FANDOM


Maska kłamstw to opowieść, której akcja dzieje się sześć lat po wydarzeniach opisanych w Kodeksie. Opowiada o rozpoczęciu na Artas Nui wojny z Armią Nowego Świata.

PrologEdytuj

Tanith szła wolno przed siebie, a stukot jej butów na obcasie odbijał się echem przy każdym kroku. Przemierzała teraz korytarze starego, lecz wciąż okazałego pałacu stojącego samotnie na gołej wysepce, zagubiony pośród morskich fal. Napawała się każdym centymetrem tego miejsca. Było po prostu niesamowite. Niezwykle tajemnicze, niedostępne i uderzająco piękne.

Zupełnie jak ja - przeszło jej przez myśl.

Pałac należał do jednego ze steltiańskich arystokratów, który kazał wybudować go na odosobnionej wyspie, kilka kio morskich od Nieugiętego Miasta - Artas Nui. Niestety, podczas jednej z wypraw wrogowie właściciela postanowili go wyeliminować, a pałac pozostawiono samemu sobie i na przestrzeni wieków zapomniano o jego istnieniu. To on pokazał jej to miejsce. I Tanith je pokochała. Uwielbiała kroczyć jego korytarzami, teraz pustymi, i wyobrażać sobie, jak niedługo będą wyglądać. Obecnie w zamku nie było nikogo oprócz niej - nie licząc tych, którzy znajdowali się w podziemiach - lecz Toa Wody widziała już w swoim umyśle setki służących, krzątających się w tę i z powrotem, gotowych spełnić każde jej żądanie.

Zadrżała z podniecenia na samą myśl o tym. Zwracaliby się do niej „wasza wysokość”, wykonywali każde jej polecenie, gdyż inaczej kazałaby ich stracić. Zawsze marzyła o takim życiu. Zawsze pragnęła władzy i nieograniczonej mocy. I wreszcie, po tylu latach, mogła to wszystko mieć.

To on jej to obiecał. Obiecał, że stanie na szczycie świata, jeśli tylko się do niego przyłączy. Komu innemu może by odmówiła, jednak w nim było coś niezwykłego, coś, co rozświetliło ciemność i wypełniło pustkę w jej sercu po stracie ukochanego, coś, dla czego straciła głowę i czemu całkowicie się oddała.

Tak. On zdecydowanie był wspaniałą postacią.

Pchnęła mosiężne drzwi i weszła do jej ulubionego pomieszczenia - głównej sali, zbudowanej na planie koła, rozświetlonej przez słoneczne promienie wpadające do środka przez ogromne, podłużne okna. Przy znajdujących się nieopodal ścian filarach, podtrzymujących sklepienie, tkwiły wspaniałe rzeźby z białego kamienia, przedstawiające najrozmaitszych wojowników z dawnych legend, tak starych i zapomnianych, że Tanith nigdy o nich nie słyszała. Zdawali się oni strzec komnaty i jednocześnie dodawać jej blasku swoją nieziemskością, osiągniętą dzięki idealnej precyzji i ponadczasowemu kunsztowi. Aż dziw, że przez te wszystkie lata nikt ich stąd nie wykradł.

Jednak to nie rzeźby robiły największe wrażenie. To stojący na przeciwległym końcu olbrzymi, pozłacany tron, przyozdobiony srebrnymi ornamentami, choć trochę podniszczony, wciąż olśniewający, najbardziej ją zachwycał. Tanith podeszła do niego i z ogromnym uniesieniem, niemal graniczącym z ekstazą, przejechała po nim dłonią. Następnie usadowiła się w nim wygodnie, założyła nogę na nogę i delikatnie oparła ręce na idealnie wyprofilowanych podłokietnikach.

Westchnęła.

Nie mogła już doczekać się dnia, w którym wreszcie zostanie cesarzową.

Rozdział 1Edytuj

Protostalowy młot z hukiem uderzył o rozżarzone żelazo. Ragan otarł wierzchem dłoni ściekające mu po twarzy strużki potu i uderzył jeszcze parę razy. Musiał wyrobić się z zamówieniem w dwa dni. Nie chciał tracić klientów. I tak miał ich niewielu, a teraz, kiedy brakowało mu pieniędzy, potrzebował ich bardziej niż kiedykolwiek dotąd.

Może gdyby jego kuźnia znajdowała się w innym, bardziej uczęszczanym miejscu, nie musiałby się tym martwić. Jednak w kwestii jej umiejscowienia Onu-Matoranin nie miał zbyt wiele do powiedzenia - wszystko zależało od władz wyspy. A władze postanowiły przydzielić mu mały budyneczek w bocznej odnodze jednej z ulic Pierwszego Dystryktu Artas Nui. Mało kto był w tym miejscu zainteresowany jego usługami - właściwie, to mało kto w ogóle tu był.

Ragan musiał stawiać sprawy tych kilku klientów, których jakimś cudem udało mu się zdobyć w tej stęchłej dzielnicy, na pierwszym miejscu, jeśli chciał zarobić. Ukończenie zamówienia w terminie było więc jego priorytetem. Dlatego musiał ciężko pracować przez najbliższe dwa dni. I dlatego zamknął już drzwi i okiennice, by nikt mu nie przeszkadzał. I tak zleceniodawcy rzadko go odwiedzali. A tych, którzy zjawiali się u niego częściej nie miał zamiaru wpuszczać teraz do środka. Głównie byli to handlarze wędrujący od drzwi do drzwi, próbujący wcisnąć swój zdecydowanie za drogi jak na jakość oferowanego produktu towar, lub fałszywi poborcy podatkowi. Niech trzymają się od niego z daleka.

Westchnął. Kiedyś wiodło mu się znacznie lepiej - jeszcze za czasów, kiedy był Archiwistą w podziemnej części siedziby XONOX-u, korporacji władającej miastem. Jednak z czasem zaczęto zwalniać pracowników i zastępować ich mechanicznymi automatami, by zaoszczędzić pieniądze wypłacane wcześniej jako wynagrodzenia. Jakby taka ogromna organizacja naprawdę potrzebowała oszczędzać pieniądze…

Niech spłoną w Karzahni, pomyślał Ragan. Nie dość, że pozbawili go dobrze płatnej pracy, to jeszcze umiejscowili jego kuźnię tuż przy ich głównej kwaterze, by przez cały czas musiał wdychać wypluwane z ich kominów kłęby spalin.

Nagłe pukanie do drzwi wyrwało go z rozmyślań. Matoranin podniósł głowę i spojrzał w ich kierunku. Był pewien, że wywiesił na drzwiach tabliczkę z napisem „Zamknięte”. Nikt nie powinien mu przeszkadzać.

- Zamknięte. Proszę przyjść jutro - odezwał się, a po krótkim namyśle dodał: - Albo najlepiej za dwa dni.

- Nie wygłupiaj się, Ragan, tylko wpuść mnie do środka! - rozległ się głos za drzwiami.

Onu-Matoranin zamrugał. Znał ten głos. Podszedł do drzwi, przekręcił klucz w zamku i otworzył je. Natychmiast do środka wpadł zziajany Ta-Matoranin z Kanohi Huną, zamknął za sobą drzwi i przywarł do nich, ciężko dysząc.

- Rebis? - zdumiał się Ragan. - Co ty tu robisz?

Ta-Matoranin spojrzał na przyjaciela i uśmiechnął się przepraszająco. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, lecz wtedy Ragan mu przerwał:

- Niech zgadnę… Znów grałeś w karty z jakimiś Skakdi? - Posłał rozmówcy ciężkie spojrzenie.

- No… Można tak powiedzieć - odparł Rebis.

- Ile tym razem?

- Co?

- Ile tym razem jesteś winny?

- Och, niewiele…

- Ile?

Rebis przewrócił oczami.

- Piętnaście tysięcy… - wydusił wreszcie.

- Piętnaście tysięcy?! - Ragan wybałuszył oczy. - Czyś ty oszalał?!

Ta-Matoranin skrzyżował ręce na piersi i zrobił obrażoną minę.

- Hej, myślałem, że wygram - powiedział. - Szło mi w miarę dobrze… Do czasu…

Ragan jedynie westchnął.

- I jak przypuszczam, nie miałeś takiej kwoty przy sobie? - zapytał.

- Nie. - Rebis pokręcił głową. - Dlatego postanowiłem im uciec, zanim zdążyliby mnie zmiażdżyć z wściekłości.

- Pobiegli za tobą?

- Chyba tak. Nie wiem. Nie oglądałem się za siebie. Nie było czasu.

Onu-Matoranin pokręcił głową z dezaprobatą. Podszedł do okna, otworzył je i wychylił głowę. Na końcu ulicy dostrzegł cztery barczyste postacie z długimi kolcami na grzbiecie, czerwonymi ślepiami i ogromnymi, białymi zębiskami. Bez wątpienia Skakdi. Jeden z nich, stojący na czele, zwrócił się do drugiego:

- Sprawdź ulicę obok, może wybiegnie tamtędy. Reszta za mną - rozkazał. - Widziałem, jak schował się w jednym z budynków tutaj.

Ragan schował głowę do środka i zamknął okno.

- Idą tu - powiedział.

- Słyszałem.

Spojrzał na przyjaciela.

- Posłuchaj, dam ci uciec tylnymi drzwiami - rzekł. - Wyjdziesz na boczną ulicę, tylko uważaj, jeden z nich już się tam udał.

- Spokojnie. - Rebis uśmiechnął się. - Z jednym sobie poradzę.

- Z pewnością… - mruknął Ragan i zaprowadził Ta-Matoranina na tyły kuźni. Kiedy otwierał mu drzwi, dobiegł ich głos Skakdi, będących bez wątpienia już bardzo blisko:

- Niech ja tylko dorwę tego, który go tam ukrywa… Wywrócę mu wszystkie tryby na lewą stronę!

Ragan przełknął ślinę i spojrzał na przyjaciela.

- Wiesz, po namyśle… Chyba jednak pójdę z tobą - odezwał się, po czym obaj opuścili budynek. Ragan zamknął drzwi na klucz, lecz szczerze wątpił, czy to powstrzyma Zakazian, którzy spróbują się tędy przebić.

Dwaj Matoranie znaleźli się w małym, ciasnawym zaułku. U jego wylotu dostrzegli jednego ze Skakdi, odzianego w ciemnozielony pancerz. On najwyraźniej również ich zauważył.

- Tam są! - wrzasnął i ruszył na nich. W tym samym momencie Rebis i Ragan rzucili się do ucieczki. Po chwili do zielonego Skakdi dołączyli pozostali, wypadając z wnętrza kuźni.

Matoranie byli znacznie szybsi od wielkich, zakutych w zbroje zakapiorów, ale to pozwoliło im tylko prędzej dotrzeć do końca ślepego zaułka. Ulicę zamykała wysoka, metalowa brama kwatery XONOX-u, obficie udekorowana groźnymi napisami, ostrzegającymi przed strażnikami i śmiertelnym niebezpieczeństwem. Za plecami obaj Matoranie słyszeli coraz głośniejszy tupot nóg. Ragan złapał za uchwyt bramy i przekonał się, że jest zamknięta. Mógł się tego spodziewać.

- I co teraz? - Spojrzał na przyjaciela. - Nie ma innej drogi!

Ta-Matoranin zmierzył wzrokiem bramę. Nad zamkiem znajdował się wylot rury głosowej, lecz Rebis wiedział, że lepiej było nie wdawać się w rozmowę ze strażnikiem po drugiej stronie. Po chwili przyszedł mu do głowy jednak pewien pomysł.

- Och, nie byłbym tego taki pewien… - odparł, po czym dobył swoich sztyletów i zaczął piąć się po bramie.

- Co ty robisz?! - krzyknął Ragan. - Nie wolno nam tam wchodzić!

- Wolisz dać sobie obić mordę tym Skakdi? - odparł Ta-Matoranin, będący już w połowie drogi na górę.

Ragan obejrzał się za siebie. Zakazianie byli coraz bliżej - od Matoranina dzieliło ich zaledwie kilkanaście bio. Ragan westchnął ciężko, sięgnął po swoje Łamacze, wbił je w bramę i również zaczął się po niej wspinać.

- Kiedyś cię zamorduję… - rzucił do przyjaciela.

Mimo groźnych ostrzeżeń, po drugiej stronie znajdował się jedynie rozległy dziedziniec wyłożony ośmiokątnymi płytami, otoczony przez fabryczne zabudowania. Tuż za nim pięła się w górę ogromna kopuła, pokryta czymś, co przypominało sieć z poskręcanego metalu. Dookoła niej ustawione były rzędy kominów, z których nieustannie wydobywał się obrzydliwie czarny dym. Lecz co najdziwniejsze, nigdzie dookoła Matoranie nie dostrzegli żadnych strażników ani zabezpieczeń, poza jedną kamerą zawieszoną tuż nad wejściem do wnętrza budowli, która jednak i tak nie patrzyła w ich kierunku.

- Nikogo tu nie ma - zauważył Rebis.

- Oczywiście, że nie ma - odparł Ragan. - To jedno z bocznych wejść. Nie jest tak silnie strzeżone jak te główne.

- Więc nim nam nie grozi. Po co się tak na mnie wydzierałeś, kiedy próbowałem tu wejść?

- Bo to miejsce nadal może być strzeżone. I z pewnością jest. - Ragan rozejrzał się na boki. Brak zabezpieczeń mógł być tylko pozorny. Nie było mowy, żeby Vrex, szef XONOX-u, zostawił któreś z wejść do jego kwatery bez ani jednej pułapki.

Rebis mruknął. Domyślał się, że ich prześladowcy za chwilę dobiegną do bramy - może nawet już przy niej byli. Nie przypuszczał, żeby próbowali się na nią wspiąć, ale mogli przekupić strażnika (o ile jakiś tu w ogóle był), by wpuścił ich do środka. Tak czy inaczej, on i Ragan nie powinni zwlekać. Ta-Matoranin już miał przemknąć przez dziedziniec, gdy z jakiegoś zakamarka wyłonił się niewielki, szczurowaty Rahi. Przebiegł zaledwie kilka bio, zanim jedna z płyt dziedzińca eksplodowała.

Matoranie zastygli, gdy obsypał ich grad kamiennych odłamków.

- Zaminowali to miejsce…? - Rebis zadrżał. Niewiele brakowało, a wbiegłby na te płyty.

W drzwiach pojawił się zaspany Skakdi w czarnym pancerzu z logiem XONOX-u na piersi (czyli nie wszyscy zostali zastąpieni przez maszyny, przeszło Raganowi przez myśl), ziewając. Matoranie byli zbyt widoczni, żeby się ruszyć, ale strażnik patrzył tylko na krater, który powstał w ziemi po eksplozji miny. Mimo wszystko było tylko kwestią czasu, za nim spojrzy w ich stronę. Rebis i Ragan dobrze wiedzieli, że nie mogą z powrotem wspiąć się za bramę, za którą czekały zakapiory. Jeśli jednak spróbują przebiec przez dziedziniec, mogą zostać rozerwani na kawałki wielkości tego Rahi.

Nagle zahuczał bramofon.

- Idę! - burknął niechętnie strażnik i ruszył w kierunku bramy, drapiąc się po tyłku, i jakimś cudem nie dostrzegając jeszcze dwójki obcych Matoran. Doszedł do krateru i uważnie go obejrzał, jakby usiłując odkryć, co spowodowało wybuch. Widać było, że wcale się nie spieszył.

Ragan i Rebis nie mogli pozostać tam, gdzie stali. Kiedy strażnik się odwróci, natychmiast ich zauważy. Nie był zbyt bystry, to już zdążyli zauważyć, ale z pewnością nie był ślepy. Po cichu przesunęli się jak najdalej od strażnika, starając się nie wchodzić na kamienne płyty, lecz nadal pozostawali widoczni.

- Co robimy? - szepnął Ta-Matoranin na ucho swojemu towarzyszowi.

- Myślę… - odpowiedział równie cicho Ragan.

Bramofon znów się odezwał, tym razem głośniej.

- Dobra, dobra, już idę! - krzyknął niecierpliwie strażnik i poczłapał ku bramie.

Nagle Rebis wpadł na szalony pomysł.

- Hej… Nie każda płyta jest zaminowana, prawda? - zwrócił się do przyjaciela. Ten spojrzał na niego jak na wariata.

- Nie chcesz chyba…?

- Ten Rahi przebiegł co najwyżej dwa bio, zanim wyleciał w powietrze. Jeśli pobiegniemy ile sił w nogach, może będziemy mieli szczęście.

- Albo i nie - mruknął Ragan. Jednak musiał przyznać, że ten pomysł, choć szalony, wydawał mu się lepszy niż stanie w miejscu i czekanie, aż zauważy ich stróżujący Skakdi. Wszystko wydawało się mu lepsze niż stanie w miejscu i czekanie, aż zauważy ich stróżujący Skakdi.

Nagle kolejna przerażająca myśl przyszła Rebisowi do głowy.

- A może nie trzeba biec… - wyszeptał. - Może powinniśmy skakać. Wiesz, jak Fusa. W ten sposób nadepnęlibyśmy tylko na kilka płyt.

Miało to sens. Lecz Ragan wiedział, że to się nie uda. Był przekonany, że to się nie uda i któryś z nich wyleci w powietrze, a drugi zostanie złapany przez strażnika. Albo obaj wylecą w powietrze. To dopiero byłby ubaw.

Mimo wszystko powiedział:

- Dobra, spróbujmy tego. - Po chwili dodał, posyłając Rebisowi znaczące spojrzenie: - Ale ty pierwszy.

Ta-Matoranin rozejrzał się i ocenił, że od najbliższych drzwi dzieli ich około dwunastu bio. Nie tak dużo. Jeśli będzie sadził odpowiednio długie susy, nadepnie tylko na kilka płyt. Przy odrobinie szczęścia dotnie stopą tylko czterech z nich. Ile było tu min? Nie miał pojęcia, ale raczej wątpił, żeby Vrex rozmieścił miny tak gęsto. Miał na to pieniądze, ale czy marnowałby je na podkładanie aż tylu bomb w jednym z bocznych wejść do kwatery?

Przeniósł wzrok na drzwi przed sobą. Miał nadzieję, że są otwarte, inaczej on i Ragan będą mieć ogromnego pecha. Jak ten Rahi.

Bramofon zawył i tym razem nie umilkł. Idealny moment. Rebis skoczył. Czas jakby zwolnił, kiedy zbliżał się do pierwszej płyty. Gdy dotknął jej stopą, z ulgą odkrył, że nic się nie stało. Wykonał kolejny skok. I kolejny, i kolejny. Sam nie wiedział jak się mu to udało, lecz po paru sekundach był już przy drzwiach. W jednym kawałku. Odetchnął głęboko i spojrzał z uśmiechem na Ragana.

Strażnik szedł w kierunku bramy, mamrocząc pod nosem przekleństwa, nie zważając, po jakich płytach stąpa. Onu-Matoranin miał cichą nadzieję, że ten dureń wyleci w powietrze i przestanie być ich zmartwieniem. Póki co jednak wciąż tam był, a Ragan musiał jak najszybciej się schować, by nie zostać zauważonym. Wziął głęboki wdech i skoczył za Rebisem, naśladując jego kroki, choć nie tak zgrabnie. Wreszcie dotarł do przyjaciela. Obaj spojrzeli na drzwi, a potem na siebie. Skinęli głowami.

Ta-Matoranin pociągnął za klamkę i pchnął drzwi. Ustąpiły.

Znaleźli się w pustym, ciemnym korytarzu. Od razu uderzyła w nich ogromna fala gorąca i woń spalin, jeszcze silniejsza niż na zewnątrz. Ale w końcu byli bezpieczni.

- W końcu jesteśmy bezpieczni - odetchnął z ulgą Ta-Matoranin.

- Wcale nie - mruknął Ragan. - Jesteśmy w środku kwatery XONOX-u! Tutaj musi się roić od strażników.

- Wolisz wrócić na tamto pole minowe? Poza tym, nie panikuj. Nikogo tu nie ma.

Na te słowa usłyszeli zbliżające się głosy, dobiegające z bocznej odnogi korytarza. Ragan posłał Rebisowi ciężkie spojrzenie. Ten tylko uśmiechnął się niezręcznie i wzruszył ramionami.

- Nie patrz tak na mnie - powiedział. - Chodź, musimy się gdzieś schować.

Po prawej stronie ciągnął się szereg drzwi. Ta-Matoranin podszedł do pierwszych z nich i spróbował je otworzyć, jednak klamka była zablokowana metalową obudową, której najwyraźniej nie dało się otworzyć bez klucza. Rebis siłował się przez chwilę z drzwiami, napierając na nie, lecz wreszcie się poddał i westchnął ciężko, spoglądając na przyjaciela.

- Zamknięte.

Ragan przewrócił oczami, podszedł do drzwi i roztrzaskał stalową blokadę swoimi Łamaczami. Obaj Matoranie weszli do środka i zamknęli za sobą drzwi od wewnątrz. Ponownie dopisało im szczęście. Ujrzeli dziesiątki czarnych pancerzy z logiem korporacji na piersi, zawieszone na ścianach. Rebis wciągnął powietrze, podekscytowany.

- Możemy się w nie przebrać. - Spojrzał na Onu-Matoranina. - Wtedy ci tępi strażnicy nie będą próbowali nas zatrzymać! - Podbiegł do zawieszonych zbroi i przyjrzał się im. - Są nawet w naszych rozmiarach!

- Oczywiście, że są - rzucił Ragan. - Tu jest zatrudnionych mnóstwo Matoran. Ja sam tu pracowałem. Ale nie wydaje mi się, żeby… - Popatrzył na towarzysza, lecz ten już zakładał na siebie czarną zbroję.

Westchnął.

- I co chcesz dalej zrobić? - zapytał. - Nawet jeśli pracownicy uznają nas za jednych z nich, co nam to da? Nie możemy tak po prostu włóczyć się po tym miejscu. Ktoś się w końcu zorientuje, że coś jest nie tak.

Rebis skończył zakładać nowy pancerz i dokładnie się obejrzał, po czym zwrócił się do Ragana:

- Mówiłeś, że tu pracowałeś, nie? Więc zaprowadzisz nas do drugiego wyjścia.

- Pracowałem pod ziemią. W Archiwach. Prawie wcale nie bywałem na wyższych poziomach - wyjaśnił. - Poza tym, to było dawno temu. Nie znam na pamięć całego układu korytarzy!

- Och, daj spokój. Archiwiści mają dobrą pamięć. Na pewno się nie zgubimy. No chyba, że masz lepszy pomysł. - Spojrzał wymownie na Ragana. - No właśnie. Więc nie marudź, tylko wkładaj pancerz.

Onu-Matoranin ponownie westchnął, lecz nie zamierzał protestować. W końcu musieli się wydostać z tego budynku, a na pewno nie mogli wyjść tą drogą, którą przyszli. Skakdi zapewne nadal stali pod bramą, o ile strażnik nie wpuścił ich do środka i nie wyruszył razem z nimi na poszukiwanie intruzów.

Kiedy byli gotowi, Ta-Matoranin otworzył drzwi i wychylił lekko głowę, rozglądając się.

- Droga wolna - oznajmił. - Wynośmy się stąd.

Opuścili pomieszczenie i ruszyli przed siebie ponurym korytarzem.

- Mam co do tego złe przeczucia - mruknął Ragan.

***


- Na pewno wiesz, dokąd idziemy? - spytał Rebis po pewnym czasie.

Ragan nie był pewien. Pamiętał te wszystkie miejsca jak przez mgłę. Liczył, że prędzej odnajdą wyjście dzięki szczęściu niż dzięki jego pamięci, lecz póki co się na to nie zanosiło i zamiast znaleźć drzwi prowadzące na zewnątrz, coraz bardziej zagłębiali się w labirynt fabrycznych korytarzy. Jedynym plusem było to, że nie spotkali na swej drodze praktycznie żadnych strażników, a ci, na których się natknęli, nie próbowali nawet ich zatrzymywać, widząc ich odznaki z logiem korporacji. Odznaki najwyraźniej służyły również jako klucze, gdyż dwójka Matoran bez trudu otwierała wszystkie drzwi napotykane po drodze. Mogli dotrzeć gdzie tylko zechcieli. Problem w tym, że nie mieli pojęcia, dokąd tak właściwie zmierzali.

W końcu znaleźli się w hali produkcyjnej, w której panował ogromny skwar. Podeszli do barierki i rozszerzyli oczy ze zdumienia.

W dole przed nimi ujrzeli rzędy mechanicznych postaci, przesuwanych do przodu na taśmach produkcyjnych. Każda z nich była wzrostu przeciętnego Toa i miała na sobie czarno-szary pancerz. Było w nich coś niezwykle obcego i niepokojącego, tak bardzo, że Matoran przeszedł po plecach dreszcz. Oczy maszyn świeciły pustką, nadając im jeszcze bardziej zatrważający wygląd. Dookoła robotów wirowały mechaniczne ramiona, montując na nich kolejne elementy zbroi i sypiąc iskrami przy ich spawaniu, a przy taśmach kręciły się tłumy Matoran, nadzorowanych przez stojących w kątach sali Skakdi uzbrojonych w nigdy wcześniej nie spotkane przez Rebisa i Ragana karabiny.

Maszyny przesuwały się przez całe pomieszczenie, po czym znikały w otworze prowadzącym do kolejnej hali. Nad nim dwaj Matoranie ujrzeli niewielką galeryjkę obserwacyjną. Kilku strażników z zwieszonymi na plecach karabinami opierało się o poręcz, ze znudzonymi minami spoglądając w dół, lecz większość obecnych na platformie była kontrolerami, którzy z wysoka obserwowali produkcję tajemniczych maszyn. Wśród nich kręciło się kilku robotników, należących do strumienia, który nieprzerwanie płynął w górę i w dół po metalowych schodach.

Na końcu galeryjki Ragan i Rebis dostrzegli upragnione drzwi opatrzone dużym napisem Wyjście. Sekundę później dostrzegli również zakaziańskiego strażnika, stojącego tuż obok nich, trzymającego karabin w ręku. Zastygli. Ten jednak, widząc ich odznaki odwrócił swój wzrok i wrócił do patrolowania reszty pomieszczenia wzrokiem. Matoranie odetchnęli z ulgą i ruszyli naprzód, zmierzając ku wyjściu. Żaden z nich nie zauważył, że kiedy znaleźli się przy galeryjce, z napotkanym przed chwilą strażnikiem zaczął rozmawiać Skakdi pilnujący bramy.

Rebis i Ragan minęli znudzonych ochraniarzy przy barierce i z trudem przecisnęli się przez tłum robotników. Wreszcie znaleźli się przy drzwiach i pchnęli je. Ich oczom ukazał się kolejny korytarz, w którym na szczęście nie panowała już tak wysoka temperatura. Matoranie weszli do niego, wynosząc się z produkcyjnej hali, wciąż nie mogąc zapomnieć o zatrważającym widoku zastępów mechanicznych żołnierzy.

Dotarli do końca korytarza i skręcili w prawo. Na końcu potwornie długiego holu, w którym teraz przebywali, znajdowały się wiodące w dół schody, a dalej - przeszklone drzwi, prowadzące na zewnątrz budynku. Już mieli zmierzyć w ich stronę, kiedy coś złapało ich za ramiona.

- Wybieracie się dokądś? - usłyszeli głos za plecami.

Odwrócili się i zobaczyli Skakdi pilnującego bramy, uśmiechającego się szeroko, oraz drugiego, z karabinem. Zamarli.

- Pójdziecie z nami - oznajmił ochroniarz. - Pan Vrex raczej nie będzie zadowolony, kiedy się dowie, że ktoś obcy wtargnął na teren jego fabryki - dodał, rechocząc.

Matoranie spojrzeli po sobie. Ragan wziął głęboki wdech, błyskawicznie dobył swoich Łamaczy… i przywalił strażnikowi w zęby. On i jego towarzysz rzucili się do ucieczki, zostawiając oszołomionych Skakdi w tyle. Po chwili jednak uzbrojony w karabin osiłek wycelował i wystrzelił w kierunku uciekających świetlisty pocisk. Rebis obrócił się i odbił go ostrzem swojego sztyletu, posyłając go prosto ku Zakazianinowi. Kiedy pocisk go trafił, wokół Skakdi owinęła się energetyczna sieć, zwalając go z nóg. Drugi strażnik natychmiast ruszył w pogoń, masując obolałą szczękę. Po drodze wcisnął znajdujący się na ścianie czerwony przycisk i w całym korytarzu zawył alarm. Po chwili Matoranie ze zgrozą zobaczyli, jak przed nimi wyłania się metalowa zapora, sunąc mozolnie ku podłodze. W ostatniej chwili przejechali po ziemi tuż pod nią. Skakdi nie miał tyle szczęścia i został za stalową ścianą, waląc w nią pięściami i rzucają tysiącami przekleństw.

Rebis i Ragan pędzili dalej. Kiedy dopadli do schodów, zobaczyli kolejnego krępego strażnika u ich podnóża.

- Nic z tego! - powiedział z uśmiechem Skakdi. Stanął w rozkroku, zagradzając Matoranom drogę ucieczki.

Cel był zbyt duży, żeby chybić. Rebis podskoczył, kopnął strażnika z całej siły w głowę i przeskoczył przez niego, lądując za jego plecami. Mężczyzna zachwiał się, a kiedy w końcu udało mu się zachować równowagę, został uderzony orężem Ragana, który następnie przebiegł po jego zwalonym na ziemię ciele.

Ostatnia prosta. Matoranie dotarli do drzwi i wypadli z wnętrza budynku, wybiegając na dziedziniec. Paręnaście bio przed nimi znajdowała się wysoka brama, a za nią - wolność. Na ich szczęście ten dziedziniec nie był zaminowany, lecz z kolei na ich nieszczęście było tu więcej strażników, którzy natychmiast rzucili się pogoń, kiedy tylko dwójka Matoran ich minęła.

Gdy od bramy dzieliło ich zaledwie parę bio, Rebis i Ragan zostali trafieni pociskami Skakdi i uwięzieni w energetycznej sieci runęli na ziemię. Uniósłszy głowy, zobaczyli idącą w ich stronę grupę Zakazian. Rozwścieczonych Zakazian. Wśród nich była również ta dwójka, która złapała ich po wyjściu z hali produkcyjnej. Miała na twarzach triumfalne uśmiechy.

- Co z nimi zrobimy? - zapytał jeden strażnik drugiego.

- Myślę, że nie będziemy zaprzątać nimi głowy pana Vrexa… - odparł tamten. - I po prostu pozbędziemy się ich tu i teraz. I tak za dużo widzieli.

Skinął Zakazianinowi z karabinem, a ten przekręcił lufę swojej broni. Widoczne przy niej niebieskie światełko zmieniło barwę na czerwoną. Skakdi wycelował w dwójkę Matoran, uśmiechając się podle.

Nagle na ziemi pomiędzy strażnikami a Raganem i Rebisem wylądowała jakaś postać, przecinając karabin Skakdi na dwie części. Matoranie rozszerzyli oczy ze zdumienia, ujrzawszy przed sobą smukłą kobietę w biało-srebrnym pancerzu z Kanohi Volitak na twarzy, ściskającą w dłoniach dwa emanujące błękitnym światłem miecze.

- Toa Arctica! - wydusił Ragan.

Wojowniczka zmierzyła wzrokiem Zakazian.

- Co się tu dzieje? - spytała porażająco lodowatym głosem. Strażnicy cofnęli się o krok, lecz wreszcie jeden z nich, z insygniami dowódcy, stojący na czele grupy, odpowiedział:

- Ci dwaj wtargnęli na teren naszej fabryki. - Wskazał dłonią skulonych w energetycznej sieci Matoran.

- I dlatego próbujecie ich zabić?

- Tak nakazują nasze zasady.

Arctica zmrużyła groźnie oczy.

- Pokaż mi te zasady - powiedziała.

Skakdi przełknął ślinę i wyjął zza pazuchy niewielką tabliczkę ze spisanym regulaminem fabryki, którą najwyraźniej każdy pracownik musiał nosić ze sobą, a następnie podał ją Toa Lodu. Ta przez chwilę wodziła po niej wzrokiem, po czym zmiażdżyła ją w dłoni i cisnęła odłamkami prosto w twarz strażnika.

- Mam gdzieś wasze zasady! - warknęła. - Próbowaliście zabić dwójkę Matoran. Nie myślcie, że wam na to tak po prostu pozwolę.

Skakdi zamrugał.

- Ale…

- Zabieram tych dwóch ze sobą. - Wskazała głową Rebisa oraz Ragana i posłała strażnikom mordercze spojrzenie. - Nawet nie próbujcie mnie zatrzymywać.

Dowódca wypuścił głośno powietrze. Lepiej nie było wdawać się w konflikt z Toa. Nie z powodu obawy, że Arctica mogłaby ich roznieść w pył - tak liczną grupą z pewnością obezwładniliby ją i pojmali - ale z powodu zniszczeń, jakie mogłoby nastąpić podczas walki. Pan Vrex z pewnością surowo by ich za to ukarał. Zbyt surowo. Dlatego w tej sytuacji lepiej było dać za wygraną.

- Dobra, rozejść się! - rzucił do swoich podwładnych, a ci wrócili na swoje stanowiska.

Po chwili jeden z nich otworzył bramę Arctice, a ta opuściła teren fabryki wraz z dwójką Matoran.

***


Gdy tylko stalowe wrota się za nimi zamknęły, Rebis i Ragan odetchnęli głęboko z ulgą. Dopiero teraz do nich dotarło, co się właśnie wydarzyło. Spojrzeli z podziwem na Arcticę, która parę chwil temu uchroniła ich przed śmiercią. Ocalenie z rąk Toa było czymś, czego żaden z nich jeszcze nigdy nie przeżył. A już na pewno nie spodziewali się, że uratuje ich Arctica. Ta Arctica.

- Dzię… - zaczął Rebis, lecz Toa Lodu mu przerwała:

- Czy wyście zwariowali?! - Spojrzała gniewnie na Matoran. Ci zamrugali.

- Ale…

- Co wyście sobie myśleli?! Wchodzić na teren fabryki Vrexa? Mogliście zginąć!

Ragan i Rebis spojrzeli po sobie.

- Chcieliśmy tylko znaleźć schronienie - powiedział w końcu Onu-Matoranin. - Ścigali nas tacy jedni Skakdi i…

- Nieważne. - Arctica pokręciła głową. - Po prostu nie róbcie tego nigdy więcej. Nie zawsze będę w pobliżu, żeby was uratować. Pamiętajcie o tym.

Matoranie pokiwali głowami z pokornym spojrzeniem. Nagle u wylotu ulicy pojawiły się dobrze znane im sylwetki. Grupa Skakdi, która ścigała ich przed wtargnięciem na teren kwatery XONOX-u zauważyła ich, kiedy jeden z zakapiorów wskazał na nich palcem, i teraz wszyscy czterej zmierzali w ich kierunku.

- O nie… - jęknął Ragan.

- Hm? - Arctica odwróciła się. - Co to za jedni?

- To ci Skakdi, którzy nas ścigali - wyjaśnił Rebis. - Lepiej będzie, jeśli…

- Hej, wy dwaj, nie ruszać się! - rzucił jeden z Zakazian. - A ty, paniusiu, lepiej zejdź nam z drogi - dodał, zwracając się do Arctici. - To nie twoja sprawa.

- Och. - Toa Lodu stanęła pomiędzy zbirami a Matoranami. - Obawiam się, że jednak moja.

Skakdi zmierzyli ją wzrokiem.

- Och, naprawdę, szkoda by było zrobić krzywdę takiemu pięknemu ciałku jak twoje - powiedział zbir w zielonym pancerzu, wyszczerzając zęby w podłym uśmiechu.

Arctica prychnęła.

- Na szczęście nie mogę tego powiedzieć o was - odparła. Zakazianie zmrużyli groźne oczy.

- Dobra, sama się o to prosiłaś, larwo - wycedził Skakdi stojący na czele grupy. - Chłopaki, brać ją!

Rzucili się w jej stronę. Toa Lodu tylko lekko się uśmiechnęła, dobywając Mroźnych Ostrzy.

***


Rebis i Ragan z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami spoglądali na czwórkę zakaziańskich zakapiorów, uwięzionych w lodowej bryle. Arctica stanęła obok, schowała miecze do pochew i wytrzepała ręce. Nawet się nie spociła.

- Jesteście mi za to winni czyszczenie zbroi - rzuciła do Matoran, uśmiechając się, po czym odeszła w swoją stronę. Ragan i Rebis jeszcze przez chwilę stali w miejscu, próbując ogarnąć, co miało tu przed chwilą miejsce - jedna Toa samodzielnie zamroziła czterech wyższych od niej o głowę Skakdi bez większego wysiłku.

- Naprawdę jest niesamowita - powiedział Rebis i zwrócił się do przyjaciela: - Myślisz, że powinniśmy powiedzieć jej, co widzieliśmy w fabryce?

Lecz Ragan go nie słuchał. Wpatrywał się tylko zamarzonym wzrokiem w odchodzącą sylwetkę Toa Lodu, w szczególności na jej lekko kołyszące biodra.

- Hej, jesteś tam?! - odezwał się głośniej Rebis.

- Hm? Co? Tak, tak. - Ragan otrząsnął się. - O co pytałeś?

Ta-Matoranin pokręcił głową z dezaprobatą.

- Nieważne. Chodź, spadajmy stąd, zanim te kafary się rozmrożą.

***


Statek przybił do portu. Pasażerowie zaczęli wychodzić na kamienny pomost, wylewając się strumieniem z wnętrza okrętu. Ona również zeszła na pomost, skryta pod kapturem, spod którego wyglądały jasnozielone oczy. Po chwili wtopiła się w tłum mieszkańców. Powoli zaczęły docierać do niej przeróżne zapachy setek ras Wszechświata Matoran, wymieszane z morską bryzą i charakterystyczną dla Artas Nui wonią spalin. Wszystkie te zapachy przywoływały tysiące wspomnień tysięcy chwil spędzonych na tej wyspie. Choć wydarzyły się tak dawno, wciąż doskonale je pamiętała. Bądź co bądź, takich chwil się nie zapomina.

Toa Mala zdjęła kaptur, odsłaniając błękitną, szlachetną Kanohi Komau i ogarnęła wzrokiem okolicę. Pnące się ku niebiosom wieżowce i pomniejsze budynki, skryte w cieniu górującej nad wyspą czarnej kopuły, spowite mgłą z toksyn i smogu. Te widoki również przywoływały wspomnienia, jeszcze silniej niż zapachy.

Lecz nie było teraz czasu na zatapianie się we wspomnienia. Mala wiedziała, że musi działać jak najszybciej.

Sztorm się zbliżał.

Rozdział 2Edytuj

Wypolerowana posadzka odbijała wizerunek Tanith, zmierzającej teraz pałacowym korytarzem do podziemnej części budowli. Toa Wody spoglądała z uśmiechem na swój obraz w podłodze. W dopasowanym, ornamentalnym srebrnym pancerzu i długą, ciągnącą się za nią po posadzce błękitną peleryną naprawdę wyglądała jak królowa. Szkoda, że Taive nie mógł jej takiej zobaczyć. Z pewnością byłby zachwycony jej widokiem.

Zasmuciła się na wspomnienie Taive’a. Toa Lodu był jej najbliższym przyjacielem, oparciem po śmierci Sharu, jej pierwszego partnera, podczas wojny o Artas Nui. Kochała go, nie ukrywała się z tym. Lecz ci podstępni Toa musieli go zabić, tylko dlatego, że pragnął czegoś, co należało się im wszystkim - nieograniczonej władzy i potęgi. Bardzo zabolała ją jego strata. Tanith nie wiedziała, co ma ze sobą począć, rozpaczała całymi dniami, chciała nawet popełnić samobójstwo, by dołączyć do swego ukochanego w wiecznej światłości. Lecz wtedy pojawił się on.

