politowaniem na widok ich zabawy, lecz nawet on zmusił się do uśmiechu, kiedy dwójka wojowników upadła boleśnie na lód, a Rahi zaczął krążyć nad ich głowami, skrzecząc donośnie.

Uśmiech znikł z jego twarzy w tej samej chwili, w której pozostali Toa również runęli na ziemię, gdy powierzchnia pod ich stopami zatrzęsła się pod wpływem uwolnienia się koła zębatego z lodowego uścisku. Siatka pęknięć rozbiegła się po zamarzniętej wodzie, a ta po chwili przeistoczyła się w kilkanaście pomniejszych kier, które zaczęły dryfować z nurtem rzeki.

- Świetna robota, jajogłowcu. - Zaśmiał się Purrik, lądując na krze opodal tej, na której znajdowali się Ragan i Izaki. - Wiedziałem, że łatwo nie pójdzie.

Izaki podniósł się i strzepał z ramienia grudki lodu. Otworzył usta, by odpowiedzieć Toa Powietrza jakimś inteligentnym komentarzem, którego złodziej nawet nie byłby w stanie zrozumieć, lecz wtedy odezwał się Rebis, jednocześnie pomagając Dalli wstać na nogi i oceniając odległość dzielącą ich od koła. Brakowało im nie mniej niż trzydziestu bio.

- Nieważne. Możemy dostać się na brzeg, skacząc po krach.

Purrik wydął usta.

- Kto skacze, ten skacze… - mruknął i wzbił się w górę na swoich skrzydłach.

Rebis powiódł wzrokiem za zielonym Toa, który błyskawicznie pokonał w powietrzu dystans dzielący ich od brzegu, po czym sam przyszykował się do skoku na najbliższą krę, odległą o jakieś trzy bio. Nim zdążył się na nią przedostać, ponownie upadł, gdy fale na moment wezbrały się, a pod taflą wody dało się dostrzec przepływający, nieznany Toa kształt.

- O proszę - odezwał się Purrik, zawieszony na piaskowej skale. - Wygrałbym zakład.

W następnej chwili z jeziora błyskawicznie wyłoniły się olbrzymie, mechaniczne macki w kolorze czerni, zakończone błyszczącymi w świetle słońca ostrzami, w akompaniamencie krzyków zaskoczenia Toa i plusku wody. Próbowały zacisnąć się wokół balansujących na krach wojowników, lecz ci skutecznie je omijali. Kaleva dobył swojej piły i zamaszystym ruchem odciął jedną z macek, gdy ta zbliżyła się do niego na niebezpieczną odległość, chcąc owinąć się dookoła jego torsu. Spod wody rozległ się przeraźliwy bulgot, przypominający stłumiony, bolesny ryk. Kolejne macki owinęły się wokół nóg Kalevy i wciągnęły go do rzeki, nim którykolwiek z Toa zdążył zareagować.

- Kaleva! - krzyknął któryś z wojowników, w całym zamieszaniu nie dało się nawet zorientować, który.

Rebis odgonił ognistym płomieniem jedną z macek od siebie i obrócił się, spoglądając, jak jego towarzysz znika pod wodą. Stanął na krawędzi kry i zerknął na pozostałych Toa, pochłoniętych walką z mechanicznymi wijami. Byli zbyt zajęci, by pomóc tonącemu Toa Kamienia. On miał szansę.

„Musisz pokazać, że ci na nich zależy”.

Zmełł przekleństwo i zatrzymał się nad falującą taflą. Mógł do niej wskoczyć, uratować Kalevę i zapomnieć o wyrzutach sumienia na długi czas. Pojawiał się jednak jeden problem.

Był Toa Ognia. Ogień nie szedł w parze z wodą.

Minęło zaledwie kilka sekund, lecz nawet one mogły zasądzić o losie niknącego w rzecznej toni wojownika. Rebis potrząsnął w końcu głową i już szykował się do wskoczenia do zimnej wody, gdy drogę zagrodziła mu ręka Dalli. Mężczyzna spojrzał na nią zdumiony i napotkał jej wzrok. Przez ułamek sekundy patrzyli na siebie, aż wreszcie dziewczyna skinęła głową, wepchnęła mu w dłonie mapę i wskoczyła z pluskiem do rzeki. Zaskoczony jej - nietypowym dla kogoś takiego jak ona, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, kim była jeszcze przed kilkoma miesiącami - aktem odwagi, Rebis mógł tylko stać na brzegu i obserwować niknącą w odmętach rzeki postać niebieskiej Toa, pozostawiającą po sumie sznur bąbelków i rozchodzące się kręgi na powierzchni wody.

Dalla płynęła w dół przed siebie, odgarniając otaczającą ją ciecz na boki i zmierzając w kierunku źródła pasm uciekających bąbli powietrza, uwalnianych przez szamoczącego się Kalevę, widocznego tylko dzięki nikłemu blaskowi jego oczu i światełka sercowego gdzieś w oddali. Otworzyła usta, sama wypuszczając bąble, lecz zaraz potem uaktywniła moc swojej maski i Kanohi Kaukau dostarczyła świeże pokłady tlenu do jej płuc. Sięgnęła na plecy po włócznię i pomknęła naprzód, omijając wijące się macki, próbujące ściągnąć pod wodę kolejnych Toa walczących na powierzchni.

Wreszcie dotarła do Kalevy i otwarła szerzej oczy ze zdumienia. Macki należały do gigantycznego Rahi przypominającego ośmiornicę, wyłaniającego się z wydrążonej w ścianie koryta rzeki groty. Bestia rozdziawiła swoją paszczę, usianą potrójnym rzędem szpiczastych zębów z zamiarem pożarcia ledwie przytomnego Toa Kamienia, który był już zbyt osłabiony, by się bronić.

Dalla nadpłynęła ku trzymającej mężczyznę macce i z impetem wbiła w nią grot swojej włóczni. Rozległ się stłumiony wodą szczęk metalu i kolejny ryk potwora, bestia jednak puściła Kalevę, a wtedy Dalla złapała go za ramię i zaczęła płynąć z nim ku powierzchni. Kilka macek zastąpiło jej drogę, tworząc dosłowną ścianę tuż przed twarzą Toa, sekundę później jednak wije rozstąpiły się, a sam Rahi zniknął w swojej kryjówce równie szybko, jak się pojawił. Dalla spojrzała ze zdumieniem na wycofującą się bestię, po czym skierowała się w górę i po chwili wynurzyła z wody wraz z Kalevą.

Rebis i Ragan pomogli im wspiąć się na krę. Toa Kamienia zakaszlał, wypluwając sporą ilość wody, po czym dźwignął się na nogi z pomocą Ragana, podczas gdy Toa w Hunie zajął się przyjaciółką.

- Wszystkie macki zniknęły, gdy byłaś pod wodą. Co się stało, Dalla?

- Ja… nie wiem - odparła dziewczyna, opierając dłonie na kolanach. - Ten Rahi nagle uciekł, ale… nie wiem, dlaczego.

Nie miała nawet czasu, by zebrać siły i wykrztusić coś więcej, Toa poczuli bowiem kolejny wstrząs, znacznie silniejszy. Spojrzeli w kierunku brzegu, który wydawał się im być jeszcze dalej niż przed paroma minutami.

Szybko doszli do wniosku, że brzeg rzeczywiście się od nich oddala, tworząc między swoją krawędzią a rzeczną tonią poszerzającą się, głęboką szczelinę, do której zaczęła wpływać woda, ciągnąc ze sobą kry, na których stali Toa. Wyspie najwyraźniej skończyły się pomysły i postanowiła ponownie użyć sztuczki z oddalającą się górą - ta ostatnim razem w końcu okazała się zadziałać pierwszorzędnie.

Purrik przełknął ślinę.

- Chyba właśnie dlatego.

Nie czekając ani chwili dłużej, drużyna puściła się biegiem w stronę kier znajdujących się najbliżej powstałego wodospadu, by przedostać się na skałę jeszcze zanim brzeg całkowicie się od nich oddali.

Dalla w ostatniej chwili wzburzyła fale pod nimi, wystrzeliwując siebie i swoich towarzyszy w powietrze na lodowych platformach, po czym przeleciawszy nad nowo utworzoną przepaścią Toa złapali się zębów olbrzymiego trybu, dając mu pociągnąć się w górę, w kierunku skalnej półki. Wojownicy odwrócili głowy, spoglądając na to, co działo się za nimi.

Ostatnie kry pomknęły w dół wraz ze strumieniami wody i roztrzaskały się o znajdujące się na dnie przepaści ruchome koła zębate, które rozniosły lodowe szczątki na wszystkie strony, razem z obłokami piany. Az przysiadł na gałęzi wyrastającego z górskiej ściany drzewa i potrząsnął skrzydłami, otrzepując je z wody.

Rzeka przestała istnieć, pozostawiając po sobie jedynie litą skałę, porośniętą gdzieniegdzie podwodną roślinnością, która teraz oklapła bezwładnie na to, co jeszcze przed kilkoma chwilami było rzecznym dnem, i ukazując ukryte wcześniej pośród podwodnych ciemności tryby, obracające się w tym samym tempie, co te na dnie urwiska i wszystkie inne, które Toa napotkali do tej pory na swojej drodze. Ostatnie strugi wody ściekały po ścianie skarpy, oddalonej teraz od ekipy o ponad jedną czwartą kio. Wreszcie skały przestały się oddalać i zatrzymały się z gruchotem na nowych pozycjach, a Rahi-ptaki poderwały się z drzew, spłoszone towarzyszącym temu wstrząsem.

Przez następne kilka minut drużyna obserwowała z górskiego występu oddaloną od nich puszczę, którą się tu dostali, jakby wciąż nie mogli uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. W utworzonej przepaści powoli zaczęły gromadzić się mgły.

- Cóż - odezwał się wreszcie Ragan, w końcu wykonując jakiś ruch. - To chyba tyle, jeśli chodzi o drogę powrotną.

Rebis dostrzegł zaniepokojenie w spojrzeniach swoich towarzyszy. Kolejna fala zwątpienia. Zresztą, on sam poczuł zaniepokojenie. Znów będą musieli szukać sposobu, jak dostać się na drugi koniec urwiska - o ile w ogóle będzie mowa o powrocie - w dodatku każdy z nich doskonale pamiętał, jak skończyło się to ostatnim razem. Jednak mimo tego wszystkiego, ktoś musiał pchać tę wyprawę do przodu. Toa musieli iść dalej. A Rebis musiał pokazać, mu na nich zależy.

- Będziemy się tym martwić po zdobyciu Kryształu - rzekł i przekazał kulę Dalli. Toa Wody aktywowała mapę, a wtedy świetlista pręga pomknęła ku górskim szczytom. Rebis machnął ręką na resztę i ruszył naprzód. - W drogę.

***


- Wydajesz się smutny - powiedziała Opiekunka, opatrując kolejne rany Voxa.

Mijał już kolejny dzień spędzony przez Toa Dźwięku w jaskini pośrodku puszczy, pod czujnym okiem leśnej kobiety. Nazwał ją Opiekunką - uznał, że jeśli miał spędzić z nią Wielki Duch wie ile czasu, powinien znaleźć jakieś określenie, którego mógłby używać zwracając się do niej, a ponieważ ona sama nie przypominała sobie, by posiadała jakiekolwiek imię, przystała na jego propozycję. Przynajmniej było adekwatne - bądź co bądź, opiekowała się nim.

Mijał również kolejny dzień, podczas którego Vox mógł jedynie siedzieć na skraju prowizorycznego łóżka w skalnej grocie, z Opiekunką wcierającą leczniczą substancję w jego rany. Był pod wrażeniem, jak szybko się goiły - maść wytwarzana przez kobietę musiała drastycznie przyspieszać ich zabliźnianie się, to było widać gołym okiem. Nie był to błyskawiczny proces, fakt, ale przynajmniej Vox potrzebował jedynie kilku dni na powrót do dawnej formy, zamiast kilku tygodni.

Z drugiej jednak strony, on był tu, w bezpiecznej jaskini pod opieką istoty dobrze znającej tę dżunglę, podczas gdy jego towarzysze musieli zmierzyć się z zupełnie obcym im miejscem, zdani tylko na siebie. Nie wiedział, co dzieje się z ekipą. Opiekunka mogła wyczuć ich obecność przez swój kontakt z naturą, ale to było dla niego za mało. Nie dostarczało mu żadnych konkretnych informacji. I to go martwiło.

- Nie powinienem tu przebywać - odrzekł. - Tracę cenny czas, a moi przyjaciele mnie potrzebują. Będę musiał ich odnaleźć.

Kobieta spojrzała na niego, nie przerywając wcierania substancji. Ostrożne ruchy jej giętkich, chrustowych palców dawały mu ukojenie i odpędzały ból, który mimo upływu godzin wciąż druzgotał jego ciało.

- Nie możesz tego zrobić. Nadal nie wyzdrowiałeś.

- Wiem. Chciałbym pomóc, ale nie mogę. I dlatego jestem… smutny.

Pokiwała głową z zaciekawieniem, jakby właśnie nauczyła się czegoś nowego. Być może tak właśnie było - tak jak Vox postrzegał całą tę wyspę jako jedną wielką tajemnicę, taki sam musiał wydawać się on dla Opiekunki. Nie dziwił jej się - w końcu był pierwszą poznaną przez nią istotą ze świata innego niż ten, w którym do tej pory żyła.

Kobieta kontynuowała swoją pracę, zajmując się teraz szramami na plecach mężczyzny. Nie sięgała po leczniczą substancję do żadnej misy - maść wypływała z jej dłoni, zupełnie tak, jak żywica wypływająca z drzew. Towarzyszył temu lekki, zielony blask bijący z kryształu na jej piersi, podobnie jak wtedy, gdy manifestowała swoją moc, materializując pnącza czy gałęzie. Vox przyglądał się jej zaintrygowany. Powinien był już przyzwyczaić się do jej towarzystwa, Opiekunka jednak nadal wydawała mu się tak samo fascynująca jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. W rzeczy samej, była naprawdę wyjątkową istotą.

- Nie rozumiem - odezwała się nagle.

- Czego?

- Wielu rzeczy - odparła całkiem szczerze. - Ale w tej chwili twojej chęci powrotu do przyjaciół. Nie wiedzą, co się z tobą stało. Jeśli do nich nie wrócisz, uznają cię za martwego. Wydaje mi się, że nie będą ci wtedy mieli za złe, że nie przybyłeś im z pomocą. A ty będziesz mógł robić co chcesz. Być wolnym, jak ja.

Vox uśmiechnął się ponuro.

- Nie sądzę, by na tym polegała przyjaźń.

- Och. Możliwe. Wybacz. Nigdy nie miałam przyjaciela.

Toa przez chwilę wpatrywał się w swoją dłoń, po czym zwinął palce w pięść.

- Być może nie powinienem się przejmować. Za każdym razem, gdy tylko przywiązałem się do jakiejś osoby, prędzej czy później ją traciłem. Umierała. Ginęła. Odchodziła i już więcej nie wracała. Ktoś inny pewnie dałby sobie spokój. Ale ja, mimo tego wszystkiego, nie mogę tak po prostu przestać przejmować się, co dzieje się z tymi, na których mi zależy. Nie potrafię.

Opiekunka momentalnie odsunęła dłonie od Voxa i położyła je na kolanach, jednocześnie spuszczając wzrok i zamyślając się. Zdumiony Toa Dźwięku mógł tylko spoglądać na nią z zaskoczeniem, dopóki kobieta nie odezwała się:

- Chodź, coś ci pokażę.

Po tych słowach wyprostowała się i zmierzyła w stronę wyjścia z jaskini, po drodze jakby od niechcenia wykonując delikatny ruch dłonią, a wtedy z ziemi przed Voxem wyrósł obrośnięty bluszczem kij, którego mężczyzna użył, by dźwignąć się na nogi i podążyć za Opiekunką o własnych siłach. Zadziwiające, jak szybko lecznicza substancja pomogła mu uporać się z bólem. Nadal go odczuwał, nie był już jednak tak przytłaczający jak wcześniej.

Na zewnątrz groty zastał to, czego mógł się spodziewać po tym, co ujrzał wcześniej kątem oka przez otwór w skale. Majestatyczne rośliny o zielono-niebieskich liściach porastające stare mechanizmy i tworzące krąg wokół polany, na której trawie Vox postawił właśnie swoje stopy. Opiekunka stała pośrodku polany z rozpostartymi ramionami, a do jej dłoni powoli lgnęły chmary świecących owadzich Rahi, tworząc jaskrawą mgłę wokół kobiety. Coś poruszyło się w dżungli i po chwili z cieni pomiędzy drzewami zaczęły wyłaniać się kolejne leśne stworzenia. Niewielkie Rahi, przypominające Hapaka, Kewa czy Hoto, ale również większe, podobne do małp bestie, które zaatakowały Toa po przybyciu na wyspę, na polanie opodal Opiekunki wylądował również Dymny Kruk.

Widząc zbyt dobrze znane mu istoty, Vox spróbował przyjąć bojową postawę i stanąć przed Opiekunką. Nie było to łatwe, głównie ze względu na kij, którym musiał się podpierać i wciąż odczuwalny ból, udało mu się jednak zasłonić kobietę swym ciałem. Zmierzył bacznym spojrzeniem zbliżające się do nich pomału stworzenia i rzucił przez ramię do towarzyszki:

- Uważaj, te Rahi są…

- Spokojnie, Vox - przerwała mu Opiekunka i minęła go. - Nie wyrządzą mi żadnej krzywdy. Jesteśmy przecież rodziną. - Uklękła przy małpowatym Rahi i pogładziła go po głowie.

Toa zerknął na nią, zmieszany.

- Mówiłaś, że…

- Wszystko, co żyje na tej wyspie, jest częścią jednej rodziny. Stanowimy harmonię. Esencję Wszechkryształu. Kreację. Życie. Zniszczenie. - Wskazała kolejno na siebie, na otaczające ich Rahi i rośliny oraz na Dymnego Kruka. - Moje rodzeństwo nie może mnie skrzywdzić. A ponieważ ty jesteś ze mną, nie skrzywdzi również ciebie.

Vox zamrugał na dźwięk jej słów.

- Zaraz… Wiesz coś o Krysztale? Wiesz, gdzie się znajduje?

- Oczywiście - odparła beznamiętnie. - Każda istota zamieszkująca tę wyspę to wie. W końcu to z jego mocy powstaliśmy.

Vox poczuł nagłe przejęcie. Wcześniej jego szanse na odnalezienie Kryształu wydawały mu się znikome, zwłaszcza bez reszty drużyny, która to przecież była w posiadaniu mapy, jeśli jednak Opiekunka znała jego położenie… jeśli każde stworzenie żyjące na tej wyspie było jej sojusznikiem, zdobycie artefaktu nie powinno stanowić dla niego żadnego problemu…

- Czy… możesz mnie do niego zaprowadzić?

Odpowiedziało mu głębokie westchnięcie kobiety.

- Więc po to przybyliście na wyspę, tak? - zapytała, kręcąc głową i opierając dłonie na biodrach. - Nie pierwsi i nie ostatni. Przykro mi to mówić, ale nie uda wam się. Tylko nosiciel Odłamka jest w stanie odzyskać Kryształ.

Toa zmarszczył brwi.

- Mamy przecież mapę - odrzekł, nie do końca rozumiejąc ostatnie zdanie.

- Którą to nie wy zdobyliście.

Vox zamarł. To była prawda. Nero. To on zdobył mapę i dostarczył ją na Artas Nui. Opiekunka miała rację. Skąd wiedziała? Zresztą, czy to ważne? Istotne było to, że to Nero jako jedyny mógł posiąść Słoneczny Kryształ, nie drużyna wysłana przez zdesperowany lud na misję zakończenia wyniszczającej wszechświat wojny, w którą Toa Dźwięku dał się wciągnąć. Nero był godzien, nie on. Ponownie przeszło mu to przez myśl. Vox nawet się z nim nie równał.

Wbił spojrzenie w ziemię. Opiekunka podeszła do niego i położyła mu na ramieniu swą dłoń. Oboje usiedli na pobliskim kamieniu.

- Za bardzo się tym przejmujesz. Odetchnij. Rozejrzyj się dookoła. - Objęła polanę ruchem dłoni. - Ta wyspa to wspaniałe miejsce, pełne cudów i pięknych krajobrazów. Dlaczego nie zechcesz tu ze mną zostać i zapomnieć o wszystkich troskach i zmartwieniach? Nie powiesz chyba, że traktuję cię źle? Odkąd tu jesteś, nie miewasz już koszmarów, prawda?

Mężczyzna zamrugał.

- O… O jakich koszmarach ty mówisz?

- Oj, przecież wiesz - stwierdziła beztrosko Opiekunka. - O tych, o których rozmawiałeś ze swoją przyjaciółką.

Zadrżał.

- Skąd…

- Wiem o tobie więcej, niż może ci się wydawać - powiedziała kobieta. - Na przykład to, że jesteś rozdarty. Nie wiesz, co zrobić, gdy odnajdziesz tego, kogo szukasz. Wrócić do swojego pierwotnego domu, czy zostać w miejscu, które stało się twoim nowym domem w ciągu ostatnich lat? Ale mogę zdradzić ci jedno, Vox. Nieważne, jaką podejmiesz decyzję, nieważne, do których przyjaciół powrócisz - i tak w końcu ich stracisz, przynosząc sobie tylko ból i cierpienie.

Mężczyzna otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale zawahał się. Tego właśnie się obawiał. Utraty tych, z którymi wytworzył więź. Wiedział, że Opiekunka miała rację - nieważne, czy powróci na Neitu, czy zostanie na Artas Nui, i tak przecież prędzej czy później straci kolejnych przyjaciół. Zawsze tak było. Gdzieś w umyśle słyszał głos Hikiry, który mówił mu, by się nie wahał, lecz tym razem nie był w stanie go posłuchać.

- Zostań tu, ze mną - mówiła dalej Opiekunka. - Zapomnij o swoim dawnym życiu i rozpocznij je na nowo. Dołącz do naszej rodziny. Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami. - Uśmiechnęła się.

Poczuł się bezsilny. Uczucie, które nie towarzyszyło mu od tak dawna, które, jak mu się wydawało, już dawno w sobie stłamsił. A jednak teraz do niego powróciło. Co jeśli Opiekunka się nie myliła? Jeśli rzeczywiście był zbyt słaby, by chronić swoich towarzyszy i jedynym sposobem na znalezienie ukojenia, którego tak długo szukał było zostanie tu, na zapomnianym i odległym lądzie, gdzie nie dotkną go już żadne troski?

Spojrzał na towarzyszkę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dlatego nie odparł nic. Siedział na kamieniu, spoglądając na wpatrującą się w niego z wyczekiwaniem kobietę i bijąc się z myślami.

Pozwolił słowom Opiekunki zawisnąć w powietrzu niczym otaczająca ich mgła.

***


Arctica wlokła się powoli okrętowym korytarzem, starając się nie wykrzywiać twarzy w bolesnych grymasach, gdy jej obolałe kolana zginały się pod nieodpowiadającymi im kątami. Podtrzymywało ją masywne ramię Toa Kamienia, mimo jej zapewnień, że sama da radę dostać się na mostek. Oczywiście Tanoa wiedział, że dziewczyna próbuje tylko zgrywać twardą, zresztą ona sama też to wiedziała. Zbyt wiele czasu spędziła na opatrywaniu rannych lata temu, by nie wiedzieć, jak długo zajmuje odzyskanie pełnej sprawności fizycznej. Choć przynajmniej mogła próbować się oszukać i uznać, że jest już w pełni sił. Nie podobało jej się to uczucie bólu i słabości. Nikomu się nie podobało.

Przynajmniej wyglądała lepiej niż przedtem. Jej wyczyszczony z sadzy i krwi pancerz co prawda nie odzyskał dawnej białej barwy, ale był do niej na tyle zbliżony, że Arctica mogła to zaakceptować. W niektórych miejscach jej ciała wciąż widać było podłużne blizny, nie zwracała jednak na to uwagi. I tak była pod wrażeniem działania maski Toa Kamienia. Nigdy przedtem nie widziała, by rany goiły się tak szybko, nawet z Mocą Toa - potrzebowały zaledwie kilkunastu godzin. Mimo to Arctice wciąż towarzyszył ból, nie tak silny jak wcześniej, lecz nadal odczuwalny.

Uśmiechnęła się ponuro w duchu. Niegdyś to ona zajmowała się ranami innych. I zdecydowanie wolała być opatrującą, nie opatrywaną.

- No, jesteśmy na miejscu - oznajmił Tanoa, gdy oboje znaleźli się przed szerokimi, podwójnymi drzwiami na końcu korytarza.

- Dzięki. Chyba dalej dam sobie radę sama - odparła Toa Lodu, puszczając się ramienia mężczyzny. Spojrzała przed siebie, pchnęła drzwi i weszła na mostek.

Pierwszym, co zobaczyła, była postać Dakhina, stojącego ze skrzyżowanymi ramionami przy barierce na tle wlewającego się do środka przez podłużne, panoramiczne okno jasnego światła. Arctica sama podeszła do barierki i w dole przez sobą dostrzegła grupę głównie Matoran, choć gdzieniegdzie przewijali jej się też Zakazianie czy nawet inni Toa, zajmujących miejsca przy konsoletach, pochłoniętych swoją pracą. Zaparło jej dech w piersi. Minęło tyle czasu, odkąd widziała tak liczne skupisko istot poza Artas Nui. Nie sądziła, że w trakcie wojny jeszcze kiedykolwiek ujrzy coś takiego.

- Robi wrażenie, prawda? - zapytał Dakhin, posyłając jej spojrzenie.

Dziewczyna delikatnie pokiwała głową, nie odrywając oczu od załogi, po czym przeniosła wzrok na widok za oknem. Przed sobą miała otwarte morze.

- Skąd macie tylu ludzi?

- Armia Kraavosa zniewoliła wiele wysp, ale na każdej z nich można odnaleźć to samo: zalążki rebelii. Powoli wzniecany ogień walki o odzyskanie wolności. Ludzie się buntują, Arctico, nieważne jak mocno ich oprawca zaciśnie na nich szpony. Pojedyncze grupy nie mogą zdziałać wiele w skali całego wszechświata… ale razem… razem mają szansę coś zmienić.

Toa Lodu zerknęła na niego.

- Jak udało wam się zebrać tych wszystkich buntowników w jednej armii?

Dakhin odchrząknął, jakby nagle stał się bardziej nerwowy.

- Co byś pomyślała, gdybym powiedział ci, że istnieje sekretna organizacja powołana po to, by służyć woli Wielkiego Ducha, potajemnie przeciwdziałająca takim zagrożeniom dla całego wszechświata i jego mieszkańców jak trwająca teraz wojna?

- Prędzej uwierzyłabym, że żyjemy w jednej wielkiej maszynie latającej po kosmosie, ale niech ci będzie - odparła Arctica, na co Toa Ziemi zareagował niezręcznym uśmiechem, ona jednak tego nie zauważyła. - I ty jesteś członkiem tej organizacji?

- Właściwie tylko sługą. Mamy pewne ścisłe zasady dotyczące rekrutacji Toa, ale zrozumiesz chyba, jeśli nie będę zagłębiał się w szczegóły…

Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami.

- Nieważne - skwitowała i oparła się o barierkę, spoglądając przed siebie.

Dakhin wodził przez chwilę wzrokiem po jej wyczyszczonym pancerzu, zaintrygowany jej postacią jako Toa Lodu - być może zastanawiał się, czy nie powinien zapamiętać sobie, by przekazać potem tę nowinę swoim mocodawcom, na szczęście dla Arctici nie podjął jednak przy niej tego tematu. Zamiast tego odezwał się:

- Wyglądasz już naprawdę dobrze.

- Zasługa twojego przyjaciela - stwierdziła dziewczyna.

- Och, tak. Tanoa jest świetnym medykiem. Nadal, mimo tylu lat znajomości, jestem pod wrażeniem jego maski. Szkoda, że nie daje ona mu okazji pochwalić się jego prawdziwymi zdolnościami, które zdobywał razem ze mną, ale, jak sama rozumiesz, w warunkach takich jak te liczy się czas. A ktoś, kto zużył całą swoją Moc Toa musi znaleźć sobie jakieś alternatywy, czyż nie?

Arctica parsknęła cicho.

- Coś o tym wiem - powiedziała, patrząc na swoją dłoń.

Nagle rozległ się głos jednego z członków załogi:

- Kapitanie, zbliżamy się do wrogich statków.

Dakhin natychmiast spoważniał, podchodząc bliżej skraju platformy i zaciskając dłonie na barierce.

- Jaka pozycja?

- Niecałe dziesięć kio morskich na wprost - oznajmił Matoranin. - Trzy okręty oznaczone symbolami Armii. Brak jakichkolwiek łodzi.

Mężczyzna pokiwał głową.

- Dobrze. Zwiększyć prędkość. Przyszykować działa i przygotować się do abordażu - wydawał kolejne polecenia, wykonując przy tym gesty dłonią, wskazując na poszczególnych członków załogi przy konsoletach. Złączył dłonie za plecami i stanął niemal na baczność, z przejęciem obserwując pracujący zespół. Zupełnie nie przypominał tego wojownika, który wcześniej tego samego dnia rozmawiał z Arcticą w jej kajucie.

Toa Lodu nagle coś sobie uświadomiła.

- Nie możesz ich zaatakować - powiedziała gwałtownie.

Dakhin spojrzał na nią pytająco.

- Dlaczego nie?

- Mają na pokładach tuby zastoju z mieszkańcami. Zanim przypłynęliście na Uteau, Kraavos zarządził transport wszystkich uśpionych jeńców. Nie wiem, dokąd kazał ich zabrać, ale wiem, że są na tych statkach. Nie możecie otworzyć do nich ognia, to zbyt niebezpieczne.

Dakhin przyłożył dłoń do podbródka i odwrócił wzrok, zastanawiając się nad czymś.

- Więc to dlatego nie znaleźliśmy żadnych tub na Uteau… - powiedział sam do siebie, po czym zwrócił się do Arctici. - W takim razie, jaki masz plan?

Dziewczyna wpatrywała się w niego przez moment, zastanawiając się nad jakąkolwiek alternatywną. Po chwili przyszła do niej odpowiedź.

- Zachowaj dystans - odparła. - Nie mogą zauważyć, że płyniemy za nimi. Będziemy ich śledzić. Dotrzemy tam, dokąd zmierzają, a wtedy…

- …wtedy zajmiemy się nimi na lądzie, z dala od tub zastoju - dokończył za nią Dakhin przejętym głosem. Dziewczyna dostrzegła błysk w jego oku. Nie spodziewała się, że poprze ten plan, myślała, że będzie musiała spędzić więcej czasu próbując go do niego przekonać. W końcu pomysł Arctici był równie, o ile nie bardziej ryzykowny od pierwotnej strategii Toa Ziemi. Jeśli drony zdałyby sobie sprawę ze zbliżającego się pościgu, jeśli otworzyłyby ogień do śledzącego ich statku… Toa byliby bezradni, nie mogąc samemu zaatakować, by nie wyrządzić krzywdy uśpionym mieszkańcom. Dakhin jednak nie bał się podejmować ryzykownych decyzji. To była dobra cecha, zwłaszcza w trakcie wojny.

Mężczyzna uśmiechnął się energicznie, po czym odwrócił się ku zespołowi mostka i skinął ku niemu ręką.

- Załogo, zmiana planów - oznajmił.

Rozdział 18Edytuj

Kolejny tydzień ekipa spędziła na przemierzaniu górskich szlaków, wiedziona strumieniem błękitnego światła, rozbijając obozy na noc i podróżując w ciągu dnia, bez przerwy, by tracić jak najmniej czasu. Im więcej spędzali go na tej wyspie, tym w większym zagrożeniu pozostawiali swoich pobratymców z Artas Nui. I całego wszechświata.

Z każdym kolejnym świtem wznosili się coraz wyżej, docierając do miejsc, w których nie unosiła się już mgła, nawet w ciągu chłodnych nocy, i w których dobrze znane im już wysokie drzewa o błękitno-zielonych liściach przeistoczyły się w masy gęstych, poskręcanych roślin, porastających skały w odcieniu piasku, nadając zupełnie nowego wymiaru dżungli, która podobnie jak Toa również zdawała się piąć ku szczytom. Z każdym kolejnym świtem byli coraz bliżej celu.

I z każdym kolejnym świtem tykanie mechanizmu stawało się coraz głośniejsze.

Żałowali, że nie ma z nimi Voxa - on być może mógłby powiedzieć im, co wydaje te odgłosy, znalazłszy się już tak blisko źródła dźwięku. A jednak stracili go, tak samo jak Arcticę. Rebis miał nadzieję, że nie będą musieli tracić już nikogo więcej. Czuł się odpowiedzialny za swoich towarzyszy, tak jak czuł się odpowiedzialny za Dallę, gdy zdecydował podjąć się jej szkolenia.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, a postrzępione skały rzucały podłużne cienie na wędrujących. Ostatnie dni minęły im spokojnie, co było dla nich miłym zaskoczeniem. W trakcie poszukiwań, Toa pokonali długą drogę, usianą licznymi niebezpieczeństwami. Prawdziwe wyzwanie czekało jednak na nich tu, w górach, wyzwanie znacznie trudniejsze niż którekolwiek z tych, z którymi do tej pory przyszło im się zmierzyć.

- Chodzenie po tych skałach jest nadzwyczaj męczące - ciągnął Izaki, wlokąc się z tyłu grupy. - Dlaczego nie mogliśmy zaczekać trochę z parciem naprzód i poszukać jakiejś bardziej dogodnej drogi? W dodatku powietrze tutaj jest zupełnie inne. Dużo gorzej się nim oddycha!

W rzeczy samej, narzekanie Toa Lodu było wyzwaniem, do zmierzenia się z którym nie były w stanie przygotować reszty drużyny jakiekolwiek trudy stojące im do tej pory na przeszkodzie.

- Nie marudź. Sam chciałeś odkrywać nowe rzeczy na tej wyspie. No i czy nie powinieneś być przyzwyczajony do przebywania na takich wysokościach? Pracowałeś przecież w najwyższych wieżowcach na Artas Nui, czyż nie? - odparł mu Purrik, wznoszący się w powietrzu ponad grupą i zataczając kręgi wokół towarzyszy, podobnie jak Az, który raz po raz kręcił kółka wokół maszerujących Toa, podrywając się z ramienia Dalli, by rozprostować skrzydła.

- Nie ma sensu porównywać warunków panujących w wysokim budynku do tych w górach. Zresztą wieżowce na Artas Nui nie sięgają tak wysoko. I owszem, chciałem odkrywać, i nadal to robię.

Tego nie można było mu odmówić. Izaki co jakiś czas w trakcie ich podróży zatrzymywał się na chwilę, by rzucić okiem, zarówno normalnym, jak i teleskopowym, na nieznane wcześniej rośliny czy formacje skalne, spoglądał na nie jednak tylko z chęcią wykorzystania zdobytej wiedzy w przyszłości, nie z czystą fascynacją jak Dalla, które przecież tak samo jak on nie znała wcześniej żadnego świata poza wyspą-miastem.

- Co nie znaczy - dodał - że nie jest to dla mnie męczące.

- Dla nas wszystkich jest to męczące - powiedział Ragan. - Ale nie musimy z tego powodu narzekać. - Posłał spojrzenie zarówno Izakiemu, jak i Purrikowi, jego bowiem też to dotyczyło, biorąc pod uwagę wcześniejsze zachowanie Toa Powietrza.

- I tak dobrze, że nie ma tu wody - mruknął Kaleva.

Idący na przedzie Rebis uśmiechnął się pod nosem. Przygoda nad rzeką najwyraźniej zapewniła Toa Kamienia traumę na resztę życia. Spojrzał na wędrującą u jego boku Dallę, trzymającą mapę i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Był dumny z jej aktu odwagi, gdy rzuciła się na pomoc tonącemu towarzyszowi. To była po części zasługa jego treningów. Dobrze, że przynajmniej u niej udało mu się jakoś wynagrodzić te wszystkie lata rozłąki.

- Nie musimy narzekać - odezwał się Purrik, gdy mijali wysuniętą skałę - co nie zmienia faktu, że moglibyśmy już dotrzeć do celu. Jak daleko jeszcze?

Dalla spojrzała na trzymaną w dłoniach kulę.

- Nie wiem. Mapa nie pokazuje… - umilkła, gdy nagle strumień przestał wypływać ze sfery, a jarzące się w szczelinach między runami niebieskie światło całkowicie zgasło. - …niczego.

Zatrzymała się na kamiennym wzniesieniu, a zaraz po niej to samo uczyniła reszta ekipy.

- Co się stało? - zapytał Rebis.

- Nie mam pojęcia - odparła Dalla, próbując przekręcił poszczególne fragmenty kuli, jak wtedy, gdy aktywowała ją po raz pierwszy, lecz te nie chciały ruszyć się z miejsca. Az przysiadł na jej ramieniu i zaczął uważnie przyglądać się artefaktowi. - Wszystko było w porządku, gdy nagle mapa się wyłączyła…

Purrik wylądował między Toa, wnosząc niewielkie obłoczki pyłu.

- Nie chcę nikomu psuć humoru, ale patrząc na to, co do tej pory przeszliśmy, wcale mnie to nie dziwi. To chyba tyle, jeśli chodzi o dalszą podróż.

Rebis osłonił oczy dłonią i spojrzał w kierunku chowającego się za horyzontem słońca.

- I tak musimy zatrzymać się na noc. Rozbijemy tu obóz. - Powiódł wzrokiem po przełęczy. Wydała mu się wystarczająco optymalna. - Rozstawimy namioty i wtedy zajmiemy się tym problemem.

Wojownicy pokiwali głowami i zaczęli przygotowywać namioty. Rebis z przyjemnym zaskoczeniem patrzył, jak nie spierają się z tym, co mówi, jakby traktowali go jako przywódcę. Toa Ognia nie uważał się za lidera, faktem jednak było, że w ostatnich dniach zdawał się przewodzić wyprawie i najwyraźniej odpowiadał reszcie drużyny na tej pozycji. Może rzeczywiście udało mu się zrekompensować przeszłe błędy. Miał taką nadzieję.

Dalla usiadła na kamieniu, nadal próbując rozwiązać zagadkę niedziałającej mapy. Rebis miał ochotę podejść do niej i jakoś pomóc, wątpił jednak, czy mógłby coś zrobić - w końcu nikt nie znał tej kuli lepiej niż sama Toa Wody. Zwrócił się więc ku pozostałym, by pomóc im w przygotowywaniu obozu.

Na niebie zaczęły gromadzić się czarne chmury, przesłaniając ostatnie promienie słońca.

- Niech to zaraza… - mruknął Purrik po jakimś czasie, próbując wytężyć wzrok w gęstniejącym półmroku. - Dlaczego musi się robić tak ciemno…

- Przyjacielu, tak zazwyczaj działają zachody słońca - stwierdził Izaki.

- Wcześniej nie działały tak szybko! - Purrik odwrócił spojrzenie ku niebu i zamrugał. - I chyba wiem, dlaczego…

Pozostali Toa podążyli za jego wzrokiem. Jedynie Dalla wciąż wpatrywała się w kulę, marszcząc czoło. Przycupnięty na jej barku Az wiercił się nerwowo, skrzecząc i patrząc w tym samym kierunku, co wojownicy. W końcu Dalla również podniosła głowę ku niebu. Zamarła.

To, co gromadziło się na niebie, nie było ciemnymi chmurami.