On, który nadał jej życiu nowy kierunek. Podobnie jak Taive pragnął władzy, co więcej - mógł ją zdobyć dzięki swojemu planowi, kreowanemu przez lata. Och tak, jego plan był po prostu wspaniały. A najlepsze w tym wszystkim było to, że to Tanith - Tanith! - miała władać wszechświatem u jego boku. Od zawsze tego pragnęła, a teraz była bliżej swojego celu niż kiedykolwiek dotąd.

Otwarła drzwi prowadzące do podziemia (nie mogła doczekać się już, kiedy będą robić to za nią słudzy) i zeszła po szerokich, kamiennych schodach do korytarza rozświetlanego różnobarwnymi Kamieniami Świetlnymi. Niegdyś w podziemiach znajdowały się puste lochy, komnaty oraz wypełniony po brzegi najprzeróżniejszymi kosztownościami skarbiec. Lecz on wszystkim się zajął. Znalezione skarby przeznaczył na przebudowę pustych sal w laboratoria, w których pracowano właśnie nad realizacją jego planu. Tanith kroczyła właśnie ku jednemu z nich.

Zamknięty w swej Super Zbroi Onu-Matoranin Vrex pracował przy położonym na długim stole przed sobą mechanicznym ciele. Jego podwładni znaleźli je w opuszczonych fabrycznych zabudowaniach Szóstego Dystryktu Artas Nui i od razu przekazali w jego ręce. Był to jeden z jego dawnych tworów, nieudanych i porzuconych, jak większość projektów powstałych zaraz po wojnie. Teraz miał szansę nadać mu nowe życie i uczynić z niego potężną broń, niezwykle przydatną w czasach, które miały niedługo nadejść.

Oczywiście, szłoby mu znacznie lepiej, gdyby miał do dyspozycji swoją pracownię na Artas Nui. Jego kwatera w metropolii ledwo bez niego wytrzymywała - niedawno dostał komunikat mówiący o tym, jak dwójka Matoran - Matoran! - wtargnęła na teren fabryki. Natychmiast kazał wzmocnić ochronę dziesięć razy, lecz wątpił, by to coś dało. Ci Skakdi byli zbyt durni.

Trudno było mu zarządzać fabryką, będąc z dala od miasta, jednak musiał jakoś to przeboleć. Obiecano mu ogromną sumę pieniędzy za pracę tutaj, poza tym Vrex nie śmiał odmówić wzięcia udziału w projekcie realizacji planu jego zleceniodawcy. To rekompensowało wszystkie niedogodności. No, prawie wszystkie.

- Chyba mówiłam ci, co sądzę projektach niezwiązanych z naszym planem, Vrex - powiedziała Tanith, która właśnie wkroczyła do jego laboratorium. Oczywiście bez uprzedzenia. Była jedną z tych niedogodności, których Vrex nie mógł znieść bez względu na oferowane wynagrodzenie.

- Wybacz, Tanith - odparł, starając się ukryć irytację. - Po prostu staram się jakoś zagospodarować swój czas, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko jest prawie gotowe.

- Wolałabym jednak, żebyś skupiał się na tym, co najważniejsze - oznajmiła Toa Wody. - I żebyś zwracał się do mnie „wasza wysokość”. Nie zapominaj, kim jestem.

Vrex przewrócił oczami. Na szczęście Tanith nie mogła tego zobaczyć, gdyż były skryte pod wizjerem.

- Nie jesteś jeszcze cesarzową - powiedział.

I nigdy nie będziesz, dodał w myślał, bo zabiję cię przy pierwszej lepszej okazji.

- Jeszcze nie. - Tanith uniosła palec wskazujący. - Ale to tylko kwestia czasu. Powinieneś już zacząć się z tym oswajać. - Uśmiechnęła się wyniośle. - Ale mniejsza o to. Powiedziałeś, że wszystko jest prawie gotowe. Tuby zastoju również?

Matoranin skinął głową. Nacisnął przycisk na konsolecie przy stole i ze ściany naprzeciwko wysunęła się podłużna tuba, teraz otwarta, z której odchodziły dziesiątki grubych, pozwijanych rur. Z jej pokrywy zwisały długie, cienkie przewody, zakończone nieprzyjemnie wyglądającymi igłami.

- Wysłałem już ich projekt do naszej fabryki na Artidax - rzekł Vrex. - Zademonstrować ich działanie?

Tanith przytaknęła, podekscytowana. Vrex pstryknął palcami i z bocznych drzwi wyłonili się Skakdi w pancerzach XONOX-u, trzymający za ramiona zlękniętego, szamoczącego się czerwonego Matoranina z Kanohi Ruru. Podeszli do zbiornika i umieścili w nim malca, podłączając zwisające przewody do jego głowy w akompaniamencie wrzasków bólu. Wreszcie odsunęli się od tuby, a ta zamknęła się i wypełniła zielonkawą cieczą. Matoranin jeszcze przez chwilę się szarpał, lecz potem opadł bezwładnie i zawisł w bezruchu. Tanith wpatrywała się w niego z zapartym tchem w piersi.

- Substancja podtrzymuje jego czynności życiowe, podczas gdy jego wspomnienia są stopniowo wymazywane - wyjaśnił Vrex. - Oczywiście, można ustalić, które informacje zostaną zapomniane. Postanowiłem zachować dane o imieniu i wykonywanej pracy, w celu uniknięcia… chaosu organizacyjnego, kiedy już wszyscy się obudzą.

Oczy Tanith zabłyszczały.

- Czy możesz zmienić ich wspomnienia? - zapytała, nie odrywając wzroku od zbiornika.

- Zmienianie wspomnień to trudniejszy proces niż ich wymazywanie - odparł Matoranin. - Ale nie jest to niemożliwe.

- Świetnie! - Tanith klasnęła w dłonie. - Spraw, aby po przebudzeniu wszyscy oddawali mi cześć!

Vrex westchnął niemal bezgłośnie.

- Zobaczę, co da się zrobić.

Na twarzy Toa Wody znów pojawił się uśmiech.

- Teraz przejdźmy do drugiej sprawy - odezwała się. - Drony są już gotowe?

- Pierwszy oddział jest gotów do wymarszu - oznajmił mężczyzna.

- Doskonale. Niech rozpoczną swoje działania.

Teraz to Vrex się uśmiechnął. Sam nie mógł doczekać się, kiedy zobaczy swoje maszyny w akcji.

- Cokolwiek rozkażesz, wasza wysokość - odrzekł.

***


Szara Kanohi Hau uchyliła się przed pędzącą ku niej pięścią wojownika o wdzięcznym imieniu Krakkar, Steltianina klasy robotniczej. Zaraz po tym ciosie nadszedł kolejny, również chybiony. Vox odskoczył do tyłu i znalazł się parę bio od przeciwnika. Przyjął bojową postawę, skrzywił kark, wydając przy tym charakterystyczne chrupnięcie i spojrzał na oponenta. Ten już ku niemu zmierzał, stawiając mozolne kroki na wyłożonej piaskiem arenie. Walczyli już dobre paręnaście minut, a Steltianinowi jeszcze nie udało się porządnie zranić rywala. Powoli zaczął się męczyć. Oczywiście, Vox mógł go powalić w kilka minut, ale to byłoby zbyt nudne. Nie na tym polegała zabawa.

Walczyli na niewielkiej arenie umiejscowionej w barze o nazwie „Jednonogi Husi”, będącej miejscową atrakcją tego lokalu. Dookoła areny stały tłumy widzów, co chwila pokrzykujący i wymachujący zaciśniętymi pięściami, by dopingować swoich faworytów. Również ci, którzy siedzieli przy stołach nieco dalej lub zajmujący miejsce przy ladzie barmana, spoglądali raz po raz z zaciekawieniem na walkę.

Krakkar wyprowadził cios pięścią, nadbiegając ku Toa. Ten momentalnie uchylił się i przejechał między nogami Steltianina, po czym błyskawicznie podniósł się, samemu szykując się do uderzenia. Przeciwnik jednak w porę obrócił się, celując w twarz. Vox zablokował pięść, krzyżując ramiona przed maską, a wtedy Krakkar przywalił mu w splot słoneczny, odrzucając go w tył.

Vox zachwiał się, jednak udało mu się zachować równowagę. Zaklął bezgłośnie, czując ból, teraz na szczęście już słabnący. Gdyby miał na sobie swoją zbroję, byłoby mu znacznie łatwiej, podobnie jak z mocą żywiołu, ale z drugiej strony byłoby to strasznie nie fair dla biednego Steltianina. Wystarczy, że Vox przewyższał go tym, że używał mózgu. Czasami. Natomiast po Krakkarze wcale nie było tego widać.

- Zmiażdżyć Toa! - wysapał osiłek sepleniąc i zaszarżował na Voxa.

Toa Dźwięku postanowił już to zakończyć. Potrafił sobie poradzić i bez zbroi oraz żywiołu. Był szybki - głównie dzięki treningowi z Toa będącej w posiadaniu Maski Szybkości - a przez lata spędzone na tej arenie zdobył trochę krzepy. W ostatniej sekundzie zszedł z drogi nadciągającej masywnej łapie Steltianina, zanurkował pod jego ramię, wyłonił się za jego plecami i chwycił za rękę wojownika, odginając ją do tyłu. Krakkar ryknął z bólu, a wtedy Vox solidnym kopnięciem w plecy powalił go na ziemię. Zacisnął uchwyt na jego łydce i wykręcił nogę przeciwnika w nienaturalnej pozycji, podobnie jak ze ściskaną ręką.

Krakkar zaczął walić z bólu wolną pięścią w ziemię. Kopnął Toa Dźwięku w plecy, próbując go z siebie zrzucić, a kiedy Vox rozluźnił nieco uścisk, wyrwał mu się i błyskawicznie wstał na równe nogi, po czym zaatakował chwiejącego się Toa, walczącego o utrzymanie równowagi. Vox nie zdążył się obronić i przyjął dwa uderzenia - jedno w ramię, choć Krakkar celował w głowę, drugie w brzuch, które zgięło wojownika w pół. Vox charknął, wypluwając nieco krwi. Steltianin uniósł ręce do góry, jednak Toa Dźwięku zdołał w porę uskoczyć i Krakkar wbił pięści w piasek, wznosząc tumany pyłu.

Spojrzał gniewnie na Voxa. Ten zatrzymał się na krawędzi areny. Ciężko dysząc, Toa otarł kciukiem ściekającą mu z ust strugę krwi i pobiegł ku oponentowi.

Z ogromną zręcznością uniknął ciosów osiłka i samemu uderzył go pięściami w twarz, waląc raz z lewej, raz z prawej strony, z lewej, z prawej, z lewej, z prawej… Poprawił kopnięciem, zaatakował jeszcze raz pięścią z lewej i z prawej, a na zakończenie uderzył czołem w twarz Krakkara. Odsunął się na parę bio i zerknął na przeciwnika.

Steltianin stał chwiejnie na nogach z tępym spojrzeniem, po czym jęknął i padł na ziemię. Widzowie zaczęli bić brawa, a Vox uniósł ręce do góry w geście zwycięstwa. Kolejna wygrana walka. Nie liczył, która to już z kolei, ale satysfakcja za każdym razem była tak samo wielka.

Sięgnął po ręcznik zawieszony na poręczy otaczającej arenę, uchylił swoją Kanohi do góry i otarł twarz z potu. Następnie chwycił swoją torbę, zostawioną przy krawędzi, zarzucił ją na ramię i wyszedł z areny, kierując się w stronę lady barmana. Jakaś skąpo odziana Vortixx puściła do niego oko, kiedy ją mijał. Uśmiechnął się do niej, ale tylko na sekundę, od razu bowiem odwrócił wzrok i spojrzał w kierunku baru. Przecisnął się między poręczą a śpiącym mężczyzną w obdrapanej masce, zmierzając w tamtą stronę.

Minęło sześć lat, odkąd zabił Taive’a i porzucił Kodeks Toa. Niezbyt miło wspominał widok martwego ciała Toa Lodu spadającego w przepaść, ale od tamtego dnia czuł się… wolny. Zmienił się. Po raz pierwszy czuł, że żyje tak, jak chciałby żyć, nie martwiąc się ograniczającymi go zasadami. Oczywiście nie pozostawał obojętny na los miasta, jednak póki co starał się skupić na tym, co było dla niego najważniejsze - poszukiwaniu Zaldiara, Toa Ognia i jego starego przyjaciela, który opuścił ich ojczystą wyspę dawno temu i za którym Vox przybył właśnie do Artas Nui.

Walcząc na arenie zarabiał na życie - i szło mu to całkiem nieźle - a przy okazji mógł zagłębić się w świat najgorszych szumowin i przestępców. A właśnie w takim miejscu najłatwiej zdobywało się wszelkie pożądane informacje. Szkoda tylko, że większość „informatorów”, z którymi do tej pory się spotkał, okazało się być zwykłymi oszustami, który pragnęli jedynie wyłudzić od niego jak największą ilość widgetów. Miał nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

Przy ladzie siedział już umówiony z nim Xianin. Vox zajął miejsce miejsce obok niego i położył torbę na ziemi, przy swoim siedzeniu.

- Toa Vox, tak? - zapytał Vortixx, uśmiechając się krzywo.

- We własnej osobie - odparł mężczyzna, masując obolałe ramię. - Ty jesteś…

- Enak, do usług. - Rozmówca ukłonił się lekko. - Kapitan statku transportowego z Xii oraz…

- Nieważne. - Vox uciszył go gestem dłoni. - Przejdźmy do rzeczy. - Nastawił wybitą w czasie walki kość, wydając przy tym nieprzyjemny trzask. Skrzywił się, lecz zaraz potem grymas bólu zniknął z jego twarzy. - Twierdzisz, że widziałeś w ostatnim czasie Toa Zaldiara?

Xianin skinął głową.

- Zgadza się.

- Gdzie dokładnie?

- Och. - Oczy Enaka zabłysły. - Zdaje mi się, że ta informacja jest dość… poufna.

Vox przewrócił oczami. Dobrze wiedział, o co chodzi Vortixx. Chciał oskubać go z pieniędzy, jak wszyscy. Toa miał nadzieję, że jego informacje są tego warte.

- Drink wystarczy? - spytał. Po chwili namysłu, Enak przytaknął. Vox skinął barmanowi, a ten postawił przed nimi dwie puste szklanki, które zaraz potem wypełnił jaskrawozielonym płynem. Toa Dźwięku pociągnął łyk i skrzywił się, choć po tylu latach powinien już przywyknąć do smaku tutejszych napojów. Vortixx opróżnił szklankę do połowy i odezwał się:

- Widziałem go we wschodnim porcie, jakieś dwa dni temu. Wsiadł na pokład statku przemysłowe razem z grupą uchodźców. Tego samego dnia statek odpłynął.

- Dokąd?

- To również jest poufne - odparł Xianin. - I drink już tu nie wystarczy.

Toa westchnął bezgłośnie i schylił się, by wyciągnąć z torby sakiewkę z widgetami. Nagle błyskawicznie podniósł się, złapał Vortixx za rękę i przyszpilił go do lady, wykręcając mu kończynę w nienaturalny sposób. Wypuszczona przez mężczyznę buteleczka z szarawym proszkiem potoczyła się po blacie i zatrzymała paręnaście centymetrów dalej.

- Próbowałeś mi tego dosypać do szklanki, tak? - warknął Vox, naciskając mocniej na Xianina.

- Hnn… Tak… - odparł Enak przez zaciśnięte zęby. - Skąd ty…

- Usłyszałem, jak wyciągasz ten proszek. Jestem Toa Dźwięku, zapomniałeś?

Vortixx dopiero teraz uświadomił sobie, jak ogromny błąd popełnił i zaklął siarczyście.

- I pewnie wcale nie widziałeś Zaldiara, ani nie masz pojęcia kim on w ogóle jest? - mówił dalej Vox.

- Arhhn… T-Tak…

Toa zmrużył groźnie oczy.

- I pewnie wcale nie nazywasz się Enak? - wycedził.

- N-Nie… To akurat moje prawdziwe imię…

Vox westchnął ciężko i puścił Xianina. Ten runął na ziemię i pomału podniósł się, łapiąc za zbolałą rękę.

- Zejdź mi z oczu - oznajmił Toa lodowatym tonem, po czym usiadł przy barze i zaczął obracać mozolnie szklankę z niedokończonym napojem. Enak tylko rzucił pod nosem jakieś przekleństwo, po czym wyniósł się z baru, wciąż trzymając się za ramię.

Vox opróżnił szklankę jednym haustem i zwrócił się do barmana, by ten dolał mu napoju.

- Nie powinieneś tyle pić - powiedział barczysty Skakdi grubym głosem. - Za chwilę kolejna walka.

Toa Dźwięku uniósł lekko brew.

- Myślałem, że już koniec na dzisiaj.

- Źle myślałeś - odparł barman, po czym wskazał głową tłumy siedzące wokół areny. - Ludzie chcą więcej. Nie mogę im odmówić.

- Ech… - Vox westchnął i podniósł się z krzesła. Rozciągnął się, zarzucił torbę na ramię i powolnym, lecz zdecydowanym krokiem zmierzył w kierunku areny, by stoczyć jeszcze jeden pojedynek. Zastanawiał się, czy ten również będzie zwycięski.

***


Smog wisiał niczym woal nad strzelistymi budowlami metropolii. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a miasto tonęło w pomarańczowym świetle. Wysokie wieżowce rzucały podłużne cienie na opustoszałe boczne uliczki, którymi uciekał teraz pewien Le-Matoranin z Kanohi Kualsi na twarzy. Często uciekał - w końcu był złodziejem, to część jego pracy. Ale po raz pierwszy się bał.

Spojrzał za siebie. Nie zobaczył ścigającego go nieznajomego - wysokiej postaci w metalicznym pancerzu, świdrującej go swoim krwistoczerwonym okiem - ale doskonale wiedział, że wciąż jest ścigany. Przez lata nauczył się wyczuwać, kiedy ktoś siedzi mu na ogonie.

Obrócił głowę i uderzył z impetem w dwa słupy który niespodziewanie zjawiły się na jego drodze. Upadł na ziemię, otrząsnął się i spojrzał w górę. Słupy, w które uderzył, okazały się być w rzeczywistości nogami Toa Błyskawic, która teraz pochylała się nad nim, opierając dłonie na biodrach.

- Dokąd się tak spieszysz, mały? - spytała Toa Hikira, mrugając swoimi dwukolorowymi oczami.

Matoranin podniósł się i wskazał palcem za siebie.

- Coś mnie ściga… - wysapał i przeniósł wzrok na Toa Błyskawic. - Musisz to zatrzymać!

Hikira spojrzała w tamtym kierunku. W oddali dostrzegła zbliżającą się w ich stronę tajemniczą sylwetkę.

- Lepiej się gdzieś chowaj - rzuciła do Matoranina. - I nie, nie możesz podglądać.

Malec skinął głową i pobiegł przed siebie. Hikira sięgnęła po zawieszony na plecach łuk, gotowa do działania.

Po chwili stanął przed nią opancerzony robot, spoglądający na nią swoim pojedynczym, jarzącym się szkarłatnym światłem okiem. Jego opływowa zbroja nadawała mu futurystycznego wyglądu, a rolę prawego przedramienia pełniło działo z podłużną lufą, z zamontowanym tuż nad nim miotaczem Rhotuka. Maszyna tkwiła w bezruchu, wbijając w Toa swoje martwe spojrzenie.

- Nie wiedziałam, że będziemy mieli gości. - Hikira uśmiechnęła się łobuzersko. W tej samej chwili robot wystawił działo przed siebie, a wylot lufy zaczął mienić się czerwonym światłem, gotów do wystrzału. Toa westchnęła.

Używając swojej Maski Szybkości, w mgnieniu oka znalazła się za plecami maszyny, celując do niej z łuku.

- Akuku - powiedziała. Dron odwrócił się i w tym samym momencie trafiła go naelektryzowana strzała.

Elektryczne wiązki zaczęły tańczyć na ciele robota, porażając go. Maszyna zachwiała się, lecz sekundę później powróciła do wyprostowanej pozycji, jakby zupełnie nic się nie stało. Uniosła swoje działo i wystrzeliła czerwony promień, który pomknął prosto na Toa Błyskawic. Dziewczyna uchyliła się przed strzałem i znalazła po drugiej stronie ulicy.

- Hm. - Hikira zmrużyła oczy. - Jeśli jedna strzała na ciebie nie działa, może powinnam spróbować dwóch… trzech… pięciu… siedmiu… dziesięciu! - krzyknęła i znanym jedynie sobie sposobem nałożyła dziesięć strzał na cięciwę, po czym wypuściła je. Wszystkie równocześnie trafiły w oponenta, uwalniając paraliżujące wiązki. Taki grad pocisków powaliłby każdego, nawet najtwardszego przeciwnika, na robocie jednak wydawało się nie robić żadnego wrażenia.

Toa zacisnęła pięści.

- Dobrze więc. - Rozłączyła swój łuk na dwa ostrza. - Załatwmy to w inny sposób.

Zaszarżowała na drona, biegnąc równie szybko jak wypuszczone przez nią wcześniej strzały. Używając swojej Kanohi, zadawała dziesiątki ciosów w sekundę, każdy z innej strony, biegając dookoła maszyny, niczym w dzikim tańcu. Wreszcie znalazła się przed nim, a jej pięść poszybowała ku głowie robota. Hikira roześmiała się i pstryknęła go w oszklone oko, po czym wygięła się do tyłu, zupełnie jakby nosiła Kanohi Calix i wyskoczyła w powietrze, zrobiła obrót i wylądowała gładko na ziemi parę bio dalej.

Wyprostowała się i spojrzała z uśmiechem na przeciwnika, spodziewając się, że zaraz ujrzy go rozpadającego się na kawałki. To jednak nie nastąpiło - zamiast tego dron wystrzelił kolejny pocisk w kierunku Toa. Zaskoczona Hikira zdążyła jedynie skrzyżować ostrza przed twarzą, a siła uderzenia odrzuciła ją w tył.

Toa znalazła się na niewielkim dziedzińcu, przeturlała po kamiennych płytach i wstała na równe nogi. Zerknęła na grupkę zaskoczonych mieszkańców i rzuciła do nich:

- Do środka, już!

W tym samym momencie naskoczył ku niej mechaniczny oponent, z którego lewego przedramienia wysunęło się zakrzywione ostrze. Bronie obu walczących zetknęły się, wydając metaliczny szczęk. Hikira zaczęła odchylać się do tyłu, uginając się pod naporem maszyny. Dron uderzył jeszcze kilka razy, za każdym z ogromną siłą, po czym wykonał obrót, kopnął Toa Błyskawic w twarz i odrzucił w powietrze strzałem z miotacza. Hikira wypuściła ostrza i uderzywszy o ścianę budynku za jej plecami, z hukiem runęła na ziemię.

Sekundę później stała już na nogach, cała poobijana, lecz wciąż pełna energii.

- Zaczynasz mi działać na nerwy. - W jej oczach pojawiły się iskrzące błyskawice. Dziewczyna utworzyła w dłoniach kuliste pioruny i zaczęła ciskać nimi w oponenta. Elektryczne kule uderzały o jego ciało, uwalniając przy tym ostry blask. Hikira posłała ich dziesiątki, setki, tysiące… Wreszcie zbliżyła dłonie i wystrzeliła z nich ciągły strumień energii elektrycznej. Rozbłysło jeszcze jaśniejsze światło niż przedtem, na moment oślepiając Toa Błyskawic, a kiedy pobladło…

…oczom Hikiry ukazał się wciąż trzymający się na nogach dron. Ze szpar w jego pancerzu sypały iskry oraz ulatywał dym, lecz robot nadal był sprawny, co więcej - szykował się do kolejnego strzału. Toa napięła wszystkie mięśnie i rzuciła:

- Teraz czas na grande finale! - Uniosła ramiona do góry, a z jej dłoni uwolniły się elektryczne wiązki, które zaczęły zataczać w powietrzu koła. Po chwili nad głową Toa Błyskawic zawisła olbrzymia, świecąca kula energii, większa co najmniej dwa razy od jej stwórczyni.

Hikira wydawała z siebie gniewny okrzyk, wzbiła się w powietrze i cisnęła kulą w drona, tworząc w ziemi krater i wznosząc ogromne ilości pyłu. Kiedy ten opadł, Toa ujrzała pod sobą porażone ciało robota, powyginane w nienaturalnej (a przynajmniej dla żywej istoty) pozie. Dron po raz ostatni uniósł głowę, lecz sekundę później ta opadła na ziemię, a światło w jej oku zgasło.

Hikira wpatrywała się jeszcze przez chwilę w pokonaną maszynę, dysząc ciężko, po czym z uśmiechem powiedziała do siebie:

- Świetnie, znów musiałam zepsuć coś drogiego.

Nagle usłyszała odgłosy czyichś ciężkich kroków, podniosła głowę i przy krawędzi krateru dostrzegła dwie kolejne postaci dronów. Maszyny od razu wycelowały w nią swoje działa, a te zaczęły jarzyć się czerwonym światłem. Hikira zaklęła bezgłośnie i przyjęła bojową postawę. Spróbowała namierzyć wzrokiem swoje ostrza, lecz te gdzieś przepadły. Toa Błyskawic spojrzała na przeciwników, w myślach zastanawiając się, czy po zużyciu tak ogromnej ilości mocy żywiołu będzie jeszcze w stanie stawić im czoła.

Wtem, niespodziewanie otoczyły ich wodne fale, które w mgnieniu oka przeistoczyły się w dwie ogromne ręce, powstałe z falującej cieczy. Przejrzyste dłonie chwyciły dwójkę dronów i zaczęły miażdżyć je w swym uścisku. Hikira obserwowała z szeroko otwartymi oczami, jak pancerze maszyn zostają powoli wgniatanie, a ich stalowe szkielety, przykryte licznymi przekładniami i wspornikami, miażdżone z trzaskiem. Po paru chwilach roboty rozpadły się na kawałki i runęły na ziemię, kiedy wodne ręce na powrót zatopiły się w wirujących dookoła krateru falach, a te po kilku sekundach zdematerializowały się.

Toa Błyskawic stała przez moment w miejscu, próbując uświadomić sobie, co się właściwie stało. Po chwili dostrzegła jakąś postać, kobietę, stojącą na dachu pobliskiego budynku. Tuż przed nią wyrósł słup wody, który z gracją przeniósł ją na ziemię. Postać zatrzymała się przy krawędzi krateru i zerknęła na Toa w dole. Hikira przyjrzała jej się i uśmiechnęła, widząc znajomą maskę.

- Mala? - zapytała. - Co ty tutaj robisz?

- Nadchodzący sztorm mnie tu sprowadził - odrzekła Toa Wody. W jej głosie słychać było niezachwiany spokój, obecny również w jej zielonych oczach. - Czarne chmury zawisły nad miastem.

Hikira spojrzała w górę. Rzeczywiście, na niebie zaczęły gromadzić się ciemne kłęby, najwyraźniej zanosiło się na deszcz. Zerknęła na Toa Wody.

- Och, uwielbiam te twoje zagadki! - Klasnęła w dłonie. - Nie wiesz, co to za jedni? - Wskazała głową szczątki mechanicznych wojowników.

- Drony - oznajmiła Mala. - Żołnierze śmierci. Pozbawieni duszy, nie lękają się bólu i nie wahają zabijać. - Wbiła wzrok w jakiś odległy punkt. - Wkrótce przybędzie ich tu więcej.

Hikira zamrugała.

- To chyba nie problem? Z tą twoją wodną sztuczką damy im radę! - Uderzyła zaciśniętą pięścią w otwartą dłoń.

Mala pokręciła głową.

- Wojownik powinien znać swoje szanse w starciu z każdym przeciwnikiem. - Spojrzała na Toa Błyskawic. - Jeśli staniemy same do walki przeciwko niezliczonej armii, nasze szanse na zwycięstwo będą równe zero.

Hikira wydęła usta i oparła prawą dłoń na biodrze.

- Więc co chcesz zrobić?

- Musimy zebrać drużynę - odparła Toa Wody - i wspólnie uderzyć w źródło ciemności. Tylko wtedy damy radę unicestwić wroga.

Hikira uśmiechnęła się pod nosem.

- Brzmi jak plan - skwitowała.

- Chodź ze mną. - Mala wyciągnęła ku niej rękę. - Nie mamy czasu do stracenia.

Rozdział 3Edytuj

Piorun przeszył ciemne niebo, a jego blask odbił się w miliardach maleńkich kropelek deszczu spadających na ziemię.

- Wiedziałem, że będzie padać… - mruknął Rebis. On i Ragan zmierzali teraz jedną z miejskich ulic do miejsca, w którym Onu-Matoranin mógł zdobyć materiały potrzebne mu do odbudowy kuźni, zrujnowanej podczas porannego wtargnięcia Skakdi. Rzemieślnik postanowił zabrać ze sobą swojego przyjaciela w ramach jego „odpokutowania”, gdyż, jak twierdził Ragan, to głównie przez niego kuźnia została zdemolowana. Nie, żeby nie miał racji. Choć Rebis nigdy by mu tego nie przyznał. Właściwie cała ta wyprawa nie byłaby taka zła, gdyby nie fakt, że musieli się udać aż do przybrzeżnej części miasta. To potworny kawał drogi. Większość mieszkańców skryła się w domach (lub w tym, co służyło jako ich domy), uciekając przed deszczem. Ta-Matoranin nie ukrywał, że sam chętnie by tak zrobił, Ragan jednak był zbyt uparty.

- Nie marudź - odparł. - Nie pada aż tak mocno. No i nie musiałbyś tu być, gdybyś nie ściągnął tych kafarów do mojej pracowni.

- Będziesz mi to wypominał całe życie? - obruszył się Rebis. - Poza tym, nie możesz sobie sam wykuć tych wszystkich zniszczonych rzeczy?

- Co mam sobie wykuć? Ścianę?

- Mógłbyś spróbować.

Onu-Matoranin przewrócił oczami. Spojrzał na niebo, nieustannie zsyłające na ziemię krople deszczu. Ulewa się nasilała. Może faktycznie warto by się gdzieś schować, przeszło Raganowi przez myśl.

- Może faktycznie warto by się gdzieś schować - powiedział na głos.

Rebis wyszczerzył się.

- Znam dobrą gospodę nieopodal - odparł. - Możemy się tam ukryć przed deszczem. I przy okazji trochę ogrzać. Zaczyna się robić zimno.

- Gospodę? - Ragan uniósł brew. - Niech zgadnę, właścicielem jest barczysty Skakdi?

- Tak. Ale to dobry Skakdi. Jest moim starym przyjacielem, więc nie zrobi nam krzywdy, jeśli o to ci chodzi.

- Ty i Skakdi? Przyjaciółmi? Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe…

- Z tym jednym jakoś mi się udało.

Onu-Matoranin uśmiechnął się pod nosem.

- Dobra, gdzie jest ta gospoda? Długo będziemy tam iść? - zapytał.

- Jeśli pobiegniemy, nie. Dotrzemy tam w jakieś pięć minut.

- Zatem prowadź.

Rebis ruszył przodem, a Ragan podążył za nim, osłaniając dłońmi głowę przed ulewą.

Po chwili dotarły do nich jakieś dziwne odgłosy, uznali to jednak za winę deszczu uderzającego w metalowe poszycia dachów pobliskich budynków oraz szumu szalejących fal - byli w końcu blisko nabrzeża.

Kiedy wyszli na główną ulicę, zamarli. Po chwili Rebis złapał towarzysza za ramię i obaj skryli się w jakiejś bocznej odnodze. Wychylili lekko głowy i z niepokojem obserwowali grupę tajemniczych żołnierzy w metalicznych pancerzach, toczących z bój z barczystym Toa odzianym w pomarańczową zbroję.

Mężczyzna nosił na twarzy Kanohi Kiril, a w rękach trzymał przypominające szczypce ostrza, emanujące jasnym blaskiem. Z daleka wyglądało to, jakby wymachiwał w powietrzu świetlnymi kulami. Najwyraźniej mogły one wyrządzić krzywdę napastnikom, ci bowiem trzymali się w bezpiecznej odległości kilku bio od Toa - nie przeszkadzało im to jednak w posyłaniu w jego kierunku śmiercionośnych laserów, które wojownik zręcznie blokował swoim orężem.

Matoranie przyjrzeli się postaciom atakującym Toa. Z jakiegoś powodu, wydały się im one dziwnie znajome.

- Hej, Ragan… - zaczął Rebis, nie odrywając wzroku od walczących. - Czy to nie te same blaszaki, które widzieliśmy w fabryce?

Onu-Matoranin zmrużył oczy.

- To na pewno te same blaszaki - odparł. Nie mógł się mylić. Jako Archiwista miał dobrą pamięć. - Musimy… - Chciał powiedzieć „Musimy stąd uciekać”, jednak przyjaciel mu przerwał:

- Musimy pomóc temu Toa! - Już chciał wyskoczyć na ulicę, kiedy za ramię złapała go ręka towarzysza.

- Oszalałeś?! Ledwo co uszliśmy z życiem z tamtej fabryki! Niczego cię to nie nauczyło?

- Nie mogę tak po prostu patrzeć, jak jeden Toa walczy z całą grupą!

- Daj spokój. To Toa. Na pewno sobie poradzi - rzekł Ragan, lecz w tym samym momencie pomarańczowy wojownik oberwał laserem w ramię i jęknął z bólu. Rebis spojrzał wymownie na towarzysza.

- Wolisz, żeby zginął?

- Nie, oczywiście, że nie. Ale jesteśmy tylko Matoranami, nic nie możemy zrobić! Sami tylko się narazimy i dołożymy kłopotu temu Toa.

Rebis nie wydawał się być tym przekonany.

- Na pewno da się coś zrobić!

Ragan zaczynał powoli tracić cierpliwość.

- Czy choć raz możesz przestać próbować pakować się w jakieś kłopoty?!

- Wolę pakować się w kłopoty niż spędzać całe dnie w domu, jak ty! - odgryzł się Ta-Matoranin.

Jego towarzysz zapowietrzył się.

- Robię tak, ponieważ moje życie coś dla mnie znaczy!

- Więc twierdzisz że moje nic dla mnie nie znaczy?!

- Gdyby tak było, nie próbowałbyś teraz wtrącać się w walkę!

Sprzeczając się, nie zauważyli czającej się za ich plecami postaci drona. W ostatniej chwili odwrócili się, tylko po to, by ujrzeć wycelowane w ich stronę działo, jarzące się czerwonym światłem. Osłonili głowy rękoma, gotowi na najgorsze. Nagle jakiś pędzący kształt uderzył w mechanicznego żołnierza, złapał Matoran i przeniósł ich w bezpieczne miejsce po drugiej stronie ulicy, paręnaście bio dalej. Rebis i Ragan unieśli głowy, a wtedy ich oczom ukazał się Kernor, Toa Dźwięku ze srebrną Kakamą na twarzy.

- Zostańcie tu - rzucił szorstkim głosem, po czym pomknął w kierunku pomarańczowego Toa.

Stanął plecami do wojownika i przyjął bojową postawę, dobywając swoich broni - szerokich, zakrzywionych ostrzy na krótkich drzewcach - kiedy drony ich otoczyły. Było ich może z tuzin.

- Jakieś pomysły, Kernor? - rzucił Toa w Kiril.

- Możemy spróbować naszego starego sposobu. Tornado i wystrzał.

Pomarańczowy uśmiechnął się pod nosem.

- Zaczynaj - powiedział.

Toa Dźwięku uaktywnił swoją Kanohi i zaczął biegać dookoła towarzysza, tworząc niewyraźną, szarawą smugę. Wystawił broń na boki i uderzył z zawrotną prędkością każdego z przeciwników, po czym wzbił się w powietrze i nadlatując ku jednemu z dronów, posłał w niego falę dźwiękową, odrzucając go.

- Auerieus! - krzyknął Toa Dźwięku. W tym samym momencie maszyna oberwała kulą plazmy, wystrzeloną przez drugiego Toa. Gorąca substancja wypaliła dziurę w pancerzu robota, a ten zaczął chwiać się na nogach, sypiąc iskrami.

Kernor momentalnie znalazł się z powrotem przy Auerieusie, sekundę przed tym, jak maszyny wystrzeliły w nich kolejne lasery. Toa zręcznie blokowali pociski.

- Dobra robota - odezwał się Toa Plazmy. Kernor jedynie chłodno się uśmiechnął. Nagle czerwony promień trafił go w lewe ramię i odrzucił do tyłu. Toa Dźwięku runął na ziemię, wypuszczając z dłoni swoją broń. Nim zdołał się podnieść, jeden z dronów doskoczył do niego, przycisnął stopą do podłoża i wycelował w jego Kanohi.

W tej samej chwili Auerieus rzucił się na robota, chwytając go swoimi masywnymi ramionami. Obaj zaczęli się turlać po ziemi, dopóki Toa nie zrzucił z siebie przeciwnika kopnięciem. Dron wylądował gładko na ziemi kilka bio dalej, a wtedy Auerieus zaszarżował na niego, zamachując się Plazmowymi Szczypcami. Wtem z przedramienia maszyny wysunęło się błyszczące ostrze, które szybkim ruchem wytrąciło bronie z rąk Toa. Dron zamachnął się ponownie, celując w maskę, lecz na drodze jego oręża stanęły skrzyżowane ręce oponenta, okute grubym pancerzem. Po chwili Auerieus odepchnął drona i wystrzelił ku niemu kolejną kulę plazmy.

Robot uchylił się przed nadlatującą substancją, dopadł do Toa i silnym kopnięciem posłał go pod ścianę jednego z budynków.

Kernor rozpędził się i zaszarżował na robota, wbiegł po nim i uderzył stopą w głowę, powalając go na ziemię. Zaraz potem ruszył na kolejnego. Uchylił głowę przed świstającym ostrzem, które przecięło powietrze, po czym zadał cios z dołu, ponownie trafiając w głowę. Wtem oberwał w ramię laserem, wystrzelonym przez nadbiegającego drona.

Maszyna wysunęła swoje ostrze i zrobiła zamach. Kernor jednak zręcznie unikał cięć, jakby widział ruchy przeciwnika w zwolnionym tempie. Robot mimo wszystko był szybszy, niż mu się wydawało. Momentalnie przeciął pancerz na zranionym ramieniu Toa, a kiedy ten syknął z bólu, złapał go za maskę, uniósł do góry i z ogromną siłą cisnął nim o ścianę jednej z pobliskich budowli, w to samo miejsce, w którym znajdował się Auerieus.

Przed wojownikami, przypartymi do ściany, stanął oddział dronów, wciąż trzymających się w jednym kawałku. Toa spojrzeli po sobie. Ich sytuacja ani trochę się nie poprawiła.

Rebis spoglądał na całe zajście z przejęciem.

- Nie mogę ich tak zostawić! - powiedział. Zerknął na Ragana. - Musimy im pomóc!

Onu-Matoranin rozglądał się nerwowo na boki, nie wiedząc, co robić.

- Nie mamy szans z tymi robotami! - odparł po chwili. - Ci dwaj Toa ledwo dają sobie z nimi radę! Mogą nawet przegrać!

- Bez nas na pewno. Chodź. - Rebis odwrócił się w kierunku dronów i wypiął dumnie pierś. - Pokażmy im, że nie musisz być Toa, aby być bohaterem! - rzucił, po czym ruszył z bojowym okrzykiem na ustach w stronę maszyn.

Ragan wpatrywał się przez chwilę w niego z rozdziawionymi ustami, po czym przyłożył dłoń do czoła i pobiegł za nim, by przypadkiem nie zrobił sobie krzywdy.

Drony odwróciły się, słysząc hałas i zobaczyły nadciągającego ku nim Ta-Matoranina z dwoma sztyletami w dłoniach, oraz Onu-Matoranina, biegnącego zaraz za nim. Rozległo się kilka odgłosów strzałów oraz szczęku ostrzy i Matoranie znaleźli się przy ścianie, tuż obok Auerieusa i Kernora.