Tylko Dymnymi Krukami.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować inaczej niż tylko okrzykiem, chmary Rahi zaczęły zlepiać się w jedną, bezkształtną masę, całkowicie przesłaniając widok słońca i powoli zbliżały się do obozu, tworząc nad nim kopułę wirujących, cienistych kształtów. Nie minęło kilka sekund, a Toa zostali uwięzieni w mrocznej klatce, bez jakiegokolwiek źródła światła, smagani podmuchami wzniecanymi przez pędzące dookoła nich ptaki. Zaparli się, walcząc o zachowanie równowagi, podczas gdy wicher szarpał wszystkim w ich otoczeniu. Porwał Aza, a ten po chwili zniknął pod płachtami materiału leżącymi na ziemi, które jeszcze przed paroma minutami były jednym z namiotów.

Nagle w mroku pojawiło się światło, gdy Rebis wystrzelił ogniste płomienie w stronę wirującego sklepienia kopuły. Ogień spełzł po ciemnej masie, a kolejne podmuchy zgasiły po chwili jego resztki, pozwalając ciemności na powrót otoczyć Toa.

- Niczego nie widzę! - krzyknął któryś z wojowników.

- Co się dzieje?

- Niech ktoś da jakieś światło!

Sekundę później kolejny blask rozświetlił mrok, tym razem pochodzący z Kanohi Ruru Ragana. Toa Ziemi wzmocnił moc swojej maski, tak, by objąć światłem całą kopułę. Izaki uwolnił lodową wiązkę w kierunku kruków, ta jednak odbiła się od wirującej ściany kopuły i pomknęła z powrotem ku mężczyźnie, dopóki nie zatrzymała jej kamienna ściana, która wyrosła tuż przed białym Toa. Izaki odwrócił się i uśmiechnął w podzięce Kalevie, Toa w Komau natomiast uniósł pobliskie głazy mocą swojego żywiołu i cisnął nimi w Kruki. Kamienie roztrzaskały się, jakby uderzyły w coś niewyobrażalnie twardego.

- Chyba się stąd nie wydostaniemy…

- Zawsze jest jakieś wyjście - odparł Ragan i uniósł swoje wiertło. - Cofnąć się!

Wbił świder w podłoże i zaczął przewiercać się przez skałę, dopóki nie natrafił na znajdujący się pod jej powierzchnią metal, po czym został odrzucony na kilka bio w tył. Spojrzał ze zdumieniem na swoją broń, a potem na wywierconą w ziemi dziurę, głęboką na zaledwie kilkadziesiąt centymetrów.

- Z czego jest ten metal…?

Rahi zaczęły zataczać coraz węższe kręgi, smagając Toa swoimi skrzydłami. Dalla mogła jedynie patrzeć, jak jej przyjaciele próbują walczyć z Krukami, na Rebisa, próbującego wzniecić płomienie, Izakiego, starającego się zamrozić stworzenia, Purrika, zmagającego się z wiatrem - wszystkie ich wysiłki spełzały po niczym. Blask bijący z maski wycieńczonego Ragana zaczął powoli słabnąć, ustępując miejsca mrokowi. Dziewczyna kucnęła na skale, zamknęła oczy i skuliła się, zasłaniając uszy rękoma, by odciąć się od przenikliwego krakania ptaków i dała pochłonąć się narastającej ciemności.

Ciemność…

Kto wyspy ciemności swym światłem rozgromi”, przypomniała sobie słowa wyryte na tabliczce. Otwarła oczy i podniosła zwieszoną głowę, spoglądając na leżącą przed nią na ziemi nieaktywną mapę. Kto wyspy ciemności swym światłem rozgromi. Nagle zrozumiała.

Kruki były ciemnością. Strumień wypływający z mapy był światłem. Dlatego Dymny Kruk uciekł w popłochu, gdy Dalla uwolniła promień po odzyskaniu kuli przez Aza. I dlatego ptaki nie atakowały ich, kiedy ona…

Rzuciła się ku mapie, wzięła ją w ręce i zacisnęła palce wokół górnej połowy sfery. Przekręciła ją.

Błękitny blask oślepił na moment Toa, a wystrzelone z mapy światło odrzuciło na boki wszystkich znajdujących się w pobliżu, z wyjątkiem Dalli, która całą swoją siłą opierała się sile energii emanującej ze sfery, za wszelką cenę starając się utrzymać przedmiot w dłoniach. Światło sączące się z kuli nie wypływało już z jednego miejsca, jak wcześniej - teraz uwalniało się z nowo powstałych otworów w sferze, spod łukowatych fragmentów, które odchyliły się do góry, odsłaniając jeszcze jaśniejsze wnętrze artefaktu. Mapa nie przypominała już kuli, stała się teraz mieszaniną zakrzywionych, kamiennych paneli, wyrastającą z dolnej części sfery, która zachowała swój wcześniejszy kształt.

Strumień światła wystrzelił z przypominającego strzałkę kompasu kolca ku górze, przebił się przez cienistą kopułę, która rozpłynęła się niczym poranna mgła i pomknął ku nocnemu niebu. Błękitny promień jeszcze przez chwilę rozświetlał okrytą mrokiem zmierzchu górę, po czym zniknął, gdy Dalla przekręciła dolną półkulę mapy i opadła wycieńczona na kolana.

Nastała cisza, podczas której reszta drużyny rozglądała się zdumiona po otoczeniu. Az wydostał się spod płachty i zaczął krążyć wokół dziewczyny, próbującej złapać oddech.

- Co… Co się właściwie stało? - zapytał Purrik. - Dlaczego Kruki zniknęły?

- Dlatego - powiedziała Dalla, podnosząc trzymaną w dłoni przemienioną mapę. - Światło tej kuli je odstrasza, tak jak w legendzie! „Kto wyspy ciemności swym światłem rozgromi”… Dlatego Kruki przestały atakować „Chimerę” - ponieważ przestraszyły się światła bijącego z mapy! I dlatego jeden z nich uciekł, kiedy Az wrócił z nią do obozu… I dlatego zaatakowały nas teraz, ponieważ mapa przestała być aktywna!

Pozostali Toa spojrzeli po sobie.

- To… fascynujące - stwierdził Izaki. - Ale przecież wcześniej też wiele razy ta kula była wyłączona. Wtedy nas nie atakowały.

- Ale nigdy nie była nieaktywna na tak długo, i w takim miejscu. Krukom znacznie łatwiej jest przypuścić atak w górach, gdy jesteśmy odsłonięci, niż przedrzeć się taką chmarą przez puszczę…

Wojownicy pokiwali wolno głowami, poza Izakim, który przez moment rozmyślał, przykładając dłoń do podbródka, po czym odezwał się:

- A co wtedy, gdy straciliśmy mapę? Wtedy była nieaktywna na dość długo, a przecież żaden Dymny Kruk nawet się do nas nie zbliżył.

Dalla zamyśliła się.

- Może atakują tylko tych, którzy są w jej posiadaniu… W końcu bez mapy trudno jest dostać się do Słonecznego Kryształu, a one są najwyraźniej jego strażnikami… jednymi z wielu… - Jej oczy zaświeciły się. - Dlatego Dymny Kruk gonił Aza… ponieważ to on miał wtedy mapę!

- To nadal nie wyjaśnia, dlaczego nie atakowały nas w nocy - wtrącił Purrik.

Toa Wody zarumieniła się.

- Właściwie… Jest na to wytłumaczenie…

Ekipa spojrzała na nią pytająco.

- Jakie? - zapytał Izaki.

- Ja… - Dalla spuściła wzrok i objęła się ramieniem. - Można powiedzieć, że… nie do końca robiłam to, co powinno się robić w nocy…

Na twarzach jej towarzyszy pojawiły się jeszcze bardziej zmieszane wyrazy. Rebis zauważył, że dziewczyna tłamsi coś w sobie. Zbliżył się do niej, chcąc jakoś dodać jej otuchy.

- Co takiego? Dalla, powiedz nam. Co takiego robiłaś w nocy?

Dziewczyna wzięła głęboki wdech i odparła:

- Marzyłam.

Pozostali najwyraźniej nie spodziewali się takiej odpowiedzi. Ponownie spojrzeli po sobie, jeszcze bardziej zdezorientowani niż przedtem.

- Przez całe życie bałam się świata, jaki mnie otaczał - mówiła dalej Dalla. - Ale odkąd wypłynęliśmy z Artas Nui… Kiedy zatrzymaliśmy się na tamtej tropikalnej wyspie i potem na tej tutaj, zaczął mnie… fascynować. Tyle odrębnych miejsc, zupełnie innych niż to, w którym przez cały czas żyłam… Dlatego, w nocy, kiedy inni spali… Patrzyłam na wyspy, jakie pokazywała mi mapa, zastanawiając się, jak inaczej życie by na nich wyglądało… Potrafiłam tak robić aż do rana… - Zacisnęła pięści. - Wiem, że to głupie, ale nie potrafiłam…

- Głupie? - zdumiał się Rebis, podchodząc do niej i kładąc dłonie na jej ramionach. Spojrzała na niego zaskoczona, jakby nie takiej reakcji się spodziewała. - Dalla, ty nas przez cały czas broniłaś!

Toa Wody zamrugała, nie wiedząc co powiedzieć.

- Ja… Och… Faktycznie…

W odpowiedzi dało się słyszeć gromki śmiech reszty drużyny. Rebis zawiesił w powietrzu kulę ognia, by rozświetlić nocny mrok, gdy pozostawiona przez zachodzące słońce na horyzoncie łuna całkowicie już zniknęła.

- No dobrze - powiedział Izaki, spoglądając na mapę. Ta emanowała światłem przez cały czas, nawet teraz, gdy była wyłączona. - Ale dlaczego mapa nagle postanowiła się dezaktywować i wygląda… tak, jak wygląda?

Dalla przeniosła spojrzenie na kulę - a raczej na to, co było kiedyś kulą - i zastanowiła się przez chwilę.

- Może dotarliśmy do miejsca, w którym mapa musiała się… do czegoś przygotować.

Wojownicy wymienili spojrzenia.

- Więc musimy być już blisko celu - powiedział Rebis.

- Czyli wygląda na to, że wszystko idzie dokładnie tak, jak w legendzie - odezwał się Purrik, kładąc dłonie na biodrach. - Znaleźliśmy wyspę we mgle, rozgromiliśmy jej ciemności i tak dalej, i tak dalej… Jak brzmi następny wers?

Wszystkie oczy zwróciły się ku Dalli.

- „Kto wyspy ciemności swym światłem rozgromi…” - wyrecytowała z pamięci Toa Wody. - „…i wiecznego strażnika Akkaratusa poskromi…

Podmuch wiatru, który przemknął przez przełęcz i przeszył ciała wojowników lekkim dreszczem wydawał się być aż nader adekwatny w tej chwili.

- Cóż, chyba najwidoczniej możemy się niedługo spodziewać spotkania z wielkim złym - skwitował Toa Powietrza.

- Nieważne - odparł Rebis. - Poradziliśmy sobie z tym wszystkim do tej pory, poradzimy sobie i z nim. Teraz naprawdę przydałby się nam odpoczynek. - Powiódł wzrokiem po okolicy, obejmując spojrzeniem zrujnowane namioty. Po chwili dodał: - I chyba rzeczywiście powinniśmy poszukać sobie jakiegoś lepszego miejsca na nocleg.

***


Noc otuliła go swoim wiatrem, wdzierającym się do jaskini Opiekunki przez otwór w skale. Otulił go także prowizoryczny płaszcz, zrobiony z materiału, pod którym Vox do tej pory spędzał większość dni w grocie. Teraz mężczyzna stał sam pośrodku kryjówki, szykując się do wyruszenia w podróż. Opuszczenie tego miejsca nie było dla niego łatwym wyborem, jednak Vox podjął decyzję. Podjął ją już dawno temu…

Spojrzał na swoją broń, opartą o skalną ścianę, po czym zacisnął dłoń na jej rękojeści i wyciągnął ją z pochwy. Ostrze zadźwięczało delikatne w nocnej ciszy. Toa zastanowił się, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz trzymał je w ręku. Schował miecz z powrotem i zawiesił pochwę przy pasie, a następnie podszedł do swojej torby i sprawdził jej zawartość. Wszystko było na swoim miejscu, łącznie z sakiewką, w której znajdowała się ziemia zagarnięta przez Voxa z tropikalnej wyspy, do której przybiła ekipa w trakcie podróży. Zamyślił się. Ten dzień wydał mu się nagle tak bardzo odległy…

Przewiesił torbę przez ramię, jeszcze raz powiódł spojrzeniem po jaskini, po czym wyszedł z groty na leśną polanę, oświetlaną jedynie zimnym blaskiem księżyca i fluorescencyjnych roślin.

Korzystał z nieobecności Opiekunki. Jeszcze nie tak dawno temu towarzyszyła mu, doglądając jego zdrowia, kiedy nagle jakieś jasne światło spomiędzy górskich szczytów rozproszyło nocną ciemność, po czym kobieta opuściła go, by sprawdzić, co się stało, i do tej pory nie wróciła. Vox uznał, że to odpowiednia okazja. Nie czuł się do końca dobrze z tym, że ją zostawiał, szczególnie po wszystkim, co dla niego zrobiła. Całkowicie odzyskał już dawną formę i był jej niezmiernie wdzięczny, chciał jednak uniknąć jej reakcji na wieść o tym, że odchodzi.

Nigdy nie lubił pożegnań.

Potrząsnął głową i zmierzył ku dżungli. Nie zdążył przejść nawet kilku bio, gdy zza pleców dobiegł go jej głos:

- Vox… co ty robisz?

Odwrócił się i ujrzał Opiekunkę, stojącą samotnie na skraju polany, spoglądając na niego spod chrustowych powiek niepewnymi oczami, z nerwowo splecionymi dłońmi. Toa Dźwięku nawet nie zauważył jej przybycia. Zupełnie jakby wyrosła spod ziemi. Jak… drzewo.

- Muszę iść - odrzekł.

- Och, dlaczego nic nie powiedziałeś? - Kobieta podeszła do niego i zawiesiła się na jego ramieniu. - Wyruszanie na spacer beze mnie o tej porze? To niebezpieczne… Kto wie, w jakie tarapaty mógłbyś wpaść? Albo zgubiłbyś się i nie znalazłbyś drogi powrotnej do tego miejsca…

Vox westchnął ciężko.

- To bez znaczenia. I tak bym tu nie wrócił.

Oczy Opiekunki rozszerzyły się, gdy kobieta dopiero teraz uświadomiła sobie, co Toa Dźwięku ma na myśli.

- Opuszczasz mnie…?

Wbiła w niego zaniepokojone spojrzenie. Jej usta zaczęły drżeć. Przylgnęła do piersi Voxa i wzmocniła swój uścisk, jakby miała zamiar już nigdy więcej go nie puszczać.

- Wybacz mi - powiedział Toa. - Doceniam twój czas i pracę, jaką włożyłaś w przywrócenie mnie do zdrowia. I jestem ci wdzięczny. Za wszystko. Ale teraz muszę dołączyć do moich towarzyszy, a my musimy się pożegnać. - Delikatnym, lecz stanowczym ruchem uwolnił się z jej uścisku i zaczął zmierzać w kierunku lasu. Po chwili przystanął i odezwał się przez ramię: - Jeszcze raz dziękuję.

Opiekunka stała jak zaklęta na drżących nogach w miejscu, w którym ją zostawił, z jedną ręką zawieszoną w powietrzu, bezradnie próbującą zatrzymać go, gdy odchodził. Kobieta wpatrywała się w plecy jej jedynego przyjaciela, powoli zagłębiającego się między drzewa.

W kącikach jej powiek zaczęła gromadzić się żywica, niczym łzy.

- Z-Zostawiasz mnie…? Tak po prostu…? - załkała załamanym głosem. - N-Nie możesz… nie… NIE POZWALAM CI!

Vox odwrócił się gwałtownie, słysząc za sobą nagły hałas. Z wyciągniętej ręki Opiekunki wystrzeliły ku niemu jak z procy pnącza i gałęzie, owinęły się wokół jego ciała i przyszpiliły go do pobliskiego drzewa. Nagłe uderzenie wyparło powietrze z jego płuc i na moment przyćmiło obraz przed oczami. Konar odchylił się do tyłu, odsłaniając skrawki mechanizmu skryte pod jego korzeniami.

Mężczyzna zacharczał i złapał za trzymające go drewniane wije, próbując wydostać się z ich uścisku. Spojrzał na Opiekunkę, zbliżającą się do niego powolnym krokiem. Nie przypominała już niewinnej, delikatnej i kruchej leśnej istoty. Z jej ciała zaczęły wyrastać kolejne ostre, nagie gałęzie, nadając jej wyglądu starego, pozbawionego liści drzewa, które jak okrutny potwór wyciąga swoje ramiona ku ofiarom. Kryształ na jej piersi pulsował wściekłą, jadowitą zielenią.

- Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam, masz zamiar tak zwyczajnie odejść?!

Toa Dźwięku momentalnie dobył swojego miecza, zamachnął się i przeciął trzymające go pnącza. Upadł na trawę i przeturlał się po niej, znajdując się na drugim końcu polany. Opiekunka błyskawicznie obróciła się i posłała ku niemu kolejne wije. Vox ciął nisko, nie pozwalając im zbliżyć się do niego, lecz Opiekunka atakowała z oszałamiającą prędkością, a Toa przez cały spędzony tu czas zdążył już wyjść z wprawy. Nagle jedna z lian owinęła się wokół jego kostki, uniosła go ponad ziemię i cisnęła nim przez całą polanę. Vox uderzył boleśnie o ziemię, wydając przy tym donośne gruchnięcie, które rozniosło się po całej puszczy.

- Twoi przyjaciele nigdy nie położą swoich rąk na Krysztale! - warknęła Opiekunka, zbliżając się do wojownika. - Umrą nim zdążą się do niego choćby zbliżyć! Ty byłeś jedynym, którego mogłam oszczędzić… Mogliśmy żyć razem w tym tropikalnym raju! - Zmrużyła gniewnie oczy i zacisnęła zniekształconą, szponiastą pięść. - Ale wygląda na to, że jesteś równie głupi jak oni!

Z ziemi wokół Voxa zaczęło wyrastać jeszcze więcej ruchomych gałęzi, które pochwyciły go i uniosły wysoko ponad polanę. Próbował przeciąć je swoim mieczem, lecz jedno z pnączy owinęło się wokół Dźwiękowego Ostrza i odrzuciło je w bok, pozostawiając mężczyznę bez żadnej broni do walki z powoli miażdżącymi go wijami Opiekunki. Vox spojrzał z narastającą paniką na kobietę, powoli wznoszącą się ku niemu jak szybko rosnące drzewo.

Uwolnił ze wszystkich stron wzmocnione fale dźwiękowe, które roztrzaskały drewnianą pułapkę i upadł na ziemię razem z chrustowymi odłamkami. Doskoczył do ostrza i z przestrachem ujrzał, jak zniszczone przez niego przed chwilą pnącza wystające z ciała Opiekunki zaczynają odrastać w błyskawicznym tempie.

Widząc zdziwienie na jego twarzy, kobieta zaśmiała się donośnie.

- Jesteś głupcem, jeśli myślisz, że uda ci się mnie unicestwić! Jestem esencją Kreacji, powstałą z mocy samego Wszechkryształu, jak cała ta dżungla! Twoje śmieszne zdolności nie mają prawa mnie zranić! Uczynienie ze mnie swojego wroga było błędem, Vox… Ostatnim w twoim życiu!

Kolejne gałęzie, pnącza, liany i korzenie pomknęły ku mężczyźnie, szarpiąc go, drapiąc i pozostawiając długie rany na jego świeżo wygojonym ciele. W ostatniej chwili wojownik zdołał się obrócić, dzięki czemu to jego torba, a nie on, przyjęła na siebie cięcie. Z rozciętego materiału torby i tkwiącej w środku sakiewki zaczęła wysypywać się ziemia, której gródki opadły na jedną z atakujących go gałęzi, a wtedy ta uschła i zmieniła się w pył w przeciągu kilku sekund, już nie odrastając.

Vox spoglądał na to ze zdumieniem, potem spojrzał na, równie zaskoczoną jak on, Opiekunkę. Poruszyła ustami, wypowiadając jedno, krótkie słowo, zbyt cicho, by mógł je usłyszeć, lecz i tak wiedział, co mówi.

„Nie.”

Nie czekając ani chwili dłużej, Vox rzucił się ku Opiekunce, sięgnął do torby, nabrał w garść ziemię i sypnął nią prosto w przeciwnika. Opiekunka wrzasnęła i chwyciła się za głowę, gdy obcy grunt zaczął wypalać jej twarz, dłonie i tors. Zaczęła miotać się w konwulsjach, powoli umierając i usychając, jak więdnąca roślina. Wyciągnęła ku Voxowi rękę, lecz ta momentalnie zmieniła się w kruchą, powykręcaną kończynę, a potem rozsypała się w mak. Grudki sypnęły wojownikowi w twarz, gdy patrzył na konającą istotę.

Ostatnie resztki Opiekunki wydały z siebie gardłowy krzyk, po czym pozostał z niej tylko kryształ, który upadł bezgłośnie na ziemię.

Zapadła cisza.

Vox stał nieruchomo w miejscu, próbując zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Wyrastające z ziemi dookoła niego pnącza i gałęzie spotkał ten sam los, co Opiekunkę - uschły i zmieniły się w proch, porwany przez chłodny, nocny wiatr. Wreszcie Toa Dźwięku podszedł do kryształu, podniósł go i przyjrzał mu się. Przezroczysto-zielona powierzchnia odbijała wizerunek jego Kanohi Hau na tle pełnego księżyca.

Dopiero teraz sobie uświadomił. Nic z otaczającej go dżungli nie było prawdziwe. Wszystko było sztucznym wytworem mocy artefaktu, łącznie z Opiekunką, dlatego jej ciało zareagowało w taki sposób po kontakcie z prawdziwą ziemią, ukształtowaną na przestrzeni wieków przez samą naturę. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie musiał w pełni tego rozumieć, by być wdzięcznym, że stało się tak, a nie inaczej.

Z puszczy wokół niego zaczęły wyłaniać się zwierzęta. Początkowo Vox obawiał się, że zechcą wyrządzić mu krzywdę - w końcu uśmiercił ich, jak sama określiła to Opiekunka, „siostrę” - poderwał się więc z ziemi i przyjął bojową postawę, nic takiego jednak nie nastąpiło. Małpy, pluskwy, psy, mniejsze ptaki i kruki gromadziły się wokół niego, spoglądając z pokorą i pewną dozą niepokoju na mężczyznę i trzymany przez niego kryształ.

Nagle Vox zrozumiał.

On miał teraz nad nimi władzę.

Wyprostował się i uniósł rękę we władczym geście. Rahi uklękły przed nim i pochyliły łby na znak posłuszeństwa. Toa Dźwięku podszedł do jednej z wielkich małp - tych samych, przez które przed tygodniem spadł w przepaść - i dosiadł jej, wykorzystując zerwaną z drzewa lianę jak lejce.

Nie musiał mówić nic. Wystarczyło, że w jego głowie pojawiła się myśl, Rahi już ruszył w odpowiednim kierunku. Vox pomknął na bestii ku górom, ku przyjaciołom, mając nadzieję, że nie jest jeszcze za późno.

Rozdział 19Edytuj

- Kapitanie, zbliżamy się do celu.

Arctica i Dakhin stali przy barierce, wpatrując się w widniejącą w oddali na horyzoncie wyspę Artidax. Fale ognia wypluwane spomiędzy skał były doskonale widoczne na tle nocnego nieboskłonu, a liczne pęknięcia ukazujące wrzącą magmę świeciły niczym neony Artas Nui.

Toa Ziemi spojrzał na towarzyszkę. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Wygląda na to, że twój plan się sprawdził.

- Jestem równie zdziwiona, jak ty.

- Nie wątpię.

Sekundę później całą salę wypełnił rozbrzmiewający ryk alarmu w akompaniamencie czerwonych świateł.

- Wysyłają łodzie, kapitanie - oznajmił jeden z członków załogi, gdy Dakhin pochylił się do przodu.

- To bez znaczenia. Zauważyli naszą obecność zbyt późno, by móc skutecznie przyszykować się do obrony - stwierdził mężczyzna, spoglądając na powoli płynące w ich stronę punkciki. - Przygotować się do zejścia na ląd. Wyślemy łodzie w dwóch rzutach. Część popłynie na spotkanie z dronami, by odwrócić ich uwagę, gdy kolejna grupa zajdzie ich z drugiej strony. Zabieram ze sobą dwudziestu ludzi i wyruszam okrężną drogą. Reszta płynie na wprost. Vanit, Tarak, zostajecie z załogą na statku. - Wskazał na dwoje wojowników, po czym skierował wzrok na Toa Lodu. - Ciebie tyczy się to samo, Arctico.

Dziewczyna zamrugała.

- Że co? - zapytała, ale Dakhin zdążył oddalić się wraz z Tanoą. Toa Lodu mruknęła poirytowana i podążyła za nimi okrętowym korytarzem.

Kilkanaście minut później Dakhin razem z Toa Kamienia i pokaźną grupą wojowników szykowali łodzie do desantu. Arctica dopadła do kapitana i złapała za jego ramię, odwracając go ku sobie - spodziewała się, że bez tego mężczyzna będzie umyślnie ją ignorował.

- Dakhin, co ty robisz? - syknęła.

- Wydaję rozkazy, moja droga - odparł spokojnie Toa Ziemi. - Nie powinnaś brać udziału w tej operacji. Byłaś poważnie ranna.

- Już mi lepiej. - Fakt, jej stan znacznie się poprawił w ciągu ostatnich dni. Oczywiście, nadal powinna odpoczywać, sama jako medyk o tym wiedziała, w tej sytuacji jednak nie wydawało jej się to być na miejscu. - Minął już tydzień. Dam sobie radę!

- Ale…

- Zostałam wysłana z misją uratowania wszechświata. - Zajrzała mu w oczy. - I zrobię to, jeśli nie poprzez odnalezienie magicznego artefaktu, to poprzez pomoc w przejęciu fortecy sprawców tej wojny.

Dakhin przez moment wpatrywał się w nią, lecz ostatecznie ustąpił, uśmiechając się półgębkiem. Nie mógł z nią dyskutować. Po pierwsze i tak nie było na to czasu, a po drugie - w dyskusji z kimś takim jak Arctica zawsze był na przegranej pozycji.

Toa Lodu dołączyła na pokład łodzi Dakhina i jego towarzysza, a chwilę później dwaj wojownicy zwolnili zatrzaski. Zwodowali.

Płynęli łukiem, omijając rozgrywającą się ledwie trzy czwarte kio morskiej dalej bitwę. Ich czarne łodzie były niemal niewidoczne, może nie dla skanerów dronów, uwaga maszyn teraz jednak skupiała się na walce, nie wypatrywaniu kolejnych wrogów z daleka. Rhotuka, lasery i wiązki żywiołów świeciły wśród nocnej ciemności, a po chwili podobny blask rozjarzył się za plecami robotów, gdy grupa Dakhina ominęła ich łodzie i rozpoczęła atak od tyłu.

Spomiędzy strzelistych skał Artidax zaczęły nadciągać kolejne łodzie, choć na dobrą sprawę było to tylko opóźnianiem nieuniknionego. Armia Nowego Świata nie mogła liczyć na skuteczną obronę wybrzeża przed niespodziewanym atakiem wroga z dawno rozplanowaną strategią. Co prawda oddziały mechanicznych żołnierzy szybko się mobilizowały i Toa nie mogli ich przedwcześnie lekceważyć, walka nie była jednak z góry zdana na przegraną napastników.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu Arctica była w grupie, która miała realne szanse na zwycięstwo.

Przybili do brzegu. Toa Lodu sądziła, że po latach spędzonych na Artas Nui, pośród smogu i spalin, nie będzie miała problemu z przyzwyczajeniem się do atmosfery Artidax, jednak gdy tylko postawiła stopy na lądzie, gęsta woń dymu i siarki w połączeniu z przenikliwym gorącem omal nie zwaliły jej z nóg. Potrzebowała chwili, by móc nauczyć się oddychać w tym klimacie. Skorzystała z momentu, by ochłonąć - zarówno uspokajając się jak i uwalniając wokół siebie aurę chłodnego powietrza dzięki swojej mocy żywiołu - w czasie gdy Dakhin i Tanoa przygotowywali swoich ludzi do ataku.

Jasne światło od strony morza zwróciło ich uwagę. Toa i Skakdi odwrócili się, na moment po tym, jak kilka z wysłanych przez nich łodzi eksplodowało z donośnym hukiem. Na tle buchających płomieni Arctica dostrzegła sylwetkę jakiegoś Toa, który najpierw wznosił się w powietrze, po czym wpadł z pluskiem do wody. Zmrużyła oczy. Drony były maszynami. Przekonanie o przegranej pozycji nie miało wpływu na ich skuteczność w starciu. Walczyły cały czas tak samo, z takim samym zacięciem, nie uginając się ani na sekundę. Miała złe przeczucia.

Podeszła do Toa Ziemi w momencie, w którym członkowie desantu kończyli zbierać oręż z ostatniej łodzi.

- Dakhin, musimy się spieszyć.

Mężczyzna spojrzał na nią, bez słowa skinął głową i dał sygnał swoim ludziom, by ruszali naprzód. Grupa podążyła w głąb wyspy, zostawiając szalejącą bitwę na morzu za swoimi plecami.

Dotarli na szczyt wzniesienia i dostrzegli w oddali światła metalowej fortecy, a zaraz potem ruszający na nich z naprzeciwka oddział dronów. Świecące, pojedyncze oczy były równie czerwone co wszechobecna lawa, a błyszczące złote elementy na tle czarnego pancerza odbijały wypluwane spomiędzy szczelin w ziemi ognie wyspy. Naramienne ostrza wysunęły się ze szczękiem, lufy dział zaczęły się jarzyć, gotowe do wystrzału, wiązki Rhotuka zaświeciły w miotaczach. Grupa Dakhina dobyła swoich broni i puściła się biegiem w kierunku robotów, zderzając się z nimi w śmiercionośnym natarciu.

Gdzieś w tle kilka wulkanów wyrzuciło w powietrze gorącą lawę.

***


To, co działo się na Artidax, w przeciwieństwie do walki na mostku „Zdobywcy” czy abordażu „Chimery” nie było chaosem. Było piekłem. Zarówno w przenośni, jak i dosłownie - sceneria robiła swoje. Pokryte patyną popiołu skały spłynęły karmazynową Protodermis, lejącą się obok strumieni bulgoczącej magmy, a widniejący w centrum nieboskłonu księżyc wyjrzał zza czarnych chmur, rzucając nieco białego światła na rozgrywającą się na spalonej ziemi bitwę.

Potężne, wysokie na kilka bio istoty powstałe z połączonych mocy żywiołów Skakdi naparły na wrogich gigantów stworzonych przez Zakazian stojących po stronie Armii Nowego Świata, podczas gdy Toa ścierali się z mechanicznymi żołnierzami. Wraz ze Skakdi do dronów dołączyły pajęcze roboty strażnicze manufakturowane przez Xian, plujące w napastników paraliżującymi wiązkami. Ziemia zachrzęściła pod masywnymi kołami machin oblężniczych Steltian, które wyłoniły się zza obsydianowych skał i ruszyły do walki z czteronogimi łazikami floty Toa. Wojownicy wzniecali płomienie, przywoływali wodne fale, uwalniali moce ziemi, lodu, kamienia, błyskawic, dźwięku czy plazmy. Powietrze aż przesiąkało uwalnianą zewsząd mocą żywiołu.

Przeciwko oddziałom dronów i Skakdi, którzy później do nich dołączyli, do walki stanęło zaledwie pięć tuzinów żołnierzy - wliczając w to Toa, Zakazian i pojedynczych przedstawicieli innych ras, którzy również postanowili wziąć udział w natarciu - oraz ci, którzy dołączyli do bitwy po zajęciu wybrzeża. Nie było to wiele, lecz potęga, jaką dysponował niemal każdy z nich, była ogromna. Arctica wolała nawet nie myśleć o tym, jak wielkie byłyby zniszczenia, gdyby każdy z obecnych tu Toa uwolnił w tej samej chwili Nova Blast.

Lecz mimo dłużących się godzin walk i litrów przelanej krwi, nie zadrapali nawet wejścia do wrogiej fortecy.

Arctica powaliła pobliskiego drona i zakręciła Mroźnymi Ostrzami w powietrzu, widocznymi aż nader dobrze w ogarniającej ją aurze czerwieni dzięki błyszczącym na błękitno klingom i skryła się za skałą, by uniknąć zbłąkanego lasera. Wychyliła się zza kamienia i spojrzała na budynek.

Wybudowany na pochyłej ścianie wulkanu, był otoczony przez rzędy strzelistych skał, które zdawały się trzymać go w miejscu niczym szpony. Przed olbrzymią bramą prowadzącą do środka rozstawione były wysokie na kilka bio wieże strażnicze, z których szczytów Skakdi w czerwono-czarnych zbrojach obserwowali otoczenie za sterami dział, a pobliskie wzniesienia były nieustannie patrolowane przez drony, które nie brały udziału w walce - miast tego pilnowały, by nikt nie zbliżył się do fabryki, gotowe rozstrzelać każdego wroga w kilka sekund.

Wystające ponad skały podłużne kominy wypluły w niebo kłęby gęstego dymu, który wymieszał się z wulkanicznymi oparami. Arctica zakasłała.

Będą potrzebowali dni i pokładów nieskończonej energii, by zdobyć tę twierdzę. W międzyczasie dowódcy Armii z pewnością zdążą wymknąć się tajemnym przejściem i Toa będą musieli ruszać w kolejny pościg, zbyt wycieńczeni i zredukowani do zbyt małej liczby, by stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Nie. Musieli dostać się do środka teraz, gdy jeszcze mieli szansę na wygraną. Jeśli nie całym oddziałem, to… w pojedynkę?

Nagły pomysł zerwał ją na równe nogi. Arctica powiodła spojrzeniem po polu bitwy i szybko zlokalizowała Tanoę, przedzierającego się przez wrogie szeregi i nokautującego mechanicznego pająka swoją Protostalową tarczą. Puściła się biegiem w jego kierunku, po drodze tnąc na odlew próbujące ją zatrzymać drony. Zobaczyła lecącą w jej stronę chmarę pocisków i zamarła. W następnej sekundzie zjawił się przed nią Toa Kamienia, blokując strzały tarczą.

- Ciężko, ha?

Wzniósł mocą leżący opodal głaz i cisnął nim w nadciągające drony.

- Chyba wiem, jak dostać się do środka! - odkrzyknęła Arctica, gdy obydwoje stanęli plecami do siebie i blokowali nadchodzące ataki z dwóch stron.

Jakiś obiekt przeszył niebo ponad nimi, zatoczył krąg i zaczął spadać w ich kierunku. Po chwili Dakhin wylądował na ziemi, a wtedy cała trójka została zamknięta w kopule z utwardzonego gruntu. Odgłosy bitwy ucichły, stłumione przez powstałe ściany. Zapadła ciemność, w której zawisły pojedyncze punkty - oczy wojowników oraz ich światełka sercowe.

Toa Ziemi wyprostował się.

- Mów.

- Prędko nie wedrzemy się do środka tej bazy, a jeśli chcemy zakończyć tę wojnę tu i teraz nie możemy tracić godzin na walkę przed twierdzą - odparła dziewczyna. - Mogę spróbować wślizgnąć się do środka. Użyć maski. - Postukała palcem w swoją Kanohi Volitak. - Znajdę boczne wejście i spróbuję od wewnątrz otworzyć dla was bramę. Jednej osobie łatwiej będzie się tam dostać niepostrzeżenie niż całemu oddziałowi. Mam szansę.

Tanoa pokręcił głową.

- Zauważą cię. Widzą w podczerwieni.

- Mogę ich oszukać moją mocą. Powinno się udać.

Dakhin wymienił spojrzenia z towarzyszem.

- To ryzykowne. - Następnie przeniósł wzrok na Arcticę. Ku jej zaskoczeniu, uśmiechnął się. - Podoba mi się.

Toa Lodu ulżyło w duchu. Bała się, że przy jego wcześniejszym oporze z pozwoleniem jej na wzięcie udziału w misji, Dakhin nie zgodzi się na ten pomysł.

- Mogę stać się praktycznie niewidoczna, ale nadal mogę oberwać zbłąkanym promieniem. Będziecie musieli odciągnąć drony od tego miejsca, jeśli mam się bezpiecznie dostać za skały.

- Da się zrobić - stwierdził Dakhin. - Tanoa?

Toa Kamienia wypuścił głośno powietrze.

- Zawsze musisz męczyć starego medyka polowego, hę? Niech ci będzie.

Mężczyźni skinęli głowami. Arctica odetchnęła głęboko i sięgnęła do mocy maski. Na oczach Dakhina i Tanoy oczy dziewczyny zaczęły stawać się coraz bledsze, aż w końcu niemalże całkiem niewidoczne. Wojownicy spojrzeli po sobie i po chwili kopuła rozstąpiła się.

W tym samym momencie Tanoa i Dakhin uwolnili skoncentrowany żywiołowy atak, wycelowany w drony, które zgromadziły się wokół kopuły. Natychmiast zostali pochłonięci w wir walki. Tylko oni dwaj - żaden strzał nie został oddany ku Arctice. Do pola bitwy docierało zbyt mało światła, by ktokolwiek mógł zauważyć jej prawie niewidzialną sylwetkę. Dziewczyna stała w miejscu przez pewien czas, z wciąż aktywowaną Maską Kamuflażu i patrzyła, jak grupa Toa i Skakdi odciąga wrogich żołnierzy jak najdalej od niej.

Teraz miała szansę.

Uwolniła swój żywioł. Poczuła się, jakby otoczyła ją aura przenikliwego mrozu, gdy schładzała temperaturę powietrza wokół siebie oddalonego o zaledwie milimetry od jej pancerza, by stworzyć termiczną barierę i oszukać skanery maszyn. Nie minęło parę chwil, a była gotowa. Po raz pierwszy od wieków pomyślała, że jest jej za zimno - co brzmiało absurdalnie zarówno dlatego, że była Toa Lodu, jak i z powodu faktu, że znajdowała się teraz na wulkanicznej wyspie. Ale przynajmniej stała się całkowicie niewidoczna dla przeciwnika.

To znaczy, chciała, żeby tak było.

Odwróciła się i pobiegła w kierunku skał - spalona ziemia nawet nie zachrzęściła pod jej stopami. Dotarła do podnóży rzędu pnących się w górę kamiennych kolców i spojrzała za siebie, na powoli oddalających się walczących, bio po bio, po czym przeniosła wzrok na szczyt jednej z rozstawionych opodal wież strażniczych. Siedzący w niej Zakazianin nie zauważył jej. Westchnęła z ulgą i zaczęła wspinaczkę.

Po chwili dotarła na szczyt wzniesienia i spojrzała w dół, by objąć wzrokiem całą bazę. Dopiero teraz mogła uświadomić sobie, jak ogromne jest to miejsce - fragment budowli, który widziała wcześniej, był jedynie namiastką jej rzeczywistego rozmiaru.

Twierdza miała surowy, ponury wygląd, uzyskany dzięki połączeniu prostych krawędzi i potężnych, masywnych modułów o sześciennych czy prostopadłościennych kształtach. Wysoki na ponad pięćdziesiąt bio i zajmujący co najmniej trzy razy większą powierzchnię budynek zwieńczały rzędy podłużnych kominów, bluzgających trującym dymem ku poczerniałemu niebu. Dalsza część bazy ciągnęła się poza budowlą - odkryte przestrzenie przepełnione były liczną maszynerią, otoczone murem ze wzmocnionej Protostali, by uchronić się przed odłamkami spalonych skał, wystrzeliwanych z przepływającej między fortecą a kamiennymi kolcami rzekę lawy. Cała placówka wyrastała ze ściany olbrzymiego wulkanu, pokrytego siecią czerwonych pęknięć, przypominającej wyglądem pajęczynę lub żrący kwas wypływający z paszczy jakiegoś potwornego Rahi.

Oba te porównania wydawały się równie odrażające. I równie adekwatne do całej sytuacji.

Wodząc wzrokiem dalej, Arctica zobaczyła rozgrywającą się bitwę, która przeniosła się teraz bardziej na wschód. Z tej wysokości wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie - rozbłyski różnobarwnego światła w gęstej ciemności nadawały jej na swój sposób pięknego i zapierającego dech w piersiach widoku. Lecz Toa Lodu nie przyszła tu, by podziwiać widoki. Miała zadanie do wykonania.

I to w dodatku śmiertelnie poważne.

Już miała zjechać w dół skały, by poszukać sposobu, jak przekroczyć rzekę płynnego ognia, gdy nagle usłyszała za plecami cichy chrzęst. Obróciła głowę w tamtym kierunku i zamarła.

Niecałe dziesięć bio dalej, na szczycie kolejnej skały stał mechaniczny żołnierz. Czerwone oko wodziło powoli i mozolnie w jedną i drugą stronę, bacznie obserwując otoczenie. Na pewien moment karmazynowy obiektyw spoczął na Arctice, tkwiącej w bezruchu. Podejrzanie długo wpatrywał się w to miejsce. Toa Lodu już była gotowa opuścić termiczną barierę, by móc skoncentrować się w pełni na walce i naskoczyć na robota, nim ten zdążyłby oddać do niej strzał i zaalarmować innych.

Maszyna jednak po chwili odwróciła wzrok i przeniosła się na drugą skałę, by sprawdzić tamten teren.

Ze wszystkich uczuć ulgi, jakich Arctica doświadczyła w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu minut, to było zdecydowanie najsilniejsze. Wojowniczka nie zamierzała czekać, aż żołnierz rozmyśli się i do niej wróci, i zjechała w dół po pokrytym popiołem kolcu. Kilka kamiennych odłamków potoczyło się wraz z nią z gruchotem po skalnej ścianie, lecz bulgot przepływającej lawy na szczęście zagłuszył ten dźwięk.

Zatrzymała się nad brzegiem rozgrzanej substancji, przyklękając, i podniosła głowę, by móc lepiej objąć spojrzeniem zawieszone naprzeciw niej kilka bio nad ziemią mocowania metalowych murów. W tym miejscu utrzymywanie lodowej aury stanowiło jeszcze większy wysiłek i Arctica wiedziała, że prędzej czy później wyczerpie jej się moc. Musiała szybko znaleźć sposób, by dostać się za barierę. Zauważyła, że ostatnimi czasy bardzo często musiała szybko podejmować decyzje.

Dostrzegła niewielką platformę, zapewne część rusztowania, zawieszoną tuż pod dolną krawędzią muru, skrytą między barierą a ścianą głównej części budynku. Postanowiła zaryzykować. Ostatnimi czasy również dużo ryzykowała.

- Nie mogę uwierzyć, że to robię - szepnęła sama do siebie. Tak cicho, że z jej ust niemal nie wydobył się żaden odgłos.

Lodowy podmuch wyrzucił ją w powietrze i pozwolił wylądować na platformie. Otulona cieniem, Arctica oparła się plecami o ścianę i osunęła w dół, jednocześnie opuszczając termiczną zasłonę, by zregenerować siły i odpocząć.

Fala gorąca, jaka w nią uderzyła, natychmiast sprawiła, że pożałowała tego wyboru. Na kilka długich sekund ciepło przytłoczyło ją tak mocno, że nie mogła oddychać - gorzej, niż przy jej pierwszym zjawieniu się na Artidax. Na moment zastanowiła się, dlaczego w ogóle zgodziła się wziąć w tym wszystkim udział.

No tak, żeby ocalić wszechświat. To był dość solidny argument.

Spojrzała na swoje dłonie. Zaczęła już odczuwać niewielki ból, spowodowany ciągłym używaniem energii żywiołu. Westchnęła. Żałowała, że nie ma z sobą nikogo do pomocy. Po zniknięciu Nero nauczyła się działać na własną rękę, lecz po poznaniu Voxa i reszty ekipy, ponowne zetknięcie z samotnością było dla niej równie trudne jak za pierwszym razem, gdy straciła ukochanego.

Odczekawszy jeszcze paręnaście sekund, wychyliła się z ukrycia i zaczęła wspinać się po ścianie ochronnego muru, wykorzystując wgłębienia w miejscach, w których metalowe płyty łączyły się ze sobą do podciągania się. Ponownie otoczyła się termiczną barierą. Jednoczesne skupianie się na kontrolowaniu mocy żywiołu i wspinaczce potwornie spowolniło jej ruchy. Nie chciała nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby przepływająca pod nią rzeka ognistej substancji nagle zdecydowała się splunąć na mur strumieniem lawy.

Zerknęła w kierunku wieżyczek strażniczych umieszczonych na brzegach twierdzy. Na widok wszystkich dział, jakimi były naszpikowane, przeszył ją chłodny dreszcz - tym razem niezwiązany z jej mocą - gdy uświadomiła sobie, jak błyskawicznie rozprawiłyby się one z jakimkolwiek intruzem, który zjawiłby się w pobliżu. Zaczęła coraz bardziej doceniać swoją Kanohi.

Dotarła na szczyt muru i przykucnęła na jego krawędzi, lustrując wzrokiem otoczenie w dole przed sobą. Zastępy maszyn zajmujących się produkcją części do innych maszyn i tłumy robotycznych żołnierzy oraz Skakdi, wszystko to produkujące niezliczone pokłady uciążliwego hałasu.

Przy ścianie głównego budynku, z którym łączyła się ta część fabryki, Arctica dostrzegła wyloty, z których raz po raz wyłaniały się masywne wagony z rozgrzanymi kawałkami metalu, zsypywanymi później do otworów prowadzących do przepływającej w dole lawy. Opróżnione, wagony wracały do wnętrza budowli, by wyłonić się z powrotem po paru chwilach z kolejną porcją nieudanych odlewów. Toa Lodu uznała je za nienajgorszy sposób dostania się do środka. Zresztą innego i tak nie miała.

Na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, gdy zobaczyła tuziny Zakazian i dronów krzątających się wokół wagonów oraz niewolników ze Steltu ładujących działa kolejnych machin wojennych. Była niewidoczna, fakt - ale próby przeciśnięcia się między nimi natychmiast zdradziłyby jej obecność. Musiała jakoś ich stamtąd odciągnąć.

Wyciągnęła rękę przed siebie i po paru chwilach na niebie ponad fabryką zawisła lodowa figura, która spadła z hukiem na ziemię i roztrzaskała się na miliony krystalicznych odłamków, gdy dziewczyna zacisnęła pięść. Kilku żołnierzy pobiegło w tamto miejsce, by zbadać sytuację, co pozwoliło wojowniczce zeskoczyć i znaleźć się na terenie fabryki.

Nie dezaktywowała swojej Maski Kamuflażu - nie musiała się martwić o wydawanie jakichkolwiek odgłosów, gdyż te we wszechobecnych hałasie i tak pewnie nie zostałyby usłyszane, lecz ona wciąż mogła zostać zauważona. Podtrzymując moc Kanohi oraz termiczną barierę, podkradła się do jednego z wagonów i poczekała, aż przechył ruchomej platformy, na której się znajdował, opróżni jego zawartość, po czym wskoczyła do środka i po chwili zniknęła w ciemnym wnętrzu fortecy.

***


Przedzieranie się przez ciasne korytarze szybu wentylacyjnego uznała za jedną z najbardziej niewygodnych i uciążliwych rzeczy, jakie kiedykolwiek robiła. Rozgrzane ściany były zdecydowanie zbyt blisko jej ciała, uniemożliwiając jej szybkie poruszanie się, ledwie co widziała przez ciemność, a w dodatku wisiała nad nią obawa, że w każdej chwili może wpaść do zbiornika z gorącą, płynną Protostalą. Czuła się tu jak w labiryncie. Potwornie niewygodnym labiryncie.

Przemierzając korytarze szybu i pocieszając się złudną nadzieją, że wie, dokąd idzie - ryzyko zgubienia się w tej sieci ciasnych przejść było niezwykle wysokie, lecz Dakhin przestrzegał ją, że to ryzykowna misja - choć przynajmniej będąc z dala od oczu dronów, Arctica mogła opuścić termiczną barierę i zregenerować nieco mocy żywiołu. Wciąż musiała jednak schładzać temperaturę wokół siebie, przepływające przez szyby powietrze było bowiem zbyt gorące, by mogła pozostać przytomna.

Wreszcie dotarła do kratki wylotowej. Za siatką przecinających się prętów metalu zobaczyła ścianę fabrycznego korytarza, skąpanego w słabawym, żółtawym blasku Kamieni Świetlnych umieszczonych pod sufitem. Toa Lodu przywarła do kratki i już miała ją wyważyć, gdy wtem dobiegł ją odgłos czyichś kroków, rozchodzący się echem wśród ścian metalu.

Cofnęła się w głąb szybu, chowając się w cieniu i uważnie nasłuchiwała. Po jakimś czasie do dźwięku kroków dołączyły również odgłosy rozmowy, których źródłem byli dwaj Skakdi w czarno-czerwonych zbrojach, przemierzający korytarz. Arctica pożałowała, że nie ma z nią Voxa. On usłyszałby ich dużo wcześniej i ostrzegłby w porę towarzyszkę.

Vox…

Nie było go tu z nią, tak samo jak Nero. Dziewczyna miała nadzieję, że po powrocie do domu - o ile uda jej się, rzecz jasna, powrócić do domu - spotka tam szarego Toa, całego i zdrowego. Wątpiła, czy przeżyłaby kolejną rozłąkę.

Wyciszyła się i nasłuchiwała. Po chwili dotarły do niej fragmenty rozmowy, gdy Zakazianie przechodzili obok kratki.

- …dziesiątki, a on zamiast wydawać rozkazy, szykuje się do odlotu. Powinniśmy rzucić to wszystko i samemu ratować własną skórę. Z tej wyspy i tak już nic nie zostało.

- Nie słyszałeś poleceń? Bronić twierdzy za wszelką cenę. Masz zamiar oddać to miejsce bez walki?

- I tak już praktycznie przegraliśmy! Kraavos poszedł do piachu, Uteau stracone, a teraz jeszcze te przykurcze dotarły tutaj. To nie w porządku. Tam oprócz Toa są też Skakdi. Nasi bracia, Traz. Dlaczego mamy walczyć przeciwko nim? Nikt z nas nie chciał tej wojny.

- Nie pamiętasz już, co było na Zakazie? Co chwila ze sobą walczyliśmy.

- I tu miało być inaczej. Zresztą, tam walczyliśmy w imię własnych interesów. Tutaj tak nie jest. Dlaczego mamy się tłuc w imię cudzych ide… ide…

- Ideałów?

- Właśnie. Toczy się wojna o losy całego świata, Traz. Skakdi powinni trzymać się razem. Wiesz, że nie tylko ja tak myślę.

- Nie słyszałeś, co mówił? Nasza rasa została wybrana. Będziemy dostarczać Inkwizytorów, którzy będą pilnować porządku we wszechświecie. Pomyśl tylko, co będziemy mogli wtedy robić. Jeśli będziesz tak gadał, nigdy nim nie zostaniesz.

- I dobrze, to wszystko i tak tylko bujdy! Nasz pan już dawno pokazał, że nic go nie obchodzimy, bo wie, że prędzej czy później straci Artidax. Niech to Karzahni pochłonie, zależy mu tylko na tym przeklętym świecącym kamieniu!

Dalsze słowa zniknęły w oddali, gdy Zakazianie skręcili w najbliższą odnogę. Interesujące, pomyślała Arctica, zbliżając się do wylotu szybu. Wtedy do głowy przyszedł jej kolejny pomysł. Ostatnimi czasy naprawdę zaskakiwała siebie swoją błyskotliwością. I ryzykownością tych wszystkich pomysłów.

Kratka wystrzeliła ze ściany, uderzając o podłogę z donośnym brzdękiem. Dwaj Skakdi momentalnie odwrócili się i dobyli miotaczy. Zaczęli rozglądać się bacznie po korytarzu, nie wiedząc, że jest to i tak bezcelowe - było zbyt ciemno, by mogli zobaczyć Arcticę, wciąż korzystającą z mocy Volitak. Powalenie któregokolwiek z nich było dla dziewczyny teraz jedynie formalnością.

Podtrzymując Maskę Kamuflażu w użyciu, Toa Lodu zaszarżowała na oprychów i kilkoma zręcznymi ruchami Mroźnych Ostrzy pozbawiła obydwu mężczyzn broni oraz powaliła na ziemię tego nazywanego „Trazem”, pozbawiając go przytomności. Zanim jego towarzysz zdążył choćby otworzyć usta ze zdumienia, Arctica przyszpiliła go do ściany i klękając nad nim przytknęła klingę miecza do jego szyi. Drugą dłonią zatkała usta wojownika. Dezaktywowała Kanohi, by uzyskać lepszy efekt, spoglądając mu w oczy.

- Twój przyjaciel był głupi, ale ciebie mogę oszczędzić - wyszeptała. - Słyszałam waszą rozmowę. Są inni, tacy jak ty? Którzy nie zgadzają się do końca z tym, co robi Armia?

Zakazianin nerwowo pokiwał głową.

- Dobrze. Otwórz bramy i zbierz swoich, niech dołączą do Toa. To dobrzy ludzie, nie zrobią wam krzywdy, jeśli nie będziecie się o nią prosić. Powiedz, że jesteś z Toa Arcticą. Toa Dakhin będzie wiedział, o co chodzi.

Przez kolejnych kilka boleśnie dłużących się dla mężczyzny sekund wojowniczka przeszywała go wzrokiem, aż wreszcie dostrzegła to w jego spojrzeniu - uległ. Puściła go i wyprostowała się, kierując się w stronę wyjścia z korytarza.

- Zaraz… - odezwał się za nią Skakdi. - Dlaczego miałbym się na to zgodzić?

Odwróciła się.

- Jeśli to, co mówiłeś, jest prawdą, ta wyspa niedługo upadnie. Zdaje mi się, że nie chciałbyś być wtedy po przegranej stronie. - Posłała mu znaczące spojrzenie.

Strażnik przełknął ślinę.

- A dokąd ty idziesz?

Powiodła wzrokiem w przeciwnym kierunku. Na końcu korytarza widziała zakręt, z którego sączyło się przytłumione, pomarańczowe światło.

- Skoro już tu jestem, mogę równie dobrze spróbować zakończyć to wszystko raz na zawsze - odparła i ruszyła przed siebie, świecąc błękitem kling w mroku korytarza.

Zakazianin przez moment odprowadzał ją spojrzeniem, po czym samemu wstał na równe nogi i pobiegł wpuścić do środka jego jedyną szansę na ocalenie przed marnym końcem.

Aktywując Kanohi, Arctica wyjrzała delikatnie z wylotu korytarza. Ogrom pomieszczenia, jakie rozpościerało się przed jej oczami, był zdumiewający. Wybudowana na planie koła, olbrzymia hala zdawała się przypominać wydrążony, pionowy tunel w ścianie metalu, poprzecinany rzędami mostów, będących w rzeczywistości przejściami między poszczególnymi krańcami sali i niezliczonymi taśmami produkcyjnymi, przy których mechaniczne ramiona konstruowany kolejne drony w akompaniamencie fontann iskier.

Pod nią znajdowały się liczne platformy i pomniejsze wydzielone budynki, z których sączyło się czerwonawe światło, podobne do tego, które wypływało z licznych galeryjek obserwacyjnych, pomieszczeń przeznaczonych dla personelu i centrum sterowania, dekorujących ściany gigantycznego pomieszczenia. Całość skąpana była w żółtym, jadowitym blasku specjalnie przygotowanych Kamieni Świetlnych o kilku bio średnicy umieszczonych pod sufitem i ich mniejszych kuzynów, którymi upstrzone były wszystkie ściany.

Niedokończone szkielety dronów przesuwały się po taśmach i znikały w wydrążonych w ścianach ciemnych tunelach, zapewne po to, by przedostać się do podobnych do tej monstrualnych hal produkcyjnych. W dole pomieszczenia i na platformach tłoczyli się robotnicy z Xii, Matoranie pracujący dla Armii Nowego Świata, Skakdi i oczywiście drony, których skupisko w tej sali było chyba największym, jakie Arctica do tej pory widziała. Wszyscy otoczeni przez tryskające iskry i kłęby dymu, którym towarzyszyły smród spalin i ogromny hałas.

Tak wiele działo się w jednym miejscu. Toa Lodu nie wiedziała, od czego zacząć.

Nagle gdzieś w oddali mignął jej doskonale wyróżniający się w gamie oranżu, żółci i czerwieni skrawek niebieskiej peleryny.

Myśl przemknęła przez jej neurony z oszałamiającą prędkością.

Tanith.

***


Nie obchodziła ją bitwa, jaka rozgorzała na niższych poziomach. Nie obchodzili jej Toa i Skakdi, którzy wtargnęli do fortecy i natarli na niczego niespodziewających się żołnierzy Armii. Nie obchodzili jej Zakazianie w czerwono-czarnych zbrojach, którzy obrócili się przeciwko zdezorientowanym dronom. Nie obchodziły jej zbłąkane lasery, pociski Rhotuka i wiązki żywiołowej energii przecinające co chwila gorące powietrze, gdy pięła się ku górze na metalowych pomostach jak pająk po sieci. Nie obchodziły jej strumienie buchającej pary, wypluwane ze szczelin w ścianach stalowego gniazda. Nie obchodził jej rozdzierający alarm, który dochodził zewsząd.

Jedynym, co ją teraz obchodziło, było dotarcie do Tanith.

Kilkadziesiąt bio niżej, jej towarzysze toczyli walkę na śmierć i życie o zdobycie twierdzy. Ona natomiast chwytała się odstających krawędzi, huśtała się na wysuniętych prętach i skakała po kolejnych platformach, byleby tylko nie zgubić z oczu śladu Toa Wody. Minęło tyle czasu od ich ostatniego starcia i wciąż nikt nie wymierzył sprawiedliwości tej zdrajczyni.

Arctica miała teraz szansę to zrobić.

Widziała już swój cel - ogromną platformę zawieszoną najwyżej ze wszystkich, prawie pod samym sklepieniem, przesłaniającą blask największych Kamieni Świetlnych. Na przecinającym eter między jej krawędzią a wewnętrzną ścianą fabryki moście, Toa Lodu dostrzegła powiewające skrawki błękitnej peleryny, tak dobrze jej teraz widoczne. Rozwarła dłonie i wyrzuciła się w górę lodowym podmuchem. Wyglądała jak biała kometa wylatująca spomiędzy płomieni buchającego w dole ognia.

Wylądowała w kuckach na początku żelaznego mostu. Wyprostowała się i obróciła, spoglądając ku drugiemu końcowi platformy. Ujrzała tam Tanith i towarzyszącego jej mężczyznę w srebrnym pancerzu, stojących przed wejściem do ogromnego statku powietrznego o czarnej jak węgiel barwie, przypominającego wyglądem monstrualną płaszczkę o najeżonej zębami paszczy. Oboje byli odwróceni do niej plecami. Lepiej być nie mogło.

Nim Arctica zdążyła lepiej przyjrzeć się tajemniczemu towarzyszowi kobiety, ku ich dwójce nadleciał nagle pędzący czarny kształt, w którym dziewczyna rozpoznała Dakhina. W następnej chwili mężczyzna w srebrzystej zbroi wystawił na bok ostro zakończoną włócznię, a uwolniona z jej grotu wiązka energii przebiła ostrze i pierś Toa Ziemi.

Arctica z oszołomieniem patrzyła, jak martwe ciało Dakhina, nieutrzymywane już w powietrzu mocą Kadin, koziołkuje w dół z ziejącą dziurą w torsie ku rozgrywającej się niżej bitwie. Moment później zniknął jej z oczu, pozostawiając po sobie jedynie cienką smużkę dymu.

Spojrzała na jego zabójcę i wtedy zamarła.

Kolana ugięły się pod nią. Ręce trzymające Mroźne Ostrza zwiotczały i opadły wzdłuż ciała. Usta poruszyły się, wypowiadając jedno, bezdźwięczne słowo:

„Nie.”

Rozpoznała umięśnione plecy, które obejmowała podczas ciepłych wieczorów. Dobrze zbudowane ramiona, które nosiły ją, gdy była zbyt wycieńczona, by dalej iść. Silną szyję, wokół której oplatała ręce, zmęczona długimi podróżami. Charakterystyczną sylwetkę, którą śniła po nocach i którą uwieczniła na lata w bryle lodu.

Jej dłonie rozluźniły się wbrew jej woli, wypuszczając miecze. Mroźne Ostrza uderzyły o most z metalicznym brzdękiem, niemal niesłyszalnym we wszechobecnym zgiełku, który jednak i tak dotarł do wyczulonych receptorów wojownika.

Mężczyzna i Tanith odwrócili się. Arctica zadygotała. Jasnozielone oczy wyglądające spod srebrnej maski o ostrych konturach zawiesiły na niej swoje bystre spojrzenie. Czas jakby zwolnił.

Zdziwienie zagościło na krótką chwilę na twarzy Nero. Zaraz potem pojawił się na niej szczery smutek.

Czas odzyskał dawne tempo dopiero wtedy, gdy do uszu dziewczyny dotarły spokojnie brzmiące słowa:

- Przykro mi, Arctico.

Ten głos. Tak dawno nie słyszała tego głosu…

- Nero… co ty tutaj robisz… - Toa Lodu wodziła spojrzeniem na zmianę od Nero do Tanith. Jej wargi drżały. - …co ona tutaj robi…?

Tanith, u której początkowo na twarzy także dało się dostrzec zdumienie, uśmiechnęła się teraz wyniośle, podchodząc do mężczyzny i kładąc mu dłoń na piersi. Dlaczego pozwalał jej się tak dotykać…?

- Przykro mi, że musisz być świadkiem tego wszystkiego, gdy mój plan nie jest jeszcze skończony - mówił dalej wojownik, jakby zupełnie zignorował pytanie dziewczyny. - Nie powinnaś tego widzieć. Nie tak miało wyglądać nasze spotkanie.

Arctica chciała zrobić krok do przodu, powiedzieć coś, zrobić cokolwiek. Nie mogła zrobić nic. Stała bezradnie, wpatrując się w ukochanego. Docierające zewsząd dźwięki bitwy i alarmu stały się dla niej nagle niezwykle odległe.

- Żałuję, że nie mam teraz czasu się tobą zająć. Ale nie martw się. Już wkrótce znów się spotkamy w Nowym Świecie. Tanith? - Nero zerknął na Toa Wody. Ta pokiwała głową.

- Wiem, co mam robić - odparła i stanęła między nim a Arcticą, dobywając swego miecza.

Toa Lodu wystawiła desperacko drżącą rękę przed siebie. Poruszyła ustami, lecz nie wydobył się z nich żaden odgłos.

- Do zobaczenia, Arctico.

Dziewczyna mogła tylko patrzeć, jak falująca przed jej załzawionymi oczami postać dawnego przyjaciela znika we wnętrzu wielkiego pojazdu, jak sklepienie fortecy dzieli się na cztery części i rozstępuje się, odsłaniając ciemne, nocne niebo, ku któremu pomknęła gigantyczna płaszczka, znikając po chwili w mroku.

Moment później została przyszpilona do ściany gwałtownym uderzeniem wodnego strumienia, który wypchnął powietrze z jej płuc.

***


Gdy Tanoa zobaczył, jak ciało jego przyjaciela mknie w stronę ziemi, nie myślał już o niczym. Wydał z siebie tylko gniewny ryk i rzucił się biegiem do przodu, łupiąc tarczą i młotem o każdego, kogo spotkał na drodze, nie zważając nawet na to, czy stoi po jego stronie, czy po przeciwnej. Dudnienie jego kroków zdawało się trząść całą budowlą, a pulsujący w neuronach gniew topić pobliski metal, gdy Toa Kamienia przedzierał się przez pole bitwy ku spadającemu kompanowi.

I cały czas łudził się nadzieją, że nie jest jeszcze za późno.

***


- Dalej, mogę tak robić cały dzień!

Głos Tanith był zagłuszony przez nieustanny szum wody i zgiełk bitwy, lecz nawet i bez nich zdawałby się on Arctice nadciągać gdzieś z oddali. Toa Lodu wciąż miała przed oczami obraz jej przyjaciela. Maska, której widok towarzyszył jej na każdym kroku. Srebrna zbroja, odbijająca w swojej powierzchni sylwetkę dziewczyny. Długa włócznia, broniąca jej przed niebezpieczeństwami. Zielone oczy, zaglądające w głąb jej serca. Wszystko to składało się w jedną całość, jedną postać, za którą tak długo tęskniła.

Postać, która zabiła Dakhina. Która odwróciła się do niej i nie wypowiedziała nawet słowa wyjaśnienia. Która znów odeszła, po raz kolejny zostawiając ją samą. Która okazała się stać za wybuchem tej wojny i być tym, kogo jeszcze przed chwilą Arctica przysięgała sobie unicestwić, gdy tylko do niego dotrze.

Jak długo to trwało? Jak długo żyła w niewiedzy?

Dlaczego to zrobił? Dlaczego zostawił ją na tak długo, nie odzywając się przez lata ani słowem, poświęcając się czemuś tak okropnemu? Dlaczego ją zdradził?

Kto był temu winien?

Jej myśli skupiły się wokół jednej osoby. Tanith. To nie Nero stał za wybuchem wojny. To Tanith ją wywołała i to Tanith przeciągnęła Nero na swoją stronę. On przecież nigdy nie przyczyniłby się do czegoś takiego z własnej woli. To ona była wszystkiemu winna. I to ona musiała teraz zapłacić.

Żal i otępienie ustąpiło miejsca niepohamowanej wściekłości. Arctica napięła wszystkie mięśnie, jeszcze przed sekundą zwiotczałe i słabe, i sięgnęła z furią do mocy żywiołu, zamrażając przyciskający ją do ściany strumień. Rozbiła bryłę kilkoma szybkimi ruchami i wylądowała na podłożu przed Tanith, dobywając Mroźnych Ostrzy. Krzyknęła gniewnie i naskoczyła na drugą Toa.

Brzdęk metalu zadźwięczał w jej uszach. Zaczęła napierać na Tanith salwami błyskawicznych cięć, lecz ta zręcznie blokowała jej ataki, zupełnie się przy tym nie wysilając. Iskry sypały się na boki przy każdym uderzeniu, gdy Arctica wymachiwała obiema rękami, których dłonie kurczowo zaciskały się na rękojeściach mieczy, a Tanith od niechcenia zbijała jej ciosy szybkimi ruchami własnego ostrza, stawiając raz po raz lekkie kroki do tyłu, delikatne jak podczas przechadzki.

Zaśmiała się, widząc płonący gniew w oczach oponentki.

- Ostrożnie - powiedziała, zadzierając nos do góry. - Za chwilę roztopisz się z tej wściekłości.

Toa Lodu charknęła donośnie i uderzyła obiema klingami na raz, wyprowadzając cios zza głowy i uderzając niemal w tym samym momencie kopniakiem w bok Tanith. Niebieska Toa zachwiała się, co pozwoliło Arctice podciąć jej nogi i przywalić w pierś ciosem, który posłał Tanith w dół platformy.

Falująca peleryna rozpostarła się, nadając jej wyglądu błękitnego motyla, który po chwili zniknął między niższymi zabudowaniami fabryki.

Arctica zatrzymała się na krawędzi mostu i spojrzała w dół, na dymną mgłę unoszącą się nad budynkami i na błyskające na samym dnie roju światła bitwy. Oddychała ciężko, jej żyły niemal pulsowały od przepływającej w nich furii. Odetchnęła na moment, próbując się opanować, lecz wiedziała, że to jeszcze nie koniec. Nie, dopóki Tanith wciąż jest wolna.

Nie myśląc ani chwili dłużej, skoczyła za nią.

***


Mechaniczne urządzenia buchnęły kłębami pary w jej twarz, gdy szła ostrożnie labiryntem fabrycznej maszynerii. Niebieski blask jej mieczy przeczesywał gęsty półmrok, rzucając nieco światła na szczeliny między kolejnymi modułami. Gdzieś w tle rozgrywała się bitwa, Arctica nie zważała jednak na to. Teraz miała przed sobą tylko jeden cel. Dopaść Tanith.

Rozglądała się uważnie na boki, spodziewając się wszystkiego. Wiedziała, że Tanith gdzieś się tu ukrywa, wiedziała też, że czeka na odpowiedni moment, by zaatakować. Toa Lodu nie mogła zaprzepaścić swojej szansy na wymierzenie zemsty i pozwolić przyjąć na siebie cios. Nero… nie, ona sama byłaby sobą zawiedziona.

Powiodła wzrokiem ku górze. Zawieszone na wystających ponad budynki ramionach szkieletowych maszyn rury i przewody kołysały się lekko, rozpraszając uwagę dziewczyny.

- Szkoda, że nie mogłaś zobaczyć swojego wyrazu twarzy, kiedy Nero się do ciebie odwrócił.

Nagły głos sprawiał wrażenie, jakby odbijał się echem od olbrzymich trybów i tłoków. Arctica nie mogła zlokalizować jego źródła. Zaczęła jeszcze bardziej nerwowo rozglądać się na boki, wypatrując Tanith. Poczuła zimne strużki potu ściekające jej po szyi.

- Taka naiwna i słaba, zupełnie niepasująca do tego, co mówił o tobie Nero. A, uwierz mi, mówił naprawdę dużo.

Odwróciła się z krzykiem, tnąc coś, co poruszyło się za jej plecami i co okazało się być jedynie zgiętą rurą, która wypluła z siebie teraz kłęby pary. Wodząc w obłokach, Toa Lodu lustrowała otoczenie na ugiętych kolanach. Powoli zaczynało jej się kręcić w głowie.

- Nużąco dużo.

Dziewczyna ruszyła dalej, wymachując ostrzami, tnąc wszystko, co poruszało się gdzieś w cieniu i uwalniając jeszcze więcej iskier i pary. Wreszcie, pośród wirujących obłoków, dostrzegła kobiecą sylwetkę.

- Ile to ja się o tobie nasłuchałam, droga Arctico. A jednak to mi Nero obiecał władzę nad imperium. To ja miałam rządzić wszechświatem u jego boku. To ja miałam zostać cesarzową. - Płomienie ognia odbiły się w metalicznej powierzchni miecza Tanith. - Cesarzową, która wydała na ciebie wyrok.

Toa Lodu naparła na nią z wściekłym wrzaskiem na ustach. Ich bronie skrzyżowały się ze sobą, uwalniając donośny zgrzyt. Wojowniczki spojrzały na siebie.

- Nie przejmuj się tym, Arctico. To nie twoja wina - rzekła spokojnie Tanith. - Po prostu ja jestem od ciebie lepsza.

Błyskawicznym ruchem uwolniła swój miecz z potrzasku i przejechała nim po boku Toa Lodu. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy, wypuszczając w tym samym momencie Mroźne Ostrza. Poczuła ciepłą Protodermis spływającą wzdłuż jej ciała i padła na kolana.

Dotknęła jedną dłonią krwawiącego boku, drugą podpierając się o ziemię. Zwiesiła głowę i zacisnęła zęby, walcząc z bólem o zachowanie przytomności. Tanith rozpłatała jej wcześniejszą ranę, świeżo zagojoną po starciu z Kraavosem. Arctica poczuła jak powoli, mozolnie opuszczają ją siły - tym razem na dobre.

Tanith stanęła nad nią i zatrzymała głownię miecza przy jej barku. Spojrzała wyniośle na pokonaną rywalkę.

- Ostatnie słowo?

Arctica zmusiła się do przepchnięcia głosu przez gardło. Zacisnęła palce, nabierając w dłoń nieco ostałego na podłożu popiołu.

- T-t… t-to… t…

- Hm? - Tanith nachyliła się. - Niczego nie słyszę.

- T-to… za odebranie mi Nero! - Toa Lodu gwałtownie poderwała się do góry, tnąc Tanith utworzonym w ręce lodowym odłamkiem. - To… za wywołanie tej wojny! - Uderzyła ją pięścią w twarz, zmuszając ją do wypuszczenia miecza z dłoni. - To… za śmierć Mali! - Kolejny cios pięścią, tym razem w brzuch. - A to… za to, że jesteś żałosną larwą! - Potężny kopniak odrzucił kobietę w tył. Tanith zachwiała się i upadła, przejeżdżając kilka bio po osmolonym metalu.

Arctica błyskawicznie dopadła do niej, przystawiając Mroźne Ostrze do szyi.

Toa Wody parsknęła.

- Nie zabijesz mnie - wycharczała. - Toa tak nie robią. To nie w ich naturze.

Arctica zawahała się przez chwilę. Tylko przez chwilę.

- Umrzesz zdziwiona - wycedziła i już miała pchnąć ostrzem do przodu, gdy wtem ujrzała Tanoę, stojącego parę bio dalej. Na jego twarzy dostrzegła… rozczarowanie.

Przeniosła wzrok z powrotem na Toa Wody. Zmrużyła oczy i wbiła miecz w jej bok z głośnym chrzęstem. Twarz kobiety wykrzywił bolesny grymas i został na niej uwieczniony, gdy Tanith zniknęła w objęciach lodowej bryły.

Arctica podniosła się i chwiejnym krokiem podeszła do Toa Kamienia, trzymając się za zraniony bok. Położyła dłoń na ramieniu mężczyzny i odezwała się zbolałym głosem:

- Weźcie ją… Ona jest ważna…

Moment potem runęła z gruchotem na ziemię, ból wziął nad nią górę, a świat spowiła ciemność.

4. NadziejaEdytuj

Rozdział 20Edytuj

Łup. Łup. Łup.

Echo uderzeń pięści Aparu o drzwi jego kajuty przemierzało pokładowe korytarze „Chimery”. Ta-Matoranin przebywał teraz w ciasnym pomieszczeniu na najniższym poziomie statku, w towarzystwie cienia i spojrzeń niewielkich, przypominających Hoto Rahi, które zalęgły się na skrytych w mroku ścianach. Jego piąstka uderzająca nieprzerwanie od kilku minut o drewniane drzwi wydawała się taka mała. A mogła zdziałać tak wiele.

Aparu miał misję i wykonał ją najlepiej jak potrafił. Jego działania już wkrótce przyczynią się do stworzenia Nowego Świata. Matoranin nie wiedział dokładnie, ile jeszcze musi czekać - zbyt długo znajdował się w zamkniętym pomieszczeniu bez okien, by móc skutecznie obserwować upływ czasu - lecz, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego przewidywaniami, już wkrótce nadejdzie ten dzień.

Już wkrótce Toa dotrą do Słonecznego Kryształu. I już wkrótce spełni się jego rola w wielkim planie jego pana. Dlatego najwyższa pora, by się wreszcie stąd wydostać.

Łup. Łup. Łup.

Aparu wciąż pamiętał dzień, w którym obudził się w jaskini na Artas Nui po długim śnie. W jego umyśle tkwiło zaledwie kilka myśli - jego imię, kilka podstawowych umiejętności i zadanie, jakie musiał spełnić. Miał być sekretnym planem, asem w rękawie pani Tanith i uznał, że służył jej dobrze. Był co prawda zaskoczony, gdy Inkwizytor napadł na „Chimerę” i być może nie powinien się wtedy ujawniać, być może - improwizował - lecz na szczęście w żaden sposób nie przeszkodziło to w realizacji jego zadania.

Myśleli, że pozbyli się zagrożenia. Myśleli, że urządzenia naprowadzające, które umieścił na pokładzie były jedynymi, jakie zabrał ze sobą w podróż. Błąd. To była ledwie zmyłka, odwrócenie uwagi. Aparu miał jeszcze niejednego asa w rękawie. Zresztą, on sam nim był.

Łup. Łup. Łup.

Zastanawiał się, kto pierwszy zareaguje na jego uderzenia w drzwi. Być może Kaneo, ona nigdy nie lubiła siedzieć bezczynnie. Vo-Matoranka miała temperament, jakiego Aparu nie spotkał jeszcze nigdy wcześniej u żadnej innej żywej istoty - choć może to dlatego, że jego wspomnienia sięgały ledwie kilkunastu tygodniom wstecz. Zdawać by się mogło, że rzuciłaby się do walki z samym sztormem, taka była porywcza. Jej zachowanie wydawało się Aparu intrygujące. Najczęściej jednak zwyczajnie go irytowała.

A może będzie to Huvatu. Aparu nigdy za nim nie przepadał, Matoranin Żelaza bardziej cenił sobie bronie, które wytwarzał, niż innych członków załogi. I ta jego wyniosłość. Zachowywał się tak, jakby uważał się za kogoś lepszego tylko dlatego, że potrafił wykuwać oręż. To Aparu tworzył tu prawdziwe dzieło, a mimo to nie przechwalał się tym. Taki był skromny.

A może Otamar. Ta-Matoranin nigdy nie rozumiał jego oddania „Chimerze”. Jak można było tak bardzo poświęcać się dla statku, który przewoził na swoim pokładzie kryminalistów? Bo tym właśnie byli Toa - zbrodniarzami, pchającymi ten świat ku zagładzie. Dobrze, że już niedługo miało się to zmienić. Aparu dostrzegał jednak pewne podobieństwo między sobą a Otamarem. Obaj byli czemuś niezmiernie oddani. Lecz, oczywiście, to Aparu był oddany właściwej sprawie.

Może jednak Oduna. Och, Oduna, jak bardzo Aparu go nienawidził. Tygodnie musztrowania, krytyki i morderczych ćwiczeń, tylko po to, by przygotować go do bycia żeglarzem. Ta-Matoranin miał na szczęście pewne podstawowe umiejętności w swojej głowie - zastanawiał się, czy nie pochodziły one z jego poprzedniego życia, z czasu przed „oświeceniem” - co nie zmieniało faktu, że treningi u kapitana były najgorszym momentem w jego krótkim, nowym żywocie.

Nieważne, kto do niego przyjdzie, szanse powodzenia były w każdym przypadku takie same. Zielone oczy Aparu, wyglądające spod czerwono-srebrnej Kanohi Ruru zabłyszczały na moment na myśl o tym, jak prosty, lecz zarazem świetny był jego plan. Coś tak banalnego, że na pewno nie przyjdzie nikomu z załogi nawet o tym pomyśleć. Musiało się udać. Ta-Matoranin musiał tylko ściągnąć na siebie czyjąś uwagę.

Łup. Łup. Łup.

- Przestaniesz wreszcie walić w te drzwi?!

Poirytowany głos dotarł z góry do uszu Aparu. A więc jednak Kaneo.

Matoranin uśmiechnął się do siebie, lecz nie przestawał uderzać o drzwi. Łup. Łup. Łup.

- Jeszcze chwila i kapitan znów da ci jakąś karę!

Łup. Łup. Łup.

- Co z tego, że wyczyściłeś już całe poszycie z soli…

Łup. Łup. Łup.

- …wypolerowałeś wszystkie podłogi na pokładzie…

Łup. Łup. Łup.

- …wypleniłeś siedlisko szczurów na dolnym poziomie…

Łup. Łup. Łup.

- …i zrobiłeś wszystko inne, co można by ci było dać jako karę, na pewno jeszcze coś się znajdzie!

Łup. Łup. Łup.

- Och, jak się zaraz nie uspokoisz sama tam do ciebie zejdę!

Uśmiech Aparu poszerzył się. Łup. Łup. Łup.