- Mogło być gorzej. - Rebis uśmiechnął się niewinnie do Toa Dźwięku, który posłał mu ciężkie spojrzenie.

Drony wycelowały w nich swoje działa.

- Jest gorzej - mruknął Ragan. W dodatku wciąż nie przestało padać.

- Hej, wy! - W oddali rozległ się kobiecy głos. Drony obróciły się. Matoranie dostrzegli, jak na drugim końcu ulicy pojawiają się dwie Toa.

Kernor nie zamierzał marnować szansy. Uwolnił falę dźwiękową i odrzucił maszyny na parę bio w tył. Dobył swoich broni i ruszył do walki, podobnie jak Auerieus. Wtem między drony wbiegł jakiś niewyraźny, poruszający się z ogromną prędkością kształt. Odrzucił jednego z nich i powalił na ziemię.

- Przykro mi z powodu twoich kolegów - powiedziała Hikira, uśmiechając się. Po chwili zatopiła swoje ostrze w czerwonym oku robota, a jego szamocące się ciało bezwładnie opadło. - Ale z twojego nie.

Mala wykonywała płynne ruchy rękoma, wystrzeliwując w przeciwników strumienie wody.

- Zgromadźcie ich w jednym miejscu - nakazała pozostałym Toa. Kernor, Auerieus i Hikira natychmiast się jej posłuchali i zaczęli zapędzać drony na środek ulicy. Zajęci walką, nie zauważyli, jak do Ragana i Rebisa zbliża się jeden z mechanicznych wojowników.

Dron zamachnął się ostrzem, lecz mniejsi od niego Matoranie z łatwością uniknęli cięcia. Ragan przełamał swoje lęki i uderzył Łamaczami w nogę maszyny, a po chwili to samo uczynił Rebis, atakując sztyletami. Robot zachwiał się. Onu-Matoranin spojrzał na przyjaciela.

- Razem?

- Razem.

Wspólnie podskoczyli i uderzyli drona w klatkę piersiową, odpychając go. Wtem przed robotem pojawił się Kernor i zadał cios, odrzucając oponenta do pozostałych dronów.

Wszyscy spojrzeli na Malę. Ta uniosła lekko i spokojnie otwartą dłoń, a wtedy spadające krople deszczu skierowały się prosto na drony i zaczęły wokół nich wirować, tworząc coraz większą wodną barierę. Maszyny zaczęły strzelać laserami, lecz żywiołowa zapora nie przepuściła każdego z nich. Szalejący wir pomału zwężał się, aż wreszcie pochłonął żołnierzy w swoich objęciach.

Toa uniosła swą dłoń wyżej, wznosząc uwięzione w wirującej wodzie drony ponad budynki. Wreszcie, z niezmąconym spokojem na twarzy, zacisnęła pięść.

Rozległ się ogromny trzask i po paru sekundach iskrzące szczątki robotów spadły na ziemię, w akompaniamencie deszczowych kropel.

Wojownicy podeszli do Toa Wody.

- Mala - rzekł Auerieus i uśmiechnął się ciepło - dobrze znów cię widzieć.

- Miło jest ujrzeć znajome twarze po latach rozłąki - odparła Toa, odwzajemniając uśmiech.

- Wiesz, co to za maszyny? - odezwał się Kernor, wskazując kciukiem na pozostałości po ich przeciwnikach. Mala już otwierała usta, by odpowiedzieć, lecz ubiegła ją Hikira:

- Drony, „żołnierze śmierci”. - Nakreśliła palcami w powietrzu cudzysłów. - Nie mają emocji, więc niczego się nie boją, bla bla bla. Całkiem wytrzymali, ale nie niezniszczalni. Na szczęście.

- Mhm. - Toa Dźwięku skinął głową. - Wiecie, kto ich nasłał?

Toa Wody pokręciła przecąco głową.

- Ten sekret wciąż pozostaje do odkrycia - odparła. - Musimy…

- Są z XONOX-u - powiedział ktoś.

Wszyscy Toa przenieśli wzrok na Rebisa, który wypowiedział te słowa.

- To XONOX ich zbudował - powtórzył Ta-Matoranin.

- Skąd to niby wiesz? - spytał Kernor. Rebis mógłby przysiąc, że w jego głosie usłyszał nutę pogardy.

- Widzieliśmy to na własne oczy - wtrącił się Ragan. - Wślizgnęliśmy się do fabryki i znaleźliśmy halę, w której były produkowane.

Kernor omal nie parsknął.

- Nie rozśmieszaj mnie. Nie ma mowy, żeby dwójka Matoran weszła na teren strzeżonej… - urwał, kiedy Mala położyła mu dłoń na ramieniu.

- Nie lekceważmy mniejszych od nas tylko dlatego, że patrzą na nas z dołu - rzekła. - W ich sercach może kryć się większa odwaga niż u niejednego tytana. - Uklękła przy Matoranach i zwróciła się do nich: - Czy ci, których stworzenia byliście świadkami są tymi samymi, z którymi stoczyliśmy bój?

Rebis i Ragan pokiwali głowami.

- Tak. To ci sami - odparł Ragan. - Z pewnością.

Mala skinęła głową w podzięce i wyprostowała się. Spojrzała poważnym wzrokiem na pozostałych.

- Dzięki naszym małym przyjaciołom poznaliśmy, kto tchnął życie w naszych przeciwników - powiedziała. - Musimy obmyślić plan, aby udaremnić ich kolejne ataki.

- Lepiej nie tu - odezwał się Auerieus. - Vrex patrzy. - Wskazał na wpatrującą w nich pustym wzrokiem kamerę, tkwiącą na ścianie pobliskiej budowli. Wszyscy odwrócili głowy w jej kierunku i posłali zawistne spojrzenie. Nawet w oczach Mali na ułamek sekundy dało się dostrzec urazę.

- Musimy znaleźć miejsce z dala od oczu wroga - oznajmiła Toa Wody.

- Ja znam jedno - odezwał się Rebis. - Gospoda mojego przyjaciela, parę przecznic stąd. Będziemy tam bezpieczni.

Mala ponownie się uśmiechnęła.

- Będziemy mieli dozgonny dług u twojego przyjaciela - rzekła. - Prowadź nas.

Grupa opuściła miejsce niedawnej walki, kierując się w stronę gospody wspomnianej przez Ta-Matoranina. Nim odeszli, Hikira odwróciła się w stronę obserwującej ich kamery, puściła do niej oko i posłała strzałę prosto w jej obiektyw.

***


Drzwi do karczmy „Pod szczypcami Ussala” otworzyły się, lekko skrzypiąc. Zza lady od razu wyszedł przysadzisty Skakdi w czerwonym pancerzu z dwoma rogami na głowie i podszedł do przybyszów, rozkładając ramiona.

- Rebis, przyjacielu! Kopę lat! - Uśmiechnął się. - Co cię tu sprowadza? O, widzę, że przyprowadziłeś ze sobą Ragana! - dodał, spoglądając na Onu-Matoranina. - I… czwórkę Toa?

Wojownicy wymienili spojrzenia. Ta-Matoranin odparł:

- Też miło cię widzieć, Khrussk. Posłuchaj, potrzebujemy dyskretnego miejsca, żeby się naradzić w spokoju. Znalazłbyś coś?

Zakazianin powiódł wzrokiem po gospodzie. Przy większości stołów siedziały grupy mieszkańców, którzy wpadli do środka, by skryć się przed deszczem.

- Niestety, wszystkie miejsca są zajęte… - Khrussk podrapał się po głowie. - Ale mam na tyłach wolny magazyn. Mogę wam go oddać na parę godzin.

- Mamy spiskować w starym magazynie? - parsknął Kernor. - Proszę was…

- To całkiem przyjemne miejsce - odparł Skakdi. - Moja przyjaciółka mieszkała w nim przez pewien czas, kiedy ukrywała się przed swoim byłym partnerem, hehe.

Khrussk zaprowadził ich do niewielkiej hali znajdującej się przy gospodzie, stojącej nieopodal wybrzeża. Wnętrze nie przypominało typowego magazynu - co prawda wciąż znajdowało się w nim parę pustych skrzyń, lecz było w nim sporo wolnej przestrzeni do zagospodarowania. Ponadto, co szybko zauważyli Toa, było ogrzewane. Idealne miejsce na tymczasową kryjówkę.

- Musicie mi wybaczyć, ale muszę zająć się pozostałymi gośćmi - przeprosił Skakdi i opuścił pomieszczenie, pozostawiając przybyszów samych.

Hikira zaczęła rozglądać się po hali. Po chwili dostrzegła parę bio dalej stojącą samotnie na jednej ze skrzyń zardzewiałą puszkę. Uśmiechnęła się pod nosem i posłała ku niej strzałę z łuku. Puszka spadła na ziemię, nie wydając przy tym żadnego odgłosu. Toa Błyskawic zamrugała.

- Nie musiałeś otaczać nas dźwiękową barierą, Kernor - zwróciła się do mężczyzny. - Ponoć mamy być tu bezpieczni.

- Nikomu nie powinno się w pełni ufać - odrzekł wojownik, opierając się o filar. - Podsłuchy mogą być wszędzie.

Hikira tylko przewróciła oczami. Toa Dźwięku był aż nadto podejrzliwy.

Po chwili Auerieus odezwał się:

- I co teraz?

Mala stanęła pomiędzy zebranymi i przemówiła:

- Poznaliśmy, kto jest odpowiedzialny za zesłanie wrogich żołnierzy. Wkrótce przybędzie ich więcej. Musimy wspólnie zaatakować u źródła, nim będzie za późno.

- Szturm na kwaterę główną XONOX-u? - Hikira złączyła dłonie z tyłu głowy. - Brzmi jak niezła zabawa.

- Jest nas tylko czworo - wtrącił się Auerieus. - Czy damy radę dostać się do środka?

- Ci dwaj dali - mruknął Kernor, wskazując na Ragana i Rebisa.

- Tak… I ledwo uszliśmy z życiem. - Onu-Matoranin spuścił wzrok.

Mala spojrzała na Toa Dźwięku.

- Vrex popełnił błąd, dzięki czemu wiemy, że to on pociąga za sznurki. W pewnym stopniu winniśmy być mu za to wdzięczni - powiedziała. - Ale nie. Czworo to za mało. Ochrona kryjówki wroga z pewnością została wzmocniona. Ponadto, nie możemy zostawić miasta bez obrońców. - Powiodła wzrokiem po zgromadzonych.

- Na wyspie są jeszcze inni Toa - zauważył Auerieus.

- Lecz nie są świadomi zagrożenia - odparła Toa Wody. - Musimy zebrać ich jak najwięcej się da i wspólnie stworzyć dalszy plan działania. - Pozostali wojownicy pokiwali lekko głowami, zgadzając się. - Czy któreś z was zna kogoś, kto mógłby do nas dołączyć?

- Ja… - odezwał się Ragan. Toa spojrzeli na niego. - Toa Arctica.

Auerieus przeniósł wzrok na Malę.

- Znam ją - powiedział. - Ale wątpię, czy zechce wziąć w tym udział. Po wojnie… niezbyt kwapi się do pomocy.

- Nieprawda - odrzekł Matoranin. - Uratowała nas dzisiejszego ranka, kiedy uciekaliśmy z fabryki. Na pewno się przyłączy!

Toa Wody skinęła głową.

- Dobrze więc. Auerieusie - zwróciła się do Toa Plazmy - wiesz, gdzie można ją znaleźć?

- Szósty Dystrykt - odparł mężczyzna. - Od lat cały czas tam przesiaduje.

- Zatem udaj się tam i sprowadź ją najszybciej jak to możliwe.

- Hej, też chcę iść! - żachnął się Onu-Matoranin.

- Ej, przyhamuj, mały - uspokoił go Auerieus. - Szósty Dystrykt to niezbyt przyjemne miejsce dla Matoran.

- To nie ma znaczenia. Idę z tobą.

- Jeśli on idzie, to ja też - wtrącił się Rebis. Obaj Matoranie spojrzeli na Malę. Spodziewali się, że zacznie protestować, lecz Toa Wody jedynie się uśmiechnęła i powiedziała do wojownika w Kiril:

- Udacie się we trójkę. Miej oko na Matoran.

Auerieus otworzył usta, lecz po chwili je zamknął. Wiedział, że nie powinien kłócić się z Malą. Zawsze starał się respektować decyzje podejmowane przez bardziej doświadczonych od niego Toa. Skinął jedynie głową i wraz z Matoranami opuścił kryjówkę. Mala przeniosła wzrok na Toa Dźwięku, wciąż opierającego się o filar ze skrzyżowanymi rękoma.

- Kernor?

- Słyszałem, że niedawno paru Toa osiedliło się w Czwartym Dystrykcie - powiedział mężczyzna. - Mogę spróbować z nimi pogadać.

- Dobrze. Zrób to - odparła i po chwili Kernor również opuścił halę.

W pomieszczeniu zostały jedynie Mala i Hikira. Nim Toa Wody zdążyła cokolwiek powiedzieć, wojowniczka w Kakamie odezwała się:

- Tak, znam kogoś, kto może nam pomóc. Możesz udać się ze mną, jeśli chcesz. - Zerknęła na niewielkie okienko znajdujące się pod sufitem. - Przestało padać.

- Zgoda.

Po chwili dwie Toa zmierzyły w stronę wyjścia i również opuściły kryjówkę, udając się na poszukiwanie członków drużyny.

***


Vrex akurat pochylał się nad stołem, na którym znajdowała się holograficzna mapa - jeden ze stworzonych przez niego wynalazków, który udało mu się przemycić do pałacu - kiedy do jego podziemnej sali wkroczyła Tanith, z tym swoim tak bardzo znienawidzonym przez mężczyznę wyniosłym uśmiechem.

- Jak sytuacja? - zapytała.

- Pierwszy oddział dronów dotarł do miasta i został pokonany przez Toa - oznajmił Matoranin w zbroi, nie odrywając wzroku od stołu. Na mapie pojawiły się czerwone znaki, ukazujące ruchy mechanicznych żołnierzy. Tanith stanęła obok Vrexa i skrzyżowała ręce na piersi. - Tak, jak zaplanowałem.

Toa Wody uniosła lekko brew.

- Chciałeś, żeby drony poległy?

- To były prototypowe jednostki - odparł mężczyzna. - Miały tylko zbierać informacje o stylu walki oraz możliwościach Toa i poznać dokładniej ich cechy gatunkowe, bym mógł potem zaimplementować je nowym dronom. Tak, aby były skuteczne w jak najwyższym stopniu.

Tanith dotknęła dłonią podbródka.

- Kiedy nowe oddziały będą gotowe do działania?

Vrex na chwilę zamyślił się, po czym powiedział:

- Niedługo. W przeciągu dwóch dni powinny móc wyruszyć, jeśli proces przyswajania nowych danych przebiegnie bez zakłóceń.

- Świetnie. - Toa oparła ręce o blat stołu i zaczęła wpatrywać się w holograficzną mapę. Po chwili dostrzegła coś, co ją zaintrygowało.

Spojrzała na Vrexa.

- Drony zaatakowały z wybrzeża?

Matoranin miał ochotę ciężko westchnąć. Powstrzymał się jednak w porę i odrzekł:

- Zgadza się.

- Dlaczego nie wyprowadziłeś ich ze środka wyspy? Bezpośrednio z twojej kwatery?

Głupia, mruknął w myślach Vrex. Ona zapewne właśnie tak by zrobiła.

- Nie masz pojęcia, ile kosztuje skonstruowanie jednego takiego żołnierza - powiedział. - Miliony, dziesiątki milionów. Gdyby inne wyspy dowiedziały się, że buduję armię, mającą zająć cały Wszechświat, natychmiast zerwałyby ze mną współpracę. Bez ich finansowego wsparcia, moja korporacja by zbankrutowała, a twój plan ległby w gruzach. Nasyłając drony od strony nabrzeża i pozorując tym samym inwazję, łatwiej będzie nam - jako atakowanej wyspie - otrzymać pieniężne wsparcie - umilkł na chwilę i posłał Tanith znaczące spojrzenie przez wizjer. - Dzięki któremu wzmocnimy nasze legiony.

Toa Wody zamyśliła się. Vrex miał rację. Takie rozwiązanie z pewnością było bardziej korzystne, niż wypuszczenie dronów z siedziby XONOX-u, zdradzając tym samym kto je wyprodukował. Wciąż jednak nie rozumiała jednego.

- Jak udało ci się niepostrzeżenie przetransportować oddział na skraj wyspy? - zapytała, spoglądając uważnie na Matoranina.

- Pod miastem ciągnie się sieć podziemnych tuneli, dawno zapomnianych przez mieszkańców. Prowadzą one również do wysp otaczających Artas Nui - wyjaśnił Vrex. - Do tej, na której teraz się znajdujemy, również.

Kobieta skinęła głową, przytakując i ponownie wbiła wzrok w mapę. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. Tanith podniosła wzrok i zapytała:

- Jacy Toa walczyli z naszymi żołnierzami?

Mężczyzna nacisnął niewielki przycisk i pojawiła się przed nim holograficzna lista.

- Było ich czworo - powiedział. - Hikira, Toa Błyskawic. Auerieus, Toa Plazmy. Kernor, Toa Dźwięku. Oraz… co może się wydawać nieprawdopodobne, a jednak… Mala, Toa Wody.

Tanith zamrugała.

- Mala? - zdumiała się. Vrex jedynie przytaknął. - A więc wróciła…

Spojrzała na rozciągający się na powierzchni stołu obraz miasta, zamyślając się. Powoli w jej głowie zaczął zradzać się pewien plan.

Po chwili odezwała się, uśmiechając się tajemniczo:

- Poradzisz sobie kilka dni beze mnie, Vrex?

Matoranin spojrzał na nią pytająco.

- Wyruszasz gdzieś?

- Po prostu stęskniłam się za miastem - odparła, przeciągając się i zmierzając w stronę wyjścia. - Och, i wezmę ze sobą kilka dronów, jeśli nie masz nic przeciwko - dodała na odchodne.

Nie czekając na odpowiedź, opuściła pomieszczenie, a metalowe drzwi bezgłośnie się za nią zasunęły. Vrex przez chwilę się w nie wpatrywał, po czym wrócił do swoich zajęć.

Nie wiedział, co ta Toa Wody znowu knuła, ale oby niczego nie zepsuła. Ich cel był już blisko.

Bardzo blisko.

Rozdział 4Edytuj

Zimny wiatr zawirował wraz z miliardami śnieżnych płatków dookoła przemierzających Szósty Dystrykt Artas Nui Auerieusa, Ragana i Rebisa. Choć burza dawno ustała, pogoda w tej części miasta wcale się nie polepszyła. Słońce już dawno zaszło, niebo wciąż było przesłonięte chmurami - co zresztą często miało miejsce w skutym lodem regionie wyspy - a uliczne latarnie dawno przestały działać, jedynym źródłem światła dla podróżujących była utworzona przez Toa i zawieszona w powietrzu przed nimi kula plazmy, przy zetknięciu z którą płatki śniegu rozpuszczały się z sykiem. Póki co wystarczyło to, by wskazywać drogę trójce wędrowców, choć z jakiegoś powodu powoli zaczynali mieć wrażenie, że ją gubią.

- Może jednak wyprawa w to miejsce nie była takim dobrym pomysłem… - powiedział Rebis, trzymając się za ramiona i trzęsąc z zimna. - Nie mogliśmy poczekać do rana? Nic tu nie widać… I jest strasznie zimno…

- Mala mówiła, by sprowadzić innych Toa najszybciej jak się da - odrzekł Ragan, któremu chłód nie wydawał się aż tak bardzo przeszkadzać. - Poza tym, niedługo będziemy na miejscu. Prawda? - Zwrócił wzrok ku Auerieusowi, idącemu na przedzie.

- Tak mi się wydaje - odezwał się Toa, chociaż sam powoli zaczynał w to wątpić. - O ile nie chodzimy w kółko…

Rzeczywiście, we wszechobecnym mroku i śnieżycy trudno było odróżnić jeden opuszczony wieżowiec od drugiego. Oczywiście mogli wyruszyć następnego dnia, jak mówił Rebis, lecz nie wiadomo było, kiedy drony znów zaatakują - lepiej było zebrać drużynę, póki mieli ku temu okazję. Rzecz w tym, że Auerieus naprawdę zaczynał sądzić, iż chodzą w kółko. A po kolejnych kilkunastu minutach był już co do tego całkowicie przekonany.

Zastanawiał się, czy faktycznie zdoła stawić czoła armii maszyn, jeśli nie potrafi odnaleźć drogi na wyspie, na której mieszkał od kilkunastu tysięcy lat.

- Nie chcę was niepokoić - rzekł po chwili - ale chyba zgubiliśmy drogę.

- Może powinnyśmy znaleźć jakieś schronienie i poczekać, aż wichura minie? - zaproponował Ragan.

- Świetny pomysł! - Rebis pokiwał energicznie głową. Miał już serdecznie dość śniegu buchającego mu prosto w twarz.

Auerieus zmrużył oczy, próbując przebić wzrokiem mrok i śnieżycę, po czym wystawił rękę do przodu, wskazując na opuszczony budynek z otwartymi drzwiami, którego udało mu się dostrzec w oddali.

- Może tam? - zapytał i zerknął na Matoran. Ci bez zastanowienia pokiwali głowami.

Cała trójka natychmiast ruszyła we wskazanym kierunku. Po chwili jednak Auerieus potknął się o wystającą spod śniegu belę, a zaraz po nim to samo zrobili Rebis i Ragan. Wszyscy trzej zatopili się w białym puchu i ciemności, która nastała po tym, jak kula plazmy wytworzona przez Auerieusa zdematerializowała się.

Kiedy podnieśli głowy, zauważyli, że ktoś przed nimi stoi. Owa postać wyjęła dwa miecze i wystawiła je na boki, a wtedy te zaświeciły się błękitnym światłem. Po paru sekundach szalejące dookoła płatki śniegu rozpierzchły się, a chwilę potem całkowicie znikły. Wichura ustała, ustępując miejsca głębokiej i przyjemnej ciszy.

Toa wstał z ziemi i rozświetlił mroczną noc kolejną kulą plazmy.

- Auerieus? - Arctica, która ukazała się w świetle kuli, uniosła brew. - Co ty tu robisz? - Spojrzała na Rebisa i Ragana. - I co ci dwaj tu robią?

Wojownik już otwierał usta, by odpowiedzieć, lecz Onu-Matoranin go ubiegł:

- Zbieramy drużynę do walki z armią robotów XONOX-u. - Wbił swoje błyszczące oczy w Toa Lodu. - I potrzebujemy twojej pomocy.

Arctica uniosła jedynie brew wyżej i ponownie spojrzała na Auerieusa.

- A tak na poważnie? - zapytała, opierając dłonie na biodrach.

- Obawiam się, że to, co powiedział Ragan to prawda - odparł mężczyzna. - Słyszałaś, co wydarzyło się dziś przy wschodnim wybrzeżu, prawda?

- Nie.

Na moment zbiła go z tropu, lecz po chwili Toa Plazmy kontynuował:

- Grupa mechanicznych żołnierzy, dronów, zaatakowała wieczorem mnie i Kernora w tamtym rejonie miasta. Została pokonana, ale wkrótce ponoć ma być ich więcej. Dlaczego potrzebujemy zebrać wszystkich Toa. W tym ciebie. - Skrzyżował ramiona i posłał jej baczne spojrzenie.

Arctica zmierzyła wszystkich trzech wzrokiem.

- Dlaczego myślicie, że wam pomogę?

- Uratowałaś dzisiaj mnie i Rebisa z fabryki Vrexa - odrzekł entuzjastycznie Onu-Matoranin. - Bez problemu załatwiłaś tamtych Skakdi. Potrzebujemy takich jak ty. - Złączył dłonie i po raz kolejny wbił wzrok w dziewczynę. - Przyłączysz się do nas?

Arctica przez chwilę spoglądała to na Matoran, to na Auerieusa, po czym bez słowa odwróciła się i odeszła.

Ragan z rozdziawionymi ustami wpatrywał się w jej odchodzącą postać, po czym spuścił głowę. Rebis położył mu dłoń na ramieniu, próbując go jakoś pocieszyć. Jeszcze nigdy nie widział, żeby jego przyjaciel był tak zawiedziony. Auerieus jedynie westchnął.

Wszyscy trzej już mieli odejść w swoją stronę, kiedy nagle dobiegł ich głos Arctici:

- To idziecie, czy nie?

Matoranie i Toa spojrzeli po sobie, po czym ruszyli w jej kierunku. Po chwili dogonili ją i wszyscy czworo zmierzali teraz do miejsca, do którego prowadziła ich Arctica.

W którymś momencie Auerieus zapytał:

- A tak właściwie… jak nas znalazłaś w tej zamieci?

- Och, to wcale nie było takie trudne. Wasze krzyki było słychać z odległości kilku kio - powiedziała, po czym dodała, uśmiechając się pod nosem: - Moglibyście zbudzić całą dzielnicę, gdyby ktoś tu jeszcze mieszkał.

***


Kiedy tylko Mala i Hikira weszły do baru „Jednonogi Husi”, od razu uderzyła w nie ordynarna muzyka, głośne okrzyki, zaduch oraz silna woń alkoholu. Niektóre głowy odwróciły się w stronę nowo przybyłych Toa, lecz po chwili wróciły do swoich zajęć. Mala powiodła wzrokiem po zatłoczonym wnętrzu i po dziesiątkach istot z całego wszechświata, ślęczących nad szklankami wypełnionymi palącymi napojami i posyłających raz po raz podejrzliwe spojrzenia na boki.

- To miejsce emanuje złem… - wyszeptała Toa Wody.

- Oj, nie przesadzaj - odparła Hikira. - Bywało gorzej.

Szły teraz przed siebie, kierując się ku zebranemu w jednym miejscu tłumowi. Mala co chwila spoglądała z ukosa na mijanych szubrawców i rzezimieszków, którzy odpowiadali jej jeszcze bardziej nikczemnym spojrzeniem.

- Wyczuwam mrok w sercach tych osób - powiedziała po chwili. - Dlaczego szukamy Toa w takim miejscu?

- Och, zaraz zobaczysz. - Hikira uśmiechnęła się łobuzersko.

Wreszcie przecisnęły się przez tłum i ujrzeli dwóch mężczyzn, walczących na niewielkiej arenie wypełnionej piaskiem.

Walka musiała trwać już od jakiegoś czasu, co dało się rozpoznać po przyspieszonych oddechach obu wojowników oraz licznych sińcach na ich ciałach. Choć, trzeba było przyznać, że mężczyzna w szarej Kanohi Hau na twarzy, zapewne Toa, nagi do pasa, wydawał się znacznie mniej zmęczony od rosłego, przewyższającego go o głowę Rithianina, z którym toczył pojedynek.

Zaciśnięta pięść nadleciała ku niemu, lecz Toa w porę uchylił się i znalazł za plecami oponenta. Ten chciał się odwrócić, lecz w tym samym momencie przeciwnik silnym i zręcznym ruchem podciął mu nogi. Rithianin padł plecami na ziemię, a wtedy wojownik w Hau usiadł okrakiem na jego klatce piersiowej, przyszpilając go do podłoża i samemu zaczął okładać go pięściami po twarzy.

- Walczy niezwykle agresywnie jak na Toa - zauważyła Mala. - Naprawdę uważasz, że zgodzi się zaoferować nam swą pomoc?

- Mhm. - Hikira pokiwała głową, skrzyżowawszy ręce, nie odrywając wzroku od mężczyzny w szarej masce.

- Jak go tu znalazłaś?

Na twarzy Toa Błyskawic ponownie zagościł uśmiech.

- Mam swoje sposoby - odrzekła i oblizała się lekko, wpatrując się w umięśniony tors Toa.

Mężczyzna nadal okładał pięściami swojego rywala. Wreszcie po kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu ciosach przestał i podniósł się. Rithianin uniósł lekko głowę, lecz zaraz potem opadła ona bezwładnie na piasek, kiedy osiłek stracił przytomność. Rozległy się okrzyki widzów, wymieszane gdzieniegdzie z siarczystymi przekleństwami tych, którzy postawili swoje pieniądze na Rithianina. Toa sięgnął po ręcznik, otarł twarz i zmierzył w kierunku lady barmana. Zajął miejsce i skinął barczystemu Skakdi, a ten po chwili postawił przed nim szklankę wypełnioną po brzegi przezroczystym napojem.

- Naprawdę pijesz to świństwo, Vox? - zapytała Hikira, dosiadając się.

Toa Dźwięku tylko wzruszył ramionami. Wydawało się, że spotkanie niewidzianej od lat przyjaciółki wcale go nie zdziwiło.

- Zdążyłem się już przyzwyczaić - powiedział. - Poza tym, świetnie regeneruje siły po walce. - Pociągnął łyk. - Chcesz się dołączyć?

- Z chęcią. - Hikira uśmiechnęła się szeroko. Vox wskazał barmanowi, by nalał również Toa Błyskawic i po paru chwilach stała przed nią szklanka z alkoholem.

Vox pociągnął kolejny łyk i skrzywił się. Odetchnął głęboko i spojrzał na Hikirę.

- Co cię tu sprowadza?

- Mam dla ciebie pewną… propozycję - oznajmiła dziewczyna. - I chciałam zobaczyć, jak walczysz - dodała, mierząc wzrokiem jego umięśnione ciało. - Zmieniłeś się. Nie jesteś już tym chudym, chuchrowatym Toa, którego trenowałam. - Zaśmiała się.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

- Staram się - powiedział i ponownie się napił. - Właściwie, jak mnie tu znalazłaś? - zapytał, spoglądając na nią uważnie. - A, tak, wiem, wiem. „Masz swoje sposoby”.

Roześmiała się perliście.

- Jak ty mnie dobrze znasz…

Vox opróżnił szklankę i skinął Skakdi, by dolał mu napoju.

- Co to za propozycja? - odezwał się po chwili.

- To dość… poufne - odparła Hikira, rozglądając się na boki.

- Bez obaw. Słuch XONOX-u nie sięga aż tutaj - uspokoił ją Vox. - Możesz mówić.

Dziewczyna skinęła głową.

- A więc tak - rzekła. - Zbieramy drużynę Toa, żeby wspólnie uderzyć we wroga zagrażającemu wyspie i byłoby miło, gdybyś się do nas przyłączył. Więc jak, piszesz się na to?

Vox westchnął.

- A mam jakiś wybór?

- Oczywiście, że nie. - Dziewczyna wyszczerzyła się.

- Tak myślałem. - Toa Dźwięku złączył dłonie za głową i odchylił się lekko do tyłu. - Dobrze. O co dokładnie chodzi?

Na twarzy Hikiry pojawił się triumfalny uśmiech. Po chwili odezwała się:

- Słyszałeś, co wydarzyło się wieczorem przy wybrzeżu?

- Mhm. - Vox przytaknął. - Informacje szybko się tu rozchodzą. Jakieś maszyny zaatakowały miasto, ale zostały pokonane przez Toa.

- Ja i Mala z nimi walczyłyśmy - odparła Hikira, wskazując na stojącą nieopodal i przysłuchującą się ich rozmowie Toa Wody. - Wkrótce ponoć ma ich przybyć więcej. Znacznie więcej. Dlatego musimy wspólnie uderzyć w siedzibę ich twórcy i powstrzymać go, zanim będzie… no wiesz, za późno.

- Rozumiem. - Vox ponownie skinął głową. - Wiecie, kto nasłał tych żołnierzy?

Tym razem to Hikira przytaknęła.

- XONOX - oznajmiła.

Vox natychmiast odparł:

- Nie.

Toa Błyskawic zamrugała.

- Co „nie”?

- Nie zrobię tego - powiedział chłodno mężczyzna.

- Już się poddajesz? Nawet nie… - Uciszyło ją stanowcze uderzenie otwartą dłonią o ladę.

- Nie mam zamiaru iść na pewną śmierć - odparł Vox. - Atakowanie XONOX-u to samobójstwo, Hikira. - Spojrzał na nią poważnie. - Kontrolują całą wyspę, a nawet kilka pobliskich. Grupka paru Toa nie ma z nimi szans!

- Nieprawda. - Dziewczyna nachyliła się ku niemu. Jej głos przybrał ten dziwnie brzmiący w jej ustach poważny ton, którego tak rzadko używała. - Jeśli opracujemy plan i uderzymy razem…

- To dlaczego nie zrobiliście tego wcześniej? - przerwał jej Toa Dźwięku. - Przez tysiące lat nie udało wam się zakończyć rządów tej chorej organizacji. Teraz też się nie uda. Jeśli chcesz iść z innymi Toa na pewną śmierć, proszę bardzo. Ale nie mieszaj w to mnie - powiedział oschle i wbił wzrok w szklankę.

Hikira chciała mu coś odpowiedzieć, lecz darowała sobie. Skrzyżowała ramiona na piersi i mruknęła pod nosem:

- Naprawdę się zmieniłeś…

Vox westchnął.

- Posłuchaj, Hikira - odezwał się, nieco łagodniej. - Przestałem bawić się w bohatera już dawno temu. To nie znaczy, że nie obchodzi mnie los tej wyspy. Ale potrafię przeliczać siły na zamiary. To, co próbujecie zrobić, nie ma prawa się udać. A ja nie mam zamiaru zginąć. - Po chwili dodał ciszej: - Mam do załatwienia pewną sprawę…

Hikira prychnęła.

- Niby jaką?

W odpowiedzi usłyszała kolejne westchnięcie.

- Zaldiar. Wciąż go nie odnalazłem.

- Och. - Toa Błyskawic odwróciła się i powiodła dłonią po obskurnym wnętrzu baru. - I właśnie tak go szukasz?

Nie wiedzieć czemu, Vox poczuł nagle dziwne ukłucie w sercu. Natychmiast odparł, próbując się usprawiedliwić:

- Muszę jakoś zarobić na życie. A w tym miejscu mogę przynajmniej zdobyć informacje, których potrzebuję. Nadal go szukam, Hikira. - Zmrużył oczy. - W przeciwieństwie do ciebie.

Dziewczyna zignorowała tę ostatnią uwagę i powiedziała:

- Czy właśnie tego chciałby od ciebie Zaldiar, Vox? Właśnie tego? - Wskazała arenę, na której wciąż widniały ślady krwi po ostatniej walce. - Bicia się po mordach z jakimiś szumowinami za marne pieniądze w najgorszej melinie na Artas Nui?

Toa Dźwięku zasępił się i spuścił wzrok. Nie odpowiedział nic.

- Posłuchaj - kontynuowała Hikira - jeśli nadal siedzi w tobie ten dawny Vox, wierzący w powinność Toa, to rusz tyłek i pomóż nam powstrzymać Vrexa, zanim będzie za późno i nie będziesz miał gdzie chlać tego świństwa. - Zerknęła z pogardą na obracaną w palcach mężczyzny szklankę z alkoholem.

Vox wciąż milczał. Hikira chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz wtedy Mala podeszła do niej i położyła dłoń na ramieniu.

- Odpuść, Hikiro. Znajdziemy innych Toa - rzekła i przeniosła wzrok na Voxa, po czym dodała ciszej, choć mężczyzna i tak to usłyszał: - Zbyt długo wpatrywał się w ciemność, i teraz to ciemność wpatruje się w niego.

Toa Błyskawic jeszcze przez chwilę biła się z myślami, lecz ostatecznie dała za wygraną. Wstała z miejsca i wraz z Malą ruszyła ku wyjściu, nie żegnając się. Vox nawet nie odprowadził ich wzrokiem. Skinął jedynie barmanowi, a ten po raz trzeci nalał mu do szklanki palącego napoju i postawił przed nosem. Niedługo potem dało się słyszeć trzask zamykanych drzwi, kiedy dwie Toa opuściły lokal.

Toa Dźwięku rozmyślał. Nie chciał brać udziału w tym szturmie na kwaterę XONOX-u. Nie dlatego, że brakowało mu pewności - był bardzo pewny siebie, ba, dużo pewniejszy niż sześć lat temu. I chętnie dałby Vrexowi nauczkę. Za wszystko co zrobił, robi i planuje zrobić. Jednak znał swoje siły. Co więcej - znał siły przeciwnika. Wiedział, że taki atak mógłby się skończyć dla niego śmiercią. A Vox nie mógł umrzeć. Nie, dopóki nie odnajdzie Zaldiara.

W głowie wciąż rozbrzmiewały słowa Mali. „Zbyt długo wpatrywał się w ciemność, i teraz to ciemność wpatruje się w niego.” Czy naprawdę tak było? Czy naprawdę przebywając wśród najgorszych łajdaków na wyspie zaczynał stawać się taki jak oni?

I czy właśnie tego chciałby od niego Zaldiar?

Uniósł głowę i spojrzał na krzątającego się barmana.

- Potrzebuję mojej zbroi i miecza - rzucił.

Skakdi spojrzał na niego zdziwiony, unosząc brew.

- Jeszcze nie skończyłeś na dziś - powiedział. - Wciąż masz jeszcze kilka walk.

- To nie ma znaczenia. Odchodzę.

Szczęka omal nie opadła Zakazianinowi do ziemi. Po chwili barman pozbierał się i żachnął:

- Jesteś moim najlepszym wojownikiem! Nie możesz odejść!

- Powiedziałem: odchodzę. - Vox podniósł się z siedzenia i nachylił ku Skakdi, mrużąc groźnie oczy. - A teraz daj mi to, o co proszę, albo zdecyduję się stoczyć jeszcze jedną, ostatnią walkę. Z tobą.

Zakazianin jeszcze przez moment wpatrywał się niepewnie w Toa Dźwięku, po czym wymamrotał coś pod nosem i udał się na zaplecze.

Chwilę później Vox, odziany w zbroję i z mieczem spoczywającym w pochwie przy pasie, opuścił „Jednonogiego Husi”, mając nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał tam wracać.

***


Arctica rozsunęła pancerne drzwi i wraz z Auerieusem, Rebisem oraz Raganem wkroczyła do opuszczonej hali. Toa Plazmy i Matoranie rozejrzeli się po pomieszczeniu. Było ogromne - zdawać by się mogło, że zmieści się w nim nawet kilka Tahtoraków - oraz niemal kompletnie puste. Jedynie w niektórych miejscach na oszroniałej podłodze walały się odłamki metalu lub pojedyncze przedmioty, które dostały się do środka wraz z wiatrem wpadającym przez wybite okna.

- Opuszczona hala fabryki, która działała przed tym durnym eksperymentem Vrexa - wyjaśniła Arctica. - Po tym jak wszystko zamarzło, złodzieje wykradli cały tutejszy sprzęt, dopóki klimat nie stał się jeszcze surowszy. Potem wszyscy o niej zapomnieli. - Oparła się o ścianę i skrzyżowała ramiona oraz nogi w kostkach. - Jest jeszcze kilka takich w pobliżu. Możecie ukryć w nich mieszkańców przed tymi całymi… dronami. - Spojrzała na Auerieusa.

- Jak znalazłaś to miejsce? - zapytał zafascynowany Ragan. - Powiedziałaś, że wszyscy o nim zapomnieli.

- Pamiętam je z czasów, kiedy jeszcze było używane - odparła beznamiętnie Toa Lodu.

Matoranin zamrugał.

- Mieszkałaś tu przed zlodowaceniem? Myślałem, że wszyscy mieszkańcy się stąd wynieśli.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Jak widać ja nie. Poza tym, chłód nigdy mi nie przeszkadzał - powiedziała i zaraz potem zwróciła się do Toa Plazmy: - Czym dokładnie są te drony?

- Nowoczesne roboty wyspecjalizowane w walce. Ci dwaj odkryli, że to XONOX je produkuje. - Auerieus wskazał dłonią dwójkę Matoran. - Są dość wytrzymałe, ale nie niezniszczalne. Przynajmniej gdy działają w nielicznych grupach. Jednak ma ich przybyć więcej. O wiele, wiele, wiele więcej.

- Skąd to wiecie?

Mężczyzna jakby przez chwilę wahał się, czy odpowiedzieć, lecz w końcu odrzekł:

- Od Mali.

Arctica rozszerzyła oczy ze zdumienia.

- Mala wróciła? - spytała. Auerieus pokiwał głową, przytakując. - Więc sprawa naprawdę jest poważna - powiedziała bardziej do siebie niż do niego.

- To jak? Pomożesz nam?

Toa Lodu westchnęła i spuściła wzrok, zasępiając się.

- Wciąż pamiętam obrazy ostatniej wojny - mruknęła. - I nie chcę ich znów widzieć. - Zerknęła na Toa Plazmy. - Jak dokładnie chcecie powstrzymać drony przed kolejnym atakiem?

- Uderzyć na kwaterę XONOX-u - oznajmił wojownik i podrapał się po głowie. - Nie mamy jeszcze dokładnego planu, ale to nasz główny cel.

- Atak na kwaterę Vrexa? Nie mogliście wymyślić czegoś lepszego?

- Nie.

- Myślisz, że się uda?

- Nie. - Auerieus roześmiał się. - Ale warto spróbować.

Arctica uśmiechnęła się z lekka.

- Podoba mi się twoje podejście. Dobrze, niech wam będzie. - Westchnęła. - Pójdę z wami.

Tym razem to Toa Plazmy się uśmiechnął.

- Cieszy mnie to - powiedział. - A teraz wracajmy do pozostałych. Im szybciej obmyślimy plan i skopiemy tyłek Vrexowi, tym lepiej.

Cała czwórka zmierzyła w kierunku wyjścia z hali. Zamykający pochód Ragan zwrócił się po cichu do Rebisa, a w jego głosie dało się słyszeć nieukrywaną radość:

- I co? Wiedziałem, że się zgodzi.

Ta-Matoranin tylko przewrócił oczami.

- Już się tak nie podniecaj…

***


Hikira kopnęła ze złości leżący przed nią niewielki kamień. Ten poturlał się po ziemi i zatrzymał parę bio dalej, tylko po to, by znów zostać kopniętym przez Toa Błyskawic, kiedy ta tylko do niego doszła.

- Nie mogę uwierzyć, że się nie zgodził… - mruknęła Hikira, poirytowana. - Ten głupi, durny, tępy, zidiociały…

- Naprawdę musiałaś pokładać w nim wielkie nadzieje - powiedziała Mala spokojnym tonem, przez który Toa Błyskawic natychmiast zapomniała o gniewie. Hikira skrzyżowała ramiona i westchnęła.

- Nie był taki, kiedy przybył na wyspę i kiedy go trenowałam - odrzekła. - Wierzył w to, że Toa powinni bronić słabszych bez względu na wszystko. To nawet całkiem zabawne, jaki był naiwny. - Zaśmiała się cicho, lecz zaraz potem zmarkotniała. - Ale przynajmniej by nam teraz nie odmówił. A tak to musimy sobie poradzić bez niego. - Wydęła usta.

- Z pewnością znajdziemy innych Toa skorych do pomocy - stwierdziła Mala i spojrzała na towarzyszkę. - Dlaczego tak bardzo zależy ci akurat na nim?

Hikira wzruszyła ramionami.

- Sama nie wiem - mruknęła. - Ale wydaje mi się, że lepiej jakby był z nami, niż jakby nie był, nie sądzisz? Widziałaś jak walczy. Tak, wiem, wiem. Zbyt agresywnie. Ale na pewno poradziłby sobie z tymi blaszakami i tępymi Skakdi w mundurach. Poza tym… - Zamyśliła się. - Wydaje mi się, że może w nim być coś więcej. W końcu zanim przybył na Artas Nui był trenowany przez Zaldiara. Kojarzysz Zaldiara, nie?

Mala pokiwała głową.

- Pojawił się na wyspie na krótko przed tym jak wyruszyłam w podróż - oznajmiła. - Nigdy nie dostąpiłam zaszczytu poznania go osobiście, ale doszły mnie słuchy, że był niezwykle szlachetnym wojownikiem. Szkoda, że ten, w którego wytrenowanie włożył niewątpliwie wiele trudu, skończył w tak podłym miejscu i trudni się tak podłym zawodem - dodała ze szczerą troską w głosie.

Wojowniczka w Kakamie ponownie westchnęła i wydała z siebie przeciągłe „Taaa”.

Po chwili obie Toa usłyszały czyjś głos dobiegający zza pleców:

- Hikira! Hikira, zaczekaj!

Zatrzymały się i odwróciły, a wtedy ich oczom ukazał się biegnący w ich kierunku Vox. Na jego widok Toa Błyskawic wyszczerzyła się i poklepała go po ramieniu, kiedy już znalazł się przy nich.

- No proszę, a mówiłeś, że nie masz zamiaru iść na pewną śmierć. - Uśmiechnęła się zgryźliwie.

- Zmieniłem zdanie - odparł Vox i również uśmiechnął się półgębkiem. - Nie zmuszaj mnie, żebym zmienił je znowu.

- Och, teraz się mnie tak łatwo nie pozbędziesz! - Hikira szturchnęła go w bok. - Miło, że zdecydowałeś się jednak do nas dołączyć. Z chęcią zobaczę, jak obijasz mordę któremuś ze strażników Skakdi albo tym zardzewiałym blaszanym puszkom… Co o tym sądzisz, Mala? - Odwróciła się w stronę towarzyszki. - Mala…?

Lecz Toa Wody jej nie usłyszała. Złapała się za głowę i zaczęła chwiać się na nogach, a po chwili upadła na kolana. Hikira i Vox natychmiast przy niej uklękli, jednak jedyne co zdołali zrobić to podtrzymać ją, by nie runęła na ziemię, kiedy straciła przytomność.


Zdawało jej się, jakby patrzyła na to wszystko z góry - zupełnie tak, jakby metropolia, którą miała przed oczami, była jedynie makietą wykonaną w pomniejszonej skali. Widziała siebie i klęczącą nad jej osobą dwójkę Toa. Początkowo wszystko było w normie, aż nagle czas momentalnie przyspieszył. Widziała, jak słońce wstaje i zachodzi w następnej minucie, znów wstaje i znów zachodzi. Potem na niebie zjawiły się ciemne chmury, a całą wyspę otoczyły szalejące fale, piętrzące się w górę. Dopiero po jakimś czasie uświadomiła sobie, że to nie fale wody, a kłębiącej się ciemności, która powoli zaczęła wirować wokół miasta, odgradzając je od reszty rzeczywistości.

Nie wiedzieć czemu, nagle została wessana w mroczny wir. Nie spoglądała już na metropolię z góry, teraz była na jednej z jej ulic, pośród budynków popadających w ruinę. Gdzieś w oddali dostrzegła szeregi maszerujących żołnierzy - rozpoznała w nich drony, było w nich jednak coś innego, coś, co sprawiało, że byli jeszcze bardziej przerażający. Ujrzawszy ją, natychmiast zmierzyli w jej stronę, celując do niej ze swoich śmiercionośnych dział i wysuwając przed siebie błyszczące ostrza.

Nagle obok niej zjawiły się dziesiątki wojowników Toa - tych jej znanych i tych, których widziała po raz pierwszy. Natychmiast ruszyli na wrogich żołnierzy, padali jednak i rozpływali się w powietrzu po pierwszych ciosach. Kiedy tylko chciała pomścić poległych, rozłupać przeciwnika na kawałki, ten znikał, jakby był jedynie iluzją.

Wtem ujrzała jakąś postać, kroczącą za maszynami. Mężczyzna odziany w kolczastą zbroję, którego nigdy w życiu nie spotkała. Ruszyła na niego, jednak tak jak w przypadku pozostałych, nie była w stanie go skrzywdzić. Przez moment zdawało jej się, że widzi na jego twarzy Kanohi Hau, zaraz potem przybrała ona kształt innej maski o ostrych konturach. Chwilę później tajemniczy osobnik rozwiał się, ustępując miejsca innej postaci, kobiecej. Wydawało jej się, że gdzieś już ją widziała…

Zaczęła biec w jej stronę, lecz ta z każdym krokiem oddalała się coraz bardziej, znikając w wirującej ciemności. Miasto powoli zaczynało się rozpadać, podobnie jak otaczający je wszechświat. Ona jednak biegła dalej, aż wreszcie przed oczami miała tylko tajemniczą kobietę, nieustannie powtarzającą jej imię:

Mala… Mala… Mala…


- Mala! Mala, ocknij się!

Hikira nerwowo potrząsała ciałem nieprzytomnej Toa Wody. Odetchnęła z ulgą, gdy po paru chwilach oczy wojowniczki otworzyły się.

- Mata Nui… Chcesz nas wystraszyć na śmierć?! - zapytała z urazą. Mala odpowiedziała jedynie cichym, dziwnie odległym głosem:

- Sztorm… Sztorm się zbliża…

Toa Błyskawic zamrugała.

- O czym ty mówisz? Przecież sztorm dopiero co się skończył.

Mala pokręciła głową, z pomocą Voxa i Hikiry podnosząc się do pozycji siedzącej i łapiąc ciężko oddech.

- Nie… - mówiła dalej, zupełnie nie spoglądając na podtrzymujących ją Toa. - Już za dwa dni… nadejdzie sztorm…

Hikira i Vox spojrzeli po sobie.

- Musimy ją zabrać do gospody Khrusska - oznajmiła wojowniczka.

- To daleko stąd? - zapytał Vox, rozglądając się na boki.

- Może dotrzemy tam w jakieś pół godziny. No chodź. - Wzięli Toa Wody pod ręce i ruszyli przed siebie. Mala cały czas mamrotała coś o zbliżającym się sztormie, lecz z każdą chwilą zdawało się, że pomału wraca do ich rzeczywistości, aż wreszcie w pełni odzyskała świadomość. Już otwierała usta, lecz Toa poradzili jej, by nic nie mówiła. Próbowała iść dalej o własnych siłach, była jednak zbyt wycieńczona wizją i dała Voxowi oraz Hikirze się prowadzić.

Minąwszy róg jednego z domów i dotarłszy na główną ulicę, zamarli, kiedy ujrzeli przed sobą dwie postacie stojące na ich drodze.

- Co to za jedni? - odezwał się Vox, sięgając wolną ręką po Dźwiękowe Ostrze i mierząc wzrokiem dwóch przewyższających go o głowę wojowników w metalicznych pancerzach, spoglądających na niego swoimi pojedynczymi, krwistoczerwonymi oczami. Stali może jakieś cztery i pół bio od nich i już wystawili przed siebie swoje działa, gotowe do wystrzału.

- Drony… - Hikira zaklęła bezgłośnie. Zastanawiała się, jak będzie im szła walka z ledwie przytomną Toa Wody opartą o ich ramiona.

Szybko stwierdziła, że beznadziejnie.

Nagle znikąd pojawił się jakiś błękitno-srebrny kształt, w którym po chwili dało się dostrzec kobiecą postać dzierżącą długą włócznię. Przybyszka zawirowała dookoła dronów, dezorientując maszyny i przebiła mechaniczne oko jednej z nich drzewcami, a drugiej grotem włóczni, po czym szybkim ruchem odepchnęła roboty na bok i powaliła na ziemię.

Vox i Hikira z osłupieniem wpatrywali się nieznajomą stojącą do nich plecami, jakby wciąż nie mogli uwierzyć w to, co przed chwilą się stało. Wreszcie przybyszka odwróciła się w ich stronę i uśmiechnęła spod swojej Kanohi Rau.

Toa Błyskawic rozszerzyła oczy ze zdumienia na jej widok. Nawet w wiecznie spokojnym i opanowanym wzroku Mali na moment dało się dostrzec zdziwienie.

- Tanith? - spytała, podchodząc o własnych siłach do swojej długo niewidzianej przyjaciółki. - Co cię tu sprowadza?

- Ci dwaj. - Kobieta wskazała głową iskrzące korpusy poległych dronów. - Nie sądziłam, że cię tu spotkam. Dobrze jest znów cię widzieć, siostro.

- Ciebie również, siostro.

Tanith schowała swoją włócznię za plecy.

- Wiesz, kto nasłał tych żołnierzy?

- Vrex jest ich twórcą - wyjaśniła Mala. - Póki co mi oraz innym Toa udało się powstrzymać ich przed wyrządzeniem poważnym szkód. - Powiodła dłonią po Voxie i Hikirze. - Ale miałam wizję. Sztorm uderzy za dwa dni. Jeśli wszyscy Toa z wyspy się nie zjednoczą, miasto spotka swój kres…

- Więc chcesz, żebym się do ciebie przyłączyła? - Tanith oparła dłonie na biodrach. - Jak za starych dobrych czasów?

- Doceniłabym wspólną walkę u boku dawnej towarzyszki. - Mala uśmiechnęła się. Tanith odwdzięczyła się tym samym.

- Niech ci będzie.

Vox wtrącił się:

- Nie chcę być niemiły, ale wydaje mi się, że to nie najlepsze miejsce na tego typu rozmowę. - Zerknął spode łba na zawieszoną przy jednym z budynków obserwującą ich kamerę.

- Ta, lepiej stąd spadajmy zanim któryś z pachołków Vrexa przyjdzie posprzątać ten bałagan - odezwała się Hikira. - Wracajmy do gospody. Zdążyłam już zgłodnieć. - Dotknęła dłonią brzucha.

- Masz rację - odparła Mala. - Powinniśmy udać się w bezpieczne miejsce. Wyruszasz z nami? - Spojrzała na Tanith. Ta zaśmiała się krótko.

- Czy to nie oczywiste?

Toa Wody ponownie ciepło się uśmiechnęła.

- Zatem w drogę.

***


- Czegoś tu nie rozumiem - powiedział Vox, gdy grupa zbliżała się do gospody „Pod szczypcami Ussala”. - Drony nadeszły z wybrzeża. Dlaczego Vrex po prostu nie wypuścił ich ze swojej kwatery?

- Vrex obawia się o swoje imię wśród innych autokratów - oznajmiła Mala. - Dlatego chce skryć swoje działania w tajemnicy.

Toa Dźwięku uniósł brew.

- To znaczy? - mruknął.

- To znaczy - odezwała się Hikira - że Vrex chce ukryć, że to on za tym wszystkim stoi, żeby inne grube ryby się od niego nie odwróciły. Pewnie chce upozorować to wszystko jako inwazję i wyprosić więcej pieniędzy jako wsparcie. W końcu to Vrex.

- Mhm. - Vox pokiwał głową. - A dlaczego nie nasłał od razu wszystkich żołnierzy, tylko pojedyncze oddziały? Nie wydaje się wam to podejrzane?

- To jedna z tych tajemnic, które wciąż trzeba odkryć - powiedziała spokojnie Toa Wody. Mężczyzna jedynie cicho westchnął.

- Hej, Mala - wtrąciła się Toa Błyskawic. - Co dokładnie widziałaś w tej wizji?

Wojowniczka w błękitnej Komau zamyśliła się i po chwili odparła:

- Wiele rzeczy, których wciąż nie do końca rozumiem. - Przypomniana sobie widok mężczyzny w Hau i na ułamek sekundy rzuciła spojrzenie w kierunku Toa Dźwięku. - Ale przesłanie było jasne: za dwa dni nieprzyjaciel uderzy z całą siłą, jaką dysponuje i wyspę czeka koniec.

- I mamy po prostu uwierzyć, że tak się stanie? - spytał Vox. - Czy to nie trochę zbyt… nierozsądne?

Mala pokręciła głową.

- Nie powinniśmy lekceważyć wizji tylko dlatego, że wydają nam się nierealne - odrzekła. - Być może zsyła je sam Wielki Duch.

Toa Dźwięku wydął usta.

- Skoro tak mówisz…

Hikira zwróciła się do drugiej Toa Wody, idącej na samym końcu:

- A tak właściwie, Tanith, to dlaczego nagle zdecydowałaś się powrócić? Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę. - Szturchnęła ją w ramię.

Wojowniczka westchnęła.

- Po prostu zrozumiałam, że nie dam rady uciec od mojej przeszłości - powiedziała. - Kiedy opuściłam Toa Artas, a Zaldiar zniknął… zastanawiałam się, czy przestać być Toa. Bohaterką Toa. Ale okazało się, nie tak łatwo jest odrzucić to, co jest ci przeznaczone. - Uśmiechnęła się lekko. - Miło znów zobaczyć miasto, nieważne jakie by ono nie było.

- Słyszałaś, co stało się z Taive’em?

Vox, przysłuchujący się rozmowie, zamarł na ułamek sekundy. Tanith była dawną przyjaciółką Taive’a, na długo przed tym, jak Toa Lodu przeszedł na złą stronę i próbował go zamordować, a potem sam zginął. Nie sądził, by Tanith popierała jego chore plany, lecz mimo wszystko zaczął czuć się nieswojo przebywając obok niej.

Toa Wody ponownie westchnęła i odparła:

- Tak, słyszałam. - Zasępiła się. - Dobrze, że tak skończył… Był zbyt niebezpieczny, by zostać przy życiu. - Na moment umilkła, lecz po chwili dodała: - Już dawno przestałam go kochać…

- Ta, Vox odwalił kawał dobrej roboty, skopując mu tyłek, nie?

- Hikira… - Toa Dźwięku odciągnął przyjaciółkę lekko na bok.

- No co? Przecież to ty go pokonałeś.

- Ale Tanith nie musi o tym wiedzieć…

- Och, już nie bądź taki skromny.

Mężczyzna przewrócił oczami i mruknął, poirytowany. Ku jego zdumieniu, Tanith odrzekła:

- Dobrze zrobiłeś, Vox. Taive musiał zostać powstrzymany, bez względu na to, kim był kiedyś… Kim był kiedyś dla mnie. Dlatego dziękuję ci. - Spojrzała na Toa Dźwięku. - Za to, że mnie od niego uwolniłeś.

- Nie ma za co - powiedział, a na jego twarzy zagościł chłodny uśmiech. Zaraz potem dorzucił, z nutką nadziei w głosie: - Nie wiesz może, co stało się z Zaldiarem?

Tanith pokręciła głową.

- Niestety nie. - W odpowiedzi dało się słyszeć westchnięcie Toa Dźwięku.

Resztę drogi pokonali w milczeniu. Wreszcie ujrzeli przed sobą wyróżniającą się na tle pozostałych, stalowych budynków drewniana gospoda, przypominająca te budowane na Zakazie czy Quentris, zupełnie niepasująca do zindustrializowanej architektury Artas Nui. Ze środka sączyło się przyjemne, zachęcające do wejścia światło. Toa pchnęli skrzypiące drzwi i wkroczyli do ciepłego wnętrza.

Rozdział 5Edytuj

Hikira przybiła żółwika ze swoim przyjacielem, Toa Ognia Hsergiem, kiedy już znaleźli się w kryjówce.

- Ciebie też w to wciągnęli? - zapytała, uśmiechając się serdecznie.

- Kto by pomyślał. - Hserg odwzajemnił uśmiech. - Prowadzę sobie spokojnie mój motocykl, aż tu nagle jakiś Toa Dźwięku pyta mnie, czy nie dołączę do drużyny przeciwko armii złych robotów. Oczywiście brzmiało to zbyt szalenie, bym się na to nie zgodził. Ale nie sądziłem, że spotkam tu ciebie.

- Zwariowałeś? Miałabym przegapić taką akcję?

Oboje roześmiali się.

- Myślałem, że… - zaczął Toa Ognia, lecz zaraz potem umilkł, kiedy minęła go postać Voxa. Hserg natychmiast spoważniał i posłał wojownikowi chłodne spojrzenie. Ten odwdzięczył się tym samym. Czerwony Toa jeszcze przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, po czym zwrócił się do Hikiry: - On też tu jest?

- Hm? - Dziewczyna uniosła lekko brew. - Och, no przecież. Kiedy ty otrzymywałeś zaproszenie od Kernora, ja poszłam zrekrutować własnego żołnierza. Żeby było nas więcej. Wiesz, w jedności siła i te sprawy.

Hserg westchnął ciężko.

- Wolałbym, żeby go tu nie było… - powiedział cicho.

- Nadal go nie lubisz? Myślałam, że już ci przeszło.

- Nie o to chodzi. - Mężczyzna skrzyżował ramiona i odwrócił wzrok. - Po prostu… nie podoba mi się to, że ciągle się z nim zadajesz.

Hikira wpatrywała się przez moment z poważną miną w Toa Ognia, aż wreszcie wydęła policzki i parsknęła śmiechem.

- Wiedziałam - odezwała się, ocierając uronioną łzę. - Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam! Jesteś zazdrosny! - Wyszczerzyła się.

- Co? Nie! - żachnął się Hserg. - Mówiłem ci już, że nie…

- Ale nie martw się - przerwała mu dziewczyna. - Do niczego między mną a Voxem nie doszło. - Uśmiechnęła się figlarnie i szybko dodała, nim Toa Ognia zdążył cokolwiek powiedzieć: - A teraz wybacz mi, idę zobaczyć, kogo jeszcze nasz sztywniak tu sprowadził.

Natychmiast zmierzyła w stronę grupki Toa z Kernorem, zostawiając Hserga samemu. Ten przez chwilę spoglądał na nią tępym wzrokiem, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. W końcu wypuścił głośno powietrze, pokręcił głową z dezaprobatą i oparł się o ścianę, pogrążając się w rozmyśleniach.

Hikira podeszła do grupy akurat w tym samym momencie, kiedy zjawiły się przy niej Mala i Tanith. Toa Wody w Komau zwróciła się do Kernora, w charakterystyczny już dla niego sposób opierającego się o filar:

- Widzę, że powróciłeś. - Uśmiechnęła się ciepło. - Kogo udało ci się przekonać do współpracy?

Kernor podniósł wzrok i odparł swoim chrypliwym głosem:

- Całkiem sporą grupę. Co jest nawet zabawne, bo wyruszyłem sam. Najpierw znalazłem Toa Hserga, z którym, jak już słyszałem, zdążyła porozmawiać Hikira. - Słysząc te słowa, Toa Błyskawic zachichotała cicho. - Potem wyruszyłem do Czwartego Dystryktu, gdzie spotkałem tych tutaj. - Powiódł dłonią po czwórce Toa siedzących na skrzyni obok niego i zaczął ich przedstawiać. Wśród nich byli Kife, smukła Toa w błękitno-brązowej zbroi, Reven, barczysty wojownik w szkarłatno-pomarańczowym pancerzu, Zanril, odziany w lekką, niebiesko-zieloną zbroję wyglądającą tak, jakby była porośnięta czymś w rodzaju bluszczu oraz Elta, wysoki Toa w czarno-żółtym opancerzeniu.

Kiedy skończył przedstawiać wojowników, sięgnął za filar i wyszarpnął zza niego zielono-czarnego Matoranina z Kanohi Kualsi na twarzy, trzymając go za ramię.

- Jest jeszcze on - rzucił Kernor. - Purrik, miejscowy złodziej. Złapałem go, kiedy próbował ukraść mi sakiewkę z widgetami. - Posłał Le-Matoraninowi srogie spojrzenie. Ten speszył się i odwrócił wzrok.

Hikira przyjrzała mu się uważnie.

- Hej, czy ty nie jesteś tym samym, którego uratowałam dzisiaj przed dronami? - Nachyliła się nad nim. - Toa ratują ci życie, a ty tak się odwdzięczasz?

- Próbowałem tylko wykorzystać okazję… - odparł cicho Matoranin. Hikira tylko prychnęła i powiedziała:

- Powinieneś się bardziej postarać. Co to za złodziej, który daje się nakryć takiemu Kernorowi. - Na te słowa Toa Dźwięku spojrzał na nią ciężkim wzrokiem. Hikira tylko wytknęła do niego język.

Nagle rozległ się szczęk otwieranych metalowych drzwi. Toa odwrócili się i ujrzeli wchodzących do hali Auerieusa, Rebisa i Ragana w oszronionych pancerzach oraz towarzyszącą im Arcticę.

- Wróciliśmy - oznajmił Toa Plazmy i uśmiechnął się.

Arctica rozejrzała się po pomieszczeniu. Na widok Voxa polerującego swój miecz zarumieniła się prawie niezauważalnie i odwróciła wzrok. Zaraz potem jednak znów spojrzała w tamtym kierunku i uśmiechnęła się z lekka. Vox zrobił to samo. Już miał podejść do dziewczyny, kiedy na jego drodze stanęła Hikira i zwróciła się do Mali:

- To jak? Mamy już wszystkich?

- I co teraz? - dołączył się Kernor. - Zebraliśmy wszystkich Toa, co dalej? Raczej nie wydaje mi się, żeby tak po prostu wpuszczono nas do budynku XONOX-u. To miejsce pewnie jest teraz jeszcze bardziej strzeżone niż do tej pory. Zwłaszcza po tym, jak ci dwaj tam wtargnęli. - Wskazał głową przybyłych Matoran.

- Tak, dostanie się tam może stanowić problem - powiedziała Tanith. - Nie możemy przecież wejść tam z ulicy.

- Może spróbujemy z podziemi? - zaproponował Ragan. Toa spojrzeli na niego pytająco.

- Masz na myśli Archiwa? - spytała Mala. Onu-Matoranin pokręcił przecząco głową.

- Nie, nie do końca - odrzekł. - Widzicie… Pod kwaterą XONOX-u jest kilka kondygnacji. Najniższe poziomy przeznaczone są na Archiwa i można się do nich dostać tylko z budynku nad nimi. Ale parę kondygnacji wyżej znajdują się kanały, którymi XONOX odprowadza wszystkie… niepotrzebne substancje. - Skrzywił się. - To niezbyt przyjemne miejsce, ale prowadzą do kilku punktów w mieście i można się nimi dostać do środka fabryki. Kiedy jeszcze pracowałem jako Archiwista, często używaliśmy tych kanałów, kiedy inne wyjścia były zamknięte z powodu różnych… „awarii”. Chyba nawet pamiętam jeszcze, w których miejscach na wyspie można do nich zejść.

Toa spojrzeli po sobie.

- Taplanie się w kanałach nie brzmi zbyt zachęcająco - mruknął Auerieus. - Ale lepszy taki plan niż żaden.

- To dobry plan - powiedziała Mala. - Poruszając się pod ziemią, pozostaniemy niezauważeni przez wroga i zyskamy element zaskoczenia, mogący stanowić kluczowy element do odniesienia zwycięstwa. - Przeniosła wzrok na Ragana. - Po raz kolejny dowiodłeś swej wartości. - Uśmiechnęła się. - Dziękuję.

Matoranin lekko się zaczerwienił.

- Więc… - Hikira przeciągnęła się. - Kto z nas składa wizytę Vrexowi?

Mala powiodła oczami po hali.

- Teraz - rzekła - musimy o tym zadecydować.

***


Wszyscy zwrócili głowy w kierunku Mali, która skończyła właśnie naradzać się z Tanith i zamierzała ogłosić, którzy z Toa wezmą udział w wyprawie do fabryki dronów. Wojownicy zebrali się w kręgu pośrodku hali, z Malą wewnątrz, a wtedy Toa Wody przemówiła:

- Dzięki naszemu matorańskiemu przyjacielowi, poznaliśmy bezpieczną drogę do siedziby nieprzyjaciela. Wyruszymy tam w ósemkę. Ja i Tanith obejmiemy dowództwo. Wiem, że wiele z was kompletnie nas nie zna… - Powiodła wzrokiem po zgromadzonych dookoła Toa, zatrzymując się na chwilę przy tych z Czwartego Dystryktu, którzy dopiero niedawno osiedlili się na wyspie. - …lecz możecie być pewni, że wybór ten padł nie ze względu na naszą chęć wywyższenia się czy zdobycia uwagi, lecz na umiejętności, jakimi dysponujemy oraz fakt, że nie mamy wystarczająco dużo czasu, by wybierać innego lidera. Postaramy się was nie zawieść.

Wszyscy jednoznacznie pokiwali głowami. Mala kontynuowała:

- Oprócz nas w szturmie udział wezmą Toa Kernor oraz Vox. - Wskazała dłońmi na dwóch szarych Toa. - Ich zdolność manipulowania dźwiękiem pozwoli nam przemieszczać się w ciszy i pozostać niewykrytymi przez wroga. Ponadto Hikira, której Maska Szybkości przyda się w starciu, a moc Błyskawic będzie skuteczna przeciwko wszelakim urządzeniom Vrexa, oraz Arctica, która dzięki swej Kanohi Volitak może niepostrzeżenie przemierzać korytarze fabryki i ostrzec nas przed ewentualnym nadciągającym zagrożeniem. Oprócz tego, jej opanowana do perfekcji sztuka opatrywania ran może okazać się przydatna, kiedy któreś z nas poniesie obrażenia. Dodatkowo pójdą z nami Rebis i Ragan… - Słysząc to, dwójka Matoran zamrugała ze zdumienia. - …którzy jako jedyni byli wcześniej w bazie wroga i znają to miejsce lepiej, niż którekolwiek z nas.

- Hej, też chcę iść! - wtrącił się Purrik. Mala pokiwała przecząco głową.

- Doceniam twe chęci, lecz to zbyt niebezpieczna wyprawa.

- Więc dlaczego oni idą? - Le-Matoranin wskazał na Ragana i Rebisa. Ci wyglądali tak, jakby sami chcieli zadać to pytanie.

Mala westchnęła.

- Chciałabym zapewnić bezpieczeństwo wszystkim tym, którzy nie zostali stworzeni do walki. Ale potrzebujemy kogoś, kto zaprowadzi nas do źródła, w którym powstają nowi żołnierze. Rebis i Ragan są do tego idealnymi osobami - odparła i spojrzała na Purrika. - Ty jednak możesz pomóc nam w inny sposób, zapewniając ochronę pozostałym mieszkańcom miasta. Tę prośbę kieruję również do pozostałych. Chcę, abyście zebrali jak najwięcej mieszkańców i zaprowadzili ich do schronów w Szóstym Dystrykcie, gdzie wrogowi trudniej będzie dotrzeć. Auerieus wskaże wam drogę. - Zerknęła na Toa Plazmy. Ten skinął głową.

Toa i Matoranie zaczęli wymieniać między sobą uwagi, lecz nie wydawało się, aby ktokolwiek miał coś do zarzucenia planowi Mali. Po jakimś czasie Kife zapytała:

- Co jeśli jednak drony dotrą do naszej kryjówki w Szóstym Dystrykcie?

- Będziemy musieli jej bronić - powiedziała Toa w Komau. - Wiem, że jesteście jeszcze młodymi Toa i nie posiadacie tak wysokiego doświadczenia, lecz liczę, że sprostacie temu zadaniu. Liczę, że wszyscy mu sprostamy.

- Naparzanka z blaszanymi puszkami Vrexa? Wchodzę w to! - rozległ się czyjś głos z końca pomieszczenia.

Wszyscy odwrócili się w tamtą stronę i ujrzeli stojącego w drzwiach Skakdi Ognia.

- Khrussk? - spytała Mala. - Pragniesz nam pomóc?

- Taaaa… - odparł rogaty Zakazianin. - Już od dawna chciałem nakopać Vrexowi. Teraz w końcu będę miał do tego szansę. No, pośrednio.

Mala skinęła głową.

- Dobrze więc. Pomożesz Auerieusowi i reszcie w obronie mieszkańców - powiedziała, po czym zwróciła się do pozostałych Toa mających przypuścić szturm na kwaterę XONOX-u: - Podzielimy się na dwie grupy i przypuścimy atak z dwóch stron. Tanith pójdzie z Kernorem, Hikirą i Raganem. Ja udam się z Arcticą, Voxem i Rebisem.

- Więc… - wtrącił się Toa Dźwięku w Kakamie. - Naprawdę czeka nas kolejna wojna?

- Póki co musimy dołożyć wszelkich starań, aby nie doszło do żadnej wojny - odparła Mala. - Jeśli nam się nie uda, obawiam się, że koniec spotka nie tylko tę wyspę, ale również wszystkie inne.

Wszyscy zasępili się i nastała głęboka cisza. W końcu przerwała ją Tanith:

- Dlatego nie możemy zawieść. - Przejechała wzrokiem po członkach drużyny. - Ruszamy jutro o zmierzchu. Przygotujcie się.

***


Ragan usiadł na ziemi i oparł się plecami o pustą skrzynię. Wszędzie dookoła krzątali się Toa, byli jednak zbyt zajęci swoimi sprawami i nie zwracali na niego uwagi. Odpowiadało mu to. Mógł w spokoju rozmyślać nad tym, co wydarzyło się tego dnia. Kto by pomyślał, że jeszcze rano zajmował się zleceniem w swojej kuźni, jak co dzień. Wydawało mu się, jakby to było wieki temu. Teraz był członkiem drużyny mającej przypuścić szturm na siedzibę światowej korporacji, która w dodatku planowała przejąć władzę we wszechświecie. Szaleństwo.

Bał się, że może im się nie udać i poniesie śmierć. Chociaż nie. Nie bał się. Po prostu się martwił. Z jakiegoś powodu wcale nie odczuwał lęku. Może za sprawą pewnej osoby, która również miała wziąć udział w całej tej misji.

- Hej, coś ty taki ponury? - zapytał z uśmiechem Rebis i usiadł obok przyjaciela.

Rebis nie był tą osobą. Ale Ragan musiał przyznać, że jego towarzystwo też całkiem mu odpowiadało. Ta-Matoranin bardzo dobrze wiedział, jak rozładować napiętą atmosferę. I choć Ragan dosyć często się z nim kłócił, gdzieś w głębi duszy cieszył się, że on też jest członkiem wyprawy.

- Nic takiego… - odparł po chwili kowal. - Po prostu… rozmyślam. Co będzie, jeśli nam się nie powiedzie i tak dalej.

Rebis westchnął ciężko.

- Ech, jak zwykle wszystkim się przejmujesz. Wyluzuj. - Szturchnął go lekko w ramię. - Co będzie to będzie. Nie musisz się bać.

- Nie boję się. To właśnie zaskakujące, ale się nie boję. Właściwie, muszę przyznać, że mam takie dziwne uczucie, zupełnie tak jakbym był trochę… - zamilkł, szukając odpowiedniego słowa, aż wreszcie dokończył: - …podekscytowany.

Rebis zamrugał i spojrzał na uważnie na przyjaciela. Po chwili roześmiał się.

- Wiedziałem! Zaczynasz się stawać taki jak ja.

- Co?

- No, ekscytują cię przygody. Jeszcze trochę i będziesz się wybierał na każdą możliwą wyprawę. A pomyśl co będzie, jak powstrzymamy Vrexa! Będziemy bohaterami! Ty i ja, Ragan i Rebis, bohaterscy poszukiwacze przygód!

Onu-Matoranin uśmiechnął się pod nosem.

- Wolałbym, żebyśmy zajęli się czym innym, kiedy ta misja się skończy.

- Czym takim?

Ragan spojrzał na Rebisa i wyszczerzył się złośliwie.

- Odbudową mojej kuźni - odrzekł.

Ta-Matoranin przewrócił jedynie oczami. Tym razem z uśmiechem.

***


Vox skończył właśnie polerować swoje Dźwiękowe Ostrze. Usadowił się po ścianą, odłożył szmatkę na bok i przejrzał się w lśniącej klindze. Spoglądając na swoje odbicie, pogrążył się w myślach. Choć porzucił bycie bohaterem, los znów wymagał od niego bohaterskich czynów. Wszystko na przekór jemu. Może faktycznie był do tego stworzony. I może faktycznie nie powinien tak szybko z tego rezygnować.

Z rozmyślań wyrwała go para biało opancerzonych nóg, która nagle się przed nim pojawiła. Vox uniósł głowę do góry i ujrzał znajomą maskę Toa Arctici.

- Vox - powiedziała Toa Lodu.

- Arctica. - Mężczyzna uśmiechnął się z lekka.

- Długo się nie widzieliśmy. - Dziewczyna odwzajemniła uśmiech. - Ile to już? Sześć lat?

- Zgadza się. - Vox przytaknął. - Sześć lat, odkąd załatałaś mi tę dziurę w brzuchu po walce z Taive’em. Dziś już nie ma po niej śladu. - Postukał palcami o pancerz w miejscu, w którym dawniej tkwiła głęboka rana. Arctica ponownie się uśmiechnęła.

- Niczego innego się po niej nie spodziewałam - odparła. - Co robiłeś przez cały ten czas?

- Nic takiego - skwitował Toa. - Próbowałem jakoś na siebie zarobić, walcząc na arenie w jednym z najgorszych barów... w międzyczasie próbując dowiedzieć się czegoś o zaginionym przyjacielu.

- Toa Dźwięku walczący na arenie w barze? - Arctica założyła ręce na piersi. - Gdzieś to już słyszałam…

- Hej, wtedy to była karczma! - żachnął się Vox. - To zupełnie co innego.

Toa Lodu wywróciła oczami.

- Z pewnością…

- A ty? Co robiłaś przez te sześć lat?

- Też nic zbytnio ciekawego - odrzekła i usiadła obok niego. - W skrócie… Starałam się nadrobić to, co straciłam, kiedy siedziałam zamknięta w sobie… - Podwinęła kolana i objęła je rękoma. - Wciąż próbując znaleźć Nero… mojego starego partnera.

Vox zaśmiał się cicho. Arctica spojrzała na niego.

- Co cię tak bawi?

- W pewnym sensie jesteśmy do siebie podobni. Oboje mamy zaginionych przyjaciół, których próbujemy odnaleźć.

- Ale ja nie walczę na arenie w barze - zauważyła z przekąsem Arctica.

- Mogłabyś - stwierdził Vox. - Chętnie bym cię tam zobaczył. Nagą do pasa.

Toa Lodu posłała mu kuksańca pod ramię i rzuciła krótkie „Chciałbyś”. Vox jęknął lekko z bólu i również ją szturchnął, a ta odwdzięczyła się tym samym. Trwało to jeszcze kilka chwil, aż wreszcie oboje Toa parsknęli śmiechem i oparli się o ścianę. Po jakimś czasie Vox zapytał:

- Myślisz, że damy radę?

Arctica skinęła głową, wpatrując się w jakiś odległy punkt.

- Mamy dobry zespół - powiedziała. - Większość z tych Toa znam jeszcze z czasów wojny. Jako jedyni przeżyliśmy, więc to chyba musi coś znaczyć. - Wzruszyła ramionami i spojrzała na Kernora, omawiającego coś z Tanith i Auerieusem. - Kernor był świetnym wojownikiem. Może wydawać się szorstki i chłodny, ale troszczy się o mieszkańców, bardziej niż na to wygląda. A w walce mało kto może się z nim równać. Tak samo z Tanith. Po wojnie trochę się załamała, ze względu na śmierć jej partnera, Sharu, ale… jak widać już jej przeszło. A Mala…

Oboje przenieśli wzrok na Toa Wody, ze stoickim spokojem tłumaczącą coś Kife i Zanrilowi.

- To wyjątkowa Toa - kontynuowała Arctica. - Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś emanującego takim spokojem i ciepłem… Zupełnie jakby była nie z tego świata. Jest też niezwykle dobra w walce. Nie widziałam nigdy nikogo, kto w tak efektowny sposób posługiwałby się swoim żywiołem. Właściwie nawet nie wiem, czy ma jakąś broń. Nigdy jej nie używała.

Zamilkła, wciąż wpatrując się w Malę.

- Tak, jest zdecydowanie wyjątkowa. Szkoda, że nie dostrzegłam tego kilka tysięcy lat temu, kiedy chciała mi pomóc po tym, jak okazało się, że Nero zaginął. Odmówiłam jej, a wtedy ona skupiła się w całości na Tanith, która też potrzebowała pomocy. I zobacz jak skończyła Tanith, a jak ja. Ona wyszła na prostą, a ja zostałam chłodną, bezduszną siksą. - Zasępiła się.