Po chwili dało się słyszeć zbliżające się kroki, gdy Kaneo zmierzała w stronę kajuty. Łupanie ustało. Zdezorientowana Matoranka zatrzymała się przed drzwiami i zmarszczyła brwi. KIucz zatrzeszczał w zamku. Drzwi otworzyły się, Kaneo ostrożnym krokiem weszła do środka. I nie zastała tam nikogo.

To jest, nikogo, kogo mogłaby zobaczyć. Aparu wiele razy przeklinał ciemność, jaka panowała w tym przeklętym pomieszczeniu - nieraz zdawało mu się nawet, że przez nią traci rozum! - lecz teraz była na wagę złota. Wystarczyło tylko przylgnąć do ściany i schować się za drzwiami - Kaneo nawet tego nie zauważyła. Weszła głębiej do środka, wodząc zdziwionym spojrzeniem po kajucie, pozwalając Aparu bezszelestnie prześlizgnąć się za jej plecami i wydostać na wolność. Proste, acz genialne.

Niestety, w tym momencie, Aparu pożałował, że to akurat Kaneo zdecydowała się do niego zejść. Może i była najgłupsza z nich wszystkich. Ale była też najszybsza.

Zaskakująco szybko jak na siebie uświadomiła sobie, co się dzieje, momentalnie odwróciła się, nim Aparu zdążył zatrzasnąć za nią drzwi i rzuciła się na niego z okrzykiem. Matoranie przeturlali się po podłodze i uderzyli z hukiem o ścianę. Jakiś lśniący przedmiot przejechał niecałe bio po deskach. Sztylet Kaneo.

Aparu charknął i zrzucił z siebie Matorankę kopnięciem, po czym rzucił się w kierunku ostrza. Chwilę potem Kaneo naskoczyła na niego i oboje zaczęli siłować się ze sobą, gdy żeglarka zacisnęła dłonie na nadgarstkach zdrajcy, nie pozwalając mu zadać cięcia sztyletem.

Ta-Matoranin był jednak silniejszy i w kolejnych sekundach jedną ręką zablokował ręce Kaneo, a drugą zacisnął na rękojeści ostrza, które przystawił do szyi dziewczyny. Matoranka starała się mu wyszarpnąć, tym razem jednak jej zwinność się nie przydała - potrzebowała siły, którą Aparu nad nią górował.

Rozległy się kroki i moment później na końcu korytarza pojawiła się reszta załogi. Ta-Matoranin zaklął w myślach. Jego plan ucieczki szlag trafił. Musiał improwizować.

- Ani kroku dalej, inaczej poderżnę jej gardło! - zagroził.

Oczywiście, Aparu nie chciał jej zabijać. Będzie cennym mieszkańcem Nowego Świata, stratą byłoby ją zamordować. Fakt, czasem dochodziło do poświęceń, Ta-Matoranin jednak, mimo swojej opinii o tych osobach, nie chciał śmierci nikogo z załogi.

Lecz może będzie musiał do jakiejś doprowadzić. Może będzie musiał, jeśli chciał wreszcie stąd uciec.

Czuł, jak Kaneo dygocze w jego uścisku. Była wściekła, lecz również bała się. Dobrze. Jej strach mógł mu pomóc w tej sytuacji. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może jeszcze miał szansę.

Oduna zatrzymał swoich towarzyszy gestem dłoni. Samemu zrobił jednak ostrożny krok do przodu.

- Aparu, do jasnej cholery… Opamiętaj się! Odkryliśmy twój podstęp, przegrałeś! Nie pogarszaj swojej sytuacji!

Ta-Matoranin zaśmiał się chłodno.

- O nie, kapitanie, wcale nie przegrałem… - powiedział. W jego oczach pojawił się szaleńczy błysk. - Myśleliście, że jedyne nadajniki, jakie umieściłem, były na pokładzie… Mylicie się! Chyba powinienem podziękować Huvatu, że pozwalał mi przebywać w jego kajutach, gdy przygotowywaliśmy się do podróży… dzięki temu mogłem je ukryć w broniach, które potem dałeś Toa. Gdy tylko będą blisko Słonecznego Kryształu, mój pan będzie o tym wiedział… Ba, na pewno już jego najlepsze oddziały zmierzają na tę wyspę! To wy przegraliście, nie ja!

Zobaczył zdumienie na twarzy Fe-Matoranina. Upokorzenie. Och, jak bardzo by chciał, by ta chwila trwała wiecznie.

Huvatu rzucił mu gniewne spojrzenie.

- Aparu, ty…

- Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłem… - wtrącił Oduna. - Co my wszyscy dla ciebie zrobiliśmy, tak się nam odpłacasz, ha?!

Ta-Matoranin zmrużył oczy.

- Co dla mnie zrobiliście? Co dla mnie zrobiliście?! Przewoziliście na tym pokładzie zbrodniarzy, oto, co dla mnie zrobiliście! Naprawdę nie dostrzegacie, co takiego niosą ze sobą Toa? Uważacie ich za bohaterów, ale ich moce powodują tylko zniszczenia! Przez nich ten świat wkrótce umrze, a wy pomagacie tym potworom i jeszcze oczekujecie, że będę wam za to wdzięczny?!

Kapitan znieruchomiał. Musiał dostrzec błysk w oczach Aparu, może nawet dotarły wreszcie do niego jego słowa, nieważne - jego zatrzymanie się było Ta-Matoraninowi na rękę. Aparu zaczął powoli wycofywać się w kierunku końca korytarza, gdzie powinno się znajdować drugie wyjście. Tam porzuci Kaneo i ruszy na górę, by opuścić ten statek. Musi się udać.

Chciał postawić do tyłu kolejny krok, lecz Kaneo zaczęła stawiać opór.

- A co takiego zrobili żołnierze Kraavosa, że tak z nimi sympatyzujesz? - wycharczała.

- Głupia. Oni chronią nasz świat przez zagładą!

Szarpnął się, by pociągnąć ją ze sobą, Matoranka jednak nagle napięła wszystkie mięśnie i zesztywniała, nie pozwalając mu ruszyć jej z miejsca.

- Ach tak? I co takiego niby dla ciebie zrobili?! Podrzucili cię nam, zdanego tylko na siebie i kazali wykonać jakąś przeklętą misję! My się tobą zaopiekowaliśmy. To z nami przeżyłeś większość chwil w tym życiu, które pamiętasz!

Aparu zatrzymał się. Jeden po drugim, zaczęły zalewać go obrazy z tamtych dni. Skrywał wtedy w duchu swoją prawdziwą naturę, ale wydawał się też być… szczęśliwy? Nie, na pewno nie. Przecież oni byli w błędzie, nie rozumieli, a on był tym wybranym, on miał zbawić świat… Tak mu wpojono, przecież to musiała być prawda.

Prawda?

- Pamiętasz, jak uczyłam cię wiązać liny? - ciągnęła dalej Kaneo. - Jak Huvatu pokazywał ci swoją kolekcję broni i pierwszy raz trzymałeś sztylet w ręku? Jak razem z Otamarem rozwijałeś żagle? Jak wspiąłeś się na bocianie gniazdo i byłeś zaskoczony, że możesz objąć spojrzeniem całą jaskinię?

Jego ręka zadrżała. Wszystkie te wspomnienia… Pamiętał tamte chwile, pamiętał, że przeklinał wiele z nich, ale pamiętał też… pamiętał też, że śmiał się wtedy razem z innymi przy swoich porażkach, cieszył, gdy w końcu mu się udawało, a załoga cieszyła się razem z nim, czuł zachwyt, chęć poznania świata, gdy znajdował się w górze, ponad innymi… Na moment zapominał o swojej misji i naprawdę żył życiem, które miało być tylko przykrywką…

Ale przecież… oni byli w błędzie…

Świat zmierzający ku zagładzie…

- Oni nic dla ciebie nie zrobili, Aparu. - Głos Matoranki zdawał się dochodzić gdzieś z daleka. On sam nie wiedział już, co się wokół niego dzieje, co jest prawdą, a co kłamstwem, w które uwierzył. - To my się tobą zajmowaliśmy. Byłeś częścią naszej rodziny. Niech to zaraza, nadal jesteś!

Sztylet wyleciał z jego dłoni i upadł z brzdękiem na podłogę. Moment potem sam Aparu również osunął się w dół, podtrzymując się na Kaneo, by uniknąć spotkania z ziemią. Otamar, Huvatu i Oduna błyskawicznie do nich dopadli. Kapitan chwycił Matorankę za ramiona i odciągnął ją od niego, podczas gdy pozostali dwaj złapali Aparu i wyprowadzili go z korytarza.

Ta-Matoranin nawet się nie opierał. Jedyne, co zrobił, to spuścił głowę, jakby zawstydzony tym, czego do tej pory się dopuścił. Jakby wreszcie zrozumiał, że wszystko, w co wierzył, było jednym wielkim kłamstwem.

Gdy odchodził, łzy ściekały mu po masce.

Rozdział 21Edytuj

Pokryta brudnozielonym bluszczem i mchem oraz piaskowym pyłem brama pięła się na kilkanaście bio wzwyż ku porannemu niebu, wciśnięta w nieszeroką szczelinę pomiędzy dwoma beżowymi skalnymi ścianami górskiej przełęczy. Pod przeschniętymi pnączami dało się dostrzec wydrążone w przestarzałych wrotach symbole, podobne do run widniejących na mapie do Słonecznego Kryształu, trzymanej w dłoniach Dalli, gdy drużyna zbliżyła się do zamkniętego wejścia. Strumień błękitnego światła przenikał prosto przez nie.

Toa zatrzymali się i podnieśli głowy, by objąć wzrokiem całą konstrukcję. Górne zwieńczenia obydwu skrzydeł bramy znajdowały się niemalże na tym samym poziomie, któremu sięgały szczyty piaskowych skał.

- To chyba koniec wycieczki - powiedział po chwili krępującej ciszy Purrik. - Chyba, że ktoś z nas wziął klucz.

Rebis podszedł do bramy i przejechał dłonią po jej powierzchni, by odgarnąć uschnięty bluszcz i patynę pyłu, po czym postukał palcem o wrota. Wśród wszechobecnego zgrzytu kół zębatych i tykania mechanizmu rozniósł się metalowy pogłos.

- Metal. Nasze moce go nie ruszą - oznajmił i obrócił się do pozostałych. - Przydałoby się nam twoje wiertło, Raganie.

Reszta drużyny przeniosła spojrzenia na Toa Ziemi, znajdującego się na końcu grupy. Ku ich zdumieniu, przykucnięty mężczyzna zdawał się ignorować wszystko wokół i ze skupieniem przyglądał się kępkom usychającej trawy, porastającym podnóża pobliskich skał.

- Bardzo dziwne… - mruknął pod nosem, nie odrywając wzroku od brudnozielonych źdźbeł.

- Ragan?

- To wygląda tak, jakby te rośliny powoli usychały - zwrócił się do drużyny, jakby dopiero teraz powrócił do rzeczywistości; jego spojrzenie jednak wciąż tkwiło w szczątkowych kępach.

Izaki wzruszył ramionami.

- Nic w tym dziwnego. Jesteśmy przecież w górach, panuje tu inny klimat.

W odpowiedzi Ragan pokręcił głową.

- Nie, nie tak. - Zerknął na pozostałych, po czym przejechał dłonią po podłożu. - Ja to czuję… Ta ziemia pomału… jałowieje. Jakby cała roślinność na tej wyspie stopniowo… umierała.

Toa spojrzeli po sobie. Przez przełęcz na krótką chwilę przedarł się chłodnawy powiew wiatru.

- Cóż, to w takim razie kolejny powód, by się nie zatrzymywać - odparł w końcu Rebis i skinął głową w kierunku bramy. - No dalej.

- Czekajcie - odezwał się nagle Izaki. - Coś się zbliża. - Spojrzał w kierunku, z którego przybyli Toa, wysuwając teleskopowe oko swojej maski. Pozostali członkowie drużyny również zwrócili się w tamtą stronę i przyjęli bojowe postawy, teraz także wyczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo. Nastała cisza, zakłócana jedynie nieprzerwanym zgrzytem umorusanych ziemią trybów.

W okamgnieniu zza skał wyłoniła się jedna z bestii Rahi, tych samych, które zaatakowały ekipę w dżungli zaraz po ich przybyciu na wyspę. Ogromna małpa wylądowała ledwie parę bio przed drużyną, wzniecając w powietrze tumany pyłu i piachu, który osiadł na skalnej ścieżce. Przestraszony Az schował się za plecami Dalli, reszta znieruchomiała. Gdy wreszcie obłoki się rozwiały, Toa mogli lepiej przyjrzeć się przybyłej bestii.

I osobie, która jej dosiadała.

- Vox? - zapytał zdumiony Purrik, odzywając się jako pierwszy. Pozostali zaniemówili. - Ty żyjesz?

Toa Dźwięku uśmiechnął się półgębkiem spod ubrudzonej gruntem, liśćmi i pyłem masce, po czym zeskoczył z ujeżdżanego Rahi na ziemię. Jego poharatany płaszcz zatrzepotał na wietrze.

- Ty żyjesz!

Toa podeszli do swojego dawno uznanego za zmarłego towarzysza, śmiejąc się i dopytując, jakby zupełnie zapomnieli o ciążącej na ich barkach misji. Vox dostrzegł, że nawet Dalla, która trzymała się z boku, zmusiła się do nieśmiałego uśmiechu, choć spuściła wzrok, gdy napotykała jego spojrzenie. Az poderwał się z jej ramienia i zaczął krążyć wokół mężczyzny, skrzecząc radośnie.

Gdy emocje wreszcie nieco opadły, Purrik odezwał się, próbując ubrać w słowa to, co zapewne myślała reszta drużyny:

- Ale jak ty… W jaki sposób… I co… - Urwał na moment, jakby nie mógł się zdecydować, które pytanie zadać jako pierwsze. - I co najważniejsze… Jak ci się udało dosiąść tego… czegoś? - Wskazał na małpowatego Rahi, który zachowywał się w towarzystwie Toa nadzwyczaj spokojnie w porównaniu z ich wcześniejszymi doświadczeniami z tym stworzeniem.

Vox uśmiechnął się z lekka i sięgnął pod swój płaszcz, po chwili wyciągając spod niego niewielki, świecący na zielono przedmiot.

- Wydaje mi się, że to może być tego przyczyną.

Toa wbili spojrzenie w jego dłoń.

- Co to za kryształ? - zdziwił się Ragan.

- To naprawdę długa historia i pewnie i tak byście w nią nie uwierzyli - odparł Vox. - Zresztą, sam bym w nią pewnie nie uwierzył. Ale wygląda na to, że w jakiś sposób… daje mi władzę nad tutejszymi stworzeniami. - Obrócił się, rzucając spojrzenie ku Rahi, na którym tu przybył. - Jakbym był ich panem.

Drużyna wpatrywała się w niego przez chwilę w milczeniu.

- Och, dlaczego nie mogłeś przybyć tu parę dni wcześniej? - żachnął się Toa Powietrza. - Przydałbyś nam się! Dymne Kruki omal nas nie zabiły!

Vox zaśmiał się krótko sam do siebie.

- Dzięki czemu wiedziałem, gdzie jesteście. - Powiódł wzrokiem po drużynie. - Widzę, że dotarliście tu wszyscy w jednym kawałku.

- Nie było łatwo! - odrzekł z przejęciem Kaleva. - Ale Dalla zawsze wskazywała nam drogę ze swoją mapą, a Rebis prowadził nas jak prawdziwy przywódca!

Na te słowa twarz Toa Wody oblał rumieniec, Rebis natomiast zaśmiał się lekko zmieszany, drapiąc się w tył głowy.

- Po prostu robiłem to, co uważałem za słuszne - skwitował, ciesząc się w duchu, że ktoś jednak docenił jego starania. - Dobrze znów cię widzieć, Vox. - Położył dłoń na ramieniu towarzysza. Obydwaj skinęli głowami. - Teraz jednak musimy iść dalej. Przypominam, że mamy do uratowania wszechświat przed złą armią.

Toa ponownie podeszli do metalowej bramy, wodząc po niej spojrzeniem - Vox obrzucił ją wzrokiem po raz pierwszy. Świetlisty promień emanujący ze zniekształconej kuli trzymanej w rękach Dalli znikał w ledwo widocznej szczelinie biegnącej przez środek wrót, przykrytej kurzem i górskim pyłem. Po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec, że niektóre z segmentów skrzydeł są delikatnie wypukłe, jakby po włączeniu jakiegoś przełącznika miały zmienić swoją pozycję, otwierając przed przybyszami bramę - lub, co było równie prawdopodobne, aktywując pułapkę.

Rebis spojrzał na wrota, jakby chciał rzucić im wyzwanie.

- Ragan, mógłbyś…

Niespodziewanie przerwała mu Dalla, wystawiając dłoń na bok. Nie odrywała oczu od symboli widniejących na masywnych drzwiach.

- To chyba nie będzie potrzebne… - powiedziała cicho i zbliżyła się do bramy.

Toa Ognia zmarszczył czoło.

- Masz jakiś pomysł?

Dalla nie odpowiedziała mu, jedynie powiodła dłonią po metalowej powierzchni. Mapa trzymana w jej drugiej ręce zaczęła pulsować jeszcze jaśniejszym światłem, znalazłszy się tak blisko wrót. Az przyglądał się uważnie dziewczynie, przycupnięty na jej prawym barku. Pozostali członkowie ekipy wpatrywali się w nią z wyczekiwaniem.

Toa Wody wpatrywała się natomiast w kombinacje prostych i zakrzywionych linii, tworzących obce symbole. Jednak nie, nie obce… Z jakiegoś powodu, gdzieś w głębi umysłu, Dalla znała ich znaczenie. Nie wiedziała, dlaczego tak jest - ostatni raz czuła się tak, gdy rozszyfrowywała runy wyryte na mapie, i gdy odczytywała przepowiednię zapisaną na tabliczce znalezionej przez Toa z Artas Nui. Starożytne symbole, z którymi wcześniej spotkała się zaledwie raz, studiując zapomniane języki. Teraz jednak wystarczyło, że na nie spojrzała, od razu znała ich znaczenie, jakby posługiwała się nimi na co dzień.

Sześć symboli tworzących razem półokrąg, od każdego z nich odchodziły linie, skupiające się w jednym miejscu na wysokości klatki piersiowej dziewczyny. Sześć symboli… sześcioliterowe słowo? Nie, nie… Te symbole nie były literami, każdy z nich oznaczał inny wyraz… Każdy z nich oznaczał…

- To żywioły - powiedziała cicho Dalla, jakby mówiła sama do siebie, po czym powtórzyła głośniej, zwracając się do reszty ekipy: - Każdy z tych symboli oznacza żywioł. Ogień, Woda, Ziemia, Kamień, Lód i Powietrze. - Wskazywała kolejne runy, układające się w łuk.

Reszta Toa wymieniła spojrzenia.

- To nasze żywioły - zauważył Purrik. - Jak wielkie mamy szczęście?

- Zapytaj Auerieusa - odrzekł Kaleva. - To on wybierał, kto wyruszy w podróż.

Ragan przyłożył dłoń do podbródka.

- Może mapa wpłynęła na niego jakoś i skłoniła, by wybrał te, a nie inne osoby? - zasugerował. - Tak jak wpływa na Dallę.

- Mapa na mnie nie… - chciała zaprotestować dziewczyna, lecz powstrzymała się i sama się nad tym zastanowiła.

Może Ragan faktycznie miał rację? Ona sama uważała za wyjątkowe to, jak dobrze pamięta te znaki. Choć… co jeśli nigdy ich nie widziała? Co jeśli ściskana przez nią kula - a raczej to, co było kiedyś kulą - miała w tym swój udział? Dalla studiowała w przeszłości starożytne języki, fakt, i miała dobrą pamięć, zbyt wiele razy to słyszała - i pamiętała, że to słyszała - czy jednak naprawdę znałaby tak dobrze znaczenie symboli, których uczyła się tak dawno temu? A może po prostu próbowała jakoś wyjaśnić nagły przypływ wiedzy… wiedzy, którą to mapa mogła jej dostarczyć?

Dlaczego akurat jej?

- Nie mówmy teraz o tym - stwierdził Rebis. - Symbole odpowiadają naszym żywiołom, dobrze. Co mamy z nimi zrobić?

Dalla zawahała się, spoglądając na symbol oznaczający Wodę. Z jakiegoś powodu miała niepohamowane pragnienie, by go dotknąć i przelać w niego swoją moc. Jakiś głos z tyłu jej głowy podpowiadał jej, że to będzie dobra decyzja… choć, może… ten głos wcale jednak nie pochodził z tyłu jej głowy… a z przedmiotu, który trzymała teraz w dłoni?

- Myślę, że powinniśmy… - Przyłożyła dłoń do runy i sięgnęła do własnej mocy żywiołu. Symbol momentalnie zajął się niebieskim światłem, które pomknęło do punktu, w którym koncentrowały się inne linie, odchodzące od pozostałych znaków. - …użyć naszych mocy.

Pozostała piątka Toa z pewną dozą niepewności podążyła za jej poleceniem i dotknęła własnych symboli. Te, podobnie jak symbol Dalli, zaświeciły kolorami odpowiadającymi każdemu z żywiołów - ognistą czerwienią, lodowatym błękitem, ziemną czernią, kamiennym brązem i zielenią okalanych wiatrem drzew. Wszystkie sześć kolorów zbiegło się w jednym punkcie, a wtedy rozległa się seria metalicznych zgrzytów i szczęków, gdy odstające od skrzydeł bramy blaszki zaczęły przesuwać się, obracać i zmieniać swoją pozycję. Nietknięte od stuleci, wznieciły osadzony na nich pył, który zaczął opadać mozolnie ku ziemi.

Wojownicy odsunęli dłonie od symboli i z zafascynowaniem patrzyli, jak kolejne płytki przesuwają się z miejsca na miejsce, poruszane jakimś archaicznym, lecz niezwykle skomplikowanym mechanizmem lub może zupełnie obcą, nieznaną im mocą, jak powoli tworzą niewielki, ledwie kilkucentymetrowy otwór w biegnącej wzdłuż środka wrót szczelinie, a potem…

A potem ustają.

Toa stali przez moment w bezruchu, czekając, co dalej, lecz nic się nie wydarzyło. Żadna płytka nie poruszyła się, żaden mechanizm nie zazgrzytał. Ich sześć połączonych mistycznych mocy żywiołów utworzyło maleńki, ledwie widoczny z tej odległości otwór w miejscu, w którym zbiegały się świetliste linie i przez który przenikał strumień wskazujący im drogę. I to było wszystko.

- To tyle? - Purrik podszedł do otworu i spojrzał przez niego, ujrzał jednak jedynie kolejne tryby i przekładnie skryte w skrzydłach bramy. - Może coś się zacięło?

Dalla odsunęła go od wrót, ponownie przytknęła dłoń do symbolu i ponownie uwolniła swą moc. Bez żadnego skutku.

- Nie rozumiem…

Ragan zbliżył się do niej i przyjrzał się uważnie otworowi.

- Mamy dziurkę… potrzebujemy jeszcze klucza.

Purrik spojrzał na niego, jakby ten właśnie obraził całą złodziejską szajkę.

- Chcesz mi powiedzieć, że musimy znaleźć jeszcze jeden przeklęty artefakt?! Może ta mapa jest tym kluczem? - Wyrwał przedmiot z dłoni Dalli i zaczął wciskać wystającą z niego ostro zakończoną strzałkę do otworu w bramie. - No dalej, właź tam…

Toa Wody rzuciła się, by go powstrzymać, podczas gdy Vox, stojący z tyłu grupy, przyglądał się temu wszystkiemu w zamyśleniu.

Nagle go olśniło.

- Nie musimy niczego znajdować - odepchnął Purrika od drzwi i sięgnął po kryształ Opiekunki. - To jest ten klucz.

Włożył kryształ w nowopowstały otwór. Pasował jak ulał. Rozległo się ciche kliknięcie, fala zielonego światła rozniosła się po całych wrotach, a porastający je bluszcz rozstąpił się, jakby nagle tchnięto w niego życie, odsłaniając skryte w rogach otaczających drzwi skał tryby, które teraz zaczęły się obracać z głośnym skrzypieniem.

Powoli, milimetr po milimetrze, skrzydła bramy zaczęły się rozsuwać, znikając w ścianach przełęczy. Koła zębate, niewprawiane w ruch od tysięcy lat walczyły z własnym wiekiem o to, by nie pęknąć i nie zatrzymać się. Zaschnięte warstwy ziemi, które pokryły je na przestrzeni wieków skruszyły się i opadły lekko jak liście, chmary insektów zaczęły uciekać po skałach ze swoich domów, nagle poruszonych, donośny zgrzyt trybów zmieszał się z nieustającym tykaniem mechanizmu i odgłosem pracy innych kół zębatych rozprzestrzenionych po całej wyspie, które znacznie lepiej radziły sobie ze starością.

Dla Toa ta chwila zdawała się trwać wiecznie, gdy metalowe wrota pomału rozstępowały się przed nimi, ukazując długo wyczekiwany cel podróży.

- Na Wielkiego Ducha, tam jest… - odezwał się podekscytowany Purrik, gdy drużyna zaczęła dostrzegać pierwsze szczegóły tego, co znajdowało się po drugiej stronie.

Wreszcie brama całkowicie się otwarła, a oczom Toa ukazało się jedno wielkie…

- …nic.

Przed drużyną rozpościerała się pokaźna, goła dolina, położona wewnątrz łańcucha utworzonego z czterech górskich szczytów, który oddzielał ją od reszty wyspy i całego wszechświata. Poranne słońce przedzierało się przez masywne skały porośnięte szczątkową roślinnością, walcząc z rzucanymi przez nie długimi cieniami na połacie ciemnobeżowej ziemi, poprzecinanej w wielu miejscach wyżłobionymi liniami i kręgami oraz pokrytej warstwami pyłu i usychającego mchu. Gdzieniegdzie dało się też dostrzec koła zębate wystające ponad grunt, to jednak nie dziwiło już nikogo z ekipy. Widok sam w sobie w innej sytuacji można by uznać za naprawdę majestatyczny. Lecz nie tego Toa się spodziewali.

- Co to ma znaczyć? - Izaki zmarszczył czoło.

Światło mapy mknęło ku środkowi doliny i tam się urywało. Zdezorientowana drużyna przeszła przez bramę, zmierzając w tamtym kierunku. Jeszcze nim przekroczył otwarte wrota, Vox obrócił się i spojrzał na Rahi, dzięki któremu tu dotarł. To cofnęło się niepewnie, jakby bojąc się iść dalej. Toa Dźwięku skinął lekko głową - przynajmniej tyle mógł zrobić, by okazać wdzięczność - po czym dołączył do pozostałych.

Gdy schodzili po zboczu ku dolinie, wiatr hasał swobodnie od jednego do drugiego górskiego szczytu. Wokół nie było ani żywej duszy. Toa poczuli się, jakby znaleźli się po wewnętrznej stronie dłoni, której cztery palce powoli się zaciskały.

- Chcecie mi powiedzieć, że przebyliśmy taki szmat drogi tylko po to, żeby podziwiać górskie widoki? - jęknął Purrik. - Tu nawet nie ma co ukraść!

- Spokojnie - odrzekł mu Rebis. - Na pewno zaraz znajdziemy jakiś przełącznik czy mechanizm, który otworzy nam dalsze przejście.

- A czy widzisz w pobliżu cokolwiek takiego? Mówię ci, trafiliśmy do ślepego zaułka. Ta mapa to pewnie fałszywka, zmyłka, która zawiodła nas w nie to miejsce, co trzeba. Pewnie ci starożytni specjalnie zbudowali tę wyspę, żeby nas oszukać. I tak przecież nie jest prawdziwa przez te wszystkie zębatki!

- Gdybym dostawał widgeta za każdym razem, gdy znajdywaliśmy się w takiej sytuacji…

- To wcale nie byłbyś bogaty, bo to nasz pierwszy taki przypadek. Nie–

- Uspokójcie się obaj - uciszył ich Vox - i patrzcie.

Toa Powietrza i Ognia zwrócili głowy we wskazywanym przez niego kierunku i zobaczyli Dallę, powoli idącą dziwnym krokiem ku miejscu, w którym urywał się strumień błękitu. Az krążył niepewnie nad jej głową. Dziewczyna wyglądała, jakby była w transie.

Rebis natychmiast za nią podążył.

- Dalla? Wszystko w porządku?

Toa Wody odpowiedziała mu tylko „Oczywiście, że tak”, nie zatrzymując się. Jak jej towarzysze mogli mówić, że niczego tu nie widzą? Przed oczami Dalli wyraźnie jaśniały linie wyryte w podłożu i przecinające je kręgi, przypominające symbole, z jakimi Toa mieli do czynienia w trakcie swojej podróży. Wszystkie zbiegały się ku jednemu miejscu, w które coś pchało Dallę, coś w głębi jej umysłu… Nie czuła jednak niepokoju - wydawało jej się to zupełnie normalne, tak jak tłumaczenie starożytnych pism i otworzenie bramy, która tu prowadziła. Zacisnęła kurczowo palce na trzymanej w dłoniach mapie. Musiała ją dostarczyć do…

Rebis podszedł do niej i złapał ją za ramiona. Dziewczyna potrząsnęła głową i jej nieobecny wzrok jakby na moment powrócił do rzeczywistości. Toa Wody zerknęła na przyjaciela, zaskoczona, dlaczego ją zatrzymał.

- Dalla… Co się z tobą dzieje?

- Dlaczego miałoby się coś dziać?

Mężczyzna przełknął ślinę i zajrzał jej w oczy.

- Dalla… Przed chwilą przemówiłaś w obcym języku.

Dziewczyna zamrugała. Spojrzała na pozostałych Toa, którzy również do niej podeszli i z ich wyrazów twarzy odczytała to samo, co u Rebisa. Mówił prawdę. Ale… kiedy to się stało? Przeniosła wzrok na mapę, półkulę z wystającymi łukami i pojedynczym kolcem, emanującą dziwnym światłem. Czy to znów była jej wina?

Rebis położył dłoń na artefakcie.

- Dalla, wydaje mi się, że powinnaś chwilę odpocząć od tej mapy.

- Nie, nie, nie. - Toa Wody nerwowo pokręciła głową i odsunęła się od mężczyzny. Następnie zwróciła spojrzenie na pojedynczy punkt w ziemi, ku któremu mknęło niebieskie światło. Tak bardzo ją kusił… - Nie…

Jej wzrok znów stał się nieobecny i znów ruszyła wolnym krokiem ku centrum doliny. Rebis już miał za nią pobiec i ją powstrzymać, przeszkodziła mu w tym jednak ręka Voxa. Toa Ognia spojrzał na niego, ten jednak tylko pokręcił głową. Rebis zacisnął zęby, ponownie spoglądając na Dallę. I czekał.

Głos w umyśle Toa Wody szeptał do niej cicho, by zbliżyła się do środka. Ten sam, który podpowiadał jej, które elementy kuli do siebie pasują, gdy po raz pierwszy próbowała ją aktywować. Ten sam, który tłumaczył dla niej przepowiednię na kamiennej tabliczce. Ten sam, który muskał delikatnie jej świadomość, kiedy wpatrywała się w zawieszone w powietrzu wyspy po nocach… I ten sam, który teraz kierował jej ruchami. Żaden z jej towarzyszy nie próbował jej tym razem powstrzymywać. Dobrze. Mogła spokojnie podejść do tego miejsca i przekonać się, co było w nim tak ważnego, że kierowały ją tam jej własne myśli.

Dotarłszy do celu, Dalla uklękła i przejechała dłonią po podłożu, odgarniając z niego ostały pył. Jej oczom ukazał się metal z wklęsłym, półkulistym otworem, w którego centrum znajdował się kolejny, znacznie głębszy. Popatrzyła na trzymaną w drugiej dłoni mapę. Wiedziała, co robić. Skierowała artefakt wystającym z niego kolcem ku ziemi i wcisnęła go w otwór.

Tykanie mechanizmu ustało.

Fala błękitnego światła zalała Toa, a całą dolinę nawiedziły silne wstrząsy. Dalla poleciała do tyłu wraz z Azem, odrzucona siłą uwolnionej energii. Wpadła w ramiona Rebisa, który rzucił się, by ją złapać w tej samej chwili, w której podłoże zaczęło się obniżać. Walcząc o zachowanie równowagi, Toa patrzyli, jak góry na wprost nich zmieniają swój kształt. Otaczające ich tryby zostały wprawione w jeden, zsynchronizowany ruch, pobudzający do życia prastary mechanizm.

Wreszcie wszystko się uspokoiło. Koła zębate przestały się poruszać, obłoki wznieconego pyłu powoli opadły. Toa podnieśli się z ziemi, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

W skalnej ścianie, która jeszcze przed chwilą była częścią otaczających ich gór, ujrzeli front masywnej, wykutej w beżowym kamieniu budowli. Dwie podłużne kolumny w jej środku, skierowane szczytami ku sobie tak, że tworzyły wraz z podłożem figurę trójkąta, okalały masywne, lecz w porównaniu z ogromem reszty budynku wydające się nadzwyczaj małe wrota, a wyrzeźbione na ścianach kształty przypominające wypukłe oczy nadawały całości wyglądu głowy olbrzymiego insekta. Zupełnie tak, jakby odkryta przed Toa budowla była łbem jakiegoś stworzenia, z wejściem będącym jego paszczą, a rozpościerające się wokół skały były jego ramionami, obejmującymi całą wyspę. Widok był zniewalający.

Zupełnie taki, jakiego Toa mogli się spodziewać po Świątyni Słonecznego Kryształu.

Oszołomiona Dalla przeniosła na moment spojrzenie z budowli na miejsce, w które wcisnęła mapę i zauważyła, że już jej tam nie ma - zniknęła między szczelinami w nowopowstałym podłożu. Załapała się za ramię, dziwnie osłabiona. Czuła się, jakby jakaś spora część jej umysłu właśnie go opuściła… a jednak z drugiej strony, nadal czuła w nim nieznaną obecność.

Głos Purrika, który stanął obok niej na przedzie grupy, by lepiej przyjrzeć się świątyni, wyrwał ją z zamyślenia:

- Następnym razem mogłabyś nas ostrzec, zanim zdecydujesz się wyremontować całą okolicę… Jestem cały w piachu.

Dalla posłała mu ciężkie spojrzenie, które zaraz potem spoczęło na Rebisie, gdy ten wysunął się przed grupę i objął wzrokiem świątynię. Jego oczy zabłyszczały, zafascynowane. - Drużyno… jesteśmy u celu - oznajmił z przejęciem w głosie. Istotnie, był niezwykle przejęty, Dalla to zauważyła. Nie dziwiła mu się jednak. W końcu to w głównej mierze dzięki jego zasługom udało im się tu dotrzeć.

Toa spędzili jeszcze chwilę napawając się widokiem budowli, która na dobrą sprawę zjawiła się przed nimi znikąd, jakby wciąż nie mogli uwierzyć w to, co się wydarzyło - jakby bali się, że wszystko okaże się być tylko snem i świątynia w pewnym momencie zniknie. Wreszcie zmierzyli w jej stronę i po pokonaniu szerokich, udekorowanych tajemniczymi symbolami schodów znaleźli się przed zamkniętymi wrotami.

Linie wyryte w podłodze pod ich stopami zajęły się niebieskim światłem, gdy tylko postawili na nich stopy, a to po chwili przeniosło się na symbole wyryte w drzwiach bramy. Moment później oba skrzydła mozolnie rozsunęły się na boki, ukazując drużynie ciemne wnętrze świątyni.

Rebis rzucił spojrzenie ziejącemu ze środka półmrokowi.

- Zdobądźmy to, po co tu przyszliśmy - powiedział i wkroczył do świątyni.

Reszta drużyny bez słowa podążyła jego śladem.

***


Przedsionek świątyni utrzymany był w tej samej kolorystyce, co cała budowla. Beżowe ściany oświetlił blask żółtych kamieni zawieszonych pod sklepieniem, gdy tylko Toa znaleźli się wewnątrz, jakby aktywowali jakiś pradawny czujnik.

Pomieszczenie było przestronne, choć nie należało do największych. Ściany podtrzymywane były przez skromne kolumny udekorowane symbolami, które drużyna widziała już wcześniej, biegnącymi od podłogi do sufitu. Przed ekipą mieściły się szerokie schody, wiodące ku wysokim, otwartym wrotom, które prowadziły do dalszej części świątyni, jeszcze nieoświetlonej.

Z jakiegoś powodu, cały pokój wydawał się Toa niezwykle… przytłaczający.

- Też to czujecie? - Rebis rozmasował skronie, w których zaczął gromadzić się ból i spróbował zmaterializować kulę ognia, by poprawić sobie widoczność w nienajlepszym blasku Kamieni Świetlnych, odkrywając ze zdumieniem, że coś go przed tym blokuje. - Co się…

- Te ściany - odparł Izaki, stukając palcem w pobliską kolumnę. - To metal.

- Ultian?

- Nie, ale ma bardzo podobny skład… - Toa Lodu dokładnie przeanalizował ścianę soczewką swojej maski. - Raczej nie ma co liczyć na nasze moce.

Drużyna wymieniła spojrzenia i ruszyła przed siebie. Z przedsionka przedostali się do długiego, ciemnego korytarza, w którym pomału zapalały się kolejne światła. Tutejsze kolumny podtrzymujące sklepienie były wykonane w dużo bardziej kunsztownym stylu, a pomiędzy każdą z nich mieściła się rzeźba przedstawiająca nieznanego drużynie wojownika, obwieszona licznymi drogocennymi ozdobami, błyszczącymi w blasku kamieni. Na końcu korytarza ekipa dostrzegła dwuskrzydłowe drzwi otwarte na oścież. Mrok nie pozwalał ocenić, co się za nimi znajduje.

- Nie chcę brzmieć jak pesymista, ale ta cała sprawa z żywiołami może być z lekka… problematyczna - powiedział Purrik. - Nadal nie spotkaliśmy tego całego strażnika z przepowiedni… Akkaratusa, czy jak?

- Nie wszystko zapisane w przepowiedni musi okazać się prawdą - stwierdził Rebis. - Poza tym, wciąż nie wiemy, co nas czeka w tej świątyni. A nawet jeśli faktycznie mielibyśmy się z nim zmierzyć… Zaszliśmy tak daleko, że jedna kolejna przeszkoda nie będzie stanowić dla nas problemu.

- Rebis ma rację - włączył się Ragan. - Nie myślmy teraz o tym. Rozejrzyjcie się. - Powiódł dłonią po korytarzu. - To fascynujące, w jakim idealnym stanie to wszystko się zachowało przez tak długi czas.

- Och, to z pewnością fascynujące dla kogoś lubującego się w antykach jak ty - odparł Izaki. - Ja bym jednak wolał skupić się na tym, co przed nami.

W odpowiedzi Toa Ziemi jedynie pokręcił głową z cichym westchnieniem.

Purrik obrzucił spojrzeniem rzeźby śledzące ich martwym wzrokiem. Uwiecznione w nich postacie przypominały Toa, zamiast masek nosiły jednak hełmy, z których niektóre tylko częściowo zasłaniały twarze, zupełnie niepodobne do żadnej znanej mężczyźnie istoty. Nie to jednak najbardziej przykuwało jego uwagę - Toa Powietrza bardziej skupiał się na zawieszonych na rzeźbach licznych świecidełkach. Były aż nadto… kuszące.

- Właściwie, to te całe ozdoby na dobrą sprawę do nikogo nie należą, ta? Myślicie, że ktoś miałby coś przeciwko, gdyby je stąd zabrać?