- Myślałem, że się zmieniłaś - powiedział Vox.

- Bo się zmieniłam. Ale co to ma za znaczenie? - Westchnęła. - Wszyscy i tak nadal będą mnie pamiętać jako oschłą, samolubną zołzę.

- Więc musisz zrobić coś wielkiego, co zmieni ich zdanie o tobie.

- Na przykład skopać tyłek Vrexa?

- Na dobry początek. - Toa uśmiechnął się półgębkiem. Arctica zrobiła to samo, lekko pocieszona.

Na moment pogrążyli się w ciszy, przerwanej w końcu głosem Voxa:

- Jeśli mogę zapytać… Mala mówiła coś o twoim wyjątkowym opatrywaniu ran. Zauważyłem to, kiedy mnie łatałaś, ale nie wiedziałem, że jesteś aż tak… ceniona.

Parsknęła cicho, lecz zaraz potem spoważniała.

- W czasie wojny zajmowałam się głównie opatrywaniem rannych w czasie walk. Zużyłam wtedy całą moją Moc Toa… - Spojrzała na swoje otwarte dłonie i powoli je zamknęła. - Ale rannych wciąż przybywało. Musiałam znaleźć inny sposób. Wiedziałam to i owo od innej Toa, która nauczyła mnie tradycyjnego opatrywania obrażeń podczas jednej z misji… Jeszcze kiedy Nero z nami był…

Voxowi zrobiło jej się żal. Słyszał szczery ból w jej słowach, kiedy wspominała o przyjacielu. Miał ochotę ją objąć, ale nie wiedział, jak zareaguje, więc sobie darował. Zamiast tego zapytał:

- Dużo mówisz o tym Nero. Naprawdę był taki wyjątkowy?

- Och, wyjątkowy to mało powiedziane… - Arctica uśmiechnęła się błogo na wspomnienie wspólnie spędzonych chwil z jej dawnym towarzyszem. - Wiesz, kiedy przybyłam na tę wyspę… czułam się tu dość obco. Wszyscy patrzeli na mnie z obawą, nieufnością. To zrozumiałe. W końcu żeńskich Toa Lodu nie spotyka się od tak na ulicy… Ale Nero był inny. Nie pytał, skąd jestem i dlaczego taka jestem. Po prostu mnie zaakceptował i pomógł, kiedy tego potrzebowałam. Bez tego by mnie tu dziś nie było.

- Uratował ci życie?

Dziewczyna przytaknęła.

- Od tamtej pory zawsze trzymaliśmy się razem. Wiele się od niego nauczyłam. Mam nadzieję, że on ode mnie też. Przeżyliśmy razem tyle przygód, że nawet nie dałoby się ich wszystkich spisać. A potem… potem nadeszła wojna. - Oparła głowę na ramieniu obejmującym jej kolana. - I go straciłam. Zamknęłam się w sobie i pewnie do dziś taka bym była, gdybyś się nie zjawił. - Spojrzała na niego. Ten tylko wykrzywił kącik ust w uśmiechu.

- Do usług.

- A jaka jest twoja historia? - zapytała Arctica. - Skąd wziąłeś się na tej wyspie?

Vox westchnął przeciągle, sięgając pamięcią do swej przeszłości. Po chwili odrzekł:

- Przypłynąłem tu z jednej małej wysepki na krańcach wszechświata, gdzie spędzałem praktycznie cały swój czas z jednym Toa Ognia. Nazywał się Zaldiar. Nauczył mnie… właściwie wszystkiego. Imponował mi, zawsze chciałem być taki jak on. Trenował mnie na Toa, zdawało mi się nawet czasami, że zależało mu na tym bardziej niż mnie. Szkoda, że nie mógł zobaczyć, jak wreszcie to następuje…

- Zginął?

Vox pokręcił głową.

- Wyruszył gdzieś w dal, nikt nie wiedział dokładnie, dokąd. Kiedy przemieniłem się w Toa, miałem wizję, w której kazał mi dotrzeć na tę wyspę. Więc opuściłem mój dom i dotarłem tutaj, licząc, że go znajdę. Ale zamiast niego spotkałem tu dwóch Mrocznych Łowców, którzy też go szukali. Głupi, rzuciłem im wyzwanie. Myślałem, że po tym, jak pokonałem paru Skakdi, którzy najechali moją wyspę, będę mógł pokonać każdego. Ale… nie wszystko poszło zgodnie z planem. Więc błąkałem się po wyspie bez celu, użalając się nad sobą, przez cały czas… Rany, ale to musiało być nudne. - Roześmiał się i złączył dłonie z tyłu głowy. - Dobrze, że już taki nie jestem.

- Nie użalasz się już nad sobą?

- Czasami użalam. Każdy czasami się nad sobą użala. To naturalne. Ale nie robię tego już tak często. - Spojrzał na nią. - Ty?

Wzruszyła ramionami.

- Tak samo. Chociaż… czasem nie jest tak łatwo przeżyć trudniejsze chwile, kiedy nie ma się przyjaciół. - Westchnęła.

- Zawsze możesz mieć mnie.

Toa Lodu rzuciła mu zdziwione spojrzenie.

- Naprawdę chciałbyś mieć kogoś takiego jak ja za przyjaciółkę?

Tym razem to on wzruszył ramionami.

- Jedyni przyjaciele, jakich mam na tej wyspie, to zwariowana Toa Błyskawic i kilku kafarów z najgorszej dziury w Artas Nui - powiedział. - Nie będziesz od nich gorsza.

Zaśmiała się ponuro. Od wielu lat nie miała nikogo, kogo mogłaby nazwać przyjacielem.

- Niech ci będzie - odparła.

***


Hserg podszedł do Hikiry, akurat w momencie, w którym kończyła ostrzyć groty swoich strzał. Jego grupa już się zbierała i chciał jeszcze pożegnać się z przyjaciółką, nim ta wyruszy na misję.

- O co chodzi, twardzielu? - spytała dziewczyna, chowając ostatnią strzałę do kołczanu.

Toa Ognia podrapał się po głowie, lekko zmieszany.

- Niedługo wyruszamy, więc… chciałem się pożegnać - powiedział.

- Brzmisz jak byśmy mieli się już nie zobaczyć - odrzekła Toa Błyskawic i podniosła się z ziemi, zarzuciwszy kołczan na ramię.

Hserg westchnął.

- Słuchaj, Hikira, ja… muszę ci coś powiedzieć. - Umilkł na moment. Już otwierał usta, by kontynuować, gdy dobiegł go głos Auerieusa:

- Hserg! Musimy już iść!

- Więc? - ponagliła go wojowniczka. - Co takiego chciałeś mi powiedzieć?

- Po prostu… uważaj na siebie.

- Przecież mnie znasz. - Hikira wyszczerzyła się. - Kilka zardzewiałych puszek Vrexa to za mało, żeby mnie załatwić.

- Właśnie dlatego, że cię znam, martwię się o ciebie. - Zrobił zatroskaną minę. Jego przyjaciółka tylko się uśmiechnęła.

- Spokojnie. Powstrzymamy Vrexa i wszystko będzie tak jak dawniej.

Hserg skinął głową. Przytulił Toa Błyskawic na pożegnanie i odszedł w stronę swojej grupy, szykującej się do wyjścia. Gdy już wyruszyli, powiedział cicho sam do siebie:

- Obyś miała rację, Hikira.

Rozdział 6Edytuj

- Więc to tu? - zapytała Tanith. Ona oraz Kernor, Hikira i Ragan znajdowali się teraz w jednym z bocznych, o tej porze całkowicie pustych zaułków w Drugim Dystrykcie Artas Nui. W świetle księżyca dało się dostrzec w ziemi przed nimi okrągłą, lekko wypukłą metalową pokrywę, na którą spoglądali teraz przybyli.

- Tak, jesteśmy na miejscu. - Onu-Matoranin pokiwał głową i zerknął na Toa Błyskawic. - Hikira?

Wojowniczka przytaknęła i uśmiechnęła się, po czym posłała z łuku naelektryzowaną strzałę prosto w obiektyw wpatrującej się w nich kamery. Uwolniło to impuls elektryczny, który wyłączył przy okazji wszystkie urządzenia w najbliższej okolicy.

- Ktoś ma jakiś pomysł, jak dostaniemy się do środka? - powiedziała Tanith, patrząc na potężne śruby przytwierdzające pokrywę do podłoża.

- Jeśli wzmocniłbym odpowiednio drgania powietrza pod tą pokrywą, myślę, że udałoby mi się ją otworzyć - odezwał się Kernor.

Hikira prychnęła.

- To zupełnie niewidowiskowe. - Posłała Toa Dźwięku kąśliwy uśmiech. - Lepiej byłoby wystrzelić tę klapę w powietrze elektrycznym strumieniem od spodu, o tak! Bum! - Uniosła gwałtownie ręce do góry, imitując wyrzucenie stalowej pokrywy.

- I zbudzić przy tym połowę miasta? - odparł Kernor.

- Zawsze możesz otoczyć nas dźwiękową barierą. O ile jeszcze tego nie zrobiłeś, panie „podsłuchy mogą być wszędzie”.

- Zapomnij. Twój sposób jest zbyt lekkomyślny. Mój jest o wiele lepszy.

- Chciałbyś. Mój jest lepszy.

- Nie, mój.

- Nie, mój!

Tanith przewróciła oczami z poirytowaniem. Zaczęła żałować, że w ogóle o to zapytała. Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Odwróciła się do wciąż sprzeczających się za jej plecami Hikiry i Kernora oraz do przyglądającego się im z zakłopotaniem Ragana i rzuciła:

- Odsuńcie się.

Wszyscy popatrzyli na nią pytająco, lecz zrobili, jak mówiła. Tanith tymczasem napięła mięśnie i skierowała otwarte dłonie w kierunku klapy. Po chwili pozostali członkowie jej grupy zaczęli czuć narastające drżenie pod ich stopami i słyszeć coraz głośniejsze bulgotanie. Wreszcie pokrywa wyleciała w skażone powietrze, wystrzelona z podłoża przez strumień wody. Po paru sekundach strumień zdematerializował się, a pokrywa wylądowała w dłoni niebieskiej Toa. Tanith oparła się o nią jak o tarczę i spojrzała na pozostałych.

- To kto idzie pierwszy?

Hikira i Kernor zerknęli na ziejący ciemnością otwór w ziemi, po czym otaksowali siebie nawzajem wzrokiem i spojrzeli na Tanith.

- Ona - odparł mężczyzna, wskazując kciukiem Hikirę.

- On - powiedziała Toa Błyskawic, wskazując kciukiem Kernora.

Tanith jedynie pokręciła głową z politowaniem.

***


Mala, Vox, Arctica i Rebis kroczyli przed siebie, przemierzając ogromny, ciemny tunel, tak duży, że dałby radę pomieścić całe stada Kikanalo. Zresztą, można się było tego spodziewać - w końcu wszystko, co zostało zbudowane na polecenie Vrexa, musiało odznaczać się olbrzymimi rozmiarami. Panowała tu niemal idealna cisza, przerywana jedynie oddechami wędrujących i szumem wody płynącej mozolnie przez środek kanału. Arctica powiodła wzrokiem po tunelu, rzucając blade błękitne światło swoich oczu na wilgotne ściany.

- Paskudne miejsce - mruknęła. - Idzie się przestraszyć…

- Właśnie takie są najlepsze! - powiedział podekscytowany Rebis. Toa Lodu spojrzała na niego pytająco.

- Nie boisz się?

- A ty?

Arctica pokręciła przecząco głową.

- Nie - odparła. - Ale ja jestem Toa, a ty Matoraninem. Wielu Matoran wolałoby nie udawać się do takiego miejsca. Nie wspominając już o tym, że może ono być… - Rozejrzała się na boki. - …niebezpieczne.

Rebis prychnął.

- „Niebezpieczny” to moje drugie imię! - powiedział. - No, może nie do końca. Ale zawsze ciągnęło mnie do takich miejsc. Mroczne, tajemnicze, nieuczęszczane… Nigdy nie wiadomo, jakie sekrety się w nich kryją. A moją pasją jest odkrywanie tych sekretów.

W odpowiedzi Toa Lodu roześmiała się cicho.

- Więc jesteś zupełnie inny niż twój przyjaciel…

Ta-Matoranin uśmiechnął się z lekka.

- Tak, można powiedzieć, że Ragan jest moim przeciwieństwem… - odrzekł. - Ale to dobrze. Gdyby nie on, pewnie by mnie tu już nie było. Zawsze warto jest mieć w końcu przyjaciela, który powstrzyma cię, kiedy będziesz chciał zrobić coś głupiego, głupszego niż zazwyczaj, nie?

To przypomniało Arctice o Nero. Zamilkła i przygryzła wargę, zasępiwszy się na wspomnienie o dawnym towarzyszu.

- Nie przygryzaj wargi - rzucił idący obok niej Vox. - To zły nawyk.

- Czemu tak sądzisz? - zapytała Toa Lodu, unosząc brew.

- Była kiedyś jedna Toa, która co chwilę przygryzała wargę - odparł wojownik, łącząc dłonie z tyłu głowy. - Nie chcesz wiedzieć, jak skończyła… - Zerknął znacząco na Arcticę. Po chwili uśmiechnął się. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech, zapominając o przykrym wspomnieniu. Po jakimś czasie zwróciła się do Mali:

- Jak daleko od celu jesteśmy?

- Niedaleko - powiedziała Toa Wody, idąca na przedzie. - W przeciągu kilku minut powinniśmy dotrzeć na miejsce.

- Tak właściwie… - zaczął Vox. - Jak mamy znaleźć pozostałą grupę? Nie wiemy dokładnie, w którym miejscu wyjdą z kanałów.

- Mentalne połączenie - odparła krótko Mala.

Vox i Arctica spojrzeli po sobie.

- Co takiego? - zapytali niemal jednocześnie.

Mala uśmiechnęła się ciepło i poczęła wyjaśniać:

- Każdy Toa może nawiązać takie połączenie z dowolną żywą istotą. Niegdyś ja i Tanith połączyłyśmy ze sobą nasze umysły. Przez lata rozłąki ta więź stawała się coraz słabsza, lecz teraz, kiedy znów jesteśmy razem, jest tak silna jak przedtem. Dzięki temu nie zgubimy się. Widzę to, co widzą oczy Tanith, a ona widzi to, co widzą moje oczy. Czuję to, co ona, a ona to, co ja. - Zamilkła na chwilę, po czym dodała: - Niestety, wyczuwam też mrok w jej sercu… Podobnie jak w waszych. - Zerknęła na idących za nią Toa. - Szczególnie w twoim, Voxie.

Rebis i Arctica spojrzeli na Toa Dźwięku - Matoranin z dziwnym zakłopotaniem, Toa Lodu z niespotykaną w jej oczach troską. Vox lekko się zmieszał, lecz starał się nie dawać tego po sobie poznać.

- Po prostu… kiedyś dokonałem czynów, z których nie jestem do końca dumny - odrzekł niechętnie, i zaraz potem dodał, chcąc zmienić temat: - Więc, gdzie są Tanith i jej grupa?

Mala zamknęła na chwilę oczy i wyciszyła się.

- Zbliżają się do celu - odparła wreszcie. - Podobnie jak i my.

***


Paręnaście kio dalej, zespół drugiej Toa Wody przemierzał równie ogromny i ciemny korytarz jak ten, którym wędrowała grupa Mali. Choć mieli znacznie trudniej - zaraz po zejściu do kanałów, okazało się, że ich droga jest zablokowała przez odłamki metalu i gruzu, zapewne naniesione tam z mocniejszymi prądami wody. Oczywiście nie mogło obyć się bez sprzeczki między Hikirą a Kernorem, w jaki sposób pozbyć się przeszkody. Toa Dźwięku ponownie chciał użyć do tego wzmocnionych drgań powietrza, wojowniczka w Kakamie optowała natomiast za roztrzaskaniem zapory strumieniami błyskawic. Ostatecznie, podobnie jak wcześniej, problem rozwiązała Tanith, niszcząc barierę wodną pięścią. Uwolniło to czyhające za niechcianą tamą strumienie, jednak dzięki mocy Toa Wody, te bezpiecznie ominęły grupę. Kernor, Hikira i Ragan byli zaskoczeni tym, jak ogromne ilości mocy zużywa Tanith bez potrzeby regeneracji, ta jednak wyjaśniła, że przez te wszystkie lata nauczyła się posługiwać mocą tak, by nie musieć marnować potem zbyt długiego czasu na jej odnowienie.

Resztę drogi pokonali bez przeszkód. Powoli zbliżali się do celu, według słów idącego na przedzie Ragana, który nawet mimo upływu tak długiego czasu nadal zdawał się znać kanały jak własną kieszeń. Tuż za nim szła Tanith, opierając swoją włócznię o ramię, a dalej wiecznie podejrzliwy Kernor, rozglądający się na boki. Pochód zamykała Hikira, z nudów śpiewająca pod nosem piosenkę:

Troje małych Toa
Wędrowało przez kanały
Jeden wpadł do wody
I tylko dwie zostały

Dwie małe Toa
W ciemności coś się kryje
Jedną napadł Rahi
I tylko jedna żyje

Jedna mała Toa
Czy ktoś ją uratuje?
Nie patrzyła pod nogi
I martwa już dryfuje

Poirytowany Kernor, który miał dość słuchania już którejś z kolei piosenki Hikiry, rzucił do niej szorstkim głosem:

- Możesz się przymknąć? Ktoś nas może usłyszeć.

- Nie przerywaj mi, sztywniaku - odparła złośliwie Toa Błyskawic. - Została mi jeszcze zwrotka z Matoraninem. Poza tym, otoczyłeś nas dźwiękową barierą, zanim tu weszliśmy. Więc nikt nas nie usłyszy.

- Specjalnie dla ciebie mogę się pozbyć tej bariery.

- Hmpf - prychnęła Hikira. - Rób sobie co chcesz. I tak te całe kanały są opuszczone.

Ragan nagle przystanął.

- Oj - powiedział. - Nie byłbym tego taki pewien.

- Co masz na myśli? - zapytała Tanith. W odpowiedzi Onu-Matoranin wskazał palcem na jedną z bocznych odnóg kanału, z której ciemności wpatrywała się w przybyszów para krwistoczerwonych ślepi.

- Myślicie, że to coś groźnego? - odezwał się Kernor.

- Para krwistoczerwonych ślepi spoglądająca z gęstych ciemności zazwyczaj należy do czegoś groźnego - zauważyła Hikira.

- Spokojnie - powiedziała Tanith. - Jeśli nie będziemy wykonywać gwałtownych ruchów, to być może to coś, czymkolwiek to jest, nas nie zaatakuje.

Grupa ruszyła dalej, powoli i ostrożnie stawiając kolejne kroki. Niewiele to jednak dało, bowiem po paru sekundach z mroku wyskoczyła prosto na nich metalowa, czworonożna bestia o wilczym pysku.

Ragan uchylił się przed nadciągającym potworem i ten poleciał w kierunku Toa Wody, która w ostatniej chwili zdążyła wystawić przed siebie drzewce swojej włóczni. Bestia chwyciła oręż Tanith w swoje przednie łapy i ostre zębiska, i zaczęła siłować się z niebieską Toa. Po chwili oboje padli na ziemię i przeturlali się po niej parę bio, aż wreszcie Tanith zrzuciła z siebie napastnika. Stwór wylądował na czterech łapach kilka bio dalej i już szykował się do ataku, kiedy nagle trafił go strumień dźwięku i zdezorientował go. Oszołomiony potwór zaczął chwiać się na nogach, a wtedy dostał elektryczną wiązką, która zepchnęła go do wody. Porażone ciało bestii przez chwilę szamotało się, lecz po paru sekundach poszło na dno.

- Mata Nui, co to było?! - krzyknął Ragan, dobiegając do klęczącej i ciężko dyszącej Tanith.

- Cokolwiek to było, nie powinno nas już niepokoić - powiedziała Hikira i pomogła Toa Wody podnieść się z ziemi.

- Daleko jeszcze? Nie mam zamiaru walczyć z kolejnymi takimi dziwadłami po drodze - odezwał się Kernor. Hikira spojrzała na przeciwległą ścianę i odparła:

- Zdaje mi się, że jesteśmy na miejscu.

- Skąd możesz to… Och. - Kernor umilkł, dostrzegłszy ogromne logo XONOX-u na ścianie, w kierunku której spoglądała Toa Błyskawic. Wojownicy i Ragan podnieśli głowy i dostrzegli w suficie na sobą okrągłą klapę, taką samą jak ta, na którą natknęli się przy wejściu do kanałów. Potem Onu-Matoranin oraz Kernor i Hikira przenieśli wzrok na Tanith, czekając na dalsze rozkazy. Ta zamknęła oczy, skupiła się i po chwili odrzekła:

- Pozostali niedługo będą na miejscu. Idziemy.

Grupa zaczęła wspinać się po stalowej drabince. Gdy byli już blisko sklepienia, Hikira odezwała się:

- Ciekawe, w którym miejscu wyjdziemy… Mam nadzieję, że nie na środku taśmy prowadzącej prosto do rozgrzanego pieca.

- Bez obaw - uspokoił ją Ragan, podniósł klapę i wgramolił się na górę. Toa wyszli z podziemi zaraz za nim. - Większość ujść do kanałów jest rozmieszczona w miejscach, które znam bardzo… do… brze… - Wszyscy przyjęli bojowe postawy, kiedy nagle okazało się, że są otoczeni przez grupę strażników Skakdi, mierzących do nich ze swoich laserowych karabinów.

***


Metalowa pokrywa lekko się podniosła, a spod niej wyjrzała para błękitnych oczu Arctici, do których zaraz potem dołączyły zielone oczy Mali oraz Voxa i niebieskie Rebisa. Cała czwórka rozejrzała się po okolicy. Nie znajdowali się wewnątrz budynku, dało się to stwierdzić po widoku nocnego nieba, jednak otaczające ich ciemne, grube, wysokie mury, ledwo widoczne w mroku nocy rozpraszanym jedynie przez słabe światełko na ścianie fabryki jasno oznaczały, że grupa znalazła się na terenie Vrexa. Nieopodal lampy znajdowała się budka strażnicza, w której przybysze dostrzegli śpiącego Skakdi. Vrex może i kazał zwiększyć ochronę, nie był jednak w stanie pozbawić swoich strażników ich zakaziańskiej natury.

Mala trąciła delikatnie Arcticę, dając jej znak, i wskazała palcem na zawieszoną przy wejściu do budynku kamerę. Toa Lodu kiwnęła lekko głową, a następnie wykonała gest dłonią, po czym obiektyw kamery pokrył się szronem. Po chwili wojowniczka zrobiła to samo z szybą budki strażniczej, na wszelki wypadek. Przybysze swobodnie podnieśli teraz klapę do końca i wyszli na, jak szybko zauważyli, jeden z pomniejszych dziedzińców fabryki Vrexa. Mogąc teraz lepiej przyjrzeć się otoczeniu, Rebis z ulgą zauważył, że jest to ten sam, dobrze znany mu dziedziniec, na który trafił podczas ucieczki przed ścigającymi go Skakdi.

Zaraz potem jednak zamarł, kiedy przypomniał sobie, co dokładnie spotkało go w tym miejscu.

- Stójcie! - krzyknął. Toa zamarli w bezruchu, jeszcze nim zdążyli postawić stopy na kamiennych płytach, i spojrzeli uważnie na Ta-Matoranina. Ten zakrył dłonią usta, uświadamiając sobie, co właśnie zrobił, lecz chwilę potem odetchnął z ulgą, przypomniawszy sobie, że przecież są otoczeni dźwiękową barierą stworzoną przez Voxa.

- Coś nie tak? - zapytała Mala.

- Dziedziniec - odparł Rebis. - Jest zaminowany.

Toa przenieśli wzrok na kamienne płyty, a potem na budynek. Od najbliższych drzwi dzieliło ich jakieś paręnaście bio - i jeszcze więcej płyt. Któraś z nich na pewno musiała być zaminowana.

- Co teraz? - odezwał się Vox. - Nie będziemy chyba szukać innego wejścia?

Arctica wystąpiła do przodu, wyciągnęła ręce i rozpostarła dłonie. Po paru chwilach przed przybyszami, parę centymetrów nad płytami dziedzińca, zmaterializował się lodowy most, prowadzący prosto do drzwi fabryki. Toa Lodu z półuśmiechem skinęła swoim towarzyszom, że droga wolna.

Dotarłszy do drzwi, Rebis jako pierwszy pociągnął na klamkę, licząc, że drzwi i tym razem będą otwarte, tak jak ostatnio. Nie ustąpiły. Zaklął bezgłośnie i zwrócił się do Toa:

- Zamknięte.

Wszystkie oczy ponownie skierowały się ku Arctice.

- Hej, nie patrzcie tak na mnie - żachnęła się Toa Lodu. - Dopiero co uratowałam nas wszystkich przed wyleceniem w powietrze. Niech ktoś inny się wykaże.

Vox uśmiechnął się półgębkiem.

- Skoro nalegasz…

Toa Dźwięku skupił się i wbił swój wzrok w zablokowane wejście. Po chwili drgania powietrza wokół zamka stały się tak silne, że stojący obok Toa i Rebis byli w stanie je odczuć. Po kolejnej chwili rozległ się trzask, a klamka spadła mizernie na ziemię. Drzwi uchyliły się. Vox spojrzał na pozostałych, uśmiechnął się, tym razem szerzej, i otworzył drzwi.

- Zapraszam do środka - powiedział.

Wewnątrz budynku panował charakterystyczny dla fabryki półmrok i duchota. Przybysze znaleźli się w długim, ciemnym korytarzu, dobrze znanym Rebisowi z jego wcześniejszej przygody. Nie czekając ani chwili, grupa ruszyła przed siebie. Tuż przed zakrętem, Toa przywarli do ściany, a Vox, idący na przedzie, wychylił lekko głowę i ujrzał odwróconego plecami zakaziańskiego strażnika z karabinem, patrolującego najwyraźniej korytarze. Toa Dźwięku schował głowę za ścianą i zwrócił się do pozostałych:

- Strażnik. - Zerknął na towarzyszkę w białym pancerzu. - Arctica?

Toa Lodu westchnęła i przewróciła oczami z udawaną niechęcią, po czym aktywowała swoją Kanohi Volitak. W panującym półmroku stała się niewidzialna, choć jej ciało jedynie stało się przezroczyste. Ruszyła korytarzem w kierunku Skakdi i pacnęła go w ramię. Strażnik natychmiast się obrócił, nie zastał jednak nikogo. Zmieszany przez chwilę wpatrywał się w pustą przestrzeń - przynajmniej dla niego pustą - po czym podrapał się po głowie, odwrócił się i wrócił do patrolowania korytarza. Arctica odczekała parę sekund, po czym ponownie pacnęła Zakazianina, tym razem w drugie ramię. Strażnik ponownie się obrócił i ponownie nie zobaczył nikogo. Poirytowany, przekręcił lufę swojej broni, a wtedy widoczne przy niej niebieskie światełko zmieniło się na czerwone. Rzucając na boki podejrzliwe spojrzenia, zaczął pomału się cofać, aż wreszcie odwrócił się, w idealnym momencie, by dostać zaciśniętą pięścią Toa Lodu prosto w szczękę.

Skakdi stracił przytomność i runął bezwładnie na ziemię. Arctica dezaktywowała moc swojej Kanohi i na powrót stała się widoczna, a wtedy podeszli do niej pozostali członkowie grupy.

- Nie mogłaś go tak załatwić od razu? - zapytał Vox.

- Chciałam się trochę zabawić - odparła Toa Lodu. - W końcu nie miałam do tego okazji przez te wszystkie lata.

Zaciągnęli ciało do jakiegoś bocznego pokoju i zablokowali drzwi, na wypadek, jakby Zakazianin zapragnął przedwcześnie się obudzić. Następnie Mala oznajmiła:

- Nim ruszymy dalej, musimy sprawdzić, czy w pobliżu nie ma kolejnych strażników. - Spojrzała na Toa Dźwięku. - Liczę na ciebie, Vox.

Mężczyzna skinął głową, zamknął oczy i skupił się, rozpoczynając dźwiękowe skanowanie otoczenia. Powoli wsłuchiwał się w każdy blisko rozbrzmiewający dźwięk, z każdą chwilą zwiększając zasięg swego słuchu. Oddzielał odgłosy pracy maszyn, strzelania obłoków pary i stukania mechanizmów od dźwięków kroków, oddechów i rozmów Skakdi, by móc potem ocenić, w którym miejscu i jak daleko od nich znajdują się wrogowie.

Właśnie wtedy usłyszał strzały.

***


Hikira uchyliła głowę przed nadlatującym w jej kierunku laserem i na powrót schowała się we wnęce jednego z fabrycznych korytarzy. Po wyjściu z kanałów, grupie Tanith jakoś udało się pokonać otaczający ich oddział Skakdi, lecz kiedy ruszyli w głąb budynku, napotkali na swej drodze jeszcze liczniejszą grupę strażników, która nie dawała tak łatwo za wygraną. Teraz przybysze kryli się we wnękach po dwóch stronach metalowego korytarza, a stojący naprzeciw nich oddział niestrudzenie posyłał w ich stronę czerwone promienie, nawet jeśli te trafiały jedynie w podpierające ściany filary.

- No to tyle, jeśli chodzi o ciche skradanie się. - Mruknęła Toa Błyskawic, blokując kolejny nadciągający pocisk swoim ostrzem. Powoli to wszystko zaczynało ją niecierpliwić.

Wreszcie wykorzystała moment, kiedy ogień w jej pobliżu nieco złagodniał i wychyliła się z ukrycia, po czym momentalnie wypuściła strzałę ku wrogom. Jeden ze Skakdi osłonił się holograficzną tarczą, która nagle pojawiła się na jego nadgarstku, i zaraz potem powrócił do strzelania.

- Holograficzne tarcze? Mają holograficzne tarcze?! - oburzyła się Hikira. - Też chcę mieć holograficzną tarczę!

Tkwiący po drugiej stronie korytarza Kernor rzucił do niej:

- Uwierz mi, nie chcesz. - Po tych słowach wzmocnił drgania powietrza wokół uchwytu tarczy Zakazianina, będącego jednocześnie urządzeniem generującym całą osłonę, a ten po paru sekundach roztrzaskał się na kawałki, rażąc swojego właściciela elektrycznymi wiązkami. Skakdi padł na ziemię, nieprzytomny, lecz na jego miejscu natychmiast zjawili się dwaj kolejni.

Stojąca za Kernorem Tanith wystrzeliła z grotu swojej włóczni strumień wody, który odrzucił jednego z ochroniarzy w głąb korytarza, niewiele to jednak dało - Skakdi nadal stanowi zaporę nie do przebicia.

- Ragan, nie ma jakiejś innej drogi?! - krzyknęła do kulącego się między nogami Hikiry Onu-Matoranina, próbując przebić się przez donośne odgłosy strzałów.

- Obawiam się, że nie! - odparł Ragan, równie głośno.

- Ale musimy się przebić! - Hikira posłała jednocześnie trzy strzały ku Zakazianom, lecz to również na niewiele się zdało.

- Obawiam się, że jeśli nagle nie zjawi się jakaś magiczna siła, która zatrzyma tych Skakdi, będziemy tu tkwili przez ładnych parę godzin, dopóki nie skończy im się energia w karabinach - wtrącił się Kernor. - Albo dopóki nie padniemy martwi - dodał ciszej.

Niespodziewanie, nagle zjawiła się jakaś magiczna siła, która zatrzymała Skakdi - konkretniej zostali oni pochwyceni przez ogromną pięść utworzoną z wody, która zaszła ich od tyłu, i odciągnięci w głąb korytarza, by na jego końcu zniknąć w jednym z zakrętów. Po paru sekundach zza rogu wyłonili się Mala, Arctica, Vox oraz Rebis i zmierzyli na spotkanie z pozostałymi członkami wyprawy.

- Mala po raz kolejny ratuje nam tyłki. Nie uważacie, że to się robi już trochę monotonne? - Hikira spojrzała po towarzyszach.

- Nie ma za co - odparła całkiem spokojnie Toa Wody w Komau. - Jesteście ranni?

- Na szczęście nie - powiedział Kernor. - Ale wycieńczeni, to na pewno.

- Więc dobrze by było jak najszybciej zająć się tym, po co tu przyszliśmy - wtrącił Vox. - Zwłaszcza teraz, kiedy cały XONOX wie o naszej obecności.

Mala zerknęła na Ragana.

- Wiesz, którędy do hali produkcyjnej dronów?

Onu-Matoranin skinął głową, przytakując.

- Za mną - powiedział.

Cały zespół ruszył biegiem za Raganem, na parę sekund przed tym, jak w całym budynku zaczął wyć alarm. Jeśli któryś z uczestników wyprawy miał jakieś nadzieje, że ich wtargnięcie do kwatery Vrexa zostało niezauważone, teraz całkowicie je stracił.

Po chwili dobiegł ich donośny, metaliczny głos, dobiegający zewsząd:

- Intruzi. Jesteście w nieautoryzowanej strefie. Poddajcie się i zostańcie na swoich miejscach. Każde inne działanie będzie karane aresztowaniem bądź dezintegracją. To wasze pierwsze i ostatnie ostrzeżenie.

Grupa zatrzymała się.

- Może powinnyśmy się rozdzielić - powiedziała Arctica. - W tej sposób będziemy mieli większe szanse na uniknięcie schwytania. Jedną grupę do celu poprowadziłby Rebis, druga poszukałaby innej drogi z Raganem. - Powiodła wzrokiem po pozostałych.

- Albo się zgubiła - mruknął Onu-Matoranin. Wciąż nie był do końca pewny, czy może w stu procentach polegać na swojej pamięci w tym budynku.

- Nie - odezwała się nagle Mala i posłała wszystkim poważne spojrzenie. - Jesteśmy teraz drużyną. Musimy działać razem, jeśli chcemy osiągnąć sukces. Wszyscy razem.

- Ma rację - zawtórowała jej Tanith. - Tylko współpracując damy radę powstrzymać Vrexa. Więc odrzućcie na bok jakąkolwiek niechęć, jaką do siebie macie… - Skierowała wzrok głównie na Kernora Hikirę. - …i bierzmy się do roboty.

Toa Dźwięku w Kakamie prychnął.

- Od kiedy jesteś taka skora do współpracy?

Tanith tylko uśmiechnęła się z lekka i położyła dłoń na ramieniu Mali.

- Po prostu uznałam, że najwyższy czas posłuchać się słów, których nauczyła mnie pewna Toa. - Zerknęła na przyjaciółkę. Na jej twarzy również zagościł uśmiech. Następnie Tanith spojrzała na pozostałych. - Ruszajmy.

***


Dotarłszy do głównej fabrycznej części kwatery Vrexa, intruzi nie przebiegli nawet połowy korytarza, kiedy paręnaście bio przed nimi z sufitu zaczęły zsuwać się metalowe zapory. Nie było szans, by zdążyli do nich dobiec i przejechać pod nimi po podłodze. Uświadomiwszy to sobie, Hikira utworzyła w rękach dwie elektryczne kule, po czym klasnęła w dłonie, uwalniając elektryczny impuls, który przeszedł po ścianach i dotarł do mozolnie zbliżającej się ku ziemi zaporze. Dało się słyszeć głośny trzask elektrycznych wiązek, a sekundę potem zapora zatrzymała się w połowie drogi. Matoranie i Toa przedostali się na drugą stronę, lecz po chwili rozległ się przeciągły, niski dźwięk, alarm umilkł, a wszystkie światła zgasły, pogrążając korytarz w ciemności.

- Ups - odezwała się Hikira. - Chyba trochę przesadziłam.

Nie minęło kilka sekund, a w korytarzu znów zapaliło się światło, tym razem czerwone.

- Awaryjne zasilanie - wyjaśnił Ragan. - Musimy się spieszyć. Za chwilę znowu włączą zapory.

Cała ósemka ruszyła dalej. Wnętrze fabryki pogrążone w czerwonym świetle i niemal grobowej ciszy wydawało się jeszcze bardziej przerażające. Ragan, Rebis i biegnący za nimi Toa dotarli do końca korytarza i skręcili w lewo, w tym samym momencie, w którym światło powróciło do swej dawnej, żółtawej barwy, alarm znów zaczął wyć, oraz - co najgorsze - zatrzymane w połowie przez Hikirę metalowe bariery ponownie zaczęły zbliżać się ku ziemi. Intruzi zdołali jedynie przedostać się pod jedną z nich i dostrzec paręnaście bio przed sobą skręt w prawo, nim kolejna zapora odgrodziła im drogę.

- Świetnie. I co teraz? - spytał Kernor i przywalił pięścią w barierę. Natychmiast tego pożałował, czując silny ból.

Ragan podszedł do zapory i postukał w nią palcem.

- Wzmocniona Protostal - wyjaśnił. - Nawet Tahtorak się nie przebije.

Toa spojrzeli po sobie. Po chwili odezwał się Vox:

- Może musimy spróbować z innej strony. - Po tych słowach zaabsorbował dźwięk wyjącego alarmu i przekształcił go w potężny strumień, który natychmiast posłał w kierunku ściany po swojej prawej stronie, przebijając ją.

Intruzi zajrzeli do środka i dostrzegli w dole przed sobą olbrzymią halę produkcyjną, w której kilkudziesięciu Matoran i niewiele mniej maszyn pieczołowicie pracowało w ogromnym żarze przy mechanicznych urządzeniach, przesuwanych powoli na długich taśmach biegnących w poprzek. Niemal wszystkie oczy od razu zwróciły się w kierunku przybyłych. Ujrzawszy nieproszonych gości, grupa kilku Skakdi rzuciła się ku nim, wbiegając po metalowych schodach.

- Musimy się dostać na drugą stronę! - krzyknął Ragan, wskazując palcem drzwi naprzeciwko.

- Rozumiem. - Mala pokiwała głową, po czym spojrzała na Arcticę. - Jesteś w stanie stworzyć lodowy most?

Toa w Volitak wystawiła przed siebie otwarte dłonie, lecz wydobył z nich się jedynie biały obłok. Dziewczyna pokręciła głową i odparła:

- Niestety. Jest zbyt gorąco.

- No to chyba będziemy musieli skakać - powiedziała Hikira i bez namysłu skoczyła dół, lądując na taśmie produkcyjnej tuż przed zaskoczonymi Matoranami. Pozostali Toa uczynili to samo.

Ragan spojrzał niepewnie w dół.

- Nie wiem, czy to taki dobry pomysł…

Rebis spojrzał na będących już coraz bliżej Skakdi.

- Nie ociągaj się! - Popchnął przyjaciela i skoczył za nim, kiedy ten zleciał w dół. Obaj wylądowali na taśmie produkcyjnej, rozrzucając na boki kawałki konstruowanego właśnie urządzenia. Toa zdołali już przeskoczyć na kolejną taśmę i byli parę bio przed nimi.

Jeden ze stojących na górze Zakazian wystrzelił w stronę Ragana i Rebisa pocisk z karabinu, Matoranie w porę jednak przeskoczyli dalej i laser trafił w taśmę, uszkadzając jej mechanizm i powodując niewielką eksplozję. Inny Skakdi, z insygniami dowódcy, dopadł do strzelającego, złapał za lufę jego broni i skarcił go:

- Kretynie, nie strzelaj, tylko za nimi skacz! - Po tych słowach walnął swojego podwładnego w plecy, a ten zleciał w dół, uderzając twarzą o ziemię.

Po chwili zeskoczyli również pozostali strażnicy, z większym powodzeniem, i od razu rzucili się w pogoń za intruzami.

- Wy dwaj, zajdźcie ich z lewej - rozkazał dowódca. - Wy dwaj, z prawej. Pozostali - za mną!