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - odrzekł Ragan. - Skarby starożytnych cywilizacji czy nie, na twoim miejscu niczego bym stąd nie kradł.

Purrik wydął usta.

- Skąd myśl, że miałbym coś ukraść? Tak tylko pytałem. - Rzucił spojrzenie Izakiemu. - A ty się zamknij.

- Niczego nie powiedziałem.

- Ale chciałeś. A to jeszcze gorsze.

Nagle płyta, na której stanął, ugięła się pod jego stopami i z otworu w ścianie po lewej stronie wystrzeliła ostro zakończona włócznia. Purrik w ostatniej chwili odchylił się przed nią, a ta przeszyła powietrze ledwie kilka milimetrów od jego piersi i wbiła się w przeciwległą ścianę, pozostawiając na niej siatkę pęknięć.

Toa zamrugał, oszołomiony.

- Dobra, dobra, rozumiem. Nie będę nic stąd kraść, jasne?

Grupa zatrzymała się. Idący na przedzie Rebis obrócił się i zmrużył oczy.

- Pułapka. Uważajcie pod nogi.

Ragan zamyślił się.

- Może to Dalla powinna iść z przodu? Dzięki niej nie trafimy na więcej niespodzianek.

Pozostali Toa spojrzeli na dziewczynę. Ta tylko objęła się ramieniem i spuściła wzrok.

- Ja…

- Nie ma takiej potrzeby, będziemy ostrożni - powiedział Rebis. - Poza tym Dalla nie wie, gdzie znajdują się pułapki. Prawda? - Zerknął na przyjaciółkę.

Dalla powiodła wzrokiem po podłodze. Rzeczywiście, w jakiś sposób wiedziała, gdzie stawiać kroki, dzięki czemu nie uruchomiła po drodze żadnej z pułapek… ale tak samo było z pozostałymi Toa, aż do teraz. To musiał być przypadek… czy nie?

- Cóż - odezwał się Kaleva - na pewno będę czuł się bezpieczniej z nią na przedzie niż z takim Purrikiem…

- Hej!

- …w końcu Dalla wydaje się być z nas wszystkim najlepiej obeznana z tym miejscem… z jakiegoś powodu.

Toa Wody spojrzała w stronę końca korytarza. Ta obecność… Obecność, którą czuła skrytą gdzieś w głębi swego umysłu… Dalla wiedziała, że jeszcze jej nie opuściła. Ale… czy naprawdę była w stanie wskazać drużynie właściwą drogę? Co się tak naprawdę z nią działo? Gdzieś wewnątrz, oprócz nieznanej siły, która wpływała na nią przez cały ten czas, czuła też obawę. Obawę o to, czym powoli zaczynała się stawać.

Usłyszała obok siebie ciche gruchanie Aza, który otarł się dziobem o jej maskę. Zacisnęła pięści. Nie. Nie było teraz czasu na obawy.

Rebis spojrzał na nią, zatroskany.

- Dalla, jeśli nie chcesz…

Przerwał, gdy Vox położył mu dłoń na ramieniu. Odwrócił wzrok, spoglądając na Toa Dźwięku.

- Mogę iść z nią na przedzie - odezwał się mężczyzna w Hau. - Osłonię ją polem, gdyby coś się działo.

Toa Ognia zawahał się przez chwilę - tylko przez chwilę. Potem przeniósł spojrzenie na Dallę i dostrzegł w jej oczach, że chce to zrobić. Nie mógł jej powstrzymywać. Stała się Toa, wytrenowaną przez niego wojowniczką, przestała być bojaźliwą Matoranką, która potrzebowała jego opieki.

Skinął głową.

- Dobrze. Niech tak będzie - powiedział. - Chodźmy.

Ekipa ruszyła dalej, na czele z Voxem i Dallą, która z typową dla siebie lekką dozą niepewności wskazywała aktywujące pułapki płyty, wciąż będące z nieznanych dla dziewczyny powodów widoczne dla niej jasno i wyraźnie. Pozostali Toa pozostawiali w nich żłobienia swoich ostrzy, by ułatwić sobie drogę powrotną.

Korytarz zaprowadził ich do sali, która na dobrą sprawę była jego szerszą i wyższą wersją. Kolumny w kolorze miedzi oddzielające od siebie kolejne statuy wnikały w łukowate sklepienie, przyozdobione starożytnym pismem i malowniczymi freskami. Ktokolwiek wybudował to miejsce, postarał się, by sprawiało ono odpowiednie, imponujące wrażenie… Nie przypominało jednak czegoś, co miało zachwycić przybyszów - a bardziej oddać cześć… komukolwiek, w co wierzyli starożytni architekci.

Drużyna zwolniła na moment, by lepiej przyjrzeć się pokrywającym sufit malowidłom. Przedstawiały one dwie postacie, niemal kontrastujące ze sobą, a jednak na swój sposób podobne. Jedna z nich miała naznaczoną ostrymi, wręcz agresywnymi konturami sylwetkę dobrze zbudowanego wojownika. Twarz mężczyzny skrywał hełm w kształcie czaszki, okolony parą powykręcanych rogów. Druga postać była kobietą o delikatnej, niemal kruchej posturze i parze anielskich skrzydeł rozpościerających się za nią. Zbroje obydwu istot pokryte były starożytnymi symbolami, oddanymi z najdokładniejszą precyzją na malowidle. Przez neurony wszystkich Toa przemknęła ta sama myśl - kim były te postacie?

Vox zatrzymał się na moment i zignorował coraz silniejszy ból w jego skroniach, by móc lepiej przyjrzeć się sylwetce kobiety. Nie wiedzieć czemu, zdawało mu się, że gdzieś już ją wcześniej widział…

Nagle momentalnie wyrwał się z rozmyślań. Jego wyostrzony słuch wyłapał kliknięcie mechanizmu znacznie szybciej od kogokolwiek z ekipy. Mężczyzna rzucił się na Dallę i w ostatniej chwili uchronił ją przed spadającą ścianą metalu, która w okamgnieniu oddzieliła ją i Voxa od reszty drużyny. W powietrze wzniósł się pył, który zawisł w nim wraz z echem potężnego łupnięcia stali o podłoże.

Toa Dźwięku i Wody podnieśli się i w półmroku ujrzeli przed sobą stalową barierę, za którą zniknęli ich towarzysze. Az, który dostał się tu z nimi, usiadł na barku dziewczyny i przekrzywił głowę, wpatrując się zaciekawiony w metal. Gdy echo wreszcie umilkło, zza ściany dobiegł ich przytłumiony głos Rebisa:

- Co to do… Dalla, Vox? Jesteście cali?

Mężczyzna w Hau obejrzał się i strzepnął z ramienia skalne granulki.

- W porządku, nic mi nie jest - odparł, starając się przebić głosem przeszkodę i zerknął na Dallę. Wydawała się oszołomiona, ale nie była ranna. - Dalli też. Co z wami?

W odpowiedzi dało się słyszeć Izakiego:

- Purrik, jak słowo, miałeś niczego nie dotykać!

- Hej! Tym razem to nie ja!

- Uspokójcie się obydwaj i cofnijcie się - wtrącił się głos Ragana, a po chwili dołączył do niego dźwięk uruchamianego wiertła. - Uwaga!

Donośny huk, jaki nastąpił moment później, zadzwonił w uszach Toa i wzniósł w powietrze kolejne obłoki pyłu. Bariera jednak ani drgnęła.

- Niech to… - stłumione przekleństwo Toa Ziemi rozbrzmiało wśród echa uderzenia. - Czy każdy metal na tej wyspie musi być niezniszczalny? Musimy znaleźć jakąś drogę, jak obejść tę ścianę.

Vox odwrócił się i zmierzył spojrzeniem tę część pomieszczenia, w której zostali uwięzieni. Odchodzący z niej korytarz prowadził do dalszej części świątyni, nigdzie nie było jednak śladu żadnego bocznego przejścia. Nie było teraz czasu na szukanie go. I tak zmarnowali go wystarczająco dużo… Przeniósł wzrok na Dallę, szukając w myślach odpowiednich słów, lecz przestał, gdy napotkał jej spojrzenie. Nie musiał nic mówić. Ona myślała to samo.

- Nie. Nie ma teraz na to czasu - powiedział do towarzyszy za ścianą. - Wróćcie na zewnątrz i zabezpieczcie wejście. My pójdziemy dalej.

- Co? Mamy się teraz rozdzielić? - Vox rozpoznał w tym dźwięku głos Rebisa. - Nie możecie iść tam sami, nie ma mowy!

- Im szybciej dotrzemy do Kryształu, tym lepiej. Nie wiemy, jak blisko jest Kraavos. Nie możemy tu stać i czekać aż znajdziecie inne przejście - o ile takie w ogóle istnieje!

Długa chwila ciszy.

- Rebis - Dalla odezwała się niespodziewanie. - On ma rację. Wiesz, że ma.

Metal z pewnością był gruby, lecz Vox mógłby przysiąc, że usłyszał za nim ciche westchnięcie Toa Ognia.

- Jak się potem stąd wydostaniecie? - Tym razem jego ton był znacznie spokojniejszy.

- Jeśli nam się uda, będziemy mieli przy sobie artefakt o boskiej mocy - powiedział Vox. - Myślę, że przedostanie się przez tę przeszkodę nie będzie żadnym wyzwaniem.

Kolejna chwila milczenia. Vox i Dalla nie mogli go widzieć, ale wyobrażali sobie Rebisa otoczonego spojrzeniami pozostałych Toa, bijącego się z myślami.

- W porządku - odrzekł wreszcie. - Zróbmy tak. Jak długo mamy na was czekać przed świątynią?

Dwójka Toa wymieniła spojrzenia.

- Tak długo, ile uznacie za stosowne - powiedział Vox.

Ponowne westchnienie. Długie i ciężkie, aż nazbyt dobrze słyszalne po tej stronie bariery.

- Uważajcie na siebie. Dalla…

- Wiem - odparła dziewczyna. - Będę.

W tej na chwili na twarzy Rebisa z pewnością pojawił się półuśmiech.

- Do zobaczenia na zewnątrz - ostatnie słowa czerwonego Toa dobiegły zza ściany. Po nich były już tylko słabnące odgłosy kroków drużyny.

Pozostała trójka pozostała jeszcze przez moment na miejscu. Wreszcie cała grupa wymieniła między sobą spojrzenia - Dalla, Vox i Az - po czym oddaliła się od bariery, ruszając w nieznane.

***


Dalsza część świątyni prezentowała się jeszcze okazalej od tego, co do tej pory zwiedzili. Rozległe pomieszczenia uświadomiły im, że ich wcześniejsze stwierdzenie o braku bocznych przejść było błędne - dwójka Toa i Rahi coraz częściej natykali się na odnogi korytarzy i drzwi w kątach masywnych sal, przypominających swojego rodzaju śluzy, wszystkie jednak były zamknięte i niemożliwe do otworzenia, pozostawiając grupie tylko jedną drogę, tę, która - przynajmniej w ich odczuciu - prowadziła do Słonecznego Kryształu. Do tej pory dzięki Dalli udało im się uniknąć jakichkolwiek pułapek - to znaczy, poza tym jednym razem, kiedy to Toa Wody zatrzymała się na moment, nie będąc pewna, która z płyt przed nimi aktywuje przeszkodę, a Vox postanowił zaufać własnej intuicji i omal nie nadział się na kolec, który wystrzelił z ziemi pod jego stopami. Zauważyli, że żadne z pułapek nie były wcale trudne do ominięcia, a wręcz prymitywne - zupełnie tak, jakby świątynia pełniła niegdyś rolę innej budowli, dopiero potem umieszczono w niej te wszystkie przeszkody, w pośpiechu i bez przykładności.

Ponadto odkryli, że stopniowo znajdują się coraz niżej - wszystkie schody, choć nie było ich wiele, na jakie się natknęli, zawsze prowadziły w dół, nigdy w górę.

Vox rozglądał się nieustannie dookoła, skupiony na wyłapywaniu jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, które mogłoby zagrozić Dalli. Żałował, że tutejsze ściany nie pozwalają mu na korzystanie z mocy Dźwięku - chętnie odciąłby od docierających do jego uszu odgłosów dźwięki gruchania Aza, które zaczynały powoli stawać się irytujące. Choć nie tak bardzo jak ból w skroniach. Odkąd tu przybyli, ten cały czas się nasilał, omal nie doprowadzając wojownika do szału. Chcąc jakoś odwrócić od niego uwagę, Vox odezwał się do idącej przy nim towarzyszki:

- Na pewno idziemy dobrą drogą?

Dalla odetchnęła tylko cicho, najwyraźniej już od dłuższego czasu spodziewała się tego pytania.

- Po prostu idę tam, gdzie zdaje mi się podpowiadać ten… głos… z tyłu mojej głowy. - Postukała palcem o bok maski. - Ale nie wiem, na ile możemy mu zaufać.

- Wcześniej się tak nie zachowywałaś - zauważył Vox.

- Wcześniej ta obecność nie była tak silna. Wydaje mi się, że… im bliżej jesteśmy Kryształu, tym donośniejszy jest ten głos… Ale nie chcę, żebyście traktowali mnie jak jakąś wyrocznię. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje.

Toa Dźwięku przytaknął powoli, po czym dalej szli w milczeniu. Niezbyt udała mu się ta próba odwrócenia uwagi od bólu, narastającego wraz z gęstnieniem półmroku, gdy do części świątyni, do których się zapuszczali, docierało coraz mniej światła. Dalli najwyraźniej również zaczął on dokuczać, gdyż po chwili sama podjęła rozmowę - choć może zrobiła to z czystej ciekawości:

- Jeśli mogę zapytać… co się z tobą działo po tym, jak się od nas odłączyłeś?

Mężczyzna zastanawiał się przez moment nad odpowiedzią.

- Powiedzmy, że trafiłem na pewną… istotę - długo zdawał się szukać odpowiedniego słowa - która początkowo pomogła mi wylizać się ze wszystkich ran, ale tylko po to, by móc mnie potem na swój sposób… zniewolić. Ale nie to było najgorsze. Z jakiegoś powodu, jakimś cudem… znała wszystkie moje sekrety. To, z czym się borykam w myślach. To, o czym śnię. To, o kogo się martwię. To było… szczerze przerażające.

- Bałeś się? - Dalla uniosła brwi.

- Chyba każdy by się bał w tej sytuacji.

Dziewczyna spuściła lekko głowę.

- Ale mimo to tu dotrwałeś. Nie wiem, jak ja zachowałabym się na twoim miejscu - powiedziała.

- Co masz na myśli? - mężczyzna w Hau zerknął pytająco na postać Toa Wody spowitą w cieniu wypełniającym korytarz, do którego właśnie wkroczyli.

- Są takie momenty, w których się boję… bardziej samego strachu niż czegokolwiek innego. - Dalla zacisnęła w mroku pięści. - Kiedy byłam Matoranką, wszystko mnie przerażało… do tego stopnia, że bałam się spojrzeń ludzi dookoła. Teraz, po zostaniu Toa, po całej tej wyprawie i po tym wszystkim, czego dokonałam, mój strach nie jest już tak silny… ale wciąż go czuję. - Spojrzała na towarzysza. - On tam jest, Vox. Gdzieś w głębi mojego umysłu, tak samo jak ten obcy głos. Czeka na odpowiedni moment, by uderzyć. I boję się, że kiedy znajdę się w sytuacji, w której to zrobi, będę nim zbyt przytłoczona, by się z niej wydostać.

Nastała kolejna chwila ciszy. Toa Dźwięku pomasował palcami bok głowy, próbując zmusić umysł do zignorowania palących skroni i wymyślenia jakichś pokrzepiających słów. Szybko odkrył, że nigdy nie był w tym dobry.

- Nie było mnie z wami przez większość czasu na tej wyspie, więc może moje słowa nie będą dla ciebie nic znaczyć - wypalił w końcu. - Ale podczas rejsu dokonałaś naprawdę wielkich rzeczy. Jestem pewien, że będziesz potrafiła sobie… Dalla?

Dziewczyna zatrzymała się, jedną ręką opierając się o ścianę, a drugą dotykając głowy i wykrzywiła twarz w bolesnym grymasie.

- W porządku… - odparła. - Po prostu… moja głowa… Ach! - Osunęła się nagle na ziemię, Az poderwał się z jej ramienia. Vox rzucił się, by powstrzymać ją przed upadkiem, lecz w tej samej chwili donośnie jęknął, gdy jego skronie eksplodowały bólem.

Łapiąc się za głowę runął na kolana i walcząc z płonącym w jego umyśle ogniem o zachowanie przytomności podniósł wzrok, spoglądając na postać, która zjawiła się u wylotu korytarza. Jej wychudzone ciało okrywała postrzępiona szata, twarz skryta była w cieniu rzucanym przez obdarty kaptur. To ostatnie, co Vox mógł dostrzec, bowiem chwilę potem zwalił się bezwładnie na ziemię, gdy ciemność spowiła również i jego.

Rozdział 22Edytuj

Dalla przebudziła się. Poczucie drętwoty uderzyło w nią z taką siłą, że prawie znów straciła przytomność, jednak zaraz potem jej umysł zaczął powracać do rzeczywistości, a mięśnie na powrót zaczęły się jej słuchać, spróbowała więc podnieść się z ziemi. Przyłożyła dłoń do głowy, by rozmasować obolałe skronie i wtedy poczuła, że coś jest nie tak. Jej maska była inna. Jej dłoń była inna. Nie - ona cała była inna. Rozmazane plamy przed jej oczami pomału zaczęły układać się w proste kształty, a wtedy Dalla coś sobie uświadomiła.

Znów była Matoranką.

Mgła przesłaniająca jej wzrok wreszcie się rozmyła i dziewczyna mogła lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Znajdowała się w Wielkiej Bibliotece - wciąż w jednym kawałku, nie zniszczonej i zrujnowanej po ataku Kraavosa - skrytej w mroku nocy, rozpraszanym jedynym przez słabawe żółte światło lampy stojącej przy jednym z regałów, obok jej włóczni strażniczki i leżącej na ziemi otwartej księgi, znad której Dalla właśnie wstała. Dziewczyna zmarszczyła czoło. Czyżby miała jakieś zwidy? Nie, to wszystko było zdecydowanie zbyt realne - naprawdę była Matoranką i naprawdę stała pośrodku Wielkiej Biblioteki. Skąd więc jej wcześniejsze wspomnienia?

Obróciła się, by ponownie spojrzeć na księgę. Pożółkłe strony pokryte starożytnym pismem jakiegoś pradawnego języka, który zdawał się Dalli znajomy, ale teraz z jakiegoś powodu kompletnie go zapomniała… Czy możliwe, że wszystkie przygody, które wydawało jej się, że przeżyła, tak naprawdę wydarzyły się w jej śnie? Nieraz zaczytywała się w zapisanych w kronikach legendach i nieraz morzył ją sen - czyżby i tym razem była tak zmęczona, że zasnęła nad starożytnym podaniem i sama stała się jego bohaterką poza jawą?

Nie wiedziała, jak długo spała - na zewnątrz wciąż panowała jeszcze noc i po pozycji księżyca na niebie, którą Dalla dostrzegła przez jedno z okien wiedziała, że będzie trwać jeszcze długo. Miała nadzieję, że nikt nie był świadkiem, jak śpi zamiast stróżować - chociaż Matoranka zawsze sięgała po księgi tylko po tym, jak zamknęła wszystkie wejścia, a wszyscy odwiedzający Bibliotekę ją opuścili. I tak nie przychodziło ich tu nigdy za wiele… właśnie dlatego zdecydowała się tu pracować.

Podniosła księgę, zamknęła ją i odłożyła na miejsce - jak zawsze starannie, by jej nie uszkodzić - po czym podniosła lampę, chwyciła włócznię w drugą dłoń i zaczęła przechadzać się po świątyni. Miała jeszcze dużo czasu do rana, powinna więc znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Szła między kolejnymi regałami, rozmyślając o swym śnie. Lampa oświetlała przed nią ciemne wnętrze biblioteki, a dźwięk jej kroków odbijał się echem od ścian budowli. Dalla tak wiele czasu spędziła samotnie w ciszy, że zdawać się mogło, iż może wyłapać każdy, nawet najcichszy odgłos. Dlatego właśnie zlękła się, gdy pośród stukotu jej kroków usłyszała nowy, obcy dźwięk.

Przyjęła bojową postawę, wystawiając włócznię przed siebie i zaczęła rozglądać się dookoła. Światło lampy nie było jednak wystarczająco mocne, by móc kogokolwiek dostrzec, a kroki przybysza, podobnie jak jej same, roznosiły się echem po całym budynku, przez co trudno było jej stwierdzić, skąd dochodzą.

Dalla zapewne krzyknęłaby na całe gardło, gdyby strach nie odebrał jej głosu, podskoczyła więc jedynie gwałtownie i obróciła się, kiedy czyjaś dłoń złapała ją za ramię. W blasku lampy dostrzegła dobrze znaną jej sylwetkę Ta-Matoranina, czerwoną Hunę, niebieskie błyszczące oczy i dziarski uśmiech.

- Rebis? - zapytała zaskoczona Dalla, gdy uczucie ulgi przywróciło jej mowę.

Nie było mowy o pomyłce. Stał przed nią nikt inny jak jej przyjaciel, odziany w czerwono-szarą zbroję, z przewieszoną przez ramię skórzaną torbą i wyglądał na niezwykle rozbawionego.

- Ha, ha, powinnaś zobaczyć swoją minę! - zaśmiał się Matoranin, opierając dłonie na biodrach. - Aż za łatwo jest cię przestraszyć.

Dalla potrząsnęła głową, nic z tego nie rozumiejąc.

- Rebis, co ty tutaj robisz? Jest środek nocy!

- Wiem, wiem, ale właśnie wróciłem z wyprawy na Południowe Wyspy, mam ci tyle do opowiedzenia, nie mogę czekać do rana! Chyba znajdziesz dla mnie trochę czasu?

Początkowo Dalla nie miała zamiaru odmówić. Wizyta przyjaciela o tak późnej porze nie należała co prawda do normalnych, ale Rebisowi zdarzały się już większe dziwactwa - a ona zawsze, bez względu na godzinę, uwielbiała słuchać jego opowieści z dalekich podróży. Teraz jednak uderzyły w nią wyrzuty sumienia.

- Rebis… Nie powinno cię tu być - powiedziała cicho.

- Co? Och, daj spokój, chyba mnie stąd nie wyrzucisz?

- Rebis, jeśli Turaga się o tym dowie…

- Turaga? - Matoranin zaśmiał się, jakby właśnie opowiedziała mu jakiś dobry żart. - Przecież on jest taki potulny, nic ci nie zrobi za to, że pozwoliłaś swojemu staremu znajomemu pobyć przez chwilę w nocy w bibliotece. - Położył dłoń na jej barku, by ją uspokoić. - No dalej.

Dalla zebrała się w sobie. Poczucie lęku przed konsekwencjami niewywiązywania się ze swoich zadań nasiliło się. Jako strażniczka Wielkiej Biblioteki miała kategoryczny zakaz wpuszczania kogokolwiek do środka po zamknięciu bram. Nie chciała robić tego Ta-Matoraninowi, ale powinna zacząć bardziej sumienne podchodzić do swoich obowiązków.

- Nie, Rebis - odparła stanowczo, aż sama się sobie dziwiąc. - Wysłucham cię z samego rana, naprawdę. Ale teraz powinieneś już iść. Nie chcę mieć przez ciebie żadnych kłopotów.

Matoranin wywrócił oczami.

- Dobra, niech ci będzie - westchnął. - Trzymaj w takim razie to.

Podał jej swoją skórzaną torbę. Dalla popatrzyła na nią ze zdumieniem.

- Co to jest?

- Prezent, który przywiozłem ci z podróży. Skoro nie chcesz, żebym ci o niej opowiedział, masz przynajmniej tyle. Do zobaczenia rano! - Odwrócił się i zmierzył w kierunku wyjścia, machając na pożegnanie, jeszcze nim dziewczyna zdołała chociażby zajrzeć do torby.

Matoranka wpatrywała się w jego odchodzącą sylwetkę, tonącą w mroku, czując się coraz bardziej głupio. Przywiózł dla niej upominek, a ona tak po prostu kazała mu wyjść? Dobrze, że Rebis nie był taką osobą, która zbytnio by się tym przejęła… Dalla miała ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Oparła się o jeden z regałów i osunęła na podłogę, wzdychając ciężko. Sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej otrzymany przedmiot, by lepiej się mu przyjrzeć.

Upuściła go z krzykiem na podłogę i zamarła.

Na polerowanej posadzce przed nią leżała biała Kanohi Kakama, obdrapana, splamiona krwią i ubrudzona pyłem. Ta sama, którą miała na sobie Toa Hikira w chwili, gdy zginęła z rąk Kraavosa w Wielkiej Bibliotece. Wielkiej Bibliotece, którą to Dalla miała chronić.

Matoranka przywarła mocniej do regału, chcąc znaleźć się jak najdalej od tego straszliwego widoku, gdy nagle wszystko wokół niej się zatrzęsło, a ściany biblioteki runęły w dół, odsłaniając rozgrywającą się bitwę na tle szalejącej burzy. Zimny deszcz ciął z szumem chłodne jak lód powietrze, a ziemia drżała od kroków mechanicznych żołnierzy. Dalla przeturlała się po wilgotnym gruncie, unikając zbłąkanych laserowych bełtów oraz wiązek Rhotuka i rzuciła się biegiem do ucieczki. Zdołała jeszcze chwycić w śliskie od deszczu palce swoją włócznię, nim regał, przy których jeszcze chwilę temu się znajdowała, został rozniesiony w pył przez strumień czerwonej energii.

Nagła eksplozja gdzieś w jej pobliżu wyrzuciła ją drżącą w powietrze. Dalla upadła parę bio dalej i zaczęła uciekać na czworaka, cała przemoknięta, zmarznięta i przerażona do granic możliwości, dopóki nie uderzyła o coś, co okazało się być postacią Toa, którego pierś przebiło nagle lśniące w świetle błyskawic ostrze. Dalla dygocząc patrzyła, jak bezwładne ciało wojownika pada i zlewa się z ciemną ziemią, odsłaniając odwróconą do niej plecami sylwetkę zabójcy z ręką wystawioną za siebie, zakończoną śmiercionośną klingą. Zbyt sparaliżowana strachem by się ruszyć, Matoranka obserwowała powoli odwracającego się ku niej Kraavosa, świecącego szkarłatem ślepi w mroku nocy.

Niespodziewany przypływ adrenaliny uderzył w jej mięśnie i poderwał ją na nogi. Dalla zaczęła cofać się chwiejnym krokiem, gdy nagle odkryła, że za jej plecami znajduje się ziejąca chłodem przepaść. Spojrzała za siebie, na kilka skalnych odłamków, które spadły w ciemną pustkę, po czym przeniosła wzrok na idącego w jej stronę Kraavosa. Wszystkie ciemne kształty w tle przestały toczyć bitwę i również ku niej zmierzyły, tworząc zastęp cieni za generałem. Dalla zamarła i zaczęła wpatrywać się w nieubłaganie zbliżające się do niej mroczne istoty, stojąc na skraju otchłani. Nie miała dokąd uciec.

***


Vox ocknął się nagle, podniósł do pozycji półsiedzącej i rozmasował obolałe skronie. Rozejrzał się wokół i odkrył, że przebywa nadal w tym samym pomieszczeniu, do którego wkroczył wraz z Dallą i Azem - z tą różnicą, że teraz ich już z nim nie było. Toa chwycił w dłoń Dźwiękowe Ostrze, które leżało na ziemi opodal niego i wstał na równe nogi, jeszcze raz wodząc wzrokiem po korytarzu. Nie podobało mu się to, że pozostał sam - pomijając to, że bez Dalli nie miał jak kontynuować misji, nie wiedział, co stało się z jego towarzyszami i czy wkrótce to samo nie miało stać się z nim. Ponadto wciąż miał w głowie obraz dziwnej istoty, majaczącej w korytarzu na moment przed jego utratą przytomności, który tylko podsycał jego niepokój.

Oparłszy miecz o ramię, ruszył przed siebie, nadstawiając uszu na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nie znalazł się nawet w połowie korytarza, gdy nagle usłyszał jej głos.

Vox?

Naprężył się jak struna, wyszukując słuchem źródła dźwięku. Ten głos… Nie słyszał go ledwie przez kilka tygodni, dla niego jednak zdawała się to być wieczność.

Vox, gdzie jesteś?

Arctica…

Rzucił się biegiem w kierunku, z którego dobiegał go głos przyjaciółki. Nie zważał już na to, co stało się z Dallą i Azem, obchodziło go tylko dotarcie do Arctici… Jeśli był jakikolwiek cień szansy, że udało jej się przeżyć…

Wypadłszy z korytarza znalazł się w wielkiej, wysokiej sali wybudowanej na planie koła, ledwie oświetlonej przez kilka kamieni zawieszonych pod sklepieniem. Na jego końcu dostrzegł Arcticę - jej widok wydał mu się tak nierealny, że zatrzymał się w miejscu, jakby bojąc się, że gdy tylko się poruszy, wszystko okaże się być tylko snem czy wizją. A jednak kolejne sekundy upływały, a ona wciąż tam stała, dokładnie taka sama jak w dniu, w którym widział ją po raz ostatni, kiedy znikała w objęciach wzburzonego morza, wypadając poza pokład „Chimery” w trakcie sztormu. Vox dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo mu jej brakowało - stracił już wiele osób, jeszcze nie tak dawno pożegnał się ze swoimi towarzyszami, być może na zawsze, ale to jej strata najbardziej go raniła.

Oczy Toa Lodu zaświeciły się na widok mężczyzny. Vox na moment zapomniał o misji i zbliżył się do przyjaciółki. Mieli sobie tak wiele do powiedzenia… Zrobił kolejny krok. I wtedy oczy dziewczyny rozszerzyły się i zgasły, a jej usta otwarły w niemym krzyku. Arctica wydała z siebie ciche sapnięcie, gdy niespodziewanie jej pierś została przebita od tyłu przez ostrze miecza. Vox znieruchomiał i z osłupieniem patrzył, jak klinga ponownie znika za plecami dziewczyny, a ciało Toa Lodu pada bezwiednie na ziemię, odsłaniając postać jej zabójcy.

Widok, który Vox ujrzał przed sobą, zmroził mu krew w żyłach.

Nad broczącym krwią ciałem Arctici stał nikt inny jak on sam, odziany w kolczastą zbroję, tę samą, którą Vox widywał w niemal każdym swoim śnie, odkąd został Toa. Na moment wspomnienie wszystkich tych koszmarów przeszyło jego umysł, przyprawiając go o dreszcze. Dziwaczna zjawa, postać z jego najskrytszych lęków, istota, której istnienia sam do końca nie rozumiał, stała tu teraz, przed nim, ściskając w dłoni miecz splamiony krwią jego przyjaciółki i przeszywając go swoim obcym, chłodnym spojrzeniem.

Toa Dźwięku nie miał wątpliwości, co powinien teraz zrobić.

Chwycił oburącz Dźwiękowe Ostrze i rzucił się z gniewnym okrzykiem na ustach na swojego sobowtóra. Miecze obydwu wojowników zderzyły się ze sobą, a ich szczęk rozniósł się po komnacie niczym echo po górskiej jaskini.

***


Dalla wystawiła desperacko włócznię przed siebie. Broń drżała w jej zmokniętych dłoniach, podobnie jak całe jej ciało. Musiała wyglądać naprawdę komicznie, stojąc na skraju urwiska, trzęsąc się ze strachu i próbując bronić się przed znacznie większym od niej Kraavosem i jego armią cieni.

- Nie zbliżaj się! - krzyknęła załamanym głosem.

Ku jej zdumieniu, Kraavos i jego mroczne zastępy zatrzymali się. Zaraz potem wśród szumu deszczu i grzmotów błyskawic rozległ się długi metaliczny śmiech generała, a jego kościste barki zadrżały, rozbryzgując uderzające o nie krople lodowatego deszczu.

- Co takiego możesz sama zrobić, mała Matoranko? - zadrwił z niej Kraavos. - Nie potrafiłaś nawet obronić świątyni, której przyrzekałaś strzec. - Jego oczy zwęziły się w cienkie szparki. - Nie mogłaś ocalić twej Toa Błyskawic przed śmiercią.

Kolejne fragmenty gruntu oderwały się i zniknęły w otchłani za plecami Dalli. Przerażona dziewczyna spoglądała na przemian za siebie i na będące coraz bliżej niej mroczne istoty. Po chwili do głosu generała dołączył kolejny:

- To prawda. To z twojej winy ona zginęła.

Matoranka zadrżała, gdy jeden z cieni przybrał postać Toa Hserga. Moment później kolejny z nich uformował się w postać Auerieusa, wpatrującego się w Dallę z wielkim wyrazem zawodu na twarzy.

- Teraz rozumiem. To był mój błąd. Kamień Toa nigdy nie powinien był trafić w twoje ręce.

- Dokładnie tak! - Następny cień zmaterializował się obok Toa Plazmy, przyjmując wygląd Purrika. - Ktoś taki jak ona nigdy nie powinien zostać Toa! Jedyne, co robiła, to zagrażała misji. Nie potrafiła nawet upilnować jednej, maleńkiej mapy!

Włócznia drżała w jej dłoniach, gdy Dalla balansowała na skraju przepaści, nie mogąc zrobić nic więcej. „Przestańcie… Błagam, przestańcie”, chciała krzyczeć, lecz z jej gardła nie wydobywał się żaden odgłos.

- Co za bezużyteczny kamrat, nie potrafił nawet uchronić mojego statku przed sztormem, ha! - Do tłumu cieni dołączył Oduna, wymachując hakiem w kierunku Dalli. - I cały czas ciągała za sobą mojego biednego Aza, narażając go na niebezpieczeństwo!

- Kamień Toa powinien trafić w ręce kogoś, kto byłby pożytkiem dla drużyny - powiedział Vox, który nagle zjawił się wśród tłumu. - Kogoś, kto nie pozwoliłby jej umrzeć w trakcie sztormu!

Kolejna błyskawica przeszyła niebo. Dalla niemal miotała się na krawędzi urwiska, wstrząsana lękiem, a słowa każdej ze zjaw odbijały się echem w jej głowie. Wszystkie z nich rozrywały jej serce, żadne jednak tak bardzo jak te, które wypowiedział Rebis, nagle wyłoniwszy się z tłumu:

- Jesteś porażką, Dalla. Nigdy nie powinienem był cię trenować. Nigdy nie powinienem był do ciebie wracać.

Nie same jego słowa tak bardzo ją raniły. Lecz to, w jaki sposób je wypowiedział - beznamiętny, chłodny, pozbawiony jakiegokolwiek uczucia, nawet gniewu czy smutku. Po prostu pogodził się z tym, że go zawiodła, i nie było mu nawet z tym żal. To bolało ją bardziej niż którekolwiek z innych wytkniętych jej porażek i wwierciło się w jej umysł tak głęboko, że nie mogła przestać o tym myśleć. Powoli czuła, jak traci zmysły. Zachwiała się na moment, walcząc o zachowanie równowagi, by nie spaść w ciemną pustkę, podczas gdy mroczne zjawy były coraz bliżej.

- Dalej, mała Matoranko - wycharczał Kraavos, przypominając bardziej wyolbrzymioną inkarnację jej lęków niż samego siebie. - Pozwól strachowi cię pochłonąć.

- Nie! - krzyknęła Dalla, upuszczając włócznię na ziemię i łapiąc się za głowę. Kucnęła i skuliła się w kłębek, drżąc nad przepaścią, dopóki nie zobaczyła jednego, ciemnego kształtu unoszącego się nad pozostałymi. Postać odziana w postrzępioną szatę, skrywająca twarz pod kapturem, lewitowała ponad głowami cienistych zjaw i zdawała się im w jakiś sposób przewodzić. Dalla nie miała już żadnych wątpliwości - wszystko wokół niej było iluzją stworzoną przez to coś, wizualizacją jej lęków i koszmarów… przerażająco prawdziwą.

Matoranka podniosła głowę i, starając się przebić głosem dźwięki szalejącej burzy i zbliżających się potworów, krzyknęła do zjawy:

- Czym jesteś?! Dlaczego mi to robisz?! Przestań!

Głos zjawy zabrzmiał w jej głowie jak potężny dzwon:

Jak śmiesz mi rozkazywać, mała, nędzna istoto? Jestem Strażnikiem Wszechkryształu, Władcą Strachu, Panem twoich Lęków i Koszmarów. Wkroczyłaś do mojego Królestwa, z którego już nigdy nie będzie dane ci się wydostać.

Dalla podparła się włócznią, walcząc ze wzmagającą się wichurą, która próbowała zepchnąć ją w przepaść. To tylko iluzja, powtarzała sobie w myślach dziewczyna, to tylko iluzja… W rzeczywistości nadal była Toa Wody, uwięzioną gdzieś w świątyni Słonecznego Kryształu, mającą wszechświat do ocalenia. Nieraz pokazała swoje męstwo, wykazała się odwagą… Nie była już tą słabą, kruchą, lękliwą Matoranką… Nie bała się… Nie powinna się już bać… Potrafiła zapanować nad strachem… czy nie?

Widmowa postać najwyraźniej wyczuła jej myśli, bowiem ponownie zagrzmiała:

Nieważne, na jak dzielną będziesz wyglądać, nieważne, jak odważnych czynów będziesz dokonywać… Nigdy nie wyplenisz strachu, który od zawsze gnieździł się w twoim sercu… Nawet, gdy starasz się go przezwyciężyć, on wciąż tam jest i rośnie w siłę… a wraz z nim i ja… wyczekując momentu, w którym będzie mógł się uwolnić i skazać cię na wieczne cierpienie… Momentu, który nadchodzi właśnie teraz!

To wszystko tylko iluzja… to wszystko tylko iluzja…

- Nie!

Nagły, buntowniczy krzyk Dalli odrzucił niespodziewanie wszystkie zjawy do tyłu, jakby uderzył w nie niewidzialną falą. Matoranka wyprostowała się, trzymając w jednej dłoni włócznię, i zmierzyła wzrokiem zawieszonego w przestrzeni ponad nią strażnika, jakby rzucała mu wyzwanie.

- Dawno minął już czas, w którym się ciebie bałam - powiedziała, a jej głos rozniósł się echem dookoła, podobnie jak wcześniej głos zjawy. - Niejeden raz ocaliłam moich towarzyszy… w Przełęczy Brzytw czy w górach tej wyspy… Pokonałam każdą pułapkę, jaką ty i inni strażnicy postawiliście na naszej drodze. To mnie Toa Hikira wybrała, bym została jej następczynią… To mnie wybrał Słoneczny Kryształ, bym doprowadziła do niego moich przyjaciół…

Z każdym kolejnym jej słowem rosła do coraz większych rozmiarów, na powrót odzyskując swoją postać Toa i górując nad Kraavosem, jego zjawami i samym strażnikiem.

- Jestem Dalla… Toa Wody… Władczyni mórz… Pani oceanów… Zostałam wysłana z misją ocalenia wszechświata przed złem… I nie pozwolę… żeby jakaś… mała… nędzna… istota… jak ty… stanęła… mi… na drodze!

Cisnęła swoją włócznią w strażnika, uwalniając oślepiające, białe światło, które unicestwiło wszechobecną wokół ciemność.

***


Klinga w klingę, byli identyczni. Każdy cios, każde pchnięcie, cięcie i sztych wyprowadzone przez Voxa było bezbłędnie parowane przez jego sobowtóra, który na wszystkie z kolejnych ataków odpowiadał tym samym. Pojedynek toczył się już długo - zbyt długo - a mimo to wciąż szala zwycięstwa nie przechylała się na żadną ze stron. Vox wcale się temu nie dziwił - w końcu walczył z samym sobą.