Trzej Skakdi wskoczyli na pierwszą taśmę i po chwili znaleźli się na tej samej, na której stali właśnie Rebis i Ragan. Jeden z Zakazian złapał Matoran, pozostali dwaj skoczyli dalej, by pojmać Toa. Szamoczący się Rebis zdołał kopnąć Skakdi w głowę i uwolnić siebie oraz towarzysza z jego uścisku. Nim zdołali przedostać się dalej, strażnik wyprostował się i wycelował w Matoran ze swojej broni. W ostatniej chwili Rebis dostrzegł nad głową Zakazianina zwisającą na łańcuchu pustą, metalową kadź i kiedy oprych oddał strzał, Ta-Matoranin odbił pocisk ostrzem swojego sztyletu. Promień trafił w łańcuch i przerwał go. Skakdi szykował się do kolejnego strzału, lecz po chwili kadź spadła mu na głowę i jedyne, co mógł zrobić, to runąć nieprzytomnie na ziemię. Ragan i Rebis spojrzeli na siebie, potem na omdlałego strażnika, uśmiechnęli się triumfalnie i wskoczyli na kolejną taśmę, by dołączyć do pozostałych.

Pierwsza do celu zbliżała się Hikira, musiała się jednak zatrzymać, kiedy na jej drodze stanął barczysty Zakazianin. Wycelował i wystrzelił energetyczną sieć w kierunku Toa Błyskawic, lecz ta w porę wykonała unik, dzięki swojej Kanohi, i momentalnie znalazła się obok zdziwionego Skakdi. Nim ten zdołał się odwrócić - czy zrobić cokolwiek - Hikira złączyła w dłonie i wystrzeliła z nich strumień elektrycznej energii, który posłał strażnika prosto w stertę zepsutych części w rogu sali, rozrzucając je na wszystkie strony.

Dziewczyna uśmiechnęła się łobuzersko i już miała skoczyć w kierunku drzwi, kiedy nagle usłyszała w tyle znajomy krzyk. Odwróciła się i pobiegła w tamtym kierunku, mijając Malę oraz Tanith, które również zbliżały się do wyjścia. Wtem przed nimi zjawili się dwaj Skakdi - jeden nadciągający z lewej, drugi z prawej strony. Toa w Komau już unosiła dłonie, kiedy Tanith powstrzymała ją pociągnięciem za ramię.

- Nie przemęczaj się, siostro - powiedziała. - Teraz moja kolej.

Posłała z grotu swojej włóczni skoncentrowany strumień wody, który odrzucił jednego z Zakazian i momentalnie skierowała go w drugiego, nim tamten zdążył zareagować. Mając wolną drogę, Toa Wody skoczyły w górę i znalazły się przy drzwiach za stalową balustradą.

- Wydajesz się znacznie szybsza i zwinniejsza niż kiedyś - zauważyła Mala. Tanith tylko uśmiechnęła się półgębkiem.

- Wiesz, nie spędziłam tych wszystkich lat grając w karty z małpami Brakas - odparła.

Blisko celu byli również Vox i Arctica - jednak biegnący za nimi smukły Skakdi przeskoczył ponad nimi, obrócił się i wycelował z karabinu. Toa Dźwięku i Lodu spojrzeli na siebie, a potem rozejrzeli na boki, szukając jakiegoś sposobu na pokonanie strażnika. Vox szybkim cięciem swojego Dźwiękowego Ostrza roztrzaskał latającego wokół nich robota konstrukcyjnego na kawałki, chwycił jego płaską głowę w wolną rękę i, używając jej jak dysku, rzucił w kierunku Skakdi, a ten oberwał prosto w żuchwę. Odchylił się do tyłu, a wtedy Vox przebiegł po nim i znalazł się za jego plecami. Arctica zrobiła to samo, po drodze kopiąc Zakazianina w szczękę i powalając go na ziemię.

Po paru sekundach ona i Vox znaleźli się już przy Mali oraz Tanith, a niedługo po nich do drzwi dotarli również Rebis i Ragan.

Krzyk, usłyszany wcześniej przez Hikirę, należał do Kernora, który oberwał laserem w nogę i przewrócił się na taśmę produkcyjną, a wtedy dopadł do niego Skakdi-dowódca i nim Toa Dźwięku zdołał podnieść się na równe nogi czy chociaż odturlać się, strażnik przycisnął go stopą do taśmy, uśmiechnął się podle, odsłaniając krzywe zębiska, i przyłożył lufę karabinu prosto do Kanohi Kernora.

Sekundę później jego ciało przeszyły elektryczne wiązki, wzrok powędrował do góry, a ciało zwaliło się tuż obok Toa Dźwięku. Kernor spojrzał ze zdumieniem na Hikirę, wyciągającą ku niemu rękę, by pomóc mu wstać.

- Myślałem, że mnie nienawidzisz - powiedział, podnosząc się. - W końcu zginąłem jako pierwszy w twojej piosence.

- Dlaczego miałabym nienawidzić takiego uroczego sztywniaka jak ty? - Na twarzy wojowniczki pojawił się szeroki uśmiech. Ona i Kernor aktywowali moc swoich Masek Szybkości i w mgnieniu oka dotarli do pozostałych, wyciągających ku nim dłonie.

Toa wyważyli drzwi i wybiegli na zewnątrz, zostawiając zrujnowaną halę za swoimi plecami. Na ich szczęście, w tej części fabryki nie było już stalowych zapór, które mogłoby zagrodzić im drogę. Pokonani Skakdi odzyskali przytomność i ruszyli w pogoń, intruzi zdołali jednak znaleźć się już w bezpiecznej odległości.

Mknąc korytarzem, Rebis odezwał się:

- Hej, te ściany wyglądają znajomo.

- Oczywiście, że wyglądają znajomo - odrzekł Ragan, nieco poirytowany. - W końcu tą drogą dostaliśmy się do sali z dronami.

- Widzisz? Też mam dobrą pamięć. - Ta-Matoranin uśmiechnął się. - Nadaję się na Archiwistę.

Jego przyjaciel wywrócił oczami.

- Z pewnością…

***


Vrex zmarszczył brwi. Miał przed oczami obraz jednej z kamer umieszczonych w korytarzu swojej fabryki. Widniała na niej grupa Toa w towarzystwie dwójki Matoran, przebijająca się przez jego kwaterę. Grupę Toa z Tanith na przedzie. Oczywiście Vrex nie podejrzewał, że Toa Wody postanowiła go zdradzić i przejść na stronę pozostałych, samozwańczych „bohaterów” - zbyt bardzo pragnęła władzy, żeby to zrobić. No i nawet ona nie mogła być tak głupia. Na pewno jednak miało to związek z jakimś jej spiskiem, bezmyślnym planem, o którym go nie poinformowała. Planem, który mógł wpłynąć na dalszy przebieg ich operacji. Niekoniecznie pozytywnie. Vrex westchnął. Ta Toa Wody była zbyt lekkomyślna, by powierzać jej dowództwo w całej tej sprawie.

Oczywiście to on wyznaczył Tanith na to stanowisko, a Vrex nie miał zamiaru się mu sprzeciwiać. Jednak, już niedługo… Kiedy ich plan się powiedzie, a jego armia dronów przejmie władzę nad Wszechświatem… Vrex będzie mógł bez problemu raz na zawsze pozbyć się tej uciążliwej Toa.

Jeden z przycisków na stole, przy którym Onu-Matoranin właśnie pracował, zamrugał czerwonym światłem, wydając przy tym piskliwy dźwięk. Vrex nacisnął go, a wtedy rozległ się głos jednego z pracowników jego fabryki:

- Panie Vrex… Drony są gotowe.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Doskonale. Zaczynajcie.

***


Na końcu korytarza drużyna natknęła się na rozwidlenie.

- Którędy teraz? - zapytał Kernor, kiedy się zatrzymali.

- Hm. - Ragan dotknął podbródka, próbując sobie przypomnieć. Żałował, że w czasie pracy dla Vrexa nie miał okazji lepiej poznać układu korytarzy fabryki. Jego pamięć Archiwisty nie była niezawodna i Ragan musiał przyznać, że… nie miał pojęcia, którą drogę wybrać. Pomału jednak coś zaczynało mu świtać. - Wydaje mi się, że…

- Tędy! - krzyknął Rebis, wskazując na prawą odnogę.

- Co? Nie! - odparł Onu-Matoranin, który zdołał już przypomnieć sobie drogę. - Powinnyśmy iść w lewo!

- Nieprawda. Poszliśmy wtedy w prawo. Pamiętam te dziwne wichajstry na ścianach!

- Tu wszędzie jest pełno dziwnych wichajstrów!

- Tak, ale te były inne! Mówię ci, jestem pewien, że musimy iść w prawo!

Skakdi byli już niebezpiecznie blisko. Vox odwrócił się i dostrzegł w oddali ich wściekłe twarze.

- Możecie się zdecydować? - rzucił do Matoran, jednocześnie sięgając po Dźwiękowe Ostrze, gotów do walki. Rebis i Ragan jednak wciąż sprzeczali się, którą drogę wybrać, wykrzykując na przemian „W lewo!” i „W prawo!”. Gdy od Zakazian dzieliło ich zaledwie paręnaście bio, Kernor syknął, tracąc cierpliwość:

- Więc którędy?!

- Tędy! - krzyknął Rebis i pobiegł prawym korytarzem. Ragan wpatrywał się w niego przez chwilę z rozdziawionymi ustami, po czym zacisnął dłonie ze złości i pobiegł za nim. Ich śladem ruszyli Toa, a za nimi - jeszcze bardziej wściekli niż Ragan Skakdi.

Kiedy strzały Zakazian zaczęły dosięgać uciekających, Arctica zatrzymała się nagle i odwróciła w kierunku strażników.

- Biegnijcie dalej - rzuciła do Matoran i pozostałych Toa, po czym wystawiła przed siebie dłonie i aktywowała swoją moc żywiołu.

W korytarzu nie panowała tak wysoka temperatura jak w hali produkcyjnej, lecz wciąż dało się tu odczuć przytłaczający gorąc i dziewczynie trudno było korzystać z żywiołu. Mimo to nie zamierzała się poddawać. Czuła, jak mistyczna energia przepływa przez jej żyły w kierunku dłoni, i po chwili pomiędzy Arcticą a nadbiegającymi Skakdi, choć powoli, zaczęła materializować się lodowa ściana.

Toa Lodu napięła wszystkie mięśnie, chcąc wydobyć z siebie jeszcze więcej mocy, choć wysoka temperatura zaczęła powoli przyprawiać ją o zawroty głowy, a w nogach odczuwała coraz większe słabnięcie. Zamknęła oczy, ignorując to, i skupiła się jedynie na kreacji lodowej bariery. Wreszcie proces dobiegł końca i Skakdi zaczęli walić pięściami w żywiołową zaporę, która zablokowała im drogę. Arctica upadła na jedno kolano, osłabiona. Vox natychmiast do niej podbiegł i złapał za ramiona. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz dziewczyna mu przerwała:

- Spokojnie, nie przebiją się. - Zerknęła na tkwiących za przezroczystą ścianą rozwścieczonych strażników. - Mój lód jest mocniejszy niż jakaś wzmocniona Protostal.

Pobiegli dalej i po paru minutach, ku zdumieniu Ragana i satysfakcji Rebisa, znaleźli się przed udekorowanymi licznymi ostrzeżeniami drzwiami do hali produkcyjnej dronów.

- I co? Wiedziałem, żeby iść tędy. - Ta-Matoranin spojrzał triumfalnie na przyjaciela. Ten uniósł wzrok ku górze.

- No dobra, przyznaję - odparł Ragan. - Tym razem ci się udało.

Vox i Hikira przywarli do drzwi i na sygnał wyważyli je kopnięciem. Cała ósemka weszła do środka.

Ragan zamrugał.

- Coś nie tak? - zapytała Tanith, dostrzegając zdziwienie na jego twarzy.

- Po prostu… - odrzekł Matoranin. - To miejsce wygląda nieco inaczej niż przedtem.

Istotnie, w pomieszczeniu na swoim miejscu została jedynie umieszczona parę bio nad ziemią galeryjka obserwacyjna - wszystkie taśmy, maszyny konstrukcyjne oraz pracownicy całkowicie zniknęli. Zamiast nich wnętrze wypełniały rzędy dziesiątek, a może nawet setek dronów - a te również wyglądały nieco inaczej niż przedtem. Srebrne akcenty na ich pancerzach zostały zastąpione przez złote, sama sylwetka żołnierzy także uległa zmianie. Wydawali się nieco wyżsi i szersi w ramionach, zachowali jednak swój opływowy i futurystyczny wygląd. Oraz porażające, pojedyncze oka.

- Czy to ma jakieś znaczenie? - zapytała Hikira, sięgając po łuk. - Mamy ich wszystkich w jednym miejscu. Rozwalamy jak leci czy z finezją? - Zerknęła na pozostałych.

- Finezja wydaje się być bardziej rozsądnym rozwiązaniem - odparła Mala. - Vrex z pewnością zabezpieczył w jakiś sposób to pomieszczenie.

Tanith objęła wzrokiem halę i po chwili wskazała palcem na niewielki holograficzny pulpit, umieszczony w oszklonej galeryjce.

- Może dzięki temu się czegoś dowiemy - rzekła. Wszyscy pozostali natychmiast spojrzeli na Ragana.

- Ej, na mnie nie liczcie - powiedział. - Nie wiem, jak się to obsługuje. Nigdy nie pozwalali mi tego dotykać.

- Spokojnie - odparła Tanith. - Ja się tym zajmę.

Mala zerknęła na nią z nieukrywanym zdumieniem.

- Potrafisz się tym posługiwać? - spytała.

- Mówiłam ci już, siostro - odparła Tanith. - Nie spędziłam tych wszystkich lat na graniu w karty z małpami Brakas.

Toa Wody w Komau skinęła głową.

- Dobrze więc. Kernorze, Hikiro, zostańcie tu. - Spojrzała na dwójkę Toa. - Ja i pozostali będziemy strzec wejścia.

Mala, Vox, Arctica, Rebis i Ragan opuścili halę, podczas gdy Tanith udała się w stronę galeryjki i po chwili znalazła przy pulpicie. Podczas gdy przeczesywała komputer w poszukiwaniu informacji, Hikira i Kernor spoglądali na spoczywające w dole zastępy dronów. Po chwili Toa Błyskawic krzyknęła, wskazując na mechanicznych żołnierzy:

- Hej, jeden z nich się poruszył!

- Co? Który?! - Kernor już dobywał swoich ostrzy, kiedy dobiegł go śmiech Hikiry.

- Wyluzuj, tylko żartowałam.

Kernor mruknął poirytowany, schował ostrza na plecy i skrzyżował ramiona na piersi. Odwrócił głowę, starając się uniknąć świdrującego wzroku Toa Błyskawic, która najwyraźniej uważała całą tę sytuację za niezwykle zabawną.

Po jakimś czasie dobiegł ich głos Tanith:

- Mam złe wieści - powiedziała Toa Wody, nie odrywając wzroku od linijek wyświetlanego tekstu.

- To znaczy? - Kernor zbliżył się do niej. Zaraz potem zjawiła się obok niego Hikira, omal go nie wystraszając.

- Obawiam się, że nawet jeśli zniszczymy te drony tutaj, na niewiele się to zda - odrzekła Tanith, wskazując na holograficzną mapę. - XONOX ma swoje fabryki na kilku innych wyspach, głównie Artidax, Xii, Visorak i paru innych w pobliżu Południowego Kontynentu. Szybko może wezwać posiłki. - Spojrzała na Toa Dźwięku.

- Więc co robimy? - zapytał mężczyzna.

- Musimy zająć się tym, kto odpowiada za to wszystko - Vrexem. Spróbuję poszukać tu, jak dostać się do jego sali - odparła i wróciła do przeczesywania komputerowej bazy danych. Kernor podszedł do barierki i oparł się o nią. Hikira zrobiła to samo.

- Hej, jeden z nich się poruszył! - krzyknęła ponownie.

Kernor prychnął.

- Naprawdę myślisz, że drugi raz się na to nabiorę? - odezwał się.

- Eee… Ale tym razem mówię na serio - odrzekła Toa Błyskawic i wskazała palcem na grupę dronów po lewej stronie pomieszczenia. Faktycznie, gdy Kernor spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegł jakiś ruch. Po chwili cały rząd robotów zaczął przesuwać się do przodu, maszerując w idealnej synchronizacji.

- Pośpiesz się, Tanith - rzucił Toa Dźwięku, czując narastający niepokój. - Musimy się stąd wynosić.

Maszyny uniosły głowę, wbijając swoje spojrzenia w intruzów i wycelowały w ich stronę działa. Po chwili rozległ się dźwięk wystrzału. Hikira i Kernor w porę uchylili się przed pociskami, a te trafiły w ścianę za nimi, pozostawiając w niej osmolony ślad.

- Zdecydowanie musimy się stąd wynosić! - krzyknęła Toa Błyskawic. Ona i Kernor natychmiast zmierzyli w kierunku wyjścia. Tanith jeszcze przez chwilę ślęczała nad pulpitem, po czym dołączyła do pozostałych, po drodze omijając nadlatujące lasery i Rhotuka. Kątem oka dostrzegła, jak drony zmierzają w ich kierunku, pnąc się po metalowych schodach.

Trójka Toa wypadła z pomieszczenia i zatrzasnęła za sobą drzwi.

- Co się stało? - zapytała zaniepokojona Mala.

- No, tak jakby… - zaczęła Hikira. - Obudziliśmy drony.

- Co?! - wykrzyknął Ragan. - Ale mieliście zrobić coś dokładnie przeciwnego!

- Sprawy się skomplikowały - powiedziała Tanith i zaczęła wyjaśniać: - Vrex ma więcej dronów na innych wyspach. Nawet jeśli zniszczymy te tutaj, z łatwością sprowadzi sobie kolejne. Dlatego musimy zająć się nim, jeśli chcemy nie dopuścić do wybuchu wojny.

Toa i Matoranie spojrzeli po sobie. Żadne z nich nie chciało przeżywać drugiej - lub, w niektórych przypadkach - pierwszej wojny. Wreszcie odezwała się Mala:

- Dobrze. Wiesz, jak dostać się do jego sali? - zapytała, zwracając się do Tanith. Ta przytaknęła.

- Parę korytarzy dalej powinna być winda. Chodźcie, zaprowadzę was.

Grupa ruszyła biegiem za Toa Wody i szybko zniknęła za zakrętem. Po chwili z hali produkcyjnej zaczęły wymaszerowywać drony, kierując się po śladach intruzów.

Ich cel był jasny: unicestwić Toa.

***


Dotarcie do celu zajęło im parę minut. Jednych mogło dziwić to, jak dobrze Tanith zna układ korytarzy tej części budynku, jednak nie jest to coś, o czym myślą osoby uciekające przez zastępami mechanicznych zabójców. Będąc przy drzwiach, Tanith nacisnęła przycisk przywołujący windę. Czerwona strzałka w dół poinformowała grupę, że ta już zmierza. Pozostało im tylko czekać.

Toa odwrócili się, wyczekując nadejścia żołnierzy. Po paru chwilach zza zakrętu wyłoniły się postaci dronów i znieruchomiały. Wreszcie jeden z robotów, stojący na przedzie, przemówił zatrważającym, metalicznym głosem:

- Nie ruszać się.

Toa przyjęli bojowe postawy. Ignorując tym samym polecenie dronów, zmusili maszyny do posłania w ich kierunku salwy laserowych pocisków. Będący najbliżej wrogów Vox aktywował swoją Kanohi Hau i utworzył przed sobą i pozostałymi pole siłowe, które zablokowało nadciągające strzały. Toa Dźwięku tkwił tak jeszcze przez parę chwil, aż do przyjazdu windy.

Wreszcie dało się słyszeć dźwięk dzwonka i drzwi za wojownikami rozsunęły się z gracją. Cała ósemka natychmiast wparowała od środka i wydała z siebie głośne westchnienie ulgi, kiedy winda ruszyła do góry.

Ich ciężkim oddechom towarzyszyła relaksująca muzyka.

Hikira powiodła wzrokiem po pozostałych.

- Jak myślicie, kiedy nas zatrzymają? - zapytała.

Nagle muzyka umilkła, a winda stanęła w miejscu.

- Zdaje mi się, że teraz - odparł Vox.

Mala uniosła głowę i dostrzegła przyspawaną klapę w suficie windy.

- Musimy wydostać się na zewnątrz - powiedziała. Stojący obok niej Kernor uśmiechnął się półgębkiem.

- Zajmę się tym - odparł i uwolnił skoncentrowany dźwiękowy strumień, który wystrzelił metalową blokadę w powietrze, jakby była lekka niczym papier. Toa i towarzyszący im Matoranie wspięli się na górę i znaleźli w miejscu, którego widok rozszerzył ich oczy ze zdumienia. Nawet Raganowi trudno było uwierzyć w to, co widzi.

Znajdowali się pośrodku kolumny wind pędzących w górę i w dół, umiejscowionej w centrum olbrzymiego szybu o średnicy parunastu, może nawet kilkudziesięciu bio. Od jego ścian, w miejscach będącymi kolejnymi przystankami, odchodziły w kierunku słupa wind podłużne platformy, które z każdą kolejną pięły się w górę, tworząc tym samym coś w rodzaju schodów biegnących okrężnie ku szczytowi budynku, tak odległego, że z tego miejsca wydawał się dla wojowników zupełnie niewidoczny, podobnie jak spowite w ciemności dno.

- Ktoś ma jakieś pomysły, jak dostać się na górę? - spytała Arctica, unosząc głowę.

- Może będziemy skakać po windach jadących w górę? - zaproponowała Hikira.

- A jeśli tamte też zatrzymają? - wtrącił Kernor.

Tanith objęła wzrokiem pomieszczenie. Platforma znajdująca się na wprost linii jazdy ich windy była może jakieś siedem, osiem bio pod nimi. Przy odrobinie szczęścia może udałoby im się na nią wskoczyć - lub na którąś z pobliskich - i używając kolejnych platform jak schodów dostać się na szczyt budynku.

- Musimy doskoczyć na tamtą platformę - powiedziała, wystawiając palec we wspomnianym kierunku. Nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, odeszła na przeciwległą krawędź windy, zrobiła lekki rozbieg i skoczyła. Wylądowała na platformie i zerknęła w stronę pozostałych. Ci spojrzeli na Malę.

Toa Wody nie powiedziała nic, najwyraźniej uznając to za dobry pomysł, po czym sama poszybowała w kierunku platformy, lekko i delikatnie niczym motyl, i wylądowała jakieś pół bio obok Tanith. Tuż za nią skoczyli Kernor oraz Hikira, którzy zdołali wziąć odpowiedni rozbieg dzięki swoim Maskom Szybkości, a po nich - Arctica, która wspomogła się lodowym podmuchem, wytworzonym z resztek jej mocy, która nie zdążyła się jeszcze w pełni zregenerować.

Vox, Ragan oraz Rebis podeszli do krawędzi. Toa Dźwięku spojrzał na Matoran.

- To kto skacze pierwszy?

Niespodziewanie z otworu w suficie windy wyłoniła się mechaniczna ręka drona, który najwyraźniej musiał chwycić się krawędzi, gdy odjeżdżali, po czym przebił się przez podłogę. Robot momentalnie znalazł się naprzeciw Toa i dwójki Matoran, zagradzając im drogę. Rebis i Ragan schowali się za nogami Voxa, a ten sięgnął po swój oręż, podobnie jak dron, z którego przedramienia wysunęło się błyszczące ostrze. Maszyna i Toa mierzyli się przez chwilę wzrokiem, aż wreszcie robot skoczył w kierunku oponenta. Ten uwolnił w tej samej chwili falę dźwiękową, która odrzuciła drona prosto pod zjeżdżającą z ogromną prędkością windę.

- Miłej drogi. - Vox uśmiechnął się chłodno. Ponownie zbliżył się do krawędzi i rzucił do Matoran: - Jesteście gotowi?

- Tak! - zakrzyknął Rebis.

- Nie, nie, nie, nie, nie… - Ragan nerwowo kręcił głową, spoglądając w dół. - Ni-- Aaaaa! - wrzasnął, gdy Vox wziął jego i Rebisa pod ramiona i skoczył na platformę.

Nagle wszyscy poczuli wstrząs.

- Co się dzieje? - Arctica rozejrzała się wokoło. Szybko zauważyła, że ściany zaczynają się niebezpiecznie do nich przybliżać. A raczej to platformy przybliżały się do ścian, chowając się w nich.

- Nie mogą dać nam chwilę odpocząć? - obruszyła się Hikira. Jakby tego było mało, parę platform niżej, z korytarza wyłonił się ścigający ich szwadron dronów. - No pięknie, tylko tych tu brakowało.

- Na górę, już! - krzyknęła Tanith. Nikt nie miał zamiaru jej nie słuchać.

Cała grupa ruszyła biegiem po platformach, pnąc się ku najwyższemu poziomowi. Drony doganiały ich znacznie szybciej, niż chcieliby tego Toa, choć najgorszą sytuację miał wycieńczony Ragan, biegnący na końcu. W którymś momencie jeden z pocisków robotów trafił go w prawą łydkę. Onu-Matoranin jęknął i upadł, spoglądając jednocześnie z przerażeniem na zbliżające się maszyny. Jeden z dronów wysunął swoje ostrze i już miał ku niemu naskoczyć, kiedy nagle jakiś rozmazany kształt pochwycił Ragana i razem z nim oddalił się na bezpieczną odległość.

- Nie skręć karku - powiedziała Hikira, jednocześnie przyciskając Onu-Matoranina do piersi i posyłając z koniuszków palców serię błyskawic w przeciwnika. Drony nawet się nie zachwiały. Co gorsza, stukot ich metalowych stóp o podłoże z każdą sekundą coraz bardziej docierał do uciekających.

Niespodziewanie Mala zatrzymała się.

Nie odzywając się ani słowem, obróciła się ku nadciągającym dronom i z niezachwianym spokojem wystawiła rękę przed siebie.

- Mala, co ty robisz?! - krzyknęła Tanith.

- Biegnijcie dalej. Macie zadanie do spełnienia - odparła Toa Wody.

- Nie wydurniaj się! Chodź, bo nie zdążysz!

- Nie baw się w Arcticę! - dołączył do niej Kernor. Mala jednak jedynie pokręciła głową i nadal stała w miejscu. Czekała.

- No rusz się! - Tanith już chciała do niej podbiec, lecz powstrzymał ją Kernor, chwytając za ramię. Toa Wody spojrzała na niego. Ten jedynie pokręcił głową i powiedział, że muszą iść dalej. Toa Wody jeszcze przez chwilę wahała się, lecz ostatecznie, choć niechętnie, przyznała mu rację i wraz z nim oddaliła się ku pozostałym. Mala tymczasem czekała.

Wreszcie przymknęła oczy i wystrzeliła wodny strumień - nie, falę - prosto w nadbiegające maszyny. Po zetknięciu ze ścianą wody drony znacznie zwolniły, lecz nie zamierzały się zatrzymywać. Jeden z nich trafił laserem w ramię Mali, a ta jęknęła i odchyliła się lekko do tyłu, po raz pierwszy od początku wyprawy ukazując na twarzy ból. Jednak ani na chwilę nie zaprzestała zalewać przeciwników swoim żywiołem, wystawiła jedynie drugą rękę, by stworzyć jeszcze potężniejszą falę. Platforma wystawała już tylko na jakieś półtora bio, a jej szerokość z każdą sekundą się zmniejszała. Mala wiedziała, że niedługo skończy jej się czas. Napięła wszystkie mięśnie, otworzyła usta w niemym krzyku i wydobyła z siebie całą swoją moc. Drony wreszcie ugięły się pod naporem buchającej wody i stoczyły prosto w mroczną otchłań.

Toa stanęła na krawędzi i spojrzała najpierw na zbliżających się już ku szczytowi kompanom, a potem na ciemną przepaść. Wiedziała, że nie może już dołączyć do pozostałych. Złączyła stopy, wystawiła ręce na boki i przechyliła się do przodu, jeszcze nim platforma całkowicie schowała się w żelaznej ścianie.

Sekundę później opadała już swobodnie, przecinając gorące powietrze.

W kolejnej chwili złapały ją szaro opancerzone ramiona Kernora i Toa Dźwięku, stąpając po ostatnich skrawkach platform, dobiegł razem z nią do pozostałych, czekających już na nich na szczycie.

***


Skakdi-strażnik zwalił się na ziemię, trzymając się za obolałe ramię. Jego kompan posłał pocisk z karabinu w kierunku Toa. Ci, wraz z towarzyszącymi im Matoranami, zdołali przebić się już do ostatniego korytarza na drodze do ich celu - parę bio dalej znajdowały się szerokie, podwójne drzwi, prowadzące do osobistej sali Vrexa. Wojownicy tkwili uwięzieni pośrodku holu pomiędzy dwoma oddziałami Skakdi - jednym broniącym wejścia do pomieszczenia i drugim, który przybył tu za intruzami z zamiarem pojmania ich.

Wśród przybyszów byli ranni - łydka Ragana obficie krwawiła, podobnie z ramieniem Mali, choć ta ze stoickim spokojem nie zwracała na to uwagi. Nie było jednak czasu na opatrywanie ran. Grupa była w środku walki, oraz, co ważniejsze, o krok od swojego celu. Toa wierzyli, że nawet ranni i z wyczerpaną sporą ilością mocy dadzą radę pokonać Vrexa. Ich było sześciu, a Vrex jeden. Ponadto, zdołali pokonać dziesiątki strażników i wszystkie pułapki, jakie lider XONOX-u na nich zastawił. Nie przeszli tego wszystkiego tylko po to, by polegnąć w walce z Matoraninem zakutym w kawałku blachy. Pobudzeni ogniem walki, płonącym teraz w każdym z nich, z każdą chwilą posuwali się coraz bardziej do przodu.

Wreszcie ostatni ze strzegących wejścia Zakazian padł nieprzytomny na ziemię, powalony atakiem Kernora. Droga była wolna.

Wojownicy ruszyli przed siebie. Najpierw Mala, po której nawet mimo ogromnego wysiłku nie było widać zmęczenia, potem Vox i Arctica, a za nimi Kernor, Rebis oraz wciąż trzymająca Ragana w ramionach Hikira. Jeszcze nim wtargnęli do gabinetu Vrexa, obejrzeli się na Tanith.

- Idźcie, ja zajmę się tymi tutaj - rzuciła Toa Wody, odpychając próbujących ich pojmać Skakdi wodnym strumieniem. - No już, poradzę sobie.

Mala skinęła głową i skinęła towarzyszom, by szli dalej. Uwolniwszy strumień energii żywiołu, wojownicy wpadli do sali i zastali w niej…

Pustkę.

Toa i dwójka Matoran, zdumieni, wyszli na środek pomieszczenia i rozejrzeli się dookoła. W ogromnym pokoju, oświetlanym przez szklane panele pełniące rolę ścian, przez które pomału zaczęły wpadać promienie wschodzącego słońca, nie znajdowało się nic - dosłownie nic. Nie było w nim nawet szerokiego biurka, za którym zazwyczaj siedział Vrex. Wszyscy powoli odwrócili się w stronę stojącej w wejściu Tanith. Nie walczyła. Stała rozluźniona, oparta o swoją włócznię, a za nią tkwili uzbrojeni strażnicy. Zimny dreszcz przeszedł Malę po plecach, kiedy dostrzegła błysk w oku swojej dawnej towarzyszki.

- Tanith? - odezwała się. Po raz pierwszy w jej głosie dało się słyszeć niepokój. - Co to ma znaczyć?

Tanith jedynie lekko się uśmiechnęła.

- Wybacz, siostro - odparła chłodno i pstryknęła palcami.

Rozległ się ogłuszający huk eksplozji, a po chwili podłoga w komnacie zaczęła się zapadać. Ostatnie, co zobaczyli w niej obecni to uśmiechająca się wyniośle zdradziecka Toa Wody, a potem wszystko spowiła ciemność, kiedy zaczęli spadać długim tunelem w gęstniejący mrok.

Rozdział 7Edytuj

Grupka kilku Matoran ogrzewała dłonie przy płomieniach ogniska, niestrudzenie wesoło tańczących nawet mimo panującego chłodu. Toa pod wodzą Auerieusa i Hserga udało się zgromadzić już większą część mieszkańców Drugiego i Trzeciego Dystryktu Artas Nui. Wśród nich był również Purrik, który nieustannie wypatrywał okazji do kradzieży czegoś wartościowego. Oczywiście, nie łatwo jest kraść, kiedy cały czas obserwuje cię Toa.

A przynajmniej gdy sprawia wrażenie, że cię obserwuje. Toa Hserg również siedział przy ognisku, oparty o ścianę, raz po raz zerkając kątem oka w kierunku Le-Matoranina, jednak jego myśli błądziły gdzie indziej. Martwił się o Hikirę. Ona i pozostali wciąż nie dawali żadnych oznak życia, a zaczynało już świtać. Oczywiście Hserg wiedział, że nie powinien się tak bardzo tym przejmować. W końcu mieli do wykonania ważne zadanie, z pewnością wymagające czasu. Ale nie mógł nic na to poradzić. Po prostu się martwił.

Z rozmyślań wyrwał go głos Khrusska, nawołującego:

- Gryzki! Gryzki rozdaję! - Zauważywszy Toa Ognia, natychmiast podszedł do niego z tacą, na której leżało coś w rodzaju mięsnych ciastek, o ile w ogóle można było tak to nazwać. - O, cześć, Hserg! Nie chcesz spróbować moich gryzek? Sam przyrządzałem!

- Gryzek? - Mężczyzna uniósł brew.

- No, nie mów, że o nich nie słyszałeś - odparł Skakdi. - To przysmak mojej kuchni.

- Słyszałem - powiedział Toa Ognia. - Słyszałem też, że dodajesz do nich substancji uzależniających. - Posłał Zakazianinowi ciężkie spojrzenie.

Khrussk wyszczerzył się krzywo. Trudno było cokolwiek wyczytać z jego uśmiechu.

- Och, czy zrobiłbym to takiemu Toa, jak ty?

- Z pewnością - odrzekł Hserg, po czym i on się uśmiechnął. - Daj jednego. - Sięgnął po przysmak Skakdi, chcąc czymś się zająć, by choć na chwilę zapomnieć o dręczących go zmartwieniach.

Nagle w pomieszczeniu zjawił się Auerieus. Wodził wzrokiem po sali, aż wreszcie jego oczy zatrzymały się na Toa Ognia. Był niespokojny.

- Chodź ze mną, Hserg - powiedział. - Musisz coś zobaczyć.

Wojownik skinął głową i zwrócił się do Khrusska:

- Będziesz miał oko na pozostałych?

- Się wie, szefie! - odparł Skakdi, szczerząc zębiska.

Auerieus zaprowadził Hserga na dach najwyższego wieżowca Szóstego Dystryktu. Mieli stąd dobry widok na wybrzeże sąsiednich części miasta. To właśnie w kierunku jednego z nich spoglądali teraz Toa. Nieopodal brzegu wojownik w czerwonej zbroi zauważył jakiś ruch. Po dokładniejszym przyjrzeniu się, w coraz jaśniejszych promieniach wschodzącego słońca dostrzegł kilkadziesiąt smukłych postaci w metalicznych, opływowych zbrojach, wkraczające do miasta. Zamarł.

Powoli przeniósł wzrok na Toa Plazmy.

- Wiesz, co to oznacza, Hserg? - odezwał się Auerieus.

Toa Ognia nie odpowiedział nic.

- Obawiam się - mówił dalej Auerieus - że na Artas Nui właśnie zaczęła się kolejna wojna.

***

Rebisowi wydawało się, że spadał całą wieczność. Wciąż spadał, spadał i spadał, przecinając coraz wilgotniejsze powietrze. Wreszcie z pluskiem wpadł do wody i szybko poczuł, że opada na dno. Zaczął szamotać się, próbując wypłynąć na powierzchnię, lecz jego mięśnie były zbyt zesztywniałe ze strachu i zamiast podnosić się, opadał jeszcze niżej. Nagle poczuł, jak coś łapie go za nogę. Krzyknął, przerażony. Potem uświadomił sobie, że jest pod wodą i nie może krzyczeć. Zaczął się dusić i jeszcze mocniej szamotać, a co za tym idzie - jeszcze bardziej opadać na dno. Po chwili jednak uświadomił sobie, że to, co złapało go za nogę, nie pociąga go w dół, a wręcz przeciwnie - w górę. Nie minęło kilka sekund, a Ta-Matoranin wynurzył się z głowy i ujrzał przed sobą maskę Toa Hikiry.

Moment potem leżał już na ziemi, wdychając łapczywie powietrze. Wreszcie pomału podniósł głowę i rozejrzał się dookoła.

On i Toa Błyskawic znajdowali się w jakiejś olbrzymiej jaskini, spowitej ciemnością rozpraszaną jedynie przez żółtawy blask kilku Kamieni Świetlnych. Po dokładniejszym przyjrzeniu się, Rebis zauważył również, że ściany jaskini nie są, jak mogłoby się wydawać, z kamienia, a z pordzewiałego metalu obrośniętego skałą. Ponadto, ziemia, na której leżał, wcale nie była ziemią, a tak samo pordzewiałym kawałkiem metalu wystającym lekko z wody. W niektórych jego szczelinach rosły niewielkie, brudnozielone rośliny o długich liściach. W paru miejscach dało się dostrzec zwisające, iskrzące kable, wystające z wody ostre pręty czy stosy powykręcanych belek.

- Spokojnie, znalazłam go! - krzyknęła Hikira. Po chwili zjawili się przy niej Mala, Arctica oraz, ku uldze Rebisa, Ragan. Kuśtykał.

- Czy ktoś może mi wyjaśnić, co przed chwilą się stało? - zapytała Toa Lodu. W jej głosie dało się słyszeć irytację wymieszaną z niepokojem.

- Właśnie spadliśmy kilkaset bio w dół do jakiejś ponurej groty - dobiegł ich czyjś głos. Wszyscy odwrócili głowy w tamtym kierunku i ujrzeli Voxa wyłaniającego się z wody. Toa Dźwięku otrząsnął się i podszedł do pozostałych. - Mamy szczęście, że żyjemy.

Hikira odwróciła głowę i po chwili dostrzegła coś, przez co zamarła.

- Obawiam się, że nie wszyscy z nas mieli tyle szczęścia… - powiedziała i wystawiła palec przed siebie.

Pozostali spojrzeli w tamtą stronę i ujrzeli martwe ciało Kernora, przebite na wylot przez olbrzymi, ostro zakończony żelazny pręt, wystający ponad taflę wody. Niespodziewanie przeszedł ich dziwny chłód.

- Ta wiedźma Tanith… - Toa Błyskawic zacisnęła pięści w gniewie. - Zapłaci za to.

Mala położyła jej dłoń na ramieniu.

- Nie dajmy się zawładnąć gniewowi - rzekła. - To właśnie nim kierują się nasi wrogowie. I to właśnie dlatego my jesteśmy od nich silniejsi.

- Jakoś nie wygląda na to, żebyśmy byli od nich silniejsi… - mruknął Vox.

- Wciąż żyjemy - odparła Mala. - Los postanowił dać nam drugą szansę. Nie powinnyśmy jej marnować.

- Ale co takiego możemy zrobić? - zapytał Rebis. Po raz pierwszy w jego głosie dało się słyszeć strach. - Nie wiemy nawet, gdzie jesteśmy!

Mala zerknęła na Ragana.

- Poznajesz to miejsce?

Onu-Matoranin nic nie odpowiedział. Cały czas wodził wzrokiem po całej jaskini, z każdą sekundą coraz bardziej otwierając usta ze zdumienia.

Wreszcie odparł:

- Tak, ja… Pracowałem tu… To jeden z najniższych poziomów Archiwów, ale… - zamilkł na moment. - To wcześniej tak nie wyglądało…

- Widać cały budżet Vrex przeznaczył na produkcję tych przeklętych dronów - mruknęła Arctica - a nie na domowe porządki.