Ale dlaczego? Dlaczego musiał teraz stanąć do walki z tą istotą, którą po raz pierwszy ujrzał w wizji zesłanej mu podczas jego przemiany w Toa, i która ukazywała się w niemal każdym jego śnie od czasu rozpoczęcia wojny? Jakie było jej znaczenie w jego historii? Jakie było jej znaczenie w jego próbie odnalezienia Zaldiara? Jakie było jej znaczenie w jego misji zdobycia Słonecznego Kryształu? I dlaczego teraz stała mu na drodze?

Czuł, że odpowiedź jest blisko, zamknięta w pudełku otoczonym ze wszystkich stron grubymi ścianami, które może rozkruszyć tylko przez zadawanie kolejnych ciosów przeciwnikowi. Ale żeby mu się to udało, musi w końcu zyskać przewagę. Musi w końcu… coś… zrobić…

Toa Dźwięku ugiął się pod naporem rywala, gdy Dźwiękowe Ostrza jego i sobowtóra zderzyły się ze sobą po raz kolejny, a cała siła przeciwnika została przelana w jego ramiona. Vox z każdą kolejną chwilą odchylał się coraz bardziej do tyłu, próbując wykrzesać jakąkolwiek moc ze swoich mięśni, lecz wtedy właśnie odkrył, że nie może. Był w stanie jedynie spoglądać własnym, słabym wzrokiem w puste spojrzenie bijące spod bliźniaczej Kanohi Hau, tak dobrze mu znanej, a jednak tak obcej zarazem. Odkrył, że po prostu nie miał już siły.

Wtedy popatrzył na tonące w krwi martwe ciało Arctici za oponentem. Przypomniał sobie wszystkich tych, którzy zginęli, ponieważ on był zbyt słaby, by ich przed tym uchronić. Przypomniał sobie również, ile razy obiecywał, że nie dopuści już do śmierci nikogo, na kim mu zależało. Oraz ile razy w tym zawodził.

To dodało mu sił.

Uczucie wytchnienia nie nadeszło, kiedy odepchnął od siebie rywala. Nie nadeszło też wtedy, kiedy jednym szybkim ruchem wytrącił broń z jego ręki, ani nawet wtedy, kiedy rzucił się na niego, krzycząc na całe gardło i celując prosto w pierś sobowtóra. Nadeszło dokładnie w tym momencie, w którym Vox upadł splamiony krwią na kolana nad ciałem poległego przeciwnika, przebiwszy na wylot mieczem jego ciało. Przymknął oczy i postanowił już nigdy więcej o tym nie myśleć.

Lecz coś mu tu nie pasowało. Chłodny dreszcz, który przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa zmusił go do otwarcia oczu. Wtedy Vox zobaczył, nad czyim ciałem tak naprawdę klęczy.

I to go przeraziło.

Pod sobą miał zwłoki Matoranina Powietrza, Tahku, przebite jego własnym Dźwiękowym Ostrzem, i których krew splamiła jego zbroję. Vox momentalnie odskoczył do tyłu, wzdrygnąwszy się, i uświadomił sobie, że nie znajduje się już w świątyni Słonecznego Kryształu, lecz na skraju ruin czegoś, co kiedyś zapewne było miastem Artas Nui, a on sam obserwowany jest przez grupę osób stojących na wprost niego.

Podniósł spojrzenie, do tej pory wciąż wbite w zamordowanego Tahku, i ujrzał przed sobą grupę jego najbliższych przyjaciół i towarzyszy broni, z którymi wspólnie walczył w tej wojnie. Wszyscy wpatrywali się w niego z niepokojem i przestrachem, i do Voxa dopiero teraz dotarło, że właśnie zabił niewinnego Matoranina na ich oczach.

Spojrzenie każdego z nich rozrywało go od środka, jednak prawdziwy cios poczuł dopiero wtedy, gdy w grupie dostrzegł Arcticę, całą i zdrową, lecz przerażoną i wtulającą się w postać, w której Vox rozpoznał Toa Nero. Vox zamarł.

- Nie…

Wyciągnął ku niej rękę, dziewczyna jednak tylko odwróciła od niego wzrok i bardziej wtuliła się w towarzysza, który osłonił ją ramieniem przed Voxem. Toa w Hau patrzył na nią - na nich wszystkich - i pragnął tylko, by ten koszmar jak najszybciej się skończył.

- Nie…

To twoja wina.

- Nie!

Dudniący głos dochodził gdzieś z góry, z zawieszonej nad jego głową ciemnej pustki i zdawał się wbijać w umysł mężczyzny jak ostra brzytwa.

Zginęli przez ciebie.

- Nie!

Zalała go fala obrazów martwych ciał, wszystkich należących do osób, których śmierci nie potrafił zapobiec lub których śmierci sam się dopuścił. Bolesne wspomnienia wypalały mu jaźń jedno po drugim. Najpierw Tahku. Potem Elaineh. Taive. Toska. Mala. Hikira. Widok każdego z nich migał przed jego oczami, nawet wtedy, kiedy je zamknął, a po chwili wszystkie przeistoczyły się w obraz trawionej przez ogień wyspy, w której Vox rozpoznał własną ojczyznę Neitu, teraz zmienioną w płonące ruiny. Pośród których ujrzał ją, stojącą samotnie na tle zgliszcz, obolałymi oczami wyglądającymi spod złotej Hau wpatrując się w jego rozszarpywany umysł.

Zostawiłeś nas samych. Jesteś zdrajcą.

- Nie! Nie!

Jesteś zdrajcą.

- NIE!

Zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą zdrajcą

- NIE!

Runął na kolana, złapał się za głowę i zaczął krzyczeć, chcąc odciąć się od tych wszystkich głosów, będących jak igły wbijające się w jego świadomość. Łzy ściekały po jego masce i ginęły w otaczającej go ciemnej nicości. Umysł tonął w koszmarnych obrazach, migających przed jego oczami jak zimne światła neonów, wśród których przywykł żyć, a jego ciało zaczął powoli pochłaniać okalający go mrok, trawiąc je kawałek po kawałku. Nie pozostało mu już nic innego.

Tylko ból. Przerażenie. Wrzask.

Zdawało mu się, że koszmar ten trwał całą wieczność, dopóki wśród jego krzyków agonii i kolących go oskarżeń nie pojawił się nowy, kobiecy głos, dobiegający gdzieś spoza ciemnej pustki, najpierw odległy, przytłumiony, lecz nasilający się z każdą sekundą. Na początku trudno było mu zrozumieć jego słowa, przebijające się przez donośnie dudnienia, jednak potem zdawało mu się, jakby ktoś wołał jego imię…

Vox…

Vox…

Vox…

***


Powrót do rzeczywistości był dla niego równie bolesny co wizja, której przed chwilą doświadczył. Mgła przed oczami, niekontrolowane drżenie ciała i dzwonienie w uszach na moment sprawiły, że zaczął szamotać się, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Potem jego zmysły na powrót stały mu się posłuszne i pozwoliły oczom ujrzeć klęczącą przy Toa Dźwięku Dallę i latającego dookoła niej Aza oraz receptorom słuchowym usłyszeć słowa dziewczyny:

- W porządku, Vox… To ja, Dalla. Już nic ci nie jest. Uspokój się, proszę…

Jej głos łamał się co drugie słowo, jakby była równie przestraszona stanem towarzysza, jak on był przed chwilą. Objęła go mocno, chcąc jakoś opanować jego drżenie. Vox próbował coś powiedzieć, lecz był w stanie wydobyć z siebie tylko cichy, skomlący jęk. Klęczał więc bezwładnie w ramionach Dalli, dopóki jego ciało całkiem się nie uspokoiło, a palący ból w umyśle nie wygasł.

Trwali tak jeszcze przez jedną bardzo, bardzo długą chwilę, nie mówiąc do siebie nic. Kilka łez ściekło po masce Toa Dźwięku, skapując na podłogę świątyni.

I ściekało jeszcze przez długi czas.

***


Kopnięty przez Purrika kamień potoczył się ze stukotem parę bio po ziemi, gdy grupa znalazła się na zewnątrz świątyni.

- Nie mogę uwierzyć, że przebyliśmy taki kawał drogi i ominie nas cała najlepsza akcja - wymamrotał Toa Powietrza. - I to jeszcze w dodatku…

- Twoje narzekanie tego nie zmieni - odparł mu Rebis. - Lepiej by było, jakbyś zamiast tego poleciał na brzeg i przekazał wieści naszej załodze. My w tym czasie rozbijemy tu obóz.

Toa w Kualsi wydął usta i wzruszył ramionami.

- W sumie, lepsze to niż nic. - Po czym zamontował swoje miecze na plecach, formując skrzydła i wzleciał ku niebu. Rebis przez moment wodził wzrokiem za jego sylwetką niknącej w błękicie, po czym pogrążył się w rozmyśleniach.

Dłoń Ragana spoczęła na jego barku.

- Możesz być o nią spokojny - powiedział Toa Ziemi. - Na pewno sobie poradzi.

Rebis uśmiechnął się sam do siebie. Momentami zastanawiał się, czy czytanie w myślach nie było jedną z nieznanych mocy jego przyjaciela.

- Wiem. Co wcale nie zmienia tego, że się o nią martwię.

- Byłeś dla niej dobrym nauczycielem. Teraz nadszedł czas na jej sprawdzian - odrzekł Ragan. - Poza tym, skoro tak nierozważna i lekkomyślna osoba jak ty dotarła aż tutaj w jednym kawałku, ktoś taki jak Dalla na pewno poradzi sobie z czymkolwiek czekającym na nią tam w środku.

Toa Ognia rzucił towarzyszowi gromiące spojrzenie.

- Ha, ha, ha, bardzo zabawne. Dlaczego nie sprawdzimy, czy będzie ci tak do śmiechu przy rozstawianiu namiotów?

Mężczyzna w Ruru roześmiał się rubasznie i zostawił przyjaciela w spokoju, zabierając się do pracy. Rebis jeszcze przez moment spoglądał w górę, rozmyślając, po czym dołączył do pozostałych.

Zaraz potem na niebie znów pojawiła się postać Purrika.

- Hej, chyba powinniście to wszyscy zobaczyć! - Toa w dole dobiegł jego głos. - Albo raczej… uciekać?

Moment później do uszu towarzyszy dotarł narastający, dudniący hałas, a pojedyncze skalne grudki na ziemi wokół nich zaczęły delikatnie podskakiwać, wstrząsane drganiami.

- Co to za dźwięk? - odezwał się Izaki, dobywając swoich broni. Reszta Toa uczyniła to samo.

W kolejnej chwili na grupę wojowników padł olbrzymi cień, gdy na niebie ponad ich głowami pojawił się ogromny pojazd, przypominający wyglądem kolosalną bestię o dwóch rozpostartych skrzydłach, która zawisła w powietrzu nad świątynią. Z podbrzusza monstrum wyłoniło się kilka transportowców w barwach Armii Nowego Świata, które osiadły po chwili na ziemi wokół Toa. Bohaterowie ustawili się w bojowej formacji, podczas gdy protostalowe klapy pojazdów opadły, ukazując zastępy elitarnych dronów z Inkwizytorem Karshem na czele.

Oczy żołnierzy rozbłysły czerwienią. Rozpoczęła się bitwa.

W ferworze walki nikt nie zwrócił uwagi, jak z przesłaniającego wszystkim niebo mechanicznego potwora wylatuje z impetem mniejszy, strzelisty pojazd, wbija się w skały i zagłębia we wnętrzu świątyni.

***


Wydostawszy się z mrocznego korytarza, Vox i Dalla dotarli pod wejście do komnaty, w której mogli wreszcie ujrzeć cel swojej podróży.

Zalana całkowicie wodą, nie przypominała innych pomieszczeń w świątyni - na dobrą sprawę wyglądała jak wydrążona niedbale w skale, choć była zdecydowanie obszerniejsza od którejkolwiek ze zwiedzonych przez dwojga Toa sal. Na jej środku, otoczona ciemną, zastygłą w bezruchu wodą, znajdowała się wysoka piramida zbudowana ze skalnych odłamków ułożonych jeden na drugim, do której podnóży prowadził wąski, kamienny most. Na jej szczycie Toa dostrzegli bijącą wielokolorowym, oślepiającym światłem przezroczystą bryłę, zawieszoną kilkadziesiąt centymetrów w powietrzu.

Słoneczny Kryształ.

Komnata nie potrzebowała żadnych dodatkowych Kamieni Świetlnych czy lamp - jego blask był wystarczająco jasny, by rozproszyć cienie nawet tak wielkiego pomieszczenia. Artefakt w pełni zasługiwał na swoją nazwę. Toa stali w miejscu jak wryci, spoglądając na Wszechkryształ, długo wyczekiwany cel ich poszukiwań, przedmiot mający dać nadzieję ocalałym z Artas Nui oraz - być może - całemu wszechświatowi. Vox kątem oka zobaczył, jak Dalla otwiera usta, była jednak zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć. Nie dziwił jej się. Nawet Az zdawał się patrzyć onieśmielony na lśniący kamień.

Wreszcie dwójka Toa spojrzała po sobie. Nie musieli nic mówić. Skinęli jedynie głowami i zmierzyli w stronę kryształu, stąpając ostrożnie po moście. Okalająca ich woda trwała w zastoju od tysiącleci i teraz wystarczył ledwie odgłos ich kroków, by po jej powierzchni rozbiegły się zmarszczki. Vox i Dalla rozglądali się bacznie dookoła, wypatrując jakichkolwiek pułapek, lecz niczego takiego nie dostrzegli. Droga do kryształu stała przed nimi otworem.

- Jest… piękny - powiedziała cicho Dalla, nie mogąc oderwać spojrzenia od artefaktu. Na moment jej wzrok ponownie stał się zamglony, lecz zaraz potem powrócił do normalności. Voxowi trudno było się nie zgodzić z jej słowami. Nawet on musiał przyznać, że nigdy wcześniej nie widział czegoś równie olśniewającego.

Nagle wszystko się zatrzęsło. Toa ugięli pod sobą kolana, walcząc o zachowanie równowagi na moście, a woda wokół nich zaczęła coraz gwałtowniej falować, gdy ze sklepienia jaskini posypało się kilka odłamków i do niej wpadło, tworząc na powierzchni rozchodzące się kółka. Moment potem rozległ się rozrywający hałas i ze skały nad głowami wojowników wyłonił się strzelisty, czerwono-czarny kadłub pojazdu, który po chwili rozwarł się na cztery części. Vox i Dalla zadarli głowy, patrząc z wyczekiwaniem na machinę. Dobyli swych broni.

Z pojazdu wyłoniła się odziana w srebrno-czerwoną zbroję postać, opadająca powoli ku skalnej piramidzie. Jej twarz skryta była pod kapturem, nie pozwalając na rozpoznanie jej tożsamości, lecz Vox wyczuł wokół niej silne drgania, przypominające te, które sam wywoływał, korzystając z żywiołu. Po chwili nie miał już wątpliwości - nieznajomy przybysz używał Dźwięku, by wprawić w drgania otaczające go powietrze, a samego siebie w stan lewitacji. Zamarł. Na jakim poziomie mocy musiała być ta osoba, by móc robić coś takiego…?

Postać wreszcie opadła na jeden z nierównych kamiennych stopni. Wyglądające spod kaptura jasnozielone oczy spojrzały na Toa i nawet nie drgnęły, jakby spodziewały się ich tu ujrzeć. W jednej przyozdobionej metalowymi pazurami dłoni pojawiła się długa włócznia, druga dłoń zaś powędrowała do góry i odchyliła do tyłu kaptur, odsłaniając srebrną maskę o ostrych konturach, zakrywającą twarz o nadzwyczaj spokojnym wyrazie.

Vox rozszerzył oczy. Teraz już wiedział, czemu ta zbroja wydała mu się tak znajoma - widział ją już wcześniej, wykutą w bryle lodu przeistoczonej w figurkę, którą znalazł przed kilkunastoma dniami w kajucie Arctici.

Zerknął na chwilę na Dallę, równie oszołomioną jak on sam, lecz ona nie zdawała sobie sprawy, kto właśnie się przed nimi pojawił.

Próbując opanować narastające uczucie niepokoju, Vox mimo wszystko wzmocnił uścisk na rękojeści Dźwiękowego Ostrza i ponownie przeniósł spojrzenie na Toa Nero.

Rozdział 23Edytuj

Podczas, gdy on sam był przyciskany do ziemi przez drona, a jego towarzysze toczyli bój z resztą legionu mechanicznych żołnierzy i Inkwizytorem, w głowie Rebisa na przemian pojawiały się trzy myśli.

Pierwszą była chęć przeżycia, jak najbardziej uzasadniona.

Drugą było to, że jeszcze kilka lat temu nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji. Na przykład wtedy, kiedy dotarł z grupą podróżników na Metru Nui, świeżo po tamtejszej wojnie domowej. Albo gdy zabrał się ze znajomym szmuglerem na Zakaz i konwój, którym podróżowali przez jedno z miast wjechał w sam środek toczącej się bitwy pomiędzy Skakdi. Lub wtedy, gdy przypadkiem zakradł się na zły statek i znalazł się na Stelt, gdzie musiał uciekać z dworu barona Tofreta przed miejscowymi strażnikami - na szczęście niezbyt bystrymi. Nigdy wtedy nie pomyślałby, że za kilka lat, jako Toa, będzie walczył z zastępem robotów na wyspie znajdującej się gdzieś na krańcu wszechświata, przed wejściem do starożytnej świątyni mieszczącej w sobie artefakt o niewyobrażalnej mocy. A jednak właśnie to działo się w tej chwili. Doprawdy, życie nie przestawało go zaskakiwać. Może w innej sytuacji nawet wykorzystał całe to zdarzenie do jakiegoś żartu, teraz jednak nie było na to czasu, z oczywistych względów.

Trzecia myśl przenikała przez jego neurony najczęściej i najbardziej go martwiła.

I była to obawa, co takiego właśnie dzieje się z Dallą.

***


- Siostro, bracie. - Głos Nero był zatrważająco spokojny i przenikliwy. - Wojna skończona.

Vox i Dalla stali w miejscu, przyjmując bojowe postawy i wpatrując się w przybysza. Nero z kolei trwał niewzruszony na kamiennym stopniu piramidy, spoglądając na wojowników, jakby wyczekiwał ich następnego ruchu.

Myśli Voxa pędziły przez jego świeżo ukojony umysł z oszołamiającą prędkością. Mężczyzna czuł się, jakby ktoś rozsypał przed nim elementy układanki, które on z kolei musiał ułożyć, a jej rozwiązaniem miała być odpowiedź na to, skąd i dlaczego zaginiony Toa się tu zjawił. Na dobrą sprawę nie powinien czuć żadnego niepokoju - Nero był jednym z nich i jako kolejny Toa stanowił dla nich nieocenioną pomoc w walce z Armią Nowego Świata. Vox jednak czuł, że tym razem jest inaczej. Trzymał w dłoniach kolejne elementy, ale nie potrafił ich ze sobą połączyć. Nie znalazł jeszcze odpowiedniego sposobu. Nie znalazł jeszcze odpowiedzi.

- Możecie schować swoją broń - odezwał się ponownie Nero. - Nie będziecie jej już potrzebować.

Jego słowa zdawały się być starannie przemyślane. Vox odnosił wrażenie, że znaczą zupełnie co innego niż to, jak oni je odbierali. Ponownie spojrzał ukradkiem na Dallę - dziewczyna również spoglądała w milczeniu na Nero, trzymając pewnie drzewce swojej włóczni. Nie wiedział, czy również próbuje rozwiązać w swojej głowie układankę. On musiał. Moment, w którym wszyscy troje trwali w milczeniu, mierząc się wzrokiem nie trwał długo, lecz Toa Dźwięku zdążył już zalać swój umysł dziesiątkami pytań. Dlaczego Nero ujawnił się po tylu latach? Dlaczego akurat teraz? W tym miejscu? W tym pojeździe? Dlaczego użył akurat takich, a nie innych słów? Czuł, że jest coraz bliżej poznania odpowiedzi, lecz wciąż brakowało mu jednego, znaczącego elementu, który pozwoliłby mu ułożyć je wszystkie w jedną całość.

Odnalazł go w przelotnym wspomnieniu słów Arctici o jej dawnej misji na wyspie niewolników i o skarbie, który znaleźli tam wraz z Nero. Nagle wszystkie części zaczęły do siebie pasować.

Już wiedział, po co Toa Dźwięku się tu zjawił.

- Ty - powiedział, przełamując ciszę. - Ty za tym wszystkim stoisz, prawda?

Twarz Nero przybrała w jednym momencie bardziej surowy wyraz, jakby mężczyzna zrzucił z siebie w tej chwili maskę.

- Nigdy nie zaginąłeś - mówił dalej Vox, świdrując spojrzeniem zielonych oczu postać naprzeciw niego. - Sam się ukrywałeś, zbierając potajemnie armię, czy tak?

Jeśli jeszcze przez jakikolwiek moment Nero zamierzał udawać kogoś, kim nie jest, teraz właśnie porzucił tę strategię. Nie wyglądał już jak opanowany, szlachetny wojownik, znany Voxowi z opowieści jego przyjaciółki. Toa w Hau nie wiedział dlaczego, ale nieznaczna zmiana w postawie przybysza nadała mu nagle znacznie bardziej agresywnego wyglądu. Kolczaste naramienniki, gruba zbroja, ostre wypustki na masce - wszystko to zaczęło niespodziewanie bardziej pasować do bezwzględnego dowódcy niszczycielskiej armii, niż do bohaterskiego Toa.

Nero wzruszył ramionami i odetchnął.

- Cóż, przynajmniej nie musimy już przed sobą udawać. Bystry jesteś, bracie.

- Ale jak? - zapytał Vox. - Jak nas tu znalazłeś?

Chłodny, przewrotny uśmiech, który pojawił się na twarzy włócznika, nie zwiastował niczego dobrego.

- Za to powinieneś podziękować swojej towarzyszce - powiedział, spoglądając na Dallę. Dziewczyna rozszerzyła oczy z zaskoczenia i spojrzała na Voxa z przestrachem, jakby ten miał zaraz ją o coś oskarżyć. Toa Dźwięku widział jednak niewinność w jej oczach. Wiedział, że to kolejna gra Nero. Co tym razem miał na myśli?

- O czym ty mówisz? - odparła po chwili Dalla.

- Myśleliście, że znaleźliście wszystkie nadajniki, które umieścił na pokładzie waszego żaglowca płynący z wami szpieg - zaczął wyjaśniać Nero, idąc w dół piramidy. - Nikt z was nie wpadł jednak na pomysł, że mogą być też umieszczone w waszych nowych broniach. Naprawdę mi się poszczęściło - w końcu tylko jedna z was dotarło tu z nowym uzbrojeniem. Mam u ciebie wielki dług, Toa Wody.

Dziewczyna spojrzała na swoją włócznię - własną broń, która przebyła razem z nią tę podróż i która była częścią jej szkolenia na Toa. Zamarła. Vox obserwował, jak jej oczy powoli zdają się oddalać. Domyślał się, co mogło się właśnie dziać w jej głowie. Ale nie mógł tego wiedzieć. Nie mógł wiedzieć, co czuła w tej chwili osoba, która przez cały czas starała się dowieść swojej wartości jako Toa i która doprowadziła do czegoś takiego.

Dalla podniosła gwałtownie głowę. Grot jej broni był wycelowany prosto w Kanohi Nero, który znalazł się już na kamiennym moście.

- Nie położysz swoich rąk na tym krysztale - wycedziła.

Vox wyczuł nadciągający wybuch. Widział napinające się mięśnie Dalli, słyszał, jak oddycha coraz gwałtowniej. Czuł narastającą w niej chęć naprawienia tego ogromnego błędu, o którym właśnie się dowiedziała.

- Dalla, uspokój się - odezwał się, lecz stał od niej zbyt daleko, żeby ją powstrzymać.

- Nie, Vox, nie możemy mu pozwolić…! - nie dokończyła, miast tego puściła się biegiem w kierunku Nero, szarżując na niego z wystawioną przed siebie włócznią. Twarz wrogiego Toa nawet nie drgnęła.

Wzmocniony impuls dźwiękowy wystarczył, by odrzucić ją na bok. Dalla krzyknęła, zaskoczona, pchnięta mocą żywiołu. Wypuściła z dłoni włócznię, która zniknęła po chwili w czarnej toni i sama uderzyła boleśnie plecami o ścianę komnaty, po czym oszołomiona osunęła się z pluskiem w wodę. Poderwany z jej ramienia Az zaczął z niepokojem krążyć nad nią w powietrzu.

Vox mógł tylko przyglądać się temu wszystkiemu bezradnie. Przeniósł spojrzenie na Nero, unosząc pewnie trzymany oburącz miecz.

- Zapłacisz za to, Nero… - wycharczał przez zaciśnięte zęby.

- Twoja towarzyszka była głupia, ale ty wciąż masz szansę - odrzekł mężczyzna i wyciągnął ku niemu rękę. - Zrozum to. Moim jedynym celem jest uczynienie tego świata bezpieczniejszym miejscem. Razem mamy uchronić go przed zniszczeniem. Przyłącz się do mnie, a już nigdy więcej nikt z nas nie będzie musiał o nic walczyć!

Palce Voxa zacisnęły się mocniej wokół uchwytu ostrza.

- Ktoś już kiedyś złożył mi podobną propozycję. - Wojownik zmrużył oczy. - Moja odpowiedź wciąż brzmi tak samo.

Nero opuścił wolno rękę, wzdychając. Wydawał się być tym naprawdę rozczarowany.

- Niech i tak będzie.

Jego włócznia zaświstała w powietrzu, gdy ustawił się w bojowej pozie. Dwóch Toa Dźwięku stanęło naprzeciw siebie na moście prowadzącym do jednego z najpotężniejszych artefaktów na tym świecie, mierząc się wzrokiem i czekając na pierwszy ruch ich oponenta, otoczeni ciszą zawieszoną w gęstym powietrzu komnaty. Chwilę później obydwaj, jak na czyjś sygnał, wystrzelili ku sobie w niemal idealnej synchronizacji. Ich bronie zderzyły się ze sobą, wyznaczając pierwszy cios w walce o dalsze losy wszechświata.

Rozpoczął się spektakl.

Vox jeszcze nigdy nie mierzył się z kimś tak dobrze wyszkolonym. Pamiętał swój pierwszy pojedynek jako Toa stoczony na Neitu. Pamiętał, jak wielkim wyzwaniem był dla niego ówczesny przeciwnik i jak bardzo Vox przerósł go umiejętnościami w późniejszych latach. Pamiętał swoje pierwsze walki na Artas Nui i kolejne starcia z tamtejszymi zbrodniarzami. Pamiętał boje stoczone w pierwszym dniach wojny i niezliczone starcia z dronami - jednak nigdy nie miał do czynienia z przeciwnikiem na takim poziomie. Do tej pory sądził, że dziesięć lat jako Toa i cztery lata wojny skutecznie przygotowały go do stawienia czoła każdemu przeciwnikowi - teraz dopiero odkrył, w jak wielkim był błędzie.

Odkrył też, że słowa Arctici były prawdą. Nero naprawdę był kimś niezwykłym.

Toa w Hau błyskawicznie poderwał się do szybkiego ataku, tnąc z prawej na lewą stronę. Minimalny ruch drzewca włóczni rywala wystarczył, by zepchnąć jego klingę z kursu i skierować ją ku górze. Nero zdecydowanym ruchem zmienił położenie dłoni i pchnął na wprost, zmuszając przeciwnika do gwałtownego odskoku. Bawił się nim, Vox dobrze o tym wiedział. Już uniósł miecz, by odparować cios, lecz Nero zdążył cofnąć broń i osłaniając się nią, spokojnie stanął w perfekcyjnie zbalansowanej postawie obronnej.

Wobec defensywnej pozycji oponenta, nagły atak Voxa sprawiał wrażenie chaotycznego i nieskutecznego. Nero parował każde uderzenie miecza, wciąż stosując oszczędne ruchy włóczni i proste uniki ciałem. Podłużna broń poruszała się w idealnej harmonii ze swoim właścicielem. Nie był to oręż i wojownik - Nero i jego włócznia stanowili jedność, coś, czego brakowało Voxowi i jego ostrzu. Coś, co nie mogło dać mu przewagi, nieważne jak bardzo by się starał.

A jednak wciąż się starał.

Opanowawszy się nieco, przełożył miecz z ręki do ręki, chwytając go pewniej. Następnie znów rzucił się do ataku, tym razem jednak starał się lepiej mierzyć ciosy i częściej zmieniać kąt natarcia. Szerokie okrężne cięcia ustąpiły pola nagłym pchnięciom i Nero, nawet mimo swojej jedności z bronią, nawet mimo swoich wysokich umiejętności - nawet mimo tego, kim był - zaczął się cofać, coraz szybciej obracając drzewce, by powstrzymać szturm przeciwnika. Vox nagle poczuł, że ma szansę. Podkręcił tempo, aż wreszcie szaleńcza prędkość ataku zaczęła obracać się przeciwko niemu. Stał się nieuważny, zbyt mocno wychylał się do tyłu, zbyt niedokładne zadawał ciosy. Kiedy wreszcie sobie to uświadomił, było już za późno.

Nero najwyraźniej stał się już poirytowany całym tym zajściem, sam przeszedł teraz bowiem do ofensywy. W jednym momencie role odwróciły się. Po każdym pchnięciu srebrny Toa cofał broń tak błyskawicznie, że Dźwiękowe Ostrze, próbujące blokować ciosy, cięło jedynie pustą przestrzeń. Vox musiał ratować się unikiem w tył, potem jeszcze jednym, i kolejnym. Broń Nero uderzała coraz celniej. Vox zaczął dyszeć, w mięśniach jego ramion pojawił się pierwszy ból, płuca prosiły o choć chwilę odpoczynku. Zaczynał się męczyć.

Zbyt szybko.

Nero naparł na niego z oszałamiającą siłą, jego włócznia zakręciła się w powietrzu jak wirujący pocisk Rhotuka i zbiła klingę Voxa z linii obrony, a potężny kopniak posłał go pod ścianę komnaty. Nero odwrócił się, pokręcając głową i ciężko wzdychając.

- Nie powinnyśmy walczyć. Właśnie to pcha nasz wszechświat ku zagładzie.

Szary Toa wylądował po kostki w lodowatej wodzie, chwiejąc się, udało mu się jednak zachować równowagę i powrócić do bojowej postawy. Jak ktoś taki jak Nero mógł w ogóle mówić coś takiego? Zwłaszcza po tym, jak skazał setki mieszkańców Artas Nui na śmierć, nie mówiąc już o tych, którzy zginęli na innych wyspach?

Zerknął w kierunku Dalli. Wciąż leżała nieprzytomna, po części zanurzona w czerni. Nie mogła mu teraz pomóc. Niedobrze. Vox postanowił skorzystać z okazji i podjąć rozmowę, dając sobie czas na odpoczynek.

- Trudno mi wierzyć słowom kogoś, kto oszukał tyle istnień.

- Jedynymi, którzy was oszukują, jesteście wy sami, Toa - odparł Nero, obróciwszy się do rywala.

- Myśleliśmy, że nie żyjesz!

- Moje zniknięcie było kluczowe dla powodzenia tego planu! - Po raz pierwszy włócznik zdawał się wybuchnąć, momentalnie jednak odzyskał spokój. - Na szczęście Tanith, Kraavos czy Karsh wystarczyli, byście odwrócili swoją uwagę od tego, kto naprawdę kieruje tym wszystkim.

Vox ponownie zaatakował, bardziej na próbę, lecz Nero skutecznie zablokował cięcie i odepchnął go od siebie. Wojownicy zaczęli krążyć wokół siebie.

- Ale dlaczego… - Toa w Hau wciąż nie mógł zrozumieć. - Dlaczego to wszystko robisz?

- Ktoś tak ignorancki jak ty i tak tego nie zrozumie, nie ma sensu ci tego tłumaczyć!

Vox poczuł narastającą w nim wściekłość.

- Więc wyciągnę to z ciebie siłą! - warknął i naskoczył na mężczyznę. Nero wystawił swoją włócznię przed siebie, a jej grot zalśnił jaskrawym światłem, przewodząc moc żywiołu Toa Dźwięku i w kolejnym ułamku sekundy uwolnił skoncentrowaną wiązkę energii, silną na tyle, by odrzucić Voxa do tyłu.

- Jesteś irytujący! - Nero zamachnął się gniewnie bronią. - Wszyscy jesteście irytujący. Jak insekty, które przeciskają się między moimi palcami, nieważne jak mocno je zacisnę. Myślałem, że moja armia wystarczy, by was unicestwić… ale musieliście rujnować mój plan, kawałek po kawałku. - Oddychał głęboko, miarowo, próbując odzyskać dawne opanowanie. - Ale już niedługo… gdy tylko zdobędę ten kryształ… będę miał wystarczająco siły, by pozbyć się was raz na zawsze!

Vox wstał pomału na równe nogi, wciąż obolały i zamroczony po zderzeniu z kamienną konstrukcją. Spojrzał chwiejnie na zbliżającego się przeciwnika.

- Ja… ja nie pozwolę ci go stąd zabrać - tylko tyle był z siebie w stanie wykrztusić.

Wyprostowany, pewny siebie Nero zdawał się górować nad pochylonym, oszołomionym i już dość zmęczonym rywalem.

- Nie zdajesz sobie sprawy z wagi całej tej sytuacji, Vox - powiedział. - Jesteś tak samo ślepy, jak reszta moich braci i sióstr, których musiałem wyplenić, by zapewnić bezpieczeństwo temu wszechświatowi. I tak samo podzielisz ich los!

Naskoczył na Voxa, który zareagował zbyt późno, by móc wykonać unik. Przyjął na siebie cios, torując drogę grotowi włóczni Nero klingą miecza i został zmuszony do panicznej defensywy. Jego przeciwnik uniósł włócznię nad głowę, jej drzewce zawirowało zgrabnie między srebrnymi pazurami i zderzyło się z głownią Dźwiękowego Ostrza, uwalniając niewielki strumień iskier, które momentalnie zniknęły po zetknięciu z lodowatą wodą. Obydwaj Toa zaparli się w tym momencie w miejscu, sprawdzając, który z nich ma większą siłę.

I najwyraźniej w tym samym momencie postanowili wspomóc się mocą żywiołu.

Uwolnione w jednej chwili strumienie dźwiękowe odrzuciły od siebie walczących, którzy wylądowali parę bio dalej. Nero wystawił włócznię na bok, ugiąwszy kolana i odetchnął. Spojrzał na Voxa, również zaczerpującego tchu.

- Daję ci ostatnią szansę, bracie - rzekł. - Nie każ mi cię zniszczyć.

Vox skarcił się w myślach za to, że na ułamek sekundy w jego głowie pojawiło się przystanie na tę propozycję. Wiedział, jak potężny jest jego przeciwnik. Ale nie mógł się poddać, nieważne, co Nero by mu obiecywał. Musiał to wygrać. Musiał przeżyć. Musiał jej o tym wszystkim powiedzieć.

- Dałem ci już odpowiedź, bracie - odparł. - Nie każ mi się powtarzać.

Nero to wystarczyło. Słysząc taki odzew, wyzbył się wszelkich emocji. Zostało mu tylko jedno.

Determinacja.

I z tą determinacją ruszył na oponenta.

Nastąpił punkt zwrotny w walce o przyszłość Wszechświata Matoran. Vox dopiero teraz zrozumiał, jak ogromny popełnił błąd, prowokując wcześniej Nero. Liczył, że wytrącenie go z równowagi obróci się przeciw niemu, tak jak miało to miejsce niedawno z nim samym, teraz jednakże przekonał się, że ogromnie się mylił. Włócznia kąsała go jak żmija, a jego miecz nie był wystarczająco szybki, by ochronić go przed tryskającym spomiędzy jej kłów jadem. Gdy walka przeniosła się na wodę, a obaj przeciwnicy zaczęli rozchlapywać ciemną jak obsydian ciecz na boki swoimi krokami, Vox został zraniony po raz pierwszy - grot włóczni rozpłatał jego naramiennik. Potem poszło już gładko. Nero zakręcił włócznią i gruchnął jej tępą częścią w bok Kanohi Voxa, pozostawiając na niej niewielkie pękniecie. Nieudana kontra tylko opóźniła kolejny cios, który rozciął zbroję i mięsień uda, a następny, przebiwszy się przez obronę Dźwiękowego Ostrza, trafił mężczyznę w brzuch, odbierając mu dech i zmuszając go do zgięcia się w pół.

Gdzieś w jego podświadomości pojawiło się uczucie, że to może być już koniec. I ta sama podświadomość zmusiła go do wypowiedzenia tych słów, by się ratować, nawet jeśli Vox wiedział, że i tak nic nie dadzą:

- Przestań…

Kolejne ciosy spadły na niego jak lawina, gruchocząca jego kości głazami pod postacią uderzeń włóczni. Jego miecz przeszywał powietrze, gdy cięcia wyprowadzane przez osłabione i obolałe ramiona były zbyt wolne, by powstrzymać broń Nero.

- P-Przestań…

Silne pchnięcie odrzuciło Toa w Hau pod ścianę sali. Kropelki tryskającej krwi odbiły wielobarwne światło Słonecznego Kryształu i zniknęły w chłodnej wodzie, tej samej, w którą upadł Vox, oparty plecami o chropowatą skalną ścianę. Zwiesiwszy głowę, Toa Dźwięku ujrzał swoje własne odbicie w mrocznej kipieli, gdy Nero zatrzymał się nad nim.

Vox ostatkiem sił wystawił przed siebie Dźwiękowe Ostrze, blokując druzgocący cios włóczni. Chłód lodowatej wody przenikał go aż do kości. Tych kości, które, jak wyczuwał Vox, były bliskie chwili, w których pojawią się na nich drobniutkie pęknięcia, zwiastujące ich rychłe złamanie, nie mogąc oprzeć się napierającej sile Nero.

Vox zajrzał w oczy rywala, równie zielone jak jego i dostrzegł w nich tylko nieustępliwą determinację w dążeniu do swego celu. Żadnej innej emocji. Miał nadzieję, że zbudzenie jej wystarczająco go osłabi, by Vox mógł się ratować.

Albo wznieci w nim wystarczająco silny gniew, by doszczętnie go zniszczyć. Tak czy inaczej, Toa Dźwięku postanowił skorzystać ze swojej ostatniej deski ratunku.

- Przestań… - wycharczał, ledwie poznając swój głos. - Pomyśl… czy tego chciałaby… Arctica…?

Oczy Nero poruszyły się. Jego mięśnie na moment ustąpiły. Ułamek sekundy wystarczył Voxowi do sięgnięcia do mocy żywiołu i uwolnienia silnej fali dźwiękowej, która odepchnęła od niego włócznika, a ten wylądował oszołomiony w wodzie kilka bio dalej.

Toa w Hau podniósł się powoli. Krew wypływała spomiędzy otworów na oczy w jego masce, tworząc podłużne wstęgi przypominające bordowe łzy na powierzchni Kanohi. Zielone światła skupiły się na rywalu, który również zdołał się już podnieść. W jednej chwili zmienił się nie do poznania. Wszechobecny spokój i opanowanie gdzieś zniknęły. Zniknęła też siarczystość i determinacja, z którą Nero atakował oponenta. Toa Dźwięku wydawał się… zdruzgotany.

- Ty… - wysyczał. - Co masz z nią wspólnego?

Vox poprawił uchwyt na rękojeści broni. Ciężar miecza zaczął mu doskwierać, zignorował to jednak.