- Jak głęboko jesteśmy? - zapytała Mala.

Hikira nałożyła naelektryzowaną strzałę na cięciwę i wystrzeliła ją w górę. Ta sunęła ku szczytowi, rozświetlając mrok, aż wreszcie całkiem zniknęła im z oczu.

- Całkiem głęboko - skwitowała.

- Dlaczego Tanith nas zdradziła? - odezwała się nagle Arctica.

Toa Wody westchnęła cicho.

- Najwyraźniej mrok, który dostrzegłam w jej sercu, był silniejszy, niż podejrzewałam - powiedziała.

- Nie mogłaś tego przewidzieć? - spytała biała Toa. - Mówiłaś, że nawiązałaś z nią to całe… mentalne połączenie.

- Nawiązałam. - Mala skinęła głową. - Ale są pewne części umysłu, do których nie można dotrzeć. Zwłaszcza, jeśli jest on chroniony.

Arctica zamrugała.

- To w ogóle możliwe? Ochronić umysł przed dostępem z zewnątrz?

Toa Wody ponownie przytaknęła.

- Przy odpowiednim wytrenowaniu umysłu, tak - odrzekła. - Lecz wymaga to wielu lat ćwiczeń. Nie sądziłam, że ktoś o tak… niestabilnym umyśle, jak Tanith, zdoła nauczyć się tej umiejętności… - Westchnęła. - Jak widać nie doceniłam jej. Wszyscy jej nie doceniliśmy. To błąd, którego nie możemy popełnić w przyszłości.

- Więc… Co teraz? - odezwał się Vox.

- Teraz - powiedziała Mala - musimy znaleźć wyjście z tego miejsca.

Hikira zerknęła na Ragana.

- Stąd w ogóle jest jakieś wyjście? - zapytała.

- Nie przypominam sobie, żeby było… - odparł niepewnie Matoranin. - Ale… z drugiej strony… to miejsce potwornie się zmieniło, odkąd ostatni raz je widziałem. Więc… niczego nie mogę być pewny.

Toa Błyskawic zerknęła na Malę z zamiarem zapytania, czy ta ma jakiś pomysł. Niebieska Toa jednak spoglądała na ziejący ciemnością podziemny tunel.

- Ta woda nie wzięła się tu znikąd - rzekła Mala. - Jeśli ona znalazła wejście, my również znajdziemy wyjście. - Spojrzała na pozostałych. - Ruszajmy.

Grupa podążyła jej śladem, zagłębiając się w mroczne korytarze Archiwów. Żadne z nich nie wiedziało, co może ich czekać po drodze, lecz wszyscy liczyli, że wyjdą z podziemi bez szwanku.

Stracili już jednego kompana. Nie zamierzali tracić nikogo więcej.

***


Vrex odsunął się od stołu i przyjrzał swojemu dziełu. Jego poboczny projekt był już prawie skończony. Teraz, podczas nieobecności Tanith, miał mnóstwo czasu, by się nim zająć. Ach, jak dobrze było powrócić do starych kreacji, nieudanych i porzuconych z powodu błędów wynikających z braku doświadczenia i odpowiedniej wiedzy w przeszłości. Teraz Vrex miał doświadczenie i odpowiednią wiedzę - głównie za sprawą pracy na dronami - i mógł wreszcie stworzyć to, czego nie dawał rady przed laty. Tak, powrót do tego projektu był zdecydowanie dobrym pomysłem.

Jeszcze parę dni i Soundrone będzie gotów.

Nagle drzwi do jego laboratorium rozsunęły się i do środka wkroczyła Tanith. Vrex spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem.

- Wtargnięcie do mojej fabryki, uszkodzenie wyposażenia i zranienie personelu - odezwał się. - Masz pojęcie, ile to będzie mnie kosztować?

- Bez obaw, Vrex - odrzekła Toa Wody, całkiem spokojnie. - Wynagrodzę ci to.

- Gdzie pozostali Toa?

- Och - odparła Tanith. - Nie będziesz się już musiał nimi przejmować.

- Pozbyłaś się ich?

Przytaknęła.

- Czyli, reasumując - mówił dalej Vrex - zrobiłaś coś, do czego stworzeni zostali nasi żołnierze… jeszcze zanim ruszyli do podboju?

W odpowiedzi Tanith westchnęła ciężko.

- Nie rozumiesz - powiedziała. - Musiałam się jej pozbyć. Kiedy tylko zjawiła się na wyspie.

- Osobista zemsta, hm? - mruknął mężczyzna. Toa Wody ponownie przytaknęła. - Nie mogłaś po prostu użyć do tego dronów, zamiast narażając mnie na zniszczenia?

Pokręciła głową, zaprzeczając.

- Chciałam, by mi zaufała, Vrex - odparła. - A potem ujrzeć zdumienie i strach w jej oczach. Zasłużyłam na ten widok, po tych wszystkich latach, które spędziłam razem z nią.

- A pozostali Toa? Czym oni ci zawinili?

- Och, to nic takiego. - Kobieta uśmiechnęła się. - Po prostu chciałam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Onu-Matoranin zmarszczył brwi.

- Twoje zachowanie jest… nielogiczne - powiedział.

Tanith parsknęła śmiechem.

- Nie nazywaj wszystkiego, czego nie potrafisz zrozumieć, nielogicznym, Vrex - rzekła. - Nie masz pojęcia, jak działa umysł kobiety. I dlatego nigdy nie będziesz żadnej miał. - Posłała mu znaczące spojrzenie.

Mężczyzna puścił tę uwagę mimo uszu.

- Odchodząc od tematu - odezwała się po chwili Tanith. - Czy inwazja już się rozpoczęła? Musiałam szybko opuścić wyspę, nie miałam czasu się rozejrzeć.

Tym razem to Vrex się uśmiechnął.

- Pozwól, że ci pokażę, wasza wysokość.

Oboje opuścili podziemia. Onu-Matoranin zaprowadził ją na jeden z pałacowych balkonów, z widokiem na miasto. W poszczególnych miejscach metropolii pięły się ku niebu czarne kłęby dymu - i nie był to dym, jaki zwykle wypluwała z siebie fabryka Vrexa. Ten oznaczał tylko jedno. Budynki płonęły.

- Jak zapewne widzisz - oznajmił mężczyzna - wszystko przebiega zgodnie z planem.

Tanith z przejęciem oparła dłonie o balustradę. W jej oczach dało się dostrzec błysk podniecenia, kiedy spoglądała na chylące się ku upadkowi Nieugięte Miasto. Nie miała jednak przed oczami Artas Nui - miała królestwo, którym już wkrótce będzie władać. Zacisnęła mocniej palce na balustradzie, czując nagły przypływ ekscytacji.

Po chwili zaczęła się śmiać.

Vrex bez słowa opuścił ją i udał się do podziemi. Tanith tymczasem została na balkonie, wciąż wpatrując się w metropolię.

Z każdą sekundą zanosiła się coraz bardziej szaleńczym śmiechem.

***


Wędrowali już dobre trzy godziny - albo i dłużej, pod ziemią traciło się poczucie czasu. Wyjścia wciąż nie było widać, jednak płynąca woda, wzdłuż której szli, dawała im nadzieję, że w końcu do niego dotrą. Im bardziej zagłębiali się w Archiwa, w tym bardziej opłakanym stanie one były. Coraz częściej napotykali gołe szkielety mechanicznych instalacji, porośnięte mchem i bujną roślinnością. Niektóre z nich wyglądały naprawdę przerażająco w słabym blasku Kamieni Świetlnych, które Toa wzięli ze sobą.

Bardziej przerażający był jednak fakt, że po drodze nie spotkali ani jednego z archiwalnych projektów. Archiwa były miejscem, do którego trafiały wszystkie nieudane i porzucone maszyny Vrexa, a fakt, że do tej pory nie natknęli się na ani jedną z nich, mógł oznaczać dwie rzeczy - albo natura całkowicie je zdominowała i leżały teraz gdzieś w mroku obrośnięte pnączami, lub - co było zdecydowanie tą gorszą możliwością - wciąż działające wydostały się na wolność i błądziły teraz podziemnymi tunelami z niewiadomymi zamiarami w głowie.

Najgorszą sytuację miał Vox, którego wyostrzony słuch wyłapywał wszystkie odległe i niepokojące odgłosy. Mężczyzna nie wiedział, co je wydaje i, mówiąc szczerze, nie miał ochoty się tego dowiadywać. Natomiast Arctica pod pewnymi aspektami czuła się tu całkiem dobrze - w Archiwach panował lekki chłód, co dziewczyna znacznie wolała od przytłaczającego gorąca korytarzy kwatery Vrexa. Co jakiś czas Toa Lodu zrywała rosnące przy brzegu podziemnej rzeki rośliny, by przygotować leczniczą maść dla Mali oraz Ragana, który przez cały czas był noszony na plecach przez Hikirę, sprawiając wrażenie wielkiego, czarnego plecaka.

Większość drogi pokonali w dołującej ciszy. Nawet Hikira nie nuciła żadnej ze swoich piosenek. Wszyscy wciąż mieli przed oczami martwego Kernora - towarzysza, z którym rozmawiali jeszcze parę godzin temu. Jego śmierć wprawiła wszystkich w przygnębienie, które nie zamierzało jeszcze odpuszczać. W końcu jednak Vox odezwał się:

- Co zrobimy, kiedy w końcu wydostaniemy się z tych podziemi?

Mala, idąca na przedzie, odparła:

- Jeśli to, co mówiła Tanith - to, że Vrex posiada więcej żołnierzy na innych wyspach - jest prawdą…

- To jest prawdą - wtrąciła Hikira. - Widziałam mapę.

Toa Wody pokiwała głową.

- W takim razie musimy dotrzeć do Vrexa i rozprawić się z nim - powiedziała. - Z nim oraz z Tanith.

- Potrafisz ją namierzyć? - spytał Vox. - Tym całym… mentalnym połączeniem?

W odpowiedzi Mala zamknęła oczy i skupiła się. Próbowała dosięgnąć umysłu Tanith, lecz niespodziewanie zastała pustkę. Otworzyła oczy i spojrzała na Toa Dźwięku, po czym odparła:

- Wygląda na to, że Tanith postanowiła przerwać łączącą nas więź.

- Więc co teraz? - zapytała Arctica, idąca obok Voxa. - Jak ją znajdziemy?

Mala uśmiechnęła się.

- Raz powstałego połączenia nie jest tak łatwo zerwać - oznajmiła. - Wciąż pozostają przetarte szlaki, którymi nasze umysły komunikowały się między sobą. Tanith mogła próbować je zamaskować, lecz nie jest w stanie całkowicie się ich pozbyć. To pozostawia szansę, że po odpowiednio wielu próbach ponownie uda się sięgnąć jej umysłu.

Vox pokiwał głową i wydął usta. Wszystko to, co powiedziała przed chwilą Toa Wody wydawało mu się cholernie nieracjonalne, lecz z drugiej strony przynajmniej było to jakieś rozwiązanie. Nagle gdzieś w oddali usłyszał niepokojący odgłos, jednak zignorował to.

- To… mentalne połączenie - odezwała się nagle Arctica. - Każdy Toa może je nawiązać?

Mala przytaknęła.

- Nawet z kimś, kto jest od niego daleko?

- To wymaga dodatkowego treningu - odparła Toa Wody. - Ale nie jest niemożliwe.

Arctica zamyśliła się. Gdyby udało jej się nawiązać takie połączenie z Nero… Może wreszcie udałoby się jej go odnaleźć.

Vox również się zamyślił. Jak bardzo łatwiejsze wszystko by się stało, gdyby utworzył taką więź z Zaldiarem… Dźwięk, który usłyszał wcześniej, zaczął się nasilać. Voxowi zdawało się, że dobiega z bocznej odnogi tunelu, do której właśnie się zbliżali, lecz wciąż nie zwracał na to szczególnej uwagi.

- Na czym dokładnie polega ten trening? - mówiła dalej Arctica.

- Oczyszczanie umysłu - wyjaśniła Mala. - Pozbywszy się negatywnych emocji stojących mu na drodze, nasz umysł jest w stanie dosięgnąć nawet najbardziej odległych celów.

Vox prychnął.

- I doświadczać popapranych wizji - mruknął.

- Niektóre wizje mogą być pozbawione logicznego sensu, fakt - odparła Toa Wody. - Lecz gdyby nie one, nie wiedzielibyśmy o nadciągającym niebezpieczeństwie i nie zdążylibyśmy ostrzec pozostałych.

Vox zasępił się.

- Wybacz - powiedział. - Po prostu nie mam zbyt przyjemnego doświadczenia z wizjami.

Analizując słowa niebieskiej Toa, Arctica zamrugała, uświadomiwszy coś sobie.

- To wizja kazała ci wrócić na Artas Nui? - zapytała.

W odpowiedzi Mala przytaknęła.

- Kilka miesięcy temu ujrzałam we śnie Artas Nui pogrążone w szalejących morskich falach podczas sztormu. Wiedziałam, że coś mu grozi. I wiedziałam, że muszę się tam udać z ostrzeżeniem. Jeśli moja wizja nie sprawdziłaby się, nie straciłabym niczego. Gdyby jednak okazała się prawdą, jej konsekwencje byłyby ogromne - zbyt ogromne. Dlatego nie mogłam jej zignorować.

Toa Lodu już otwierała usta, by powiedzieć coś jeszcze, lecz nagle Vox rzucił:

- Stójcie.

Wszyscy przystanęli i zaczęli rozglądać się dookoła. Po ich prawej stronie znajdowała się spowita ciemnością boczna odnoga jaskini, ta sama, z której dotarł do Voxa podejrzany dźwięk. Oczywiście, inni nie mogli go usłyszeć - jedynie wyostrzony słuch Toa Dźwięku dawał radę go wyłapać. Vox sięgnął po Dźwiękowe Ostrze i zaczął nasłuchiwać. Coś jakby ciche warczenie. Po dłuższym przyglądaniu się, mężczyzna dostrzegł w mroku parą słabo świecących, czerwonych ślepi.

- Tam coś jest - oznajmił. Pozostali Toa i Matoranie spojrzeli po sobie.

- Może któryś z eksponatów wreszcie zechciał się pokazać? - powiedziała Hikira.

- Może nie powinnyśmy zwracać na to uwagi - odezwał się Ragan. - Idźmy dalej, może nas nie zaatakuje…

Vox jednak nie słuchał go i powoli zbliżał się ku mrocznej jamie. Niespodziewanie bestia ruszyła się. Na ułamek sekundy przed oczami Toa Dźwięku mignęła wilcza maska, a zaraz potem został powalony na ziemię przez czworonożne cielsko.

Silnym kopnięciem zrzucił z siebie napastnika i podniósł się. Potwór potoczył się po ziemi, ale chwilę potem przykucnął, gotowy do ataku. Zawarczał cicho, po czym skoczył na mężczyznę. Toa był już na to gotowy i zamachnął się ostrzem, trafiając w locie w metalowe ciało. Dziki skowyt zagrzmiał mu w głowie niczym mosiężny dzwon, na szczęście jednak bestia uderzyła o skałę i padła na ziemię. Zamroczona, podniosła się na cztery łapy i potrząsnęła głową. Stwór próbował zrobić krok do przodu, ale zachwiał się, tracąc równowagę.

Vox ruszył na niego. Niespodziewanie bestia odzyskała siły i podniosła się, obnażając stalowe kły. W jej oku dało się dostrzec dziwny błysk, który zmroził Toa Dźwięku krew w żyłach. Vox zawahał się na moment i to wystarczyło, by potwór przygniótł go do ziemi swoim ciężarem. Przeciwnik już miał zatopić w jego szyi swoje kły, kiedy nagle został trafiony kulistym piorunem i przeleciał na drugą stronę rzeki. Zatrzymał się tuż nad wodą i sekundę potem ta jakby ożyła, chwytając go w swoje ramiona i ciskając o ścianę na przeciwnym brzegu. Bestia otrząsnęła się i już miała zaatakować, kiedy nagle została zamrożona po dotknięciu Mroźnym Ostrzem Arctici. Toa Lodu szybkim ruchem cięła w unieruchomione ciało, oddzielając jego głowę od reszty.

- Co to było?! - jęknął przerażony Rebis, odzywając się po raz pierwszy od paru godzin.

- To chyba jakiś Rahi - odparła Hikira. - Spotkaliśmy takiego, kiedy szliśmy kanałami.

Vox wpatrywał się z oszołomieniem w obumarłe ciało bestii. Spoglądał na jej przeciętą szyję, z której, zamiast krwi, wylatywały iskry.

- Wydaje mi się, że to nie był Rahi… - powiedział.

Pozostali przenieśli wzrok najpierw na niego, potem na napastnika, i zrozumieli. Hikira objęła wszystkich wzrokiem.

- Wiecie - odezwała się - chyba przydałby nam się postój.

***


Paręnaście bio dalej znaleźli niewielką jaskinię, nadającą się na przenocowanie, i rozpalili w niej ognisko. Płomienie rzucały przyjemny, żółtawy blask na ściany groty, rozświetlając ją dużo lepiej niż Kamienie Świetlne, co sprawiało, że Toa i Matoranie - a zwłaszcza Matoranie - czuli się w niej nieco bezpieczniej.

Arctica siedziała ze skrzyżowanymi nogami przy ognisku, trzymając w ręku znaleziony wcześniej kawałek metalu kształtem nadający się na miskę i mieszała sok wyciśnięty z liści zerwanych przez nią roślin z krystalicznie czystą wodą, powstałą z wytworzonych przez nią lodowych odłamków, stopionych przez ogień. Kiedy skończyła, podeszła do Ragana, siedzące pod ścianą z wysuniętą zranioną nogą i uklękła przy nim. Odstawiła miskę na bok, przyjrzała się ranie i skrzywiła się lekko. Zerknęła na Matoranina.

- To co, gotów? - spytała. Ragan tylko pokiwał głową.

Najpierw schłodziła ranę, okładając ją lodowymi odłamkami, a następnie wchłonęła ich zimno, przeistaczając je w wodę, którą przemyła obrażenie. Następnie polała je leczniczą substancją i zaczęła wcierać ją w łydkę Ragana delikatnymi, lecz zdecydowanymi ruchami.

Ragan odczuwał przy tym ogromny ból, lecz zacisnął zęby i starał się go nie okazywać. Nie przy Arctice. Niestety jednak, ból zbyt mocno dawał się we znaki i wszelkie próby jego zamaskowania kończyły się tym, że na twarzy Onu-Matoranina raz po raz pojawiały się dziwne grymasy.

Arctica, widząc to, zapytała:

- Boli?

- Nie, ani trochę - odparł Ragan, starając się sprawiać wrażenie twardego. - Nic nie czuję.

Toa Lodu uniosła brew.

- To znaczy, że wszystkie nerwy w nodze ci obumarły i trzeba będzie ją amputować - powiedziała śmiertelnie poważnym tonem.

Ragan zamarł. Arctica po chwili uśmiechnęła się z lekka.

- To naturalne, że odczuwasz ból - rzekła. - Każdy z nas go odczuwa. Nie musisz tego ukrywać.

Onu-Matoranin westchnął ciężko i oparł głowę o ścianę. Miał ochotę zapaść się pod ziemię.

- Sok z tych roślin ma lecznicze właściwości - mówiła dalej Toa Lodu, ponownie polewając ranę. - Jest często wykorzystywany, bo jego źródło jest dość łatwo dostępne. Te rośliny mogą się rozwijać w praktycznie każdej glebie, ich jedynym wymogiem jest bliskość wody. Oczywiście, nie jest to najlepsza lecznicza substancja na świecie, ale nie mamy lepszej alternatywy. Jednak myślę, że to powinno wystarczyć. Możesz być spokojny.

Ragan tylko pokiwał głową. Wciąż czuł się nieswojo.

Po chwili Arctica sięgnęła po znaleziony wcześniej skrawek materiału i owinęła go wokół golenia Onu-Matoranina, zawiązując opatrunek.

- No - powiedziała z satysfakcją, oceniając swoją pracę. - Gotowe. Na razie będziesz musiał unikać chodzenia, ale za parę dni wszystko powinno się zagoić.

Ragan ponownie skinął głową, w podzięce. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz Arctica zdążyła już odwrócić się i odejść w kierunku siedzącej w przeciwległym kącie jaskini Mali. Westchnął.

- Coś ty taki ponury? - zapytała Hikira, do tej pory siedząca nad brzegiem podziemnego strumienia i rysująca kółka na wodzie.

Matoranin westchnął. Ponownie.

- Po prostu… - zaczął. - Chciałbym, że zwracała na mnie większą uwagę - powiedział, spoglądając na Arcticę.

- Przecież opatrzyła ci ranę - zauważyła Hikira.

- Nie o to chodzi - odparł Ragan. - Wolałbym, żeby traktowała mnie, jak równego sobie. Jak… przyjaciela.

Hikira zaśmiała się cicho.

- Nie tak łatwo jest uczynić kogoś takiego jak ona swoim przyjacielem. Ale spokojnie. - Usiadła obok niego i przeciągnęła się. - Na pewno cię docenia. Wszyscy cię doceniamy. Spisałeś się, twardzielu. - Szturchnęła go. Ragan tylko lekko się uśmiechnął, masując ramię.

***


Toa Lodu podeszła do Mali, siedzącej nad brzegiem z rękami w wodzie, regenerującą swoją moc. Nieopodal niej siedział Vox, opierając jedną rękę o kolano i wpatrując się w ciemność. Arctica zaproponowała Toa Wody, że opatrzy jej ranę, ta jednak tylko pokręciła głową.

- Doceniam twoją chęć pomocy, ale jej nie potrzebuję - odparła spokojnym głosem. - Czas najlepiej goi rany.

Arctica wydęła usta i wzruszyła ramionami.

- Skoro tak uważasz… - powiedziała i spojrzała na Voxa, przez cały czas spoglądającego w mrok. - Co mu się stało? - zapytała, zerkając na Malę.

- Od czasu walki z bestią pogrążony jest w zadumie - odrzekła Toa Wody. - Musiał zobaczyć coś, co zmusiło go do rozmyślań.

Arctica zrobiła zatroskaną minę.

- Hej, Vox! - krzyknęła. - Wszystko w porządku?

Toa Dźwięku otrząsnął się. Zerknął kątem oka na dziewczynę i powiedział:

- To nic takiego. Po prostu muszę trochę odetchnąć. W ciszy. - Po tych słowach wstał i odszedł wolnym krokiem w ciemność. Arctica odprowadziła go wzrokiem. Już miała za nim iść, kiedy powstrzymało ją przed tym ramię Mali.

Toa Lodu spojrzała na nią pytająco. Ta pokręciła głową.

- Pozwól mu odejść - rzekła. - Cisza najlepiej wysłuchuje wszystkich problemów.

Arctica odtrąciła jej rękę.

- Ale nie potrafi pomóc - odparła i ruszyła za Voxem. Mala jeszcze przez chwilę wpatrywała się w nią, dopóki i ona całkiem nie zniknęła w ciemności.

Po jakimś czasie Rebis, który do tej pory chodził w tę i z powrotem ze spuszczoną głową, usiadł nieopodal Toa Wody i wypuścił głośno powietrze. Mala uśmiechnęła się ciepło.

- Niespodziewanym jest dla mnie ujrzenie zatroskanej miny u tak odważnego Matoranina - powiedziała.

- Nigdy nie byłem odważny - odparł Rebis przygnębionym tonem. - Po prostu nigdy nie miałem okazji czuć strachu. Prawdziwego strachu. Teraz, kiedy tu spadaliśmy… Kiedy byłem o włos od śmierci… Ja… ja… - Na moment głos zaczął mu się łamać. - Ja się bałem. Po raz pierwszy w życiu naprawdę się bałem. I nie chcę tego robić już nigdy więcej. - Uderzył pięścią o ziemię z rezygnacją. - Jak ktokolwiek może mnie nazwać odważnym, skoro się boję?!

Mala uklękła przy nim i położyła dłoń na ramieniu.

- Odważnego poznaje się nie po tym, że nie odczuwa strachu - powiedziała - a po tym, jak sobie z nim radzi.

Rebis prychnął.

- Tobie łatwo tak mówić - burknął. - Ty się nie boisz.

- Boję się - odparła Mala. - Cały czas się boję. Że plan Tanith się powiedzie. Że stracimy wyspę. Że nie znajdziemy wyjścia z tych podziemi…

- Bo nie znajdziemy - przerwał jej Rebis.

- …ale mimo to nie pozwalam, by to strach wziął nade mną górę. I wierzę, że wszystko nam się uda. Że stąd wyjdziemy. - Spojrzała mu w oczy. - Ty też powinieneś.

Ta-Matoranin odwrócił wzrok. Bał się. Potwornie się bał, jak nigdy dotąd. Bał się, że nigdy nie znajdą wyjścia z tych przeklętych Archiwów i zostaną w nich na zawsze. Albo zostaną zabici, nim zdołają się stąd wydostać. Nie chciał tak skończyć.

Ale może wcale nie musiał. Może wystarczyło uwierzyć, że wszystko będzie dobrze, tak jak Mala.

Podniósł głowę i ponownie spojrzał na Toa Wody.

- Zaufaj mi - rzekła. - Z nami nie musisz się niczego lękać. Jesteśmy tu, by cię bronić.

- Ale jeśli…

Położyła mu drugą dłoń na ramieniu.

- Nie zastanawiaj się, co będzie „jeśli” - mówiła dalej. - Nie dopuszczaj do siebie zwątpień. To one nas ograniczają.

Matoranin wbił spojrzenie w ziemię. Po chwili jednak uśmiechnął się.

- Dobrze - powiedział. - Spróbuję.

Mala odwzajemniła uśmiech.

***


Znalazła go paręnaście bio dalej. Siedział pod ścianą jaskini, ledwo widoczny w cieniu, opierając dłonie o kolana. Kiedy do niego podeszła, podniósł głowę, patrząc na nią swoimi zielonymi, przebijającymi mrok oczami.

- Co się stało? - zapytała Arctica. Vox westchnął.

- Nie zrozumiesz.

- Daj mi spróbować - odparła. Mężczyzna ponownie westchnął.

- Zaldiar - powiedział wreszcie. - Miał na tej wyspie drużynę. Jej członkowie zostali zamordowani przez metalowe bestie. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Jedna z tych bestii mnie dziś zaatakowała.

Toa Lodu uklękła przy nim.

- Nie wiesz tego na pewno.

- Wiem - odrzekł Vox. - Widziałem to w jej oczach, Arctica. Zupełnie tak, jakby wiedziała, kim jestem. Zupełnie tak, jakby mówiła: „Tak, zabiłam ich wszystkich. A teraz zabiję ciebie”.

Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć. Kiedy w końcu już otwierała usta, Toa Dźwięku przerwał jej:

- Wybacz, Arctica, ale przyszedłem tu, bo potrzebuję to wszystko przemyśleć. Sam. - Odwrócił głowę i zaczął wpatrywać się w jakiś odległy punkt. Toa Lodu spuściła wzrok, ale nie odeszła.

- Domyślam się, że musi ci być ciężko - odparła po chwili. - Ale nie możesz się w sobie zamykać. To nie jest dobre rozwiązanie. - Chwyciła go za maskę i obróciła głowę tak, by na nią patrzył. - Zaufaj mi. Wiem coś o tym.

Vox wypuścił głośno powietrze.

- Jest jeszcze coś - rzekł. - Mówiłem ci, że kiedy przemieniłem się w Toa, miałem wizję, w której Zaldiar kazał mi przybyć na tę wyspę. - Zerknął na Arcticę. Ta przytaknęła. - To nie jedyne, co wtedy zobaczyłem. Widziałem jeszcze siebie w kolczastej zbroi, na czele armii jakichś dziwnych, metalicznych istot. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale teraz, po tym wszystkim, wydaje mi się, że te istoty… to były drony. - Posłał towarzyszce śmiertelnie poważne spojrzenie. - I… że widziałem wtedy przyszłość.

Dziewczyna zamrugała.

- W wizjach widzimy różne dziwne rzeczy. Nie powinnyśmy im ufać w stu procentach. Sam to stwierdziłeś.

Pokręcił głową.

- Nie - odparł. - To musiała być przyszłość. Jestem tego pewien.

Arctica nachyliła się nad nim.

- Dobrze więc - zaczęła. - A czy ta… przyszłość, którą widziałeś… była dobra, czy zła?

Vox westchnął.

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem - stwierdził. - Nie wiem już, co jest dobre, a co złe. Ani co rzeczywiście się wydarzy.

Toa Lodu uśmiechnęła się z lekka.

- Właśnie opisałeś, jak to jest żyć - powiedziała. Vox również się uśmiechnął, ponuro. - Nie martw się. Cokolwiek by się nie stało, masz nas. No, a przynajmniej mnie. - Wstała i wyciągnęła ku niemu dłoń. - Chodź, wracajmy do pozostałych.

Vox chwilę się wahał, lecz ostateczne złapał jej rękę i również podniósł się z ziemi. Po chwili oboje udali się w stronę rozpraszającej ciemność Archiwów ogniem jaskini.

***


Kiedy wrócili do reszty, ogień powoli dogasał, a większość grupy pogrążyła się już we śnie. Hikira leżała wygięta w nienaturalnej pozycji obok śpiącego Ragana i głośno chrapała, a przy przeciwległej ścianie groty zobaczyli, również śpiącego, Rebisa. Nieopodal niego siedziała Mala, krzyżując nogi i opierając dłonie na kolanach. Medytowała. Gdy podeszli bliżej, otworzyła oczy.

- Wróciliście.

Toa Dźwięku przytaknął.

- Możesz odpocząć - powiedział. - Wezmę nocną wartę.

Mala skinęła głową i ponownie zamknęła oczy. Arctica spojrzała pytająco na Voxa.

- Nie chcesz się z tym wszystkim przespać?

- Pewnie i tak nie mógłbym zasnąć - odparł. - A nawet jeśli, to miałbym koszmary. Wolę czuwać.

Oparł pochwę z Dźwiękowym Ostrzem o ścianę i usadowił się na ziemi, twarzą ku wylotowi jaskini, i spoglądał w ciemność. Arctica przez moment stała w miejscu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wreszcie podeszła do Voxa.

- Będę czuwać razem z tobą - oznajmiła. Toa Dźwięku zerknął na nią, zaskoczony.

- Naprawdę, nie musisz.

- Ale chcę - odparła dziewczyna i usiadła obok niego. Podwinęła kolana pod siebie, objęła je rękoma i również zaczęła spoglądać w ciemność.

- Powinnaś odpocząć - odezwał się po chwili Vox. - Straciłaś dużo mocy.

Nie odpowiedziała nic. Mężczyzna westchnął.

- Uparta jesteś, hm?

Pokiwała głową. Toa zaśmiał się krótko.

- No to będziemy czuwać razem - odparł. Arctica się uśmiechnęła. Oboje siedzieli teraz w ciszy, rzucając podłużne cienie na ścianę jaskini. I spoglądając w ciemność.

Rozdział 8Edytuj

Hserg zasłonił się tarczą, w ostatniej chwili blokując nadlatujący pocisk. Następnie wychylił się zza niej i machnął mieczem, posyłając w przeciwników falę ognia. Płomienie spełzły po pancerzach oponentów, zupełnie ich nie uszkadzając. Toa zaklął pod nosem. Nie tak wyobrażał sobie pierwszą potyczkę z mechanicznymi żołnierzami Vrexa.

- Więc to są te drony, tak? - spytał Auerieusa, kiedy po raz pierwszy natknęli się na nie w mieście.

- Tak… - Toa Plazmy pokiwał głową. - …tylko te są… jakieś inne…

Hserg uśmiechnął się.

- Czyli pewnie są groźniejsze - odparł. - Dobrze. Lubię wyzwania.

Jednak nie spodziewał się, że to wyzwanie okaże się aż tak trudne. On, Auerieus i paru innych Toa miało eskortować do schronów w Szóstym Dystrykcie mieszkańców jednej z przybrzeżnych dzielnic głównego regionu wyspy, którą udało im się przejąć - ostatniej, której nie zajęły jeszcze drony. Kife, Reven i Elta zdołali już oddalić się wraz z większością mieszkańców, jednak wkraczające maszyny odcięły drogę Hsergowi i Auerieusowi, którzy mieli osłaniać tyły eskorty. Teraz Toa Ognia i Plazmy cofali się środkiem ulicy, uciekając przed oddziałem dronów. Raz po raz niektóre z odbijanych przez nich pocisków szybowały wysoko w górę, rzucając światło na szczyty zrujnowanych walką budynków oraz rozpraszając mrok nadchodzącej nocy.

- Zabraliśmy stąd już wszystkich? - rzucił do towarzysza Hserg, cały czas zasłaniając się tarczą. Chwilę potem zmrużył oczy i posłał ognistą kulę prosto w kolana najbliższego robota. Elektryczne wiązki przeszyły ciało maszyny po trafieniu, a sam dron zaczął się chwiać na nogach. Stojący za nim żołnierz beznamiętnie odrzucił go na bok solidnym ciosem i zajął jego miejsce, oddając kolejne strzały.

Auerieus pokręcił głową.

- Został nam jeszcze jeden dom - odparł. - Jest na końcu…

Nie dokończył, bo nagle za plecami obu Toa rozległ się huk eksplozji. Wojownicy natychmiast odwrócili głowy i ujrzeli niewielki dwupiętrowy budynek, zamykający ulicę. Stał w płomieniach.

- …ulicy.

Hserg zaklął jeszcze głośniej i siarczyściej niż przedtem.

- Leć tam - nakazał Auerieusowi. - Dogonię cię.

Toa Plazmy skinął głową i pobiegł w kierunku płonącego budynku. Hserg tymczasem zlustrował wzrokiem nadciągających żołnierzy i napiął mięśnie, skupiając się. Po chwili jego miecz zaczął sypać iskrami, a kiedy Toa wbił go w ziemię, po zrujnowanej ulicy wystrzelił z niego strumień ognia i uwolnił dziesiątki płomieni, dotarłszy do przeciwników, odrzucając ich w tył i uszkadzając pancerze tych stojących na przedzie.

Toa Ognia uśmiechnął się z lekka i popędził ku towarzyszowi, stojącemu już przy drzwiach do budynku.

- No dalej, właź do środka - powiedział Auerieus. - Ogień to twoja działka.

Hserg pokiwał głową. Jeszcze nim wpadł do płonącego wnętrza, rzucił do Toa Plazmy:

- Osłaniaj mnie.

Płomienie rozpierzchły się, kiedy wbiegł do środka.


Purrik obserwował to wszystko zza sterty gruzów. Wymknął się Khrusskowi ze schronu, za co Skakdi pewnie urwie mu łeb po powrocie, ale po prostu nie mógł przegapić takiej akcji. Wrogie maszyny nadal napawały go strachem, fakt, ale Toa Mala pozwoliła dwójce Matoran wziąć udział w niebezpiecznej wyprawie do kwatery Vrexa. Purrik nie mógł być od nich gorszy. Też chciał się przydać.

No i, oczywiście, jako złodziej, liczył, że uda mu się przy okazji znaleźć coś cennego.

Rozejrzał się na boki i upewniwszy się, że nikt go nie widzi, podbiegł do płonącego domu i zakradł się do środka tylnym wejściem.


Ogień rozsunął się na boki, kiedy Hserg wpadł do pomieszczenia na piętrze, uprzednio sprawdziwszy cały parter i nie zastawszy w nim nikogo. Oczywiście, mógł całkowicie pozbyć się płomieni, wymagało to jednak większego skupienia. I czasu. A czas nie stał teraz po jego stronie.

Szybko zlokalizował dwójkę Matoran, leżących nieprzytomnie pod belą, która musiała na nich spaść po wybuchu pożaru. Sądząc po pancerzach, byli to Matoranin Powietrza, lub Roślinności, i Matoranka Wody. Błyskawicznie dopadł do nich i usunął przeszkodę, po czym złapał ich pod pachy i już miał skoczyć ku wyjściu, kiedy nagle jakiś zielony kształt mignął mu za plecami. Hserg obrócił się i sam omal nie zapłonął. Z wściekłości.

- Purrik?! Co ty tu robisz?!

- Też chciałem wziąć w czymś udział - odparł złodziej, rozglądając się dookoła. - Poza tym, myślałem, że uda mi się znaleźć coś… O! - Jego oczy zabłyszczały, kiedy dostrzegł ornamentalną wazę stojącą pod jedyną nienaruszoną ścianą. Już chciał ją złapać, gdy nagle dłoń Toa Ognia chwyciła go za kark i uniosła do góry.

- O nie, nic z tego! - rzucił Toa i ruszył biegiem do wyjścia. Purrik tylko bezradnie wyciągnął ręce ku wazie, dopóki ogień nie zasłonił mu widoku. Hserg wraz Matoranami wypadł z budynku. Na zewnątrz zastał Auerieusa, posyłającego skoncentrowany strumień plazmy ku nadciągającym dronom. Toa w Kiril zerknął z ukosa na Hserga.

- A Purrik skąd się tu wziął? - zapytał, wciąż wypuszczając z dłoni plazmę.

- Chciał skorzystać z okazji i coś ukraść. - Toa Ognia posłał ciężkie spojrzenie Le-Matoraninowi. Potem przeniósł wzrok na drony, a następnie na budynek po ich lewej stronie. Szturchnął Auerieusa w ramię i wskazał na budowlę.

Toa Plazmy skinął głową i skierował swój strumień na ścianę budynku, oddzielając ją od reszty. Ta spadła na maszyny, grzebiąc je pod dziesiątkami metalowych i kamiennych odłamków. Auerieus doskoczył do sterty gruzów i zespolił je ze sobą, używając plazmy. Hserg podbiegł do niego i uśmiechnął się półgębkiem.

- Dobra robota - powiedział. - A teraz ruszajmy, zanim przyjdą następni.

Auerieus i wciąż trzymający Matoran Toa Ognia ruszyli biegiem przed siebie. Z sąsiedniej ulicy już nadciągał ku nim kolejny oddział dronów.

Nagle Purrik wyrwał się Hsergowi i zatrzymał. Spojrzał w kierunku płonącego domu i rzucił się ku niemu pędem. Toa Ognia również przystanął i wpatrywał się w niego z rozdziawionymi ustami.

- Purrik! Wracaj tu! - krzyknął, coraz bardziej wściekły.

- Dlaczego tam pobiegł? - odezwał się Auerieus, zdumiony.

- Zostawił tam coś, co chciał zwinąć - odparł Hserg i po chwili mruknął, poirytowany. - Weź ich. - Przekazał dwoje Matoran towarzyszowi i pobiegł za Purrikiem, rzucając: - Zaraz wracam.

Le-Matoranin odchylił się do tyłu i przejechał po ziemi, unikając pocisków nadchodzących dronów, i wpadł do trawionego przez ogień budynku. Hserg biegł tuż za nim, zasłaniając się tarczą, która z metalicznym trzaskiem blokowała strzały, i po chwili również dostał się do środka.

Znalazł Purrika na piętrze, klęczącego przy metalowej beli. Już otwierał usta, by zbesztać złodzieja, lecz zamknął je, gdy nagle dostrzegł niebiesko opancerzoną rękę jakiejś Ga-Matoranki, wystającą spod palu. Spojrzał na Purrika.

- Zostawiłeś ją tu - powiedział Matoranin, mocując się z kawałkiem metalu. - Nie patrz tak, tylko mi pomóż!

Hserg otrząsnął się, dopadł do złodzieja i razem z nim wyciągnął nieprzytomną Matorankę spod beli. Na szczęście wciąż żyła. Trzymając ją w ramionach, razem z Purrikiem zbiegł po schodach na dół i wypadł na zewnątrz, gdzie czekał już nich zastęp mechanicznych żołnierzy. Auerieusa i Matoran nigdzie nie było. Toa Ognia pobladł.

- Niech to szlag - zaklął, gdy drony wycelowały w niego swoje działa.

Nagle z ulicy po lewej stronie, przebijając się przed budynki, wyłonił się czarno-czerwony, opływowy pojazd na sześciu przypominających pajęcze odnóżach, z logiem XONOX-u na bocznym pancerzu. Staranował część dronów i zatrzymał nieopodal Hserga i Purrika.

- Wskakujcie, już! - krzyknął Auerieus, wychylając się z pojazdu. Ze środka wyskoczyło dwóch Toa, Reven oraz Elta, którzy osłaniali Hserga i Matoranina. Toa Ognia i Purrik wskoczyli na pokład, zaraz za nimi znalazł się również Reven i wystrzelił płomień z dłoni, celując w maszyny. Elta został na ulicy, posyłając wirujące dookoła niego głazy w kierunku robotów.

Hserg z przejęciem wpatrywał się w Toa Kamienia, do którego zaczęły już zbliżać się drony. Elta dobył dwóch toporów i zaczął parować nadlatujące pociski, po chwili jednak jeden z nich trafił go w ramię. Toa zachwiał się i moment później grad laserów przedziurawił jego ciało na wylot. Trwało to kilka sekund.

- Elta! - krzyknął rozpaczliwie Hserg. Chciał wyskoczyć z pojazdu i pomścić kompana, Auerieus jednak złapał go za ramię.

- Nie bądź bezmyślny, Hserg! - warknął Toa Plazmy, po czym obrócił się i krzyknął: - Kife! Ruszaj!

Siedząca za sterami Toa skinęła głową i po chwili cała grupa opuściła ulicę, zostawiając za sobą tumany kurzu, odprowadzana martwymi oczami dronów i pojedynczymi strzałami, które jedynie lekko zarysowały pancerz pojazdu. Po paru minutach znaleźli się na zajętym przez siebie moście, prowadzącym do Szóstego Dystryktu, zostawiając zrujnowaną metropolię w tyle.

Hserg usiadł pod ścianą i spuścił głowę. Auerieus podszedł do niego, usadowił się obok i położył rękę na ramieniu. Domyślał się, co dręczy Toa Ognia.

- Nie obwiniaj się - powiedział. - Było za późno, żeby mu pomóc.

Hserg westchnął.

- Wiem, wiem… - odparł. - Ale wciąż żałuję, że zginął. Straciliśmy kolejnego wojownika. I Wielki Duch wie, ilu jeszcze stracimy.

Ponownie westchnął i zaczął rozglądać się po wnętrzu pojazdu. Musiał to być skradziony transportowiec, co Hserg poznał po pojemnym wnętrzu. Pod przeciwną ścianą leżeli wydostani przez Toa Ognia z płonącego domu Matoranie, przy których czuwał Reven, oraz, nieco dalej, Purrik. Mężczyzna przysunął się do niego.

- Muszę przyznać, że… myliłem się do co ciebie - powiedział, z trudem przyznając się do błędu. - Myślałem, że jesteś zwykłym złodziejem i… nie sądziłem, że wrócisz się akurat po to, żeby uratować tamtą Matorankę. Chyba powinienem ci podziękować.

Le-Matoranin zaśmiał się cicho.

- Rebis i Ragan dostali szansę się wykazać - odrzekł. - Chciałem pokazać, że nie jestem gorszy.

Hserg wykrzywił kącik ust w uśmiechu i poklepał Purrika po ramieniu. Potem odwrócił głowę i zamyślił się.

- Właśnie, skoro o nich mowa… - odezwał się. - Ciekawe, co im tak długo zajmuje…

***


Noc minęła im spokojnie, choć nie spali zbyt długo - większość obudziła się już po czterech czy pięciu godzinach. Oczywiście nie tyczyło się to Hikiry, która miała potem pretensje, że kazano jej wstawać i wyruszać w dalszą podróż, podczas gdy ona jeszcze smacznie sobie spała.

- Czekajcie, bo nie nadążam - powiedziała, gdy wędrowali później wzdłuż podziemnego strumienia. - Ty i Arctica spędziliście całą noc na czuwaniu? - Uniosła brew, spoglądając na Toa Dźwięku i Lodu. - Nie wiecie, że w nocy się… no, śpi?

- Tylko ja czuwałem - odparł Vox. - Arctica zaraz zasnęła.

- Przymknęłam tylko na chwilę oczy! - obruszyła się biała Toa.

- Tak, że spałaś przez parę godzin z głową na moich kolanach? I chrapałaś?

Arctica zapowietrzyła się.

- Nie chra–

- Owszem, chrapałaś - uciął Vox. - Prawie niezauważalnie, ale i tak to słyszałem. Jestem Toa Dźwięku, zapomniałaś?

Dziewczyna zaczerwieniła się pod maską, odwróciła głowę i burknęła coś pod nosem, krzyżując ręce na piersi. Vox tylko cicho zachichotał. Słysząc to, Arctica, uśmiechając się kąśliwie, szturchnęła go łokciem w ramię. Hikira zmarszczyła czoło.

- Dziwni jesteście - mruknęła.

- Nie martw się, Hikira - odrzekł Vox. - W następnej warcie ty mi możesz potowarzyszyć.

Toa Błyskawic parsknęła śmiechem.

- Zapomnij. Mam zbyt rozkoszne sny, żeby z nich rezygnować dla stróżowania.

Arctica spojrzała na Voxa.

- Myślisz, że spędzimy tu kolejną noc? - spytała.

Wzruszył ramionami.

- Nie wiemy, jak daleko jest wyjście. Może nawet zostaniemy tu na zawsze. To by było ciekawe.

- Jesteśmy na wyspie - odparła Toa Lodu. - Kiedyś w końcu będziemy musieli dojść do jej krańca.

- Chyba, że chodzimy w kółko - wtrącił Rebis, idący nieopodal. Oboje Toa zasępiło się.

- Wiecie… - odezwał się nagle siedzący na plecach Hikiry Ragan, wodząc wzrokiem po ścianach tunelu. - Chyba nie jesteśmy już w Archiwach…

Rebis i troje Toa spojrzało na niego ze zdumieniem.

- Co masz na myśli? - zapytała Arctica.

- Przeszliśmy już ładnych kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kio - odparł Onu-Matoranin. - Archiwa nigdy nie ciągnęły się tak długo. Oczywiście, to mogło się zmienić… ale wątpię, czy Vrex chciałby je powiększać, sądząc po stanie, w jakim je zostawił. Poza tym, ten tunel wydaje się nieco… inny…

- Nadal jest tu pełno śmieci - zauważyła Hikira. Istotnie, cały czas mijali dziesiątki metalowych odłamków.

- On ma rację - odezwała się Mala, idąca z przodu. - Ściany mają tu odmienną strukturę. Zupełnie tak, jakby…

- …coś innego wydrążyło ten tunel - dokończył Ragan. - I to stosunkowo niedawno.

Pozostali powiedli oczami po otaczających ich ścianach i sklepieniu. Faktycznie, brakowało tu widoku metalu, wyglądającego spod skały. Nie było wątpliwości, że te ściany zostały wyryte w litym kamieniu. W niektórych miejscach dostrzegli podłużne wgłębienia, jakby coś ryło w nich pazurami.

- No dobrze… - powiedział Vox. - Tylko co?

Nagle usłyszeli jakiś obcy dźwięk za plecami, coś jak stukot metalowych odnóży. Momentalnie odwrócili się i w mroku dostrzegli jakiś niewyraźny kształt, mozolnie pełznący od jednej ściany do drugiej.

- Dobra, umówmy się… - Rebis przełknął ślinę. - …że nikt z nas tego nie widział, jasne?

Wojownicy jeszcze przez chwilę wpatrywali się w ciemność, nie dostrzegli już jednak nic.

- Cokolwiek to było, nie zamierza nas jeszcze, o ile w ogóle, atakować - rzekła Mala. - Nie ma sensu się zatrzymywać. Ruszajmy dalej.

Toa skinęli głowami i ruszyli za liderką. Rebis przez moment stał jeszcze w miejscu, spoglądając w mrok, po czym dołączył do pozostałych.

Z każdym kolejnym krokiem tunel stawał się coraz ciaśniejszy, a rzeka zwężała się, aż wreszcie stała się tylko leniwie płynącym strumykiem. Różnice w powierzchni ścian były teraz jeszcze lepiej zauważalne - wcześniej, trudniej je było dostrzec ze względu na słaby blask Kamieni Świetlnych, który nie obejmował całego korytarza - i wędrujący naprawdę mieli wrażenie, jakby przemierzali zwykły, naturalny podziemny tunel, a nie opuszczone metalowe korytarze. W niektórych miejscach napotykali się na boczne odnogi, ziejące ciemnością, jedne mniejsze, drugie większe, nikt jednak nie miał ochoty do nich zaglądać - nie tędy płynęła woda, poza tym Wielki Duch wie, co mogło się w nich czaić.

W przekonaniu, że nie byli już w Archiwach, utwierdzał ich również fakt, że coraz rzadziej widywali na swojej drodze porzucone metalowe szczątki - nie były one tak wszechobecne jak wcześniej. Wyglądało to, jakby coś niosło gdzieś większą porcję odłamków, a te, na które się napotykali, zostały upuszczone po drodze. Nikt z grupy nie wiedział, w którą stronę - i przez co - były noszone, mieli jednak nadzieję, że spotkanie z tym czymś ich ominie. Choć docierające do nich dźwięki wcale na to nie wskazywały.

Słyszane odgłosy były inne od tych, które wyłapywał wcześniej Vox - tamte przypominały warkot starych silników, słabe szczęki metalu czy gwizdy wiatru hulającego w opuszczonych podziemiach. I przede wszystkim - były odległe, ledwo słyszalne, niezauważalne dla kogoś, kto nie dysponował wyostrzonym słuchem. Te obecne były bardzo bliskie, mogłoby się nawet wydawać, że docierają zza ściany, zupełnie tak, jakby coś pełzło równolegle z nimi w sąsiednim korytarzu, i przypominały ten sam stukot dziesiątek metalicznych odnóży, który przedtem słyszeli. Nie spotkali ani razu na swej drodze tajemniczej kreatury, którą wtedy widzieli, mieli jednak niepokojące wrażenie, że jest bardzo blisko.

Nagle Mala przystanęła i wysunęła rękę na bok, zatrzymując pozostałych.

- Stójcie - powiedziała.

- Co się stało? - spytała Arctica.

Toa Wody dźgnęła palcem powietrze, wskazując na jakiś odległy punkt.

- Światło - oznajmiła.

Rzeczywiście, na końcu korytarza, choć słabe, tliło się światło.

- Myślicie, że to już wyjście? - zapytał z nadzieją w głosie Rebis.

- Cóż - odparła Hikira, kładąc dłonie na biodrach - jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć.

Dotarłszy do źródła światła, Toa i towarzyszący im Matoranie znaleźli się w ogromnej jaskini o chropowatych ścianach. Źródłem blasku było kilkanaście Kamieni Świetlnych, zawieszonych niezgrabnie pod sklepieniem. Podłoże jaskini było zaskakująco płaskie i usłane tylko nielicznymi stalowymi odłamkami. Uwagę przybyłych przykuło jednak co innego - na ścianach groty zawieszone były dziesiątki metalowych szkieletów, zniszczonych robotów, pustych, humanoidalnych skorup i innych wraków dawnych archiwalnych projektów. Niektóre z nich były jeszcze aktywne i spoglądały na obcych przerażająco pustymi oczami, wydając przy tym niezrozumiałe odgłosy, przypominające błagalne jęki. Niektóre z oczu maszyn świeciły czerwonym światłem, nadając im jeszcze bardziej zatrważającego wyglądu. Wszystkie z nich były oblepione srebrzystą pajęczyną, która przytwierdzała je do ścian. W niektórych miejscach sieć zdążyła pęknąć i maszyny wisiały tam na jej skrawkach, w dziwacznie powykręcanych pozach.

- Cmentarzysko… - wyszeptała Arctica, wodząc wzrokiem po jaskini.

Przez środek groty ciągnął się strumień, spływający z góry po kamiennej ścianie - tam też było długo wyczekiwane wyjście. Mala, która jako pierwsza je dostrzegła, wskazała w tamtym kierunku, by pozostali również je zobaczyli.

- Jakieś pomysły, jak się tam dostaniemy? - zapytał Vox. Strumień wypływał na wysokości jakichś parunastu bio, a na całej ścianie, oprócz metalowych ciał, nie było niczego, po czym mogliby się wspiąć.

Stojący z tyłu Rebis nagle poczuł na swoich plecach czyjś wzrok. Ciarki przeszły jego ciało, kiedy powoli, z narastającym niepokojem, obejrzał się za siebie. Zamarł.

- Hej… - odezwał się. - Chyba powinniście to zobaczyć.

Pozostali obrócili głowy i zamarli.

- Tylko nie znowu on… - jęknęła Arctica.

Przed oczami mieli widok ogromnego, przypominającego pająka Rahi. Vox, Hikira i Arctica znali jego imię, zmierzyli się z nim już wcześniej, dopóki Toa Dźwięku nie pokonał go w ostatecznym starciu w Szóstym Dystrykcie. Karanak. Nieudany projekt Vrexa, który zbyt wiele razy wymykał się spod kontroli, jego próba stworzenia idealnej broni mającej zapewnić bezpieczeństwo po wojnie. Choć, Toa musieli przyznać, że nieco się zmienił.

Cały korpus kreatury pokryty był mechanicznymi implantami, odcięte odnóża zastąpiono metalowymi i równie ostro zakończonymi protezami, brakowało humanoidalnego ciała zwisającego z głowy, które Vox oddzielił w starciu sześć lat temu, Karanak stracił również najwyraźniej swoją zdolność kamuflażu, gdyż nie próbował ukryć swego widoku przed ofiarami, co było u niego niespotykane. Niezmieniona pozostała jednak jego paskudna gęba, z której skapywały krople żrącego kwasu, oraz krwistoczerwone oczy, obserwujące teraz intruzów.

Na widok stwora, Vox dobył swojego Dźwiękowego Ostrza.

- Miałem nadzieję, że już nie spotkamy tego pajęczaka… - mruknął.

- Przynajmniej dzięki niemu nie musieliśmy męczyć się z obłąkanymi maszynami po drodze… - odparła Hikira, wodząc wzrokiem po robotach oblepionych siecią.

O dziwo, Karanak stał w bezruchu. Jedynie jego korpus raz po raz unosił się lekko i opadał, jakby stwór oddychał.

- Myślicie, że nas zaatakuje? - spytał Rebis. - Może nie ma złych zamiarów… - Sam chciał w to wierzyć.

- Niestety - odrzekł Ragan - myślę, że chce z nami zrobić to, co z tymi maszynami. - Spojrzał na towarzyszy śmiertelnie poważnym wzrokiem. - Wtargnęliśmy właśnie na jego teren.

Stwór wodził swoimi oczami po przybyszach, tkwiących w miejscu, czekających na pierwszy ruch bestii. Zapadła głęboka cisza, a napiętą atmosferę dało się kroić nożem. Wszyscy czekali.

Nagle Karanak rzucił się między intruzów, odrzucając ich na boki. Ragan zleciał z ramion Hikiry i przeturlał się parę bio po ziemi, zatrzymując dopiero pod ścianą jaskini. Krzyknął z bólu, łapiąc się za zranioną nogę. Rebis natychmiast do niego dopadł, po drodze dobywając swoich sztyletów i omijając przecinających powietrze członków bestii. Stwór miotał się na wszystkie strony, w jego zachowaniu dało się dostrzec pewną logikę - atakował każdego z osobna, jednocześnie nie dopuszczając do siebie żadnego z Toa. Kiedy znalazł się przy dwójce Matoran, Rebis stanął przed przyjacielem i przyjął bojową postawę, chcąc bronić Onu-Matoranina.

Wtem ziemia pod nim i Raganem zapadła się, a Matoranie zniknęli Toa z oczu.

- Co się dzieje?! - krzyknęła Arctica.

- Podłoże jest niestabilne… - odparł Vox i zamachnął się Dźwiękowym Ostrzem, naskakując na bestię. Karanak odwrócił głowę w jego stronę i wypluł sieć, nim Toa zdołał zadać jakiekolwiek cięcie, co odrzuciło Voxa prosto na ścianę groty. Toa Dźwięku ugrzązł między mechanicznymi ciałami, które natychmiast zaczęły go między sobą rozszarpywać, jakby miało to pomóc im uwolnić się z pajęczego więzienia.

Hikira napięła cięciwę i wypuściła dwie naelektryzowane strzały w kierunku pająka. Elektryczne wiązki przeszyły ciało stwora, lecz ten zdawał sobie nic z tego nie robić. Zamachnął się przednimi odnóżami, Toa Błyskawic w porę jednak aktywowała moc swojej maski i znalazła się za odwłokiem bestii, uśmiechając się wyzywająco i szykując do kolejnego strzału. Karanak był jednak szybszy, niż oszacowała i nim zdążyła wykonać choćby najmniejszy ruch, bestia wytrąciła jej łuk z ręki, a ten wylądował tuż pod ścianą groty i trafił w desperacko wyciągnięte ręce uszkodzonych robotów.

- Mala, zrób coś! - Arctica spojrzała na niebieską Toa. Ta wystawiła ręce przed siebie, chcąc uwolnić wodny strumień, zamiast tego jednak wypuściła tylko kilka kropel, czując potworny ból w skroniach. Złapała się za głowę i zaczęła chwiać się na nogach, walcząc o zachowanie równowagi.

Arctica, widząc to, dobiegła do niej, jednocześnie odpierając nacierające chude, ostro zakończone członki pająka. Zerknęła na Malę. Klęczała na ziemi, wciąż trzymając się za głowę.

- Co z nią? - spytała.

- Ma chyba wizję… - odezwał się Vox, uwolniwszy strumień dźwięku i wydostawszy się z pułapki. Wylądował na ziemi, tuż obok Arctici.

- Akurat teraz?! - odparła Toa Lodu. Zablokowała dwa nadchodzące ciosy, zanurkowała pod pajęczą nogę i szybkim ruchem oddzieliła ją od reszty ciała. Dało się słyszeć skrzeczący odgłos, mający chyba być rykiem bólu, i Karanak przejechał przednim odnóżem po ramieniu dziewczyny, zdzierając z niego zbroję i pozostawiając podłużną, szkarłatne pręgę. Arctica syknęła z bólu i nim zdołała zareagować, bestia odrzuciła ją pod ścianę, tuż obok Mali i Voxa.

- Chodź tu, brzydalu! - Hikira uniosła do góry ostrza, które udało jej się odzyskać, nadbiegając zza pleców bestii i szykując się do cięcia. Rozległ się głuchy łomot i Toa Błyskawic wylądowała po drugiej stronie jaskini, z powietrzem wypartym z płuc przez uderzenie.

Karanak zwrócił swoją głowę w kierunku Voxa i Arctici. Ci spojrzeli na siebie, a potem przenieśli wzrok na pająka.

Nie było dobrze.


Rebis podniósł głowę i otrzepał ją z popiołu, w którym wylądował twarzą. Wciąż żył. Rozejrzał się dookoła i w ciemności dostrzegł parę pomarańczowych oczu Ragana, który również się podnosił. Matoranie spojrzeli na siebie. Rebis już otwierał usta, lecz Ragan uciszył go gestem dłoni.

- Nic nie mów - odezwał się i posłał Matoraninowi Ognia ciężkie spojrzenie. Ten tylko się wyszczerzył.

Rozejrzeli się na boki. Przez dziurę w sklepieniu, którą tu wpadli, sączyło się słabe światło z groty na górze, nie było ono jednak w stanie całkowicie rozproszyć mroku otaczającego Matoran. Rebis zrobił krok do przodu i usłyszał chrzęst pod stopami.

- Gdzie jesteśmy? - zapytał Ragan.

- Hm. - Ta-Matoranin zamyślił się. - Zdaje się, że w jaskini… pod jaskinią - odparł wreszcie. - Jak twoja noga?

Ragan również przeszedł parę kroków do przodu, kuśtykając.

- Znośnie - powiedział, po czym zmrużył oczy, próbując przebić wzrokiem ciemność. Nawet jego przyzwyczajone do mroku oczy miały trudności z widzeniem w tym miejscu. - Przydałoby się jakieś światło.

Ta-Matoranin powiódł wzrokiem wokoło i po chwili dostrzegł nieopodal dwa słabe, ledwo widoczne światełka. Ruszył w tamtą stronę. Musiał przyznać, że rozmowa z Malą nieco podniosła go na duchu - mimo wszechogarniającego mroku i lekkiego strachu, wcale nie bał się zagłębiać dalej w tajemniczą jaskinię. W końcu dotarł do źródła światła - okazały się nim być dwa słabo tlące się Kamienie Świetle, przykryte czymś w rodzaju cienkich, powyginanych prętów. Rebis przez chwilę męczył się, by je spod nich wyszarpnąć, a kiedy wreszcie mu się udało, uniósł jeden z Kamieni…

…i odskoczył w tył, ujrzawszy przed sobą czyjąś twarz.

Po chwili otrząsnął się, uświadamiając sobie, że to tylko czaszka. Miał przed oczami martwe ciało jakiegoś wojownika, ze wzrostu pasował na Toa, siedzącego na ziemi pod ścianą jaskini. Pręty, spod których wyciągnął kamienie, były w rzeczywistości jego palcami. Gdy Rebis przyjrzał się bliżej jego czaszce, zobaczył, że ma dziurę w skroni, a jej środek świecił pustkami, zupełnie tak, jakby coś wyżarło mu wnętrzności.

- Nasi już tu byli… - mruknął do siebie, po czym podszedł do Ragana i podał mu Kamień Świetlny. Samemu zaczął rozglądać się po jaskini, rozświetlając jej ściany słabym, szarawym blaskiem. Grota, w której się znaleźli, było dużo mniejsza od tamtej na górze, właściwie bardziej przypominała coś w rodzaju schronu niż samej jaskini. Zupełnie tak, jakby Toa, którego martwe ciało tu odkryli, ukrył się tu przed Karanakiem i został w tym miejscu na zawsze.

Ragan przyjrzał się uważnie trzymanemu w dłoni Kamieniowi Świetlnemu. Był… dziwny. Dawał bardzo słabe, blade światło, niepodobne do tych, jakie zazwyczają rzucają Kamienie Świetlne. Coś mu tu nie pasowało.

Spojrzał na Rebisa. Ten szedł wzdłuż ściany, oświetlając ją kamieniem i szukając jakiegoś sposobu na dostanie się na górę.

- Dlaczego to tak słabo świeci… - zaklął Ta-Matoranin i postukał kamieniem o ścianę.

Ragan przeniósł wzrok na Kamień Świetlny, i znów na przyjaciela.

- Hej, Rebis! - zawołał. - Możesz tu na chwilę podejść?

Ta-Matoranin natychmiast znalazł się przy nim i na prośbę dał mu swój kamień. Ragan przez chwilę spoglądał to na jeden, to na drugi, po czym powiedział:

- Wydaje mi się, że to nie są Kamienie Świetlne…

Rebis uniósł brew, nie rozumiejąc.

- Więc co to jest? - zapytał.

Ragan jakby zwlekał z odpowiedzią, niepewny, lecz wreszcie odparł:

- Kamienie Toa.


Mala rozejrzała się wokoło. Znajdowała się w powietrzu ponad Artas Nui, otoczonym przez dzikie fale sztormu. I choć słyszała gwizdy wiatru, sama go nie czuła, a krople deszczu przelatywały przez nią jak przez widmo. Widniejący w dole świat wydawał się dziwnie odległy, choć pozornie był bardzo blisko. Mala chciała się poruszyć, cały czas tkwiła jednak w miejscu, trzymana w niewidzialnym uścisku. Nagle znikąd nadciągnął ku niej świetlisty, błękitny strumień i zaczął tańczyć, owijać się wokół jej ciała, jakby chciał zachęcić ją do zabawy. Okrążył parę razy Toa Wody, po czym pomknął gdzieś w dal, znikając między ciemnymi chmurami. Po chwili wrócił, zatańczył dookoła Mali i ponownie pomknął w tym samym kierunku. Toa zmrużyła oczy, próbując przebić wzrokiem mrok. Wiedziała, że strumień chce, by za nim podążała. O dziwo, nagle poczuła, że może się poruszyć. Zrobiła krok do przodu, a jej stopa zatrzymała się w powietrzu, nie pozwalając jej spaść. Mala zawahała się na chwilę - tylko na chwilę - po czym ruszyła za strumieniem. Ten co jakiś czas wracał i okręcał się wokół niej, by wskazać jej drogę.

Wreszcie dotarła na jedną z maleńkich wysepek otaczających Artas Nui. Wylądowała gładko na ziemi i spojrzała na rozpościerający się przed nią pałac. Świetlisty strumień pomknął ku drzwiom wejściowym, rozpłynął się i już nie wracał. Mala chciała zrobić pierwszy krok do przodu, gdy nagle wrota otworzyły się. Ze środka budowli wystrzelił oślepiający blask, na tle którego Toa Wody ujrzała znajomą kobiecą sylwetkę. Ruszyła ku niej.

Przeszła przez drzwi pałacu i, zamiast znaleźć się w korytarzu, znalazła się pośrodku świetlistej, białej nicości. Przed sobą wciąż miała tajemniczą kobietę, która oddalała się od niej z każdą sekundą. Mala zaczęła ku niej iść, ku swej uldze zbliżając się do niej szybciej niż tamta się oddalała, i po paru chwilach poznała, do kogo należy ta sylwetka. Miała przed sobą Tanith, jej dawną przyjaciółkę, „siostrę”, odzianą w ornamentalne szaty. Stała nieruchomo, choć cały czas się oddalała, wpatrując się w Malę tym samym spojrzeniem, które posłała jej podczas zdrady. Uśmiechała się.

Mala zaczęła ku niej biec, czując, jak jakaś siła pomału ją zwalnia. Wyciągnęła ku Tanith rękę, jednak Toa Wody z każdą chwilą była coraz dalej i dalej… Mala napięła mięśnie, zebrała wszystkie siły i wyrwała się z tajemniczego uścisku, pędząc ku Tanith. Powoli zza jej pleców zaczęły nadciągać cienie, w które wtapiała się Tanith, znikając jej z oczu. Mala wciąż biegła, choć ona również była pożerana przez mrok, kawałek po kawałku.

Wreszcie dotknęła koniuszkiem palca dłoni Tanith, nim całkowicie pogrążyły się w mroku.

Wtedy wśród cienia pojawiła się świetlista droga. Mala nagle poczuła, że znów może siegnąć umysłu swojej dawnej towarzyszki i ujrzała ją, siedzącą na ozdobnym tronie w jednej z sal zamku, który widziała parę chwil temu. Tanith najwyraźniej nie zdała sobie sprawy z jej obecności. Mala zdołała jedynie lekko musnąć jej świadomość, chcąc dowiedzieć się czegoś głębiej, gdy nagle coś zaczęło ciągnąć ją do tyłu i po chwili wszystko spowiła ciemność.


Otworzyła oczy. Rozmazane plamy, które zobaczyła, powoli zaczęły przybierać coraz wyraźniejsze kształty. Ujrzała przed sobą Voxa i Arcticę, odwróconych do niej plecami, a dalej, przed nimi, Karanaka rozdziawiającego swoje szczękoczułki. Szykował się do ataku.

Nagle gdzieś z boku rozległ się gniewny okrzyk. Toa i Karanak odwrócili głowy w tamtą stronę i zobaczyli nadbiegającą Hikirę, wymachującą ostrzami. Pająk kilkoma szybkimi ruchami odrzucił ją na ścianę i przytwierdził do niej wyplutą siecią.

- Tylko na tyle cię stać?! - krzyknęła Toa Błyskawic. W odpowiedzi Karanak wystrzelił kolejną pajęczynę, która zakleiła jej usta.

Mutant ponownie przeniósł wzrok na troje Toa. Mala chciała coś powiedzieć, wydała z siebie jednak tylko niezrozumiały jęk. Vox i Arctica zerknęli na nią. Dopiero teraz zauważyli, że się ocknęła.

- No to sobie wybrałaś moment na pobudkę… - mruknęła Arctica i spojrzała na potwora.

Karanak uniósł przednie odnóża, gotów zmiażdżyć wojowników, gdy nagle za jego plecami pojawił się jakiś czerwony kształt, który kilkoma cięciami oddzielił tylne nogi od reszty ciała pająka. Karanak momentalnie obrócił się, lecz nie był w stanie utrzymać równowagi i zwalił się na ziemię, a zaraz potem kolejny kształt, czarny, zmiażdżył jego głowę swoim ogromnym młotem. Ciało pająka jeszcze przez chwilę wierzgało odnóżami, aż wreszcie opadło bezwładnie, obumierając.

Nieznajomi podeszli do rannych Voxa i Arctici oraz klęczącej pomiędzy nimi Mali. Trójka Toa przyjrzała im się. Jeden z nich nosił czerwono-czarną zbroję i ściskał w rękach dwa złote miecze, którymi odciął członki Karanaka. Na twarzy miał Kanohi Hunę, spod której spoglądała na nich para błękitnych oczu. Drugi był od niego niższy, ale znacznie bardziej krzepki, miał czarną zbroję, pomarańczowe oczy i Kanohi Garai, a w dłoniach trzymał ciężki młot. Obaj wydawali się wyglądać znajomo…

Arctica i Vox rozszerzyli oczy, kiedy uświadomili sobie, kto przed nimi stoi.

Właśnie mieli przed oczami Rebisa i Ragana.

***


Tanith czuła się… dziwnie. Przez chwilę, jedną chwilę, miała wrażenie, jakby coś otarło się o jej umysł. Sekundę później to uczucie zniknęło i wszystko wróciło do normy - dalej siedziała na swoim tronie, wyczekując na koniec podboju. A jednak… czuła się dziwnie. Dlaczego ktoś chciał sięgnąć jej umysłu? I jak to zrobił? Otoczyła go przecież mentalnymi barierami, tak jak nauczył ją tego on. Nikt nie był w stanie się przez nie przedrzeć. Nikt poza… Nie, to niemożliwe. Ona przecież nie żyła.

A jeśli…

Nie, głupia - skarciła się w myślach. Nie było szans, żeby ona przeżyła.

Z rozmyślań wyrwało ją nagłe wkroczenie Vrexa do pomieszczenia.

- Drony zajęły już trzy dystrykty Artas Nui - oznajmił, łącząc dłonie za plecami. - Większość mieszkańców z tamtych regionów trafiła w nasze ręce, spora grupa stawia opór wraz z kilkoma Toa, ale nie jest to coś, z czym nie powinnyśmy sobie… Tanith? - zapytał, spoglądając na Toa Wody. Błądziła wzrokiem gdzieś w oddali, zupełnie na niego nie spoglądając. - Słuchasz mnie?

- Co? - Kobieta otrząsnęła się. - Tak, tak, oczywiście…

Matoranin westchnął.

- Powiedz, Vrex… - zaczęła Tanith. - Czy drony patrolują wybrzeże?

- Cały czas. - Mężczyzna pokiwał głową.

- A wyspy dookoła Artas Nui?

Zaprzeczył.

- Nie widzę potrzeby, dla której miałyby to robić - powiedział.

- Niech robią - odparła i wbiła we Vrexa stanowcze spojrzenie. - Niech sprawdzą każdą, nawet najmniejszą wysepkę.

Matoranin uniósł brew.

- Obawiasz się czegoś?

Tanith na moment się zamyśliła, po czym pokręciła głową.

- Nie, po prostu… Wolę mieć pewność, że naszemu planowi nic nie zagraża.

Vrex przez chwilę świdrował ją wzrokiem, lecz wreszcie uległ.

- Skoro nalegasz… - odrzekł i skierował się ku wyjściu z komnaty, by wydać nowe rozkazy. Toa Wody została sama w pomieszczeniu i leniwie oparła głowę na dłoni, ponownie pogrążając się w myślach.

Jeśli Mala żyła, Tanith musiała zrobić wszystko, by się jej pozbyć.

Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek odebrał jej upragnioną władzę.

Rozdział 9Edytuj

Morska bryza uderzyła ich w twarz, omal nie zwalając z nóg. Zrobili kilka głębokich oddechów, napawając się świeżym powietrzem. Wreszcie udało im się wydostać z Archiwów i wreszcie mogli ujrzeć nad głowami nocne, rozgwieżdżone niebo. Wydawało im się, że nie widzieli go przez miesiące. Noc otuliła ich swym wiatrem, racząc przyjemnym dreszczem. Choć w Archiwach co jakiś czas hulał chłodny wiatr, był on niczym w porównaniu z wiatrem na wolności.

Znajdowali się wśród litych skał. Dookoła lekko i mozolnie falowała woda, cicho szumiąc i raz po raz uderzając w wystające kamienie, rozbryzgując się na boki.

- Więc tak drony dostawały się niepostrzeżenie w różne miejsca… - powiedział Ragan, bardziej do siebie niż do pozostałych, lecz na tyle głośno, by tamci go usłyszeli. - Przez podziemne tunele… - Wyszedł z wylotu jaskini. Wciąż miał niewielkie problemy z poruszaniem się jako Toa, choć musiał przyznać, że przyzwyczajał się do swojej nowej postaci znacznie szybciej niż przypuszczał. - Gdzie jesteśmy?

- Hm. - Hikira spojrzała na boki. - Na pewno nie na Artas Nui - odparła i wskoczyła na skały. - Artas Nui jest tam - dodała, wystawiając palec przed siebie.

Pozostali Toa znaleźli się przy niej i ich oczom ukazała się oddzielona od nich przez wodę wyspa-metropolia, okraszona licznymi śladami walki. W wielu miejscach w górę piął się czarny, gęsty dym, widoczny nawet na tle nocnego nieba.

- Musimy tam iść! - Ragan zrobił krok do przodu, lecz wtedy powstrzymała go ręka Rebisa.

- Pohamuj się - powiedział Toa Ognia. - Nawet nie mamy się jak tam dostać. - Zerknął na Malę, stojącą na tyle. - Masz jakiś pomysł?

Toa Wody przymknęła oczy i odetchnęła lekko.

- Tak jak wy pragnę pomóc naszym kompanom - odrzekła. - Lecz mamy do wykonania inne zadanie. - Powiodła wzrokiem po pozostałych.

- Wiesz gdzie jest Tanith? - zapytał Vox.

Mala pokiwała głową.

- Widziałam ją w wizji pośród ścian pałacu na jednej z wysp nieopodal naszego miasta - powiedziała. - Nie wiem, gdzie dokładnie znajduje się ta wyspa, lecz postaram się to ustalić, teraz, gdy znów mogę sięgnąć jej umysłu.

- A jak się tam dostaniemy? - wtrąciła Arctica.

- Teraz potrzebujemy czasu, by to ustalić - odparła Toa Wody. - I zregenerować siły. Skorzystajcie z odpoczynku. - Uśmiechnęła się ciepło, wodząc wzrokiem po całej piątce Toa. - Zasłużyliście na niego.

Wojownicy pokiwali głowami i rozeszli się. Wyspa, na której teraz się znajdowali była dosyć mała, lecz nie na tyle, by każdy nie mógł znaleźć kąta dla siebie. Mala usiadła na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i poddała się medytacji, próbując ponownie sięgnąć umysłu Tanith i odkryć jej położenie.

Arctica przysiadła na skale i podwinęła nogi pod siebie, spoglądając na Artas Nui.

- Jak twoje ramię? - spytał Vox, podchodząc do niej i siadając obok. Toa Lodu zerknęła na swoją ranę. Nie zdążyła jeszcze się zabliźnić, choć przynajmniej nie krwawiła. Zbyt mocno.

- To nic takiego - odparła. Mężczyzna uśmiechnął się do niej półgębkiem.

- Od „niczego takiego” na wojnie umierali Toa, zapomniałaś? - W odpowiedzi Arctica przewróciła oczami. Oczywiście, że nie zapomniała. W końcu w taki sam sposób skomentowała ranę na brzuchu Voxa sześć lat temu.

Wzruszyła ramionami.

- I tak nie mam jej czym opatrzyć. I nie zebrałam żadnych roślin, z których mogłabym zrobić maść.

- Zawsze możemy się wrócić do Archiwów i ich poszukać - odrzekł kąśliwie Vox. Toa Lodu zgromiła go wzrokiem.

- Właściwie… - dobiegł ich zza pleców czyjś głos. Dwójka Toa odwróciła się i ujrzała Ragana, ściskającego w dłoni pęk podziemnych liści. - Ja już ich poszukałem…

- O. - Vox zamrugał. - To już masz z czego zrobić maść - zwrócił się do Arctici. - Pomóc ci?

Toa Ziemi westchnął bezgłośnie. Arctica zachichotała cicho. Szepnęła coś Voxowi na ucho, a wtedy ten otworzył usta. Olśniło go. Podniósł się z ziemi, uśmiechnął półgębkiem i oddalił. Ragan odprowadził go zdumionym wzrokiem.

- Zostawia nas? Dlaczego? - spytał i spojrzał na Toa Lodu. Ta ponownie wzruszyła ramionami.

- Ma z kimś do pogadania - odrzekła. - No, co tak patrzysz? Chodź, pomożesz mi.

Toa Ziemi, choć zmieszany, przybliżył się do dziewczyny.

Zgodnie z jej instrukcjami, najpierw przemył jej ramię wodą. Potem, tak jak mu pokazywała, wycisnął sok z przyniesionych liści i zaczął wcierać go w ranę Arctici. Jego ruchy nie były tak delikatne i płynne jak jej - głównie z powodu braku wprawy oraz tego, że wciąż nie do końca oswoił się ze swoim ciałem Toa - lecz przez większość czasu szło mu całkiem dobrze. Przez większość, bo w pewnym momencie nadszarpnął niewielki fragment metalowej skóry dziewczyny, zdzierając ją. Arctica syknęła, czując ból.

- Przepraszam… - powiedział Ragan, pesząc się.

- Nie szkodzi - odparła Arctica. - To twój pierwszy raz. To oczywiste, że będziesz popełniać błędy.

- Więc dlaczego chciałaś, żebym to robił? - zapytał.

- Bo wiedziałam, że chcesz się odwdzięczyć.

Zamrugał. Wiedziała, że chce się odwdzięczyć? Od kiedy obchodziło ją, co on czuje? Nigdy go tak nie traktowała. To zrozumiałe, w końcu on był Matoraninem, a ona Toa. Był kimś niższym. Dosłownie i w przenośni. Może to, że stał się Toa, wpłynęło na jej zachowanie? A może zawsze go tak traktowała, po prostu jako Matoranin był zbyt onieśmielony, żeby to zauważyć?

Potrząsnął głową, próbując pozbyć się tych myśli. To, co teraz powiedziała Arctica, mogło nic nie znaczyć. Ba, pewnie właśnie nic nie znaczyło. Pewnie Ragan dalej mało co ją obchodził. W końcu nawet mu nie podziękowała.

Wreszcie skończył wcierać leczniczą substancję w ramię Toa Lodu i odezwał się:

- Wybacz… Nie wziąłem nic, z czego można by zrobić bandaż.

Pokręciła głową.

- Nic się nie stało - powiedziała. - Nie trzeba koniecznie zakrywać tej rany. - Uśmiechnęła się z lekka. - Kontakt z powietrzem jej nie zaszkodzi.

Ragan odwzajemnił uśmiech, skinął głową i odwrócił się, chcąc odejść. Jeszcze nim całkiem się oddalił, dobiegł do niego głos Arctici:

- Hej, Ragan…

Toa Ziemi obrócił się i spojrzał na dziewczynę. Ta powiedziała coś, czego nigdy nie spodziewał się usłyszeć z jej ust pod jego adresem:

- Dzięki. Spisałeś się.

Ponownie się uśmiechnął i ponownie skinął głową, po czym szybko się oddalił, próbując skryć rumieniec. „Spisałeś się”. Powiedziała „spisałeś się”! Toa