- Jak myślisz… Co się z nią stało… przez te wszystkie lata… po tym, jak ją porzuciłeś?

Jaskrawe ślepia trysnęły jadem spod srebrnej maski.

- Nie! - krzyknął Nero. - Kłamiesz!

- Skoro ja mam wierzyć twoim słowom o tym, jak bronisz wszechświata… - wysapał Vox, spoglądając kątem oka na Dallę. Jeszcze się nie ocknęła, co go zaniepokoiło, lecz nie mógł z tym nic zrobić. - …dlaczego ty… nie chcesz uwierzyć… moim?

Barki Nero wznosiły się i opadały coraz szybciej, w miarę, jak jego oddech stawał się coraz bardziej nerwowy. Powoli zaczynała docierać do niego prawda.

- Jesteś kłamcą! - powtórzył Nero, jakby mogło to zmienić bieg wydarzeń. - Ona jest moja!

- Moment… w którym zobaczy, czym się stałeś… - odparł Vox - będzie momentem… w którym ją utracisz.

Nero zacisnął z chrzęstem pięści.

- Więc ją odzyskam!

Vox stanął wyprostowany, nie zważając na ból. Powoli zaczął gromadzić wokół dłoni energię żywiołu. Wyczuł również silne drgania wokół zaciśniętych szponów przeciwnika - Nero musiał robić to samo. Obaj szykowali się do uwolnienia siły, która miała zakończyć to wszystko.

- Możesz sobie wziąć ten kryształ i zrobić z nim co chcesz… - Toa w Hau przyjął postawę gotową do zadania ciosu. - Ale nie pozwolę ci jej skrzywdzić w jakikolwiek sposób.

Obydwu wojowników otoczyła nieprzerwana cisza, gdy wszystkie dźwięki z komnaty zostały skupione wokół ich dłoni w postaci energii. W tej niezakłócanej dźwiękowej pustce, usta Nero poruszyły się, wypowiadając bezdźwięcznie dwa słowa:

- Więc zginiesz.

Toa uwolnili dwa nieposkromione strumienie czystej dźwiękowej energii. Dwie siły niezliczonej ilości decybeli zderzyły się ze sobą, wywołując grzmot, który omal nie rozsadził czaszek walczących Toa. Uwolniony impet odrzucił ich obu pod przeciwległe końce pomieszczenia, a dźwiękowa fala uderzeniowa wstrząsnęła całą salą, rozprowadzając pęknięcia po jej sklepieniu i wzburzając fale okrywające jej podłoże. Kilka kamyków posypało się z sufitu komnaty na ziemię.

Jeden z nich uderzył o Słoneczny Kryształ.

***


Insektoidalne oczy głowy monstrum, na której kształt zbudowana została świątynia, zapłonęły czerwienią.

Zarówno Rebis jak i żaden z jego towarzyszy nie zwrócili na to uwagi - byli zbyt pochłonięci walką z dronami, a oprócz tego karmazynowe światło zlewało się z czerwienią, którą splamiło niebo zachodzące słońce. Silny wstrząs jednak, który sprawiał wrażenie, jakby drgnął całą wyspą, dał się we znaki wszystkim walczącym. Garstka Toa, skupiona w jednej grupie i otoczona przez legion śmiercionośnych robotów zachwiała się i omal nie upadła, podobnie jak Karsh i większość jego żołnierzy. Cichy, przeciągły pomruk rozniósł się po całej okolicy. Zdezorientowani Toa spojrzeli po sobie. Nawet maszyny zrobiły to samo.

- Co to było? - odezwał się Kaleva. Zupełnie jakby w odpowiedzi, wyspę nawiedził kolejny wstrząs.

Kolejne drgania stawały się coraz silniejsze. Jedno było pewne - nikt z Armii Nowego Świata nie był za to odpowiedzialny. Rebis dostrzegł w niezdradzających żadnych emocji jaskrawozielonych oczach Inkwizytora zdumienie - i to musiało coś znaczyć. Choć nie dawało odpowiedzi na to kto - lub co - wywoływał te trzęsienia ziemi.

W następnej sekundzie nastąpił wstrząs tak silny, że na ziemi pod nogami walczących pojawiły się rozchodzące się pęknięcia.

- Eee… ty to robisz, braciszku? - spytał Purrik Ragana, rozglądając się dookoła. Zdziwiony wyraz twarzy Toa Ziemi był wystarczającą odpowiedzią.

Nagle za plecami Toa nastąpił donośny trzask, jakby coś ogromnego poderwało się w górę, a szczeliny w ziemi poszerzyły się. Kilka maszyn na wprost Toa podniosło swoje głowy, spoglądając na coś wznoszącego się tuż za wojownikami. Rebis i pozostali podążyli za ich martwym wzrokiem.

Świątynia nie była już świątynią przypominającą głowę podobnego do insekta monstrum. Była głową podobnego do insekta monstrum, powoli budzącego się ze snu. Wrota przemieniły się w zdeformowaną paszczę, ściany budowli nachyliły się, formując bardziej opływowy kształt, ze środka konstrukcji wyłoniła się podłużna wypustka podobna do rogu. Pod budowlą, unoszoną na grubych metalowych tłokach, w pozostawionym przez nią masywnym dole zachował się tylko niewielki kawałek skały kształtem zbliżony do kopuły, nikt jednak nie zwrócił na to uwagi - ta była skupiona cała na wielkiej głowie, do której powoli zaczęły przyłączać się kolejne części mechanicznej konstrukcji, wyłaniające się spod skał.

Mając przed oczami ten widok, Toa Ognia przypomniał sobie słowa swojej przyjaciółki sprzed tygodni, gdy odczytywała tekst zapisany na kamiennej tabliczce w podziemiach Artas Nui.

- Pamiętacie tę część przepowiedni - zwrócił się do swoich towarzyszy, nie odrywając oczu od wznoszącej się przed nim góry metalu - która mówiła o wielkim strażniku Słonecznego Kryształu?

Pozostali Toa, również wpatrzeni, jak świątynia wraz z całą resztą metalowej konstrukcji wznosi się, formując kształt głowy i ramion, pokiwali głowami. Rebis przełknął ślinę.

- Chyba właśnie doszliśmy do tej części.

Cały ląd wokół nich wznosił się lub opadał, a wszechobecne tryby ponownie zostały wprawione w ruch. Spod ziemi wystrzeliły ogromne tłoki, poruszające gigantycznym, mechanicznym cielskiem.

- To niesamowite… - powiedział Ragan. - Cała ta wyspa… była w rzeczywistości maszyną!

- Przecież to niemożliwe! - krzyknął Izaki. - Tak wielka maszyna nie ma prawa istnieć!

- Ach tak? To powiedz to mu! - Purrik wskazał na wznoszącą się przed nimi głowę o czerwonych ślepiach, która jeszcze przed kilkoma chwilami przypominała wejście do świątyni.

Otaczające Toa drony zginęły gdzieś pomiędzy formującymi się kolejnymi częściami ciała giganta. Transportowce zniknęły pogrzebane pod wirującymi skałami, a zawieszona powietrzu nad świątynią mechaniczna płaszczka została strącona przez coś, co zaczęło przypominać zakończoną szponiastą dłonią o trzech palcach rękę o niezliczonej ilości stawów. Wojownicy walczyli o zachowanie równowagi na falującej ziemi, pod którą kolejne zastępy trybów, przekładni i tłoków transformowały wyspę w postać Akkaratusa.

Wśród donośnego chrzęstu miażdżonej ziemi i salwy trzasków i huków rozległ się krzyk Toa Kamienia:

- Rebis! Co robimy?!

Toa Ognia rozważał w głowie tylko jedną opcję. Musieli uciekać, póki jeszcze było po czym uciekać.

- Musimy dotrzeć do brzegu, zanim to coś skończy się formować! - odkrzyknął i zerknął w kierunku, z którego przybyli. - Biegiem, już!

Wojownicy nie zdołali nawet przebiec ćwierć kio - choć odległości w obecnej chwili na niewiele się zdawały - gdy nagle jakaś siła pochwyciła Ragana i Purrika i pociągnęła ich do tyłu, a zaraz potem to samo uczyniła z Kalevą. Rebis zatrzymał się i, odwróciwszy się, zobaczył pośród falujących skał i gleby postać Karsha.

- Inkwizytor… - odezwał się do Izakiego, lecz moment później on i Toa Lodu również zostali pochwyceni mocą Skakdi i wylądowali obok towarzyszy.

Toa natychmiast poderwali się z ziemi i ponowili próbę ucieczki - na walkę nie było teraz czasu - lecz i tym razem Zakazianin przyciągnął ich do siebie. Purrik warknął gniewnie, uderzywszy o ziemię.

- Niech go szlag, nie puści nas!

Rebis obrócił się i spojrzał na odzianego w czarną zbroję wojownika. Próbował do nich dotrzeć, zdeterminowany do ostatniej chwili. Toa Ognia wiedział, że nie da im spokoju, dopóki albo oni, albo on nie zginą. Lecz nie było na to czasu. Toa nie byli tak zawzięci jak Inkwizytor. Nie zamierzali tu zginąć.

Mężczyzna czuł na sobie spojrzenia pozostałych. Wiedział, że oczekują od niego jakiegoś planu. Pomysłu. Czegokolwiek.

On wiedział, co zrobić. Nie była to dla niego łatwa decyzja, lecz podjął ją mimo wszystko.

- Biegnijcie - oznajmił, wciąż patrząc na Karsha. - Odciągnę jego uwagę.

Reszta drużyny spojrzała na niego z oszołomieniem.

- Nie przeżyjesz starcia z Inkwizytorem! - odparł Ragan. Tak, Rebis wiedział, że będzie protestować.

Odwrócił się ku nim.

- Jestem waszym liderem i macie słuchać moich poleceń, czy to jasne?

Wojownicy wpatrywali się w niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Rebis chciał mieć tę chwilę już za sobą - wiedział, że prędzej czy później jego najbliższy przyjaciel znajdzie słowa, które przekonają go do zmiany planu. Ale Toa Ognia nie chciał go zmieniać. Jeśli ktokolwiek miał się tu poświęcić, to na pewno był to on. Dojrzał do tego, choć jeszcze niedawno, na Metru Nui, Stelcie czy Zakazie nigdy by o tym nie pomyślał.

Wreszcie Purrik poderwał się na nogi.

- Słyszeliście dowódcę! Wykonać, już!

Pozostali wreszcie się przełamali i ruszyli biegiem w kierunku rozpadającego się brzegu. Rebis uśmiechnął się, dziękując Toa Powietrza w duchu.

Jedynie Ragan pozostał na swoim miejscu.

- Rebis…

- Robię to dla drużyny - przerwał mu Toa Ognia. Nie chciał dopuścić go do słowa. Zbyt wiele razem przeszli i wiedział, jak w końcu wpłynęłyby na niego te słowa. - Dzięki za wszystko, przyjacielu.

Widział wahanie w jego oczach. Widział powoli tlące się w ich kącikach łzy. Lecz wiedział, że Ragan podejmie właściwą decyzję. Zawsze był tym mądrzejszym.

I nie mylił się. W końcu Ragan skinął głową i rzucił na pożegnanie:

- Dziękuję.

Rebis, uwolniwszy się od wszystkiego - od nadziei, od lęków, od niespełnionych obietnic, obowiązków i wszystkiego, czego mógłby żałować - odwrócił się w stronę Inkwizytora. Widział, jak jego zielone jak kwas oczy wędrują za uciekającymi Toa i widział też, jak wyciąga ręce, by sięgnąć do swojej mocy i ich zatrzymać.

Lecz nie zamierzał dać mu tej przyjemności.

***


Zbliżał się finał spektaklu.

Nie przyniosły go energiczne cięcia miecza ani pchnięcia włócznią, choć i tych nie brakowało. Nie przyniosły go kopnięcia z wyskoku czy precyzyjnie wymierzone ciosy, choć przeciwnicy wymienili ich wiele. Nie przyniosły go uderzające o siebie fale dźwiękowe i drgania swoją siłą rozrywające skały, choć od ich używania krew pulsowała w żyłach obydwu wojowników. Nie przyniósł go nawet moment, w którym cała komnata zaczęła się trząść, a sklepienie pękło w wielu miejscach, zupełnie jakby cała reszta świątyni oderwała się od tej sali.

Przyniósł go moment, w którym obaj Toa uświadomili sobie, czym naprawdę jest toczony przez nich pojedynek.

Nie była to walka między dobrem a złem. Światłem a cieniem. Kreacją a zniszczeniem. Porządkiem a chaosem. Czymkolwiek, w obronie czego stał Toa w Hau w tym starciu, a tym, co reprezentował sobą jego przeciwnik.

Nie.

Była to sprawa między Voxem a Nero.

Osobista.

Tylko oni dwaj i rany, które zadawali sobie nawzajem.

Świat wokół nich się rozpadał, lecz oni nie przerywali boju. Na tym etapie walki nie liczył się już poziom umiejętności żadnego z nich - zmęczenie, obrażenia, ból, determinacja i gniew uczyniły z tego pojedynku najbardziej wyrównaną walkę, jaką Vox miał szansę kiedykolwiek stoczyć. Pchany czymś, co zrodziło się w jego głębi i nie pozwalało mu przestać, zaszarżował na Nero, z Dźwiękowym Ostrzem uniesionym nad głowę i gotowym do zadania ciosu. Wybił się w powietrze i naskoczył na rywala, lecz na drodze jego miecza stanęło drzewce włóczni, której obrót - wraz z obrotem jej właściciela - zwrócił siłę Voxa przeciwko niemu i odrzucił na kilka bio w dal.

Jeszcze nie dotknąwszy zalanej podłogi komnaty, szary Toa obrócił się w locie i odepchnął od ciemnej toni dźwiękową falą, która z powrotem skierowała go ku przeciwnikowi. Zaskoczony Nero podjął próbę kontry o krótką chwilę za późno i głownia ostrza roztrzaskała pancerz na jego udzie, odsłaniając czerwoną tkankę organiczną. Kolejny atak nie był jednak już tak skuteczny i Vox wylądował obolały kilka bio od Nero na kamiennym moście. Jego kości gruchnęły.

Srebrny Toa stanął w miejscu, wsparty o włócznię, dysząc ciężko.

- Nie możesz dostrzec nawet własnych błędów, Vox - powiedział. - Wciąż robisz to samo, oczekując innych rezultatów! Jesteś równie ślepy jak reszta Toa.

Vox obrócił się pomału na plecy. Płonący ogień w jego kręgosłupie na razie nie pozwalał mu się podnieść.

- Wszyscy myślicie, że robicie właściwą rzecz, ale wasza arogancja tak naprawdę przesłania wam prawdę - ciągnął dalej Nero, zbliżając się do oponenta. - Ale ja poznałem tę prawdę! Widziałem to wszystko Vox. Całą przyszłość. Zdradę Makuta, śmierć Wielkiego Ducha, zniszczenie, do którego doprowadzicie wy sami. I z tą wiedzą powstałem, żeby temu zapobiec. A jednak wy wciąż stoicie mi na drodze, tak głupi i ślepi!

Toa w Hau wsparł się na ramieniu, spoglądając na przeciwnika. Ból był okropny, lecz wiedział, że musi walczyć dalej.

- Jak ktoś taki jak ty ma chronić świat przed zagładą? - wychrypiał. - Widziałeś, jakich zniszczeń dokonała twoja armia?

Wykrzesując resztki sił ze swoich mięśni i tłoków, trzymając w dłoni Dźwiękowe Ostrze, pokryte bruzdami po całej walce, podniósł się i stanął przed Nero. Jego oponent świdrował go wzrokiem.

- Te zniszczenia są niczym w porównaniu z tym, czego dopuścicie się wy, jeśli nadal będziecie używać swoich mocy!

Wiązki energii wystrzeliły z wycelowanego w Voxa grota włóczni Nero. Szary Toa zamachnął się kilka razy mieczem, rozbryzgując świetliste strumienie na boki i naskoczył na rywala, rozpoczynając kolejną wymianę ciosów. Iskry ponownie sypnęły na ziemię, a serie metalicznych szczęków odbiły się echem od zapadających się ścian komnaty.

- Masz na swoich rękach krew tysięcy niewinnych, Nero! - wycedził Vox, krzyżując bronie z włócznikiem. Wszelkie ambicje, powody, dla których stanął do tej walki, dawno zniknęły gdzieś w tyle. Nie obchodził go nawet Słoneczny Kryształ, oświetlający sylwetki obydwu przeciwników. Jedynym, co napędzało w tej chwili jego ciało, była myśl, cel, do którego dążył, że nie może pozwolić temu potworowi opuścić tego miejsca. Musiał powstrzymać go przed wyrządzeniem jakiejkolwiek krzywdy jego przyjaciołom. Musiał powstrzymać go przed skrzywdzeniem jej.

Wielobarwne światło odbiło się w wodzie, wraz z rozbłyskiem impulsu żywiołowej energii, który odepchnął od siebie walczących, ci zaraz jednak ponownie ruszyli na siebie, jak przeciwległe końce biegunów przyciągani płonącymi w nich emocjami. Wokół nich rozbrzmiewał potworny, nieustający huk rozpadającej się wyspy, lecz oni, nie zważając na to, nie mogli przestać walki. Ich bronie na powrót starły się ze sobą, choć były zapewne równie zmęczone, jak ich właściciele.

- Niewinni śpią teraz w tubach zastoju, z dala od was! - ryknął Nero. - I będą tak spać, dopóki całe zagrożenie nie zostanie zniszczone, dopóki nie obudzą się w Nowym Świecie, moim imperium, w którym zapanuje wieczny pokój, wolność, sprawiedliwość i bezpieczeństwo!

Vox uchylił się przed ciosem włócznią i rzucił do przodu, by znaleźć się za plecami Nero. Wystrzelona przez srebrnego Toa wiązka energii uwolniona w błyskawicznej kontrze rozsadziła kamienne podłoże pod stopami Voxa i rzuciła go na stopnie skalnej piramidy. Szary Toa w porę obrócił się i zrobił unik przed naskakującym Nero, którego broń utkwiła między kamieniami po nieudanym ciosie. Vox odskoczył na bok, tnąc w locie mieczem.

Wylądowawszy na ziemi, Vox odwrócił się ku przeciwnikowi, uniósłszy przed siebie Dźwiękowe Ostrze. Nero wyrwał broń spomiędzy stopni i znalazł się naprzeciw niego.

- Jesteś… szaleńcem… - powiedział Vox, robiąc co słowo przerwy na zaczerpnięcie tchu. - Kiedyś byłeś bohaterem, Arctica mówiła o tobie tyle rzeczy… Co się z tobą stało?

Grom od strony Nero nadciągnął z oszałamiającą siłą.

- Jak śmiesz wymawiać przy mnie jej imię?! - Włócznik zawirował, przypominając tornado śmiercionośnych pchnięć, które zderzyło się w klingą Voxa,a ta tylko cudem nie rozbiła się jeszcze nie kawałki. - I jak śmiesz nazywać mnie szaleńcem?! Osiągnąłem coś, czego nie osiągnął jeszcze żaden Toa. Stanąłem na czele armii, jakiej ten świat nie widział!

Rozpadające się sklepienie wypuściło ze swoich objęć kadłub transportowca, którym Nero tu dotarł, a ten opadł wraz z pojedynczymi kamieniami w kolorze obsydianu w wodę z głośnym trzaskiem, tworzącym wraz z donośnym pluskiem harmoniczny dźwiękowy nieład. Czarne fale wzniosły się ponad wojowników i zalały ich obu deszczem tysięcy chłodnych jak lód kropel. We wszechogarniającym szumie Vox odezwał się, podejmując kolejną desperacką próbę przełamania natarcia wroga:

- Armii, która nadal nie pozwoliła ci osiągnąć tego, do czego dążysz!

Słowa te były dla Nero boleśniejsze niż cięcie Dźwiękowego Ostrza. To jednak również nastąpiło, ułamek sekundy później, przeistaczając kolczasty naramiennik Toa w rozbity skrawek metalu. Nero zachwiał się i odleciał w tył, gdy wymierzony w jego twarz cios pięścią Voxa pozostawił krzywe pęknięcie w jego Kanohi.

Uderzył plecami o kamienne schody, gdy w tle wyspa odezwała się serią huków i trzasków.

- Tak, to prawda - odparł z bólem Nero. - Popełniłem błąd. Nie doceniłem was. - Wstał i przyjął bojową postawę. Kilka kropel jego krwi spadło na wilgotne kamienie. - Przez moment naprawdę myślałem, że mogę przegrać. Ale potem… potem przypomniałem sobie starą legendę… i dotarłem tutaj.

Grot włóczni świsnął w powietrzu. Vox uchylił się w bok, omijając go, Nero jednak szybko skorygował swój błąd i kolejnym natarciem nadciął bok Voxa. Syknąwszy z bólu, Toa w Hau odskoczył w prawo i do przodu. Wojownicy zamienili się miejscami.

- Każda moja porażka… każdy mój błąd nie będzie miał znaczenia, gdy Wszechkryształ trafi w moje ręce! - Nero naskoczył na oponenta i zepchnął go aż pod piramidę.

Wytężając ramiona w ostatniej próbie odepchnięcia od siebie napierającego całą siłą Nero, Vox kątem oka spojrzał na widniejący w górze za jego plecami Słoneczny Kryształ, pulsujący oślepiającym światłem w walącej się komnacie. Pomyślał, jak szybko skończyłby się ten pojedynek, gdyby tylko udało mu się go zdobyć… Jeśli potęga, jaką obdarowywał swojego posiadacza była równie wielka, jak w legendach, Vox z łatwością pozbyłby się Nero, położył kres temu szaleństwu, a może nawet i całej wojnie…

Lecz wiedział, że jego rywal nie pozwoli mu go tknąć. Tak samo jak on nie pozwoli go tknąć jemu. Żaden z nich nie położy swoich rąk na krysztale, dopóki któryś z nich nie padnie martwy.

- Co takiego osiągniesz, gdy go zdobędziesz? - Vox zajrzał w płonące oczy oponenta. - Więcej poświęceń niewinnych? Więc zniszczenia w imię większego dobra?!

Ich bronie rozłączyły się ze szczękiem. W krótkiej, trwającej zaledwie pół sekundy chwili, w której Toa napinali mięśnie, by zamachnąć się orężem i zadać kolejny cios, ogień w oczach Nero przestał płonąć. W jego miejscu została tylko pustka. Chłodna, przerażająca pustka.

- Przyszłość - powiedział. - Przyszłość, w której nie ma Toa. Przyszłość, w której nie ma ciebie!

Pchnięcie włóczni nadeszło z ogromną siłą, jak huragan porywający ostatnie szczątki niszczonej przez siebie budowli, jak ogień trawiący ostatnie resztki pożeranego przez siebie drzewa, jak sztorm pochłaniający ostatni statek opierający się zniknięciu w jego objęciach. Z tą siłą grot wbił się w pancerz na brzuchu Voxa i powędrował w górę, przecinając zbroję na piersi. W pewnym momencie na jego drodze stanęło Dźwiękowe Ostrze, wystawione przez Voxa w panicznej próbie obrony. Zbyt wyczerpane walką jak wojownik, które dzierżył je w dłoniach, zderzyło się z pędzącym ku górze grotem i pękło na pół.

Vox z bólem - zupełnie jakby stracił część siebie - patrzył, jak szczątki miecza wykutego dla niego przez Zaldiara wylatują mu z dłoni i znikają w ciemnej wodzie. Potem ból nasilił się, gdy bezbronny przyjął na siebie kolejne uderzenie, które oderwało go od ziemi i posłało w górę.

Szary Toa próbował w ostatniej chwili osłonić się polem siłowym przed kolejnym atakiem, wszystkie siły opuściły go jednak wraz z utratą miecza i nie był nawet w stanie sięgnąć do mocy Kanohi. Pozwolił, by Nero, wciąż z tą straszliwą pustką ziejącą w jego ślepiach, dopadł do niego i zadał ostatni, miażdżący cios w plecy. Obaj Toa uderzyli o kamienny most w tym samym momencie, w którym wyspa na zewnątrz komnaty zawyła niczym potępieniec w krainie Karzahni.

Vox wrzasnął z bólu, gdy włócznia Nero przebiła jego ramię, przyszpilając go do ziemi.

- Przyszłość, w której jesteśmy tylko ja, Arctica i moje imperium.

Toa w Hau pragnął wstać i powstrzymać go przed odwróceniem się, wejściem na schody piramidy i sięgnięciem po Słoneczny Kryształ, by skończyć jego żywot. Pragnął wstać i powstrzymać go przed zrealizowaniem jego planu.

Pragnął ocalić Arcticę.

Ale nie miał już siły.

Został pokonany. Zawiódł. Przesłoniętym krwią wzrokiem mógł tylko patrzeć na walące się ściany pomieszczenia, na wciąż nieprzytomną Dallę i próbującego obudzić ją Aza oraz na dryfujące w wodzie szczątki jego miecza, jednocześnie wsłuchując się we wdzierający się do jego umysłu odgłos kroków Nero, wspinającego się po kamiennych szczeblach, powoli i nieubłaganie zbliżającego się do Wszechkryształu.

I czekać na swój koniec.

***


Wzgórza i pagórki przestały istnieć, gdy potężne kończyny machiny poderwały się spod nich, zrzucając swój kamuflaż. Górskie szczyty rozstąpiły się, rozerwane od środka masywnymi barkami. Dżungla zniknęła między zazębiającymi się częściami, formującymi szkieletowy tors i miednicę. Resztki lasu i rozerwanych wzniesień zaczęły powoli osuwać się w ocean, gdy ugięte nogi machiny próbowały oprzeć na nich swój ciężar. Akkaratus przebudził się, posyłając w niebyt obraz rajskiej, tropikalnej wyspy i ukazując to, co od wieków kryło się pod jej powierzchnią - olbrzymią, mechaniczną bestię.

Między dryfującymi szczątkami dawnego lądu, dało się dostrzec postacie dwóch walczących. Rebis i Karsh toczyli pojedynek na jednej z ruchomych skał, stanowiących niegdyś pierwotne podłoże wyspy. Nad nimi wznosił się Akkaratus, lecz Toa Ognia nie obawiał się go. Nie obawiał się już niczego.

Sparował cios ząbkowanego miecza Inkwizytora i samemu wyprowadził cięcie. Nie spodziewał się, że wygra. Musiał tylko wytrwać na tyle długo, by jego drużyna dotarła do „Chimery” i bezpiecznie odpłynęła do domu. Nie liczyło się nic innego.

Karsh zbił nadchodzący od strony Rebisa cios i samemu zamachnął się ostrzem. Toa Ognia był jednak wystarczająco szybki i zakręciwszy mieczami w powietrzu skrzyżował je przed sobą, torując drogę klindze Zakazianina, nim ta zdążyła rozpłatać jego pancerz. Wojownicy zaparli się w miejscu, iskry przeskoczyły między niebieskimi oczami mężczyzny w Hunie a zielonymi ślepiami Skakdi, aż wreszcie odskoczyli w tył, odepchnięci przez siebie nawzajem.

Nie było teraz czasu na wahanie się. Szybszy wojownik zgarniał wszystko. Rebis zbalansował na skraju skały i skoczył na Inkwizytora. Karsh skoczył na niego.

Rebis był zbyt wolny.

Rozszerzył oczy i wypuścił z dłoni miecze, które potoczyły się w dół skały i zniknęły w oceanie, kiedy broń Inkwizytora przeszyła pierś Toa Ognia. Gdy Karsh wyszarpnął z chrzęstem ostrze z jego ciała, wojownik padł na ziemię przed jego stopami, spoglądając w górę, na Zakazianina i splamione szkarłatem niebo.

Z jakiegoś powodu, wcale tego nie żałował.

Świecące oczy Karsha zwęziły się, a usta skryte pod czarną chustą wykrzywiły się w uśmiechu. Uniósł ostrze, by dobić Toa, gdy rozległ się głęboki pomruk od strony Akkaratusa i na obydwu mężczyzn padł olbrzymi cień.

Inkwizytor uniósł głowę i ujrzał ogromną, szponiastą dłoń machiny pędzącą na spotkanie z nim i Toa. Było zbyt późno, by uciekać. Karsh wystawił w górę ręce, powstrzymując mocą metalową konstrukcję, ledwie półtora bio nad swoją głową. Monstrum wydało z siebie kolejny, gniewny pomruk. Szpony otaczające samotną skałę, mimo wysiłków Inkwizytora, powoli zaczęły się zaciskać.

Rebis uśmiechnął się, widząc, jak siły opuszczają bezradnego Zakazianina. Moment przed tym, jak obydwaj zniknęli w ciemności, Karsh przeniósł swoje spojrzenie na Toa. Wojownik dostrzegł w jego oczach realizację. I już wiedział, kto tu jest zwycięzcą.

Nim zupełnie odpłynął, w jego umyśle tkwiła wciąż jedna myśl.

I była to nadzieja, że z Dallą wszystko w porządku.

***


W walącej się komnacie Słonecznego Kryształu, Az nieprzerwanie trącał dziobem maskę Dalli, chcąc sprawić, by się ocknęła. Gdyby nie był tylko Rahi, zapewne przestałby już dawno temu, widząc, że jego próby zbudzenia Toa Wody są bezowocne. Jego umysł był jednak zbyt prosty na taką myśl i dalej trwał w tym co robi, nieważne, jak bezsensowne by się to wydawało. Lecz w końcu jej powieki drgnęły.

Musisz się zbudzić.

Jej umysł pomału wracał do rzeczywistości. Zaczęły docierać do niej pierwsze dźwięki. I nie były to bynajmniej przyjemne dźwięki. Zdawało jej się, że słyszy krzyk Voxa i coś jakby uderzenia metalu o metal. Odgłosy te stawały się coraz wyraźniejsze, w miarę jak odzyskiwała przytomność, po chwili z oddali dało się też słyszeć przytłumione huki i trzaski, jakby wszystko wokół nich się waliło. I ktoś nieustannie szturchał ją w głowę.

Musisz się zbudzić. On potrzebuje twojej pomocy.

Otworzyła oczy. Pozwoliła mgle, która początkowo przesłaniała jej obraz rozwiać się i szybko odkryła, że wciąż znajduje się w sali ze Słonecznym Kryształem, choć ta wyglądała teraz zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy Dalla straciła przytomność. Spękane ściany powoli się zapadały, wpuszczając do środka czerwone światło zachodu, a wodzie wokół niej znajdowały się liczne skalne odłamki. Przynajmniej sam Kryształ wciąż tkwił w swoim miejscu na szczycie kamiennej piramidy. Piramidy, u podnóży której dostrzegła ledwie przytomnego Voxa.

Moment później zobaczyła również Nero, wspinającego się na ostatni stopień dzielący go od artefaktu.

W kolejnej chwili wielobarwne światło poruszyło się w dół wraz z Toa Dźwięku po kamiennych schodach. Trzymając w dłoni Wszechkryształ, Nero zatrzymał się nad Voxem, wyrwał włócznię z jego ramienia i oparł ją o własne. Uwolniony, Toa w Hau próbował wstać i stanąć do dalszej walki. Ale nie miał już siły. Broni.

Nie miał nic.

Obrócił się na plecy i zmrużył oczy przed oślepiającym blaskiem artefaktu. Za świetlistymi promieniami dostrzegł naznaczoną bliznami z ich minionego starcia twarz Nero, spoglądającego na niego z góry, wciąż z tą samą pustką w oczach.

- To dla ciebie koniec, Vox. Bracie - powiedział srebrny Toa. Jego głos był spokojny, choć dało się w nim usłyszeć pewną nutę uniesienia. Długo czekał na tę chwilę. - Przykro mi, że tak musiało się skończyć.

Wystawił rękę z Kryształem w kierunku Voxa. Artefakt zaczął świecić mocniejszym blaskiem - nie trzeba było żadnych słów, tylko wola tego, kto go posiadał. Teraz Nero również musiał zmrużyć oczy, by nie oślepnąć od jaśniejącego światła. Poczuł narastające ciepło w swojej dłoni, wszechogarniającą moc gotową do uwolnienia na jego skinienie…

Czyjś gniewny krzyk dobiegł go z lewej strony. Nero obrócił się w tamtym kierunku, a wtedy Dalla wbiła się w niego, wytrącając mu Kryształ z ręki i wraz z nim wbiegła w czerń. Artefakt zatopił się w wodzie, lecz jego blask, choć przytłumiony, nadal był widoczny pod ciemną taflą. Toa Dźwięku spoglądał na niego przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na dziewczynę. Stała w bojowej pozie, ściskając oburącz swoją włócznię i oddychając głęboko. W jego oczach ponownie zapłonął gniew.

- Czy ty masz pojęcie… - wycedził - co takiego właśnie zrobiłaś?!

Dalla uniosła broń ponad głowę, rzucając Nero spojrzenie.

- Jestem tego w pełni świadoma.

Nero ryknął gniewnie i rzucił się w stronę dziewczyny, kiedy nagle jakiś latający kształt zaczął fruwać wokół jego głowy, drapiąc o maskę. Dalla uśmiechnęła się, dziękując Azowi i naskoczyła na Toa Dźwięku, wykorzystując moment.

Mężczyzna odrzucił od siebie stworzenie i w ostatniej chwili zablokował się przed ciosem dziewczyny. Bronie ich obojga skrzyżowały się ze sobą. Drzewce obydwu włóczni ocierały się o siebie, wydając donośny zgrzyt, podczas gdy Toa napierali na siebie, stojąc po kostki w chłodnej wodzie. Twarze Dalli i Nero dzieliło od siebie ledwie kilkanaście centymetrów. Dziewczyna spoglądała prosto w jadowicie zielone oczy swojego rywala. Widziała w nich gniew. Frustrację. Złość, że był tak blisko celu i nagle ktoś mu przeszkodził. W swoim odbiciu w jego święcących źrenicach dostrzegła tylko spokój. Odwagę. Cechy, których nigdy by sobie nie przypisała. Teraz jednak wszystko się zmieniło.

Nie. Zmieniło się, kiedy została Toa.

Dalla dalej napierała na Nero, a ten, ku własnemu zdumieniu, nie mógł jej od siebie odepchnąć, zadać ciosu, nic, choć powinien przewyższać ją siłą. Tę Dalla czerpała jednak z otaczającej ich wody, po raz pierwszy czuła w sobie tak wielką moc, tak wielką siłę. Toa Dźwięku nie mógł w to uwierzyć. Widziała to w jego oczach. Wyczuwała jego myśli. Nie potrafił pojąć, dlaczego wcześniej pokonał ją z taką łatwością, a teraz ona wciąż stała i nacierała na niego z zaciśniętymi zębami. Wydał z siebie przeciągłe warknięcie, gdy żywioł dziewczyny przejął kontrolę na wodą otaczają jego nogi, więżąc je w swoim uścisku. Z grotu jego włóczni wystrzelił strumień energii, lecz Dalla nie pozwalała mu nawet zmienić pozycji swojej broni. Świetlista wiązka znikała w czarnej wodzie, wzniecając kłęby pary, które otuliły siłujących się ze sobą Toa.

Świat walił się wokół niej, obłoki przesłaniały wszystko przed jej oczami oprócz pary zielonych świateł, lecz ona wciąż napierała. Była Toa. Popełniła błąd, wskazując Nero drogę do tego miejsca. Teraz zamierzała to naprawić. Zamierzała wszystko naprawić.

Krzyknęła, wlewając pokłady całej siły w mięśnie ramion i podbijając broń jej oponenta. Włócznia Nero, kręcąc się w powietrzu znikła gdzieś w oddali, a przytłoczony Toa zatoczył się do tyłu, bezbronny. Dalla nie miała zamiaru pudłować. Z szybkością i dzikością, jaką jeszcze nigdy nie dysponowała, zakręciła własną włócznią i pchnęła nią w ramię Nero, przebijając je na wylot. Wojownik zawył z bólu i w ostatniej chwili zamachnął się ręką, przejeżdżając pazurami po oczach Dalli. Dziewczyna krzyknęła i, łapiąc się za twarz, ciągnięta siłą uderzenia runęła na bok.

Wszystko potem potoczyło się bardzo szybko.

Upadając, zamglonym wzrokiem Dalla widziała, jak Vox podrywa się z ziemi i ściskając Wszechkryształ w dłoni rzuca się na Nero. Widziała, jak obaj upadają w wodę i jak Vox przyciska jaśniejący artefakt do twarzy rywala. Widziała jak Nero szamocze się desperacko, rozchlapując wodę na boki i słyszała jego paniczny, bolesny wrzask oraz skwierczący odgłos, wraz z gniewnym krzykiem jej przyjaciela.

Potem blask stał się tak jasny, że nie widziała już nic.

***


Vox wiedział, że musi działać szybko.

Widział Dallę siłującą się z Nero.

Widział, jak dziewczyna wytrąca włócznię z jego rąk i sama przebija jego ramię. Widział, jak Nero ją odrzuca, zadrapując jej twarz.

I wiedział, że musi działać szybko.

Nie zważając na ból i zmęczenie, poderwał się z ziemi, chwycił zatopiony Słoneczny Kryształ i skoczył na srebrnego Toa, przewracając go i lądując wraz z nim w wodzie. Ignorując płonące ramię, przycisnął artefakt do maski przeciwnika, zaciskając na nim z całej siły swoje dłonie. Reakcja była natychmiastowa. Kryształ zaczął pulsować coraz jaśniejszym światłem, niemal wściekle, prawie oślepiając mężczyznę. Vox usłyszał donośny odgłos skwierczenia, do jego nosa dotarł swąd spalenizny. Toa w Hau czuł, że coś płonie, jego dłonie jednak, choć odczuwały gorąco, nie zajęły się ogniem.

Nero natomiast krzyczał. Krzyczał, szarpał się i wierzgał, kiedy jaśniejące światło powoli w niego wnikało, wypełniając każdą szczelinę w jego zbroi. Jego bolesny wrzask odbijał się echem w umyśle Voxa, ten jednak nie przestawał. Przycisnął jedynie mocniej Wszechkryształ do maski przeciwnika, chcąc skończyć to wszystko tu i teraz. Wielobarwny blask rozchodził się na wszystkie strony, był tak jasny, że Vox musiał zamknąć oczy, by wszechogarniające światło nie wypaliło mu ich, tak jak teraz wypalało zbroję, metalową skórę i tkankę mięśniową Nero.

Nagle jednak poczuł, że coś jest nie tak. Światło nie tylko wypalało Nero - ono w niego wnikało. W jednej chwili Voxa przeszył chłód, mimo całego blasku i gorąca, jakie roztaczał wokół siebie Kryształ. Wyczuwał obecność jakiejś obcej istoty, choć w komnacie znajdowali się tylko on, Nero i Dalla. Coś mówiło mu, że powinien przestać, puścić Kryształ w tej chwili, jednocześnie jednak inny głos, znacznie wyraźniejszy, kazał dalej mu to robić i Vox mimo woli posłuchał go.

Wreszcie, kiedy Kryształ zaświecił najjaśniej, ten sam głos rozbrzmiał donośnym echem w jego umyśle:

NARESZCIE WOLNY!

Blask oślepił go całkowicie na moment, a kiedy w końcu pobladł, zarówno Kryształ jak i Nero zniknęli, pozostawiając w swoim miejscu jedynie unoszące się nad falującą wodą smużki dymu.

Oszołomiony Vox wpatrywał się przez moment w czarną toń, lecz po chwili poderwał się na nogi. Nie było teraz czasu na zastanawianie się, co takiego się właśnie wydarzyło. Kolejny wstrząs szarpnął komnatą, której ściany opadły już niemal do połowy dawnej wysokości. Toa Dźwięku nie miał pojęcia, co działo się na zewnątrz, ale nie zamierzał tu zostawać. Musieli się stąd wydostać. Obolały i wycieńczony, podszedł do Dalli, która leżała skulona na ziemi, zakrywając twarz drżącymi dłońmi. Wziął ją pod ramię i pomógł jej usiąść.

- N-Nic nie widzę… - wyłkała. - Nic nie widzę…

Az krążył w powietrzu ponad nimi, skrzecząc. Vox wziął Dallę na ręce, zaciskając zęby z powodu wciąż dotkliwego bólu w ramieniu i wspiął się po kamiennej piramidzie, by móc rozejrzeć się dookoła. Widok unoszących się na falach oceanu skał i wznoszącego się ponad nimi mechanicznego monstrum niezmiernie go zdumiał, Toa Dźwięku był teraz jednak zbyt wyczerpany, by okazać to w jakikolwiek sposób.

Wodząc wzrokiem po szczątkach wyspy, stojąc na szczycie piramidy, która teraz również zaczęła się zapadać, Vox dostrzegł gdzieś w oddali dryfującą samotnie „Chimerę”. Była zbyt daleko, by dostać się do niej po którejkolwiek ze skał, lądu zostało zresztą i tak niewiele. Lecz musieli się tam dostać.

Pomysł, który zjawił się w myślach Voxa był równie niespodziewany co ryzykowny i Toa Dźwięku był przekonany, że nie ma prawa się udać, a nawet jeśli się uda, ilość mocy, którą do tego zużyje z pewnością go zabije. Nim to jednak nastąpi, może uda mu się dotrzeć do żaglowca. Jeśli on nie przeżyje, to może chociaż Dalla…

Przymknął oczy i sięgnął do każdej rezerwy swojej mocy żywiołu, jaką tylko dysponował. Widział wcześniej, jak Nero unosi się w powietrzu, kontrolując drgania powietrza wokół siebie i teraz zamierzał spróbować tego samego. Skupił się, zapominając o zmęczeniu, bólu, ryzyku, rozpadającej się wyspie oraz czerwonookiej bestii górującej nad nim i uwolnił swój żywioł, obejmując nim każdy dźwięk, każde drganie, które go otaczało.

I wtedy się wzniósł.

Wykorzystując każdą cząstkę swojej mocy, wzniósł się w powietrze i skierował w stronę widocznej na horyzoncie „Chimery”. Potworny ból głowy, jeszcze gorszy od tego, którego doświadczył podczas wizji w świątyni, pulsował w jego czaszce, mięśnie podtrzymujące Dallę płonęły ogniem, wycieńczone walką z Nero, ten sam ogień trawił również neurony i żyły Voxa od nieustannego przepływu mocy żywiołu, mężczyzna jednak ignorował to najlepiej jak potrafił i leciał dalej, starając się utrzymać na stałej wysokości ponad wodą.

I liczył w duchu, że pozostali nie odpłyną bez nich.

***


- Przepłynąłem niemal cały Wszechświat Matoran, od Madraen i Quentris przez Rithię i Xię aż po Półwysep Tren Krom - mówił Oduna, trzymając swój kapelusz, by uchronić go przed porwaniem przez wiatr - i nigdy czegoś takiego nie widziałem, ha!

Wraz z resztą załogi „Chimery” stał przy falszburcie, wpatrując się w podnoszącego się Akkaratusa.

- Kapitanie? - odezwał się stojący obok niego Huvatu. - Co robimy?

Bo-Matoranin wzruszył ramionami.

- Mieliśmy czekać na Toa, to czekamy.

Matoranin Żelaza uniósł brew i spojrzał na kapitana.

- Skąd mamy wiedzieć, czy w ogóle jeszcze żyją? - zaoponował, lecz w tej samej chwili rozległ się głos Kaneo, zawieszonej na linach ponad nimi:

- Patrzcie, tam!

Pozostali członkowie załogi spojrzeli we wskazywanym przez nią kierunku i dostrzegli ekipę Toa, biegnącą w ich stronę po szczątkach plaży, przy której zacumował statek. Oduna uśmiechnął znacząco do Huvatu, który z kolei jedynie wydął usta, i stanął pośrodku pokładu, zakrzykując do reszty Matoran:

- Zrzucić trap! Kaneo, zajmij się linami! Otamar, grzej silniki, chyba że mamy zostać głównym daniem na talerzu tego wielkoluda, ha!

Załoga natychmiast rzuciła się do pracy. Kilka minut później Ragan, Izaki, Kaleva i Purrik wpadli na pokład żaglowca, podczas gdy statek obrócił się dziobem w stronę otwartego oceanu, gotów do ucieczki przed zbliżającym się Akkaratusem. Oduna przyjrzał się przybyłym Toa - na powitalne uściski zdecydowanie nie było teraz czasu - i zmarszczył czoło.

- Gdzie pozostali?

- To długa historia - powiedział Izaki, zaczerpując tchu. - Teraz musimy stąd uciekać, szybko!

- Zaczekajcie! Tam! - krzyknął Purrik, wskazując na coś w oddali.

Toa i kapitan zbliżyli się do nadburcia i zmrużyli oczy, patrząc na widniejący daleko przed nimi punkt. Po chwili rozpoznali w nim Voxa trzymającego na ramionach Dallę i unoszącego się w powietrzu między kołyszącymi się w jedną i drugą stronę skalistych fragmentach dryfujących na falach wzburzanych przez ciężkie, mozolne kroki Akkaratusa. Fakt, że Toa Dźwięku potrafi latać wprawił ich wszystkich w nieukrywane zdumienie.

- Hej, od kiedy latanie to jego działka? - odezwał się Purrik, biorąc się pod boki.

- Są daleko - zauważył Ragan. - Nie możemy teraz odpłynąć, musimy na nich zaczekać!

Nagle zjawiła się przed nim Kaneo, zwisająca do góry nogami na linach zaczepionych na bomie.

- Nie chcę brzmieć przemądrzale, ale jeśli zaraz nie odpłyniemy to zostaniemy albo zmiażdżeni, albo pożarci, albo rozczłonkowani przez to wielkie zbliżające się do nas monstrum, którego przebudzenie się to chyba wasza sprawka? - Rzuciła Toa spojrzenie pełne wyrzutów.

- Zostawcie go mnie! - dobiegł ich zza pleców czyjś głos.

Ekipa odwróciła się i ujrzała Kalevę, zasiadającego za sterami udoskonalonego przez siebie pokładowego działa. Zamontowanego po bokach czterech głównych luf dodatkowe miotacze wysunęły się, odsłaniając kolejne wyrzutnie i miotacze harpunów, każdy o sile ponad tuzina Cordaków, wszystkie wycelowane teraz w szkieletowego giganta. Kaleva z szaleńczą radością odkrył, że Vo-Matoranka pracowała nieco nad jego projektem podczas jego nieobecności i z jeszcze większą chwycił za drążki, gotów wreszcie przetestować swoje dzieło, nad którym spędził tyle czasu.

Akkaratus machnął ręką, wzniecając falę, która uniosła na sobie kilka ogromnych głazów, a te wystrzeliły prosto w stronę żaglowca. Wszyscy natychmiast padli na pokład, wszystkie kamienie przeleciały jednak bezpiecznie ponad statkiem, poza jednym, który trafił centralnie w działo Kalevy na moment po tym, jak Toa Kamienia zdążył odskoczyć na bok, zmieniając śmiercionośną broń w stertę bezużytecznego metalu.

Mężczyzna w Komau rozdziawił usta i rzucił się w stronę burty, rzucając obelgi pod adresem Akkaratusa, Oduna jednak odepchnął go na bok i samemu przywarł do barierki.

- Są już blisko! - zakrzyknął. - Otamar, ustaw nas!

- Aj, aj, kaptanie! - Sternik zakręcił kołem i „Chimera” wykonała skręt, dając zbliżającemu Voxowi jak najwięcej miejsca na lądowanie, wszyscy na pokładzie nie mieli bowiem wątpliwości, że nie będzie ono łagodne.

***


Jedynie szczątkowe resztki jaźni, jakie mu pozostały, utrzymywały go jeszcze przy tym, co robił. Ból, jaki wypełniał całe ciało Voxa był przytłaczający, że odciął go od reszty zmysłów i tylko silna wola, która i tak była już bliska złamania, utrzymywała u Toa Dźwięku przytomność. Trzymana w jego ramionach Dalla wciąż pojękiwała, zasłaniając oczy, a gdzieś za nim próbowało go pochwycić gigantyczne monstrum, on jednak nie zwracał na to uwagi. Chciał tylko… dotrzeć… na statek… i odpocząć…

Zobaczył, jak „Chimera” ustawia się do niego bokiem. Od żaglowca dzieliło go ledwie niewiele ponad pięćdziesiąt bio. Nic, w porównaniu do odległości, jaką właśnie przebył. Nic, w porównaniu do ilości mocy, jaką już zużył. Na pewno starczy mu jeszcze trochę, by przelecieć ten ostatni kawałek. Na… pewno… Jęknął, gdy energia przepływająca przez jego ciało się wypaliła. Poczuł, że nie ma już władzy nad otaczającymi go drganiami. Poczuł, że opada. Wyczerpał całą swoją moc.

Na szczęście wiejący zza jego pleców wiatr wzniecany przez Akkaratusa i pęd, który osiągnął, wystarczyły, by ponieść go o własnych siłach w stronę statku. Osłaniając Toa Wody własnym ciałem, Vox zarył o deski pokładu i przejechał po nich kilka bio, dopóki nie wypuścił z objęć Dalli, po czym przejechał sam jeszcze kawałek, zatrzymując się dopiero przy nadburciu. Część załogi natychmiast ruszyła na pomoc Dalli, podczas gdy pozostali zajęli się nim.

Jeszcze przed utratą przytomności spojrzał na oszołomioną Toa Wody.

Cały czas dopytywała się, gdzie jest Rebis.

***


- Mamy ich! - krzyknął Oduna. - Otamar, zabieraj nas stąd!

Su-Matoranin pokiwał głową i zakręcił sterem. Gdy statek ustawił się w odpowiednim kierunku, chwycił za dźwignię przy sterze i, czując na swoich plecach spojrzenie Akkaratusa, pociągnął ją w dół.

Silniki zawyły i wystrzeliły statek do przodu. Żaglowiec pomknął po odbijającym promienie zachodzącego słońca oceanie w stronę Artas Nui, w stronę domu.

Akkaratus wydał z siebie gniewny, gardłowy krzyk, „Chimera” była już jednak zbyt daleko, by jego gniew mógł ją dosięgnąć.

Rozdział 24Edytuj

Arctica stała samotnie przy nadburciu jednego ze statków floty Toa, nachylona nad oceanem. Jej sylwetka odbijała się w ciemnej toni, oświetlana od tyłu przez blask bijący z okrętu na tle czarnego nieba. W jednej z dłoni trzymała lodowy sopel, powoli rzeźbiony na kształt sylwetki Nero. Z czasów, kiedy jeszcze był Nero.

Zza jej pleców dobiegały podekscytowane głosy Toa i innych członków załogi, świętujących na pokładzie zwycięstwo. Statek, na którym się właśnie znajdowała, był jednym z trzech okrętów, które przybyły z Uteau, by pomóc w zdobyciu twierdzy na Artidax i które teraz płynęły w kierunku Metru Nui, więżąc pod swoimi pokładami pojmanych przywódców Armii Nowego Świata, w tym wciąż zamrożoną przez Arcticę Tanith, by postawić ich przed sądem. Tanoa zgodził się, aby po drodze zatrzymali się przy Artas Nui, na prośbę dziewczyny. Toa Lodu chciała już tylko wrócić do domu, choć nie wiedziała, co tam zastanie.

Zdobycie fortecy na Artidax i wyłączenie głównego roju dronów było kluczowym osiągnięciem, przynoszącym klęskę Armii. Wytropienie i pojmanie ostatnich szczątków, którym udało się uciec, było dla floty teraz jedynie kwestią czasu. Wojna skończyła się. Cel, który postawiła sobie Arctica po wyruszeniu w podróż został wreszcie osiągnięty.

Mimo to dziewczyna wcale nie była szczęśliwa.

Wpatrywała się zamyślonym wzrokiem w miniaturową postać jej przyjaciela, drążąc starannie swoją mocą w lodzie detale na jego masce. Nie czuła smutku, żalu czy nawet bólu. Jedynie chłodną złość na samą siebie i na swoją naiwność. Wierzyła, że Nero wciąż żyje. Była głupia. Umarł dawno temu, zastąpiony przez mężczyznę, którego spotkała wtedy w fortecy. I wraz z nim, gdzieś głęboko, umarła też część niej. Mimo to nie odczuwała bólu. W tamtym miejscu pojawiła się tylko… pustka.

Usłyszała za plecami czyjeś kroki, nie odwróciła się jednak. Po chwili obok niej stanął Tanoa, opierając się o reling.

- Nie chcesz dołączyć do pozostałych? - zapytał.

Nie odpowiedziała mu. Nadal wpatrywała się w figurkę.

Toa Kamienia uśmiechnął się pod nosem sam do siebie.

- Rozumiem cię. Też nie mam ochoty na świętowanie. Choć pewnie Dakhin by mnie nie powstrzymywał.

Przed oczami Arctici pojawiło się wspomnienie mężczyzny, który zabił Nero, wypalającego dziurę w piersi Dakhina promieniem wystrzelonym ze swojej włóczni. Jej palce trzymające figurkę zadrżały.

- Wiesz, brakuje mi go - powiedział Tanoa, wpatrując się w ocean. - Wiele razem przeszliśmy, nawet jeszcze zanim zostaliśmy zaciągnięci do walki z Armią. A po tym ile się działo, ha, ha! Wysadziliśmy razem tyle rojów dronów, że sam bym ich wszystkich nie zliczył. Straciliśmy przy tym wielu, fakt, ale Dakhin nigdy się nie poddawał. Był dobrym przyjacielem.

Błękitne oczy Arctici odbijały się w krystalicznej twarzy Nero.

- Znałam tego, który go zabił - odezwała się głosem całkowicie pozbawionym emocji.

Tanoa zerknął na nią.

- Znałaś?

- Był moim bliskim przyjacielem, dopóki nie zaginął wiele lat temu - wyjaśniła Arctica. Wciąż nie odrywała wzroku od figurki. - Nigdy nie sądziłam, że odnajdę go w takim miejscu . I że zrobi coś tak strasznego.

Toa Kamienia milczał przez chwilę, szukając właściwej odpowiedzi.

- Przykro mi - powiedział wreszcie. - Jeśli jest coś, co mógłbym…

- Nie - przerwała mu Arctica. - Wątpię, żeby było coś, co ktokolwiek mógłby dla mnie zrobić. Nie wiesz, jak się czuję.

Tanoa spoglądał na dziewczynę przez moment, po czym odwrócił głowę ku oceanowi.

- Pewnie tak - przyznał. - Ale mogę się domyślać. Musisz dać sobie czas na ochłonięcie po tym wszystkim. - Odszedł od barierki i położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Spojrzała na niego po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy. W kącikach jej oczu tliły się niewielkie łzy. - Czas najlepiej leczy rany. Lepiej niż jakikolwiek medyk.

Odszedł, zostawiając Arcticę samą z rozmyśleniami. Toa Lodu jeszcze przez chwilę spoglądała za nim, po czym ponownie zajęła się rzeźbioną w lodzie figurką.

Obawiała się. Obawiała się, że znów stanie się z nią to, co wtedy, gdy utraciła Nero po raz pierwszy. Patrząc na siebie wstecz, uświadomiła sobie, w jak bardzo… chłodną osobę przeistoczyła się w tamtym czasie. Pozbycie się tamtej lodowej skorupy z jej serca było dla niej niezwykle wielkim osiągnięciem, lecz zarazem niezwykle trudnym i Arctica nie chciała przez to ponownie przechodzić. Nie chciała znów zatracić się w smutku i rozpaczy, nie chciała znów się zagubić. Lecz potem uświadomiła sobie znaczącą różnicę między sobą z przeszłości a tym, kim była teraz. Niegdyś musiała sama radzić sobie z bólem po rozstaniu. Teraz miała kogoś, kto mógł ją wesprzeć. Miała tylko nadzieję, że gdy wróci na Artas Nui, ta osoba również tam będzie.

Ostatni raz spojrzała na lodową figurkę, po czym zamachnęła się i cisnęła ją ku oceanowi.

***


Po obudzeniu się, Dalla nie zobaczyła absolutnie nic. Nawet blasku bijącego z jej światełka sercowego, który przecież dałoby się dostrzec, gdyby trafiła do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Po prostu nic nie widziała. Mimo to, potrafiła wyczuć, w jakim miejscu przebywa - znajdowała się w jednej z kajut na pokładzie „Chimery”, mogła dokładnie poznać jej kształt. Wyczuwała wygodne łóżko, w którym teraz leżała. Wyczuwała drewniane ściany otaczające ją ze wszystkich stron. Wyczuwała wiatr wiejący w żagle i fale, które kołysały statkiem. Wyczuwała to wszystko - a przecież nawet nie ruszyła się z miejsca.

Ostatnie wydarzenia pamiętała jak przez mgłę. W jej pamięci wyraźnie zachowało się tylko kilka elementów, które razem z innymi powinny tworzyć większą całość, jak jej walka z Nero, lot a ramionach Voxa czy uderzenie o pokład statku. I potworny ból w oczach, wspólny dla każdej z tych scen. Pamiętała też, że po wylądowaniu na „Chimerze” dopytywała się, co stało się z Rebisem. Czy jej odpowiedzieli?

Coś się w niej zmieniło w momencie, w którym opuściła świątynię. A może stało się to już wcześniej? Nie była w stanie nic zobaczyć, a niemal w całości poznawała swoje otoczenie. Wyczuła też czyjąś obecność w kajucie, jeszcze zanim ta osoba zauważyła jej ocknięcie się.

- Obudziłaś się - usłyszała czyjś wypełniony ulgą głos. Rozpoznała go.

- Izaki? - odezwała się. - Nie widzę cię…

Toa Lodu jakby zawahał się, nie odpowiedział bowiem od razu. Oprócz niego, Dalla wyczuła też obecność innych w kajucie.

- Twoje fotoreceptory zostały poważnie uszkodzone - powiedział wreszcie Izaki. - Nie mogliśmy ich naprawić, na pewno nie w tych warunkach… A nawet jeśli dopłyniemy na Artas Nui… Wątpię, czy kiedykolwiek będzie mogła znów widzieć.

Dziewczyna pokiwała powoli głową. Pogodzenie się z tym przyszło jej z zaskakującą łatwością.

- Rebis o tym wie? - zapytała, podnosząc się do półsiedzącej pozycji. - Gdzie on tak właściwie jest?

Odpowiedź znów nadeszła dopiero po chwili. I tym razem nie z ust Izakiego:

- On… został na wyspie - głos należał do Ragana. - Odwracał uwagę Inkwizytora, który próbował nas zatrzymać, żebyśmy nie dotarli na statek, kiedy wyspa zaczęła się rozpadać. Został tam i… nie wrócił już, kiedy wyruszaliśmy. Ty i Vox byliście ostatnimi, którzy dotarli na pokład. Potem musieliśmy już odpływać.

- Och…

Spuściła lekko głowę i zacisnęła wargi, walcząc z nagłym przypływem emocji. Domyśliła się, jaki los spotkał jej przyjaciela. Czy chciała, by to wszystko potoczyło się inaczej i Rebis nadal tu z nią był, próbując ją jakoś rozweselić? Być może. Ale mimo wszystko była mu wdzięczna, że powrócił do niej po tylu latach rozłąki i całkowicie odmienił jej życie. Miała nadzieję, że był tego świadomy w chwili, w której stawał do walki z Inkwizytorem. I kiedy stało się z nim… to, co się z nim stało. Żałowała, że nie mogła mu raz jeszcze podziękować.

Podniosła spojrzenie martwych oczu. Wyczuwała wyczekiwanie u pozostałych.

- Czy możecie… - odezwała się - zostawić mnie na chwilę samą?

- Tak, tak, oczywiście…

Usłyszała oddalające się kroki i dźwięk zamykanych drzwi do kajuty. Potem nie wyczuła w pobliżu już niczyjej obecności. Jej głowa opadła ciężko na łóżko, a dziewczyna odetchnęła głęboko. Choć jej oczy były martwe, Dalla poczuła tlące się w ich kącikach łzy, gdy zalała ją fala wspomnień Toa Ognia.

Wiedziała, że z tej wyprawy przyjaciel nie opowie jej już żadnej historii.


Przyglądający się całej rozmowie Oduna westchnął ciężko i pokuśtykał na zewnątrz. Po wyjściu spod pokładu dostrzegł Voxa, stojącego przy falszburcie i wpatrującego się w dal poza szarymi chmurami wiszącymi nad oceanem. Niemal każdy skrawek jego ciała zakrywał jakiś opatrunek i choć Izaki oraz pozostali Toa nalegali, by pozostał w łóżku i odpoczywał - wyczerpanie tak wielkiej ilości mocy żywiołu omal go nie zabiło, potrzeba było sporych nakładów Mocy Toa, aby utrzymać go przy życiu - ten i tak zignorował ich słowa.

Bo-Matoranin podszedł do niego.

- Dalla miewa się lepiej, ale nadal jest zdruzgotana - powiedział. Rzadko dało się słyszeć taką troskę w jego głosie. - Co… co takiego wydarzyło się w tamtej świątyni?

Vox nieprzerwanie wpatrywał się w punkt gdzieś za horyzontem.

- Coś strasznego, kapitanie - powiedział po chwili wyczerpanym głosem. - Coś strasznego.

***


Eksplozje rozświetliły nocne niebo, skupiając się wokół wieży wieńczącej metalową kopułę górującą nad Artas Nui, przeistoczoną na czas wojny w fortecę mechanicznej armii. Teraz ta sama wieża opadała ku zrujnowanemu miastu, wieńcząc klęskę Nowego Świata. W siódmy dzień po wyłączeniu głównego roju-mózgu dronów i zapanowaniu w szeregach Armii dezorganizacyjnego chaosu, mieszkańcy metropolii wreszcie wyszli z podziemi na powierzchnię.

Toa Hserg wyminął rozglądających się wokoło Matoran - wielu z nich ujrzało swoje miasto po raz pierwszy od czterech lat - i podszedł do leżącej na ziemi kamiennej kolumny, chcąc odsunąć ją z drogi dla kolejnych mieszkańców. Ostatnie półtora miesiąca było dla nich naprawdę trudne. Bez ósemki Toa coraz ciężej było im dostarczać zapasy oraz pilnować wejść do podziemnych wiosek. W dodatku brak jakiegokolwiek odzewu od strony załogi „Chimery” oraz ich dłużąca się nieobecność nie podnosiły nikogo na duchu. Mieszkańcy powoli zaczynali tracić nadzieję. Sam Hserg zaczął ją tracić, choć dzielnie walczył do samego końca.

I wtedy stało się to. Do wiosek zaczęły docierać wieści z powierzchni, że wszyscy mechaniczni żołnierze zostali wyłączeni. Strażnicy opuścili swoje stanowiska, a Inkwizytorzy oraz pozostali dowódcy okupujący Artas Nui w popłochu wsiadali na pokłady okrętów otaczających wybrzeża i odpływali, nie zabierając ze sobą nawet tub zastoju. Zupełnie tak, jakby przed czymś uciekali. Jakby się czegoś bali. Do nikogo z ocalałych nie zaczęły napływać jeszcze wieści z innych wysp, nie wiedzieli więc, co spowodowało taki nagły obrót spraw i czy mają coś z tym wspólnego ich pobratymcy, którzy wyruszyli na poszukiwania Słonecznego Kryształu, czy też może ktoś inny.

Jedno było jednak pewne - wojna się skończyła.

Hserg napiął mocniej mięśnie, walcząc z ciężarem. Stęknął, gdy udało mu się pociągnąć za sobą kolumnę jedynie przez niecałe trzy bio po ziemi.

- Czy wszyscy Toa są tak głupi? - Mężczyzna odwrócił głowę i zobaczył zbliżającą się postać Khrusska. Skakdi chwycił filar z drugiej strony i pomógł przenieść go wojownikowi. - Dwóm osobom zawsze łatwiej jest podnieść ciężar niż jednej.

- Nie głupi - odparł Hserg. - Niektórzy Toa po prostu nazwaliby to „determinacją”.

- I ci sami byliby w błędzie. - Zakazianin wyszczerzył zębiska.

Odłożyli kolumnę na bok, odblokowując przejście pozostałym mieszkańcom. Hserg strzepał ze swojej zbroi pył, który wzniósł się w powietrze po uderzeniu filaru o ziemię.

- Gdzie jest Kife, kiedy jej potrzeba? - powiedział sam do siebie. - Jej telekineza przydałaby się przy przenoszeniu tych głazów.

- Pilnuje reszty na wschodnim wybrzeżu. - Odpowiedź nadeszła od strony Auerieusa, kiedy ten zbliżył się do Toa Ognia. - Kilku Vortixx odnalazło tam nieaktywne drony. Próbują przeprogramować je, żeby posłużyły nam za roboty pomocnicze.

Hserg oparł dłonie na ramionach i rozejrzał się dookoła. Większość Matoran stała w miejscu lub szła wolno, jak w transie, wodząc wzrokiem po zrujnowanych wieżowcach czy skupiając się na płonącym widoku upadającej w tle wieży. Niektórzy zebrali się wokół zgarbionego mężczyzny w podstarzałej masce, próbującego podnieść ich na duchu jakąś historią. Tylko kilkoro z nich zajęło się pracą przy odbudowie miasta.

- Mieszkańcy - odezwał się - nie kwapią się zbytnio do pomocy.

- Nie można się im dziwić - odparł Auerieus, podążając za jego spojrzeniem. - Są zbyt zdruzgotaniu, żeby zająć się czymkolwiek. Żyją tu od wieków, większość z nich pewnie widziała zniszczenia po poprzedniej wojnie i miała nadzieję, że coś takiego nigdy więcej się nie powtórzy. Cała praca spoczywa na naszych barkach. Jesteśmy to im winni. - Zerknął na Hserga. - W końcu to po części przez nas ta wojna miała miejsce.

Toa Ognia zmarszczył czoło.

- Co masz na myśli?

Auerieus odwrócił się do niego.

- Pozwalaliśmy, by władze wyspy trzymały nas w swoich lejcach. Stawiali nam warunki, a my poszliśmy na kompromis, byleby tylko tu zostać. Ale może nie powinniśmy tak zrobić. Może powinniśmy stawiać opór i z tym walczyć. Może wtedy nie pozwolilibyśmy temu… złu zapuścić tu korzeni i może wtedy ta wojna wcale by nie wybuchła.

Hserg spuścił na moment wzrok, zastanawiając się nad słowami towarzysza.

- Myślisz… że to wszystko zaczęło się tutaj?

- Nie mam pojęcia, Hserg. Nie wiem - powiedział Toa w Kiril, wzruszając ramionami i wzdychając. Ponownie spojrzał na Matoran, Skakdi i pozostałych, idących w ruiny. - Ale nawet jeśli, to przynajmniej wiemy, co zrobiliśmy nie tak. I co powinniśmy zrobić, aby to się nie powtórzyło.

Mężczyzna w Arthron podszedł do Toa Plazmy i przez jakiś czas razem wpatrywali się w mieszkańców Artas Nui powracających do swojego domu. Hserg pamiętał, jak przybył na tę wyspę przed laty, niedługo po zakończeniu trwającej tam wojny z najeźdźcami z południa, gdy miasto potrzebowało nowych Toa. On jednak przybył tam jedynie w poszukiwaniu przygody. Niespodziewanie poczuł na sobie ciężar ogromnej odpowiedzialności.

- Więc… co teraz? - zapytał po chwili Auerieusa.

Toa Plazmy uśmiechnął się pod nosem i podniósł dwa głazy leżące na głównej drodze, po czym rzucił jeden z nich ku Hsergowi. Czerwony Toa ugiął się lekko, złapawszy go.

- Będziemy się uczyć na własnych błędach - odrzekł Auerieus i odszedł, by zająć się pozostałymi.

Hserg stał przez moment w miejscu, odprowadzając go wzrokiem. Wreszcie odrzucił kamień na bok, usuwając go z drogi i podążył za wojownikiem, aby pomóc reszcie mieszkańców w odbudowie. Zza horyzontu zaczęły wyłaniać się pierwsze promienie słońca, rzucając chłodne światło na budzące się po wojnie do życia Artas Nui.

Gdzieś w tle rozległ się donośny huk, gdy dogasająca wieża w końcu uderzyła o ziemię.

EpilogEdytuj

Vox stał na skraju pomostu, wpatrując się w chowające się za widnokręgiem szkarłatne słońce i rozmyślał. Otaczała go gama dźwięków napływających z całego portu Artas Nui, od przybijających do brzegu statków po Matoran pracujących w tle nad rekonstrukcją metropolii. Mężczyzna miał ochotę odciąć się od tych wszystkich odgłosów, by móc lepiej skupić się na własnych myślach, nie mógł jednak korzystać z mocy żywiołu. Podczas walki w świątyni i późniejszej ucieczki zużył jej tyle, że nawet po kilkutygodniowej podróży potrzebował jeszcze paru dni, by ją zregenerować. Było to uciążliwe, ale znosił to. Był wdzięczny, że w ogóle przeżył.

Na jego plecach, odzianych w nową zbroję - jego poprzednia była zbyt zniszczona, by do czegokolwiek się nadawać - spoczywała Kosa Szeptów, jego nowa broń. Po utracie Dźwiękowego Ostrza Vox przez chwilę rozważał sprawienie sobie nowego miecza, zdecydował się jednak na broń dwuręczną, drzewcową. Chciał nauczyć lepiej posługiwać się tego typu orężem po zobaczeniu, jak włada nim Nero. Pojedynek z Toa Dźwięku nauczył go, jak wiele jeszcze nie potrafił - i Vox postanowił po powrocie na wyspę to zmienić.

W jego umyśle wciąż rozbrzmiewały słowa Nero - o nadchodzącej zagładzie, której sprawcami będą Toa, o zdradzie Makuta i śmierci Wielkiego Ducha. Nie był pewien, czy są one tylko wytworem szaleństwa, czy może kryje się w nich jednak prawda. Słyszał w myślach również oskarżenia rzucane mu przez zjawy w wizji w świątyni. I w jego koszmarach, które wciąż miewał, choć znacznie rzadziej. Wiedział, że nie powinien się nimi przejmować - powinien radować się razem z innymi. Wojna została zakończona, wszechświat ocalony. On jednak nie potrafił się cieszyć. Nie z powodu dręczących go wspomnień słów.

Nie. Powód był zupełnie inny.

Po powrocie na Artas Nui, zamienił parę zdań z Kife, wymienił chłodne przywitania z Hsergiem, spróbował nawet kilku nowych kulinarnych przysmaków Khrusska. Widział się również z Auerieusem, który próbował namówić go do wstąpienia do nowej Rady Artas Nui, formującej się na wyspie. Vox odmówił, dobrze jednak było widzieć Toa Plazmy. Wszyscy jego dawni kompani, z którymi jeszcze nie tak dawno walczył ramię w ramię przeciwko dronom, wciąż tu byli.

Wszyscy, poza jedną osobą.

Gdzieś w tyle nastało poruszenie z powodu przybicia kolejnego statku do portu, on jednak zignorował to, nadal pogrążony w rozmyśleniach. Morska bryza uderzyła go w twarz, a wzdłuż jego pleców przebiegł przyjemny dreszcz. Wśród rozbrzmiewających za nim hałasów rozległ się odgłos czyichś kroków. Nie zareagował na nie.

- Tak myślałam, że cię tu znajdę.

Odwrócił się na dźwięk tych słów. Zobaczył stojącą naprzeciw niego Arcticę, taką samą jak w chwili, w której widział ją po raz ostatni, z dłońmi opartymi na biodrach i dwoma Mroźnymi Ostrzami spoczywającymi na plecach. Spoglądała na niego niebieskimi oczami spod srebrnej maski, uśmiechając się z lekka. On również się uśmiechnął.

Stali przez moment w miejscu, spoglądając na siebie przez długie kilka minut. Wokół nich port tętnił życiem, lecz oni jakby zatrzymali się w czasie.

Nie musieli mówić nic.

Po chwili podeszli do siebie i objęli się nawzajem.

***


Dalla podeszła do Oduny, nadzorującego, jak reszta załogi „Chimery” ładuje skrzynie z zaopatrzeniem na pokład żaglowca. Oczy miała zasłonięte opaską, lecz jej włócznia oraz drzemiąca w niej nowa moc pomagały jej zorientować się w otoczeniu. Pierwszy jej przybycie zauważył Az i poderwał się z ramienia kapitana, po czym zaczął krążyć wokół głowy dziewczyny. Dalla uśmiechnęła się i zachichotała, czując znajome łaskotanie skrzydeł Rahi. Po chwili Bo-Matoranin przywitał ją, śmiejąc się rubasznie.

- Wypływacie, kapitanie? - zapytała Toa Wody. Nie była już częścią załogi, lecz trudno jej było odzwyczaić się od zwracania się w ten sposób do Oduny.

- Tak, tak… - odrzekł mężczyzna. - Nigdy nie byłem z tych, którzy dużo przebywają na lądzie. I, niech to zaraza, zżyliśmy się ze sobą, ja i reszta załogi, ha! Popływamy trochę po świecie, zobaczymy, co zmieniło się tu i tam… Oczywiście będziemy raz na jakiś czas tu do was wracać, ha, ha! Ha… - Westchnął ciężko. - Będzie nam cię brakować, Dallo. Byłaś dobrym kamratem.

Dziewczyna poczuła, jak jej twarz oblewa się rumieńcem.

- Dziękuję, kapitanie…

Huvatu i Otamar załadowali ostatnią skrzynię na pokład. Zawieszona na linach Kaneo zakrzyknęła do Oduny, że muszą już wypływać, jeśli mają zdążyć na Południowy Kontynent przez zmierzchem. Kapitan machnął do niej ręką, by dała mu jeszcze chwilę. Az, który przysiadł na ramieniu Dalli, spojrzał na niego niepewnie. Matoranin najwyraźniej musiał to zauważyć, powiedział bowiem po chwili wahania do Toa Wody:

- Niech Az z tobą zostanie.

- Co takiego? - zdumiała się dziewczyna.

- Mówiłem ci już, moja droga, że choć z zewnątrz mogę wyglądać na gruboskórnego wilka morskiego, to w głębi nadal jestem wrażliwym Matoraninem. I, do stu piorunów, wzruszam się od czasu do czasu. A to przeklęte ptaszysko za bardzo cię polubiło… - Wskazał hakiem na Aza. - …i serce by mi pękało na widok niego tęskniącego za tobą… Więc, lepiej będzie, jeśli zostanie przy tobie.

Toa Wody uśmiechnęła się wdzięcznie, gładząc Rahi po dziobie.

- To bardzo szlachetne z pana strony, kapitanie, ale… to raczej nie będzie potrzebne - oznajmiła. - Płynę z wami.

Tym razem to Oduna się zdziwił.

- Co, ha? - Zawahał się. - Ale twoje oczy…

- Zawsze chciałam zobaczyć egzotyczne wyspy i inne odległe miejsca, o których czytałam w Wielkiej Bibliotece - powiedziała Dalla - ale nigdy nie miałam dość odwagi, by to zrobić. Teraz, chociaż nie mogę ich zobaczyć, nadal chcę je zwiedzić. Poczuć je. Dowiedzieć się, jak tam jest. I nie ma lepszej załogi, z którą mogłabym to zrobić.

Bo-Matoranin wpatrywał się przez chwilę w dziewczynę, zastanawiając się, co powiedzieć - Dalla mogła to nawet wyczuć. Spojrzał na moment na Aza, a ten pokiwał głową, jakby zrozumiał całą rozmowę. Oduna mruknął.

- Jesteś pewna?

- Jestem.

Az skrzeknął przeciągle, patrząc z wyczekiwaniem na kapitana. Wreszcie Oduna wyszczerzył się i zakrzyknął do Toa Wody:

- W takim razie, witam na pokładzie!

Dalla odpowiedziała mu uśmiechem, a Az zaskrzeczał radośnie i wzbił się w powietrze, krążąc wokół kapitana, wspinającego się powoli po trapie.

Dziewczyna podążyła jego śladem i dołączyła po chwili do reszty załogi „Chimery”.

***


Blask księżyca spływał z góry na siedzących na dachu jednego z budynków Voxa i Arcticę, obmywanych od dołu przez światła neonów Artas Nui. Po spotkaniu na wybrzeżu i opowiedzeniu sobie swoich przygód po rozdzieleniu się, dwoje Toa postanowiło spędzić ze sobą trochę czasu. Bez słów, bez niczego. Po prostu chcieli ze sobą być - zbyt bardzo się ze sobą zżyli i zbyt długa była ich rozłąka.

Vox był pod wrażeniem Arctici i jej starcia z Kraavosem oraz walki na Artidax, zwłaszcza, że po wypadnięciu za burtę „Chimery” wielu uznało ją za martwą. On sam również opowiedział jej, co wydarzyło się w dalszej części podróży i później na wyspie, choć całe zajście w świątyni spłycił do kilku zdań, zastępując Nero „wysłannikiem Armii Nowego Świata”. Nie wiedział, czy mówić przyjaciółce, kto tak naprawdę stał za wybuchem wojny. Oczywiście, powinien to zrobić, a ona powinna o tym wiedzieć, lecz nie chciał sprawiać jej niepotrzebnego bólu. Nie teraz. Nie dzisiaj.

Potem przypomniał sobie jednak, co poprzysiągł sobie w trakcie pojedynku. Że zwycięży, przeżyje i powie o wszystkim Arctice. Spojrzał na towarzyszkę, opierającą głowę na jego ramieniu i spoglądającą gdzieś w dal zmęczonym wzrokiem. Może jednak powinien zrobić to właśnie w tej chwili. Nie chciał, żeby Toa Lodu dalej trwała z nadzieją, że Nero wciąż żyje… i wciąż jest tym, kim go zapamiętała.

Chwila wahania była długa, lecz wreszcie Vox zebrał się na odwagę i odezwał:

- Muszę ci coś powiedzieć, Arctica. Kiedy razem z Dallą dotarliśmy do komnaty z Kryształem, naprzeciw nas stanął Nero i…

- Powiedz, że nie żyje. - Toa Lodu spojrzała nagle na niego. Vox odwrócił wzrok i zacisnął usta. Zastanawiał się, która odpowiedź mniej ją zrani.

- Nie żyje - odparł w końcu.

Arctica przymknęła oczy i odetchnęła z ulgą. Vox zmarszczył czoło. Wiedziała?

- Dlaczego…

- Nie mówiłam ci o tym, ale gdy dopłynęłam na Artidax, znalazłam go tam, jeszcze zanim wyruszył z wojskiem do świątyni - powiedziała dziewczyna i dodała po chwili cicho: - Wtedy uświadomiłam sobie, że ten, którego znałam, umarł już dawno temu. Dobrze, że to, w co się zmienił, nie będzie już nas niepokoić.

Vox skinął lekko głową i ponownie zaczął spoglądać na mieniący się jaskrawymi światłami obraz odbudowywanego miasta. Czuł się źle z tą odpowiedzią. Nie miał do końca pewności, czy Nero naprawdę zginął - Vox widział tylko, jak znika w oślepiającym blasku, razem z Kryształem. Groźba jego powrotu cały czas wisiała w powietrzu i mężczyzna odczuwał niepokój za każdym razem, kiedy o tym myślał. Potem jednak spojrzał na Arcticę, wtuloną w jego ramię. Uśmiechnął się z lekka.

Postanowił, że będzie się tym martwić kiedy indziej.


KONIEC

Autor Edytuj

Lord Vox

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki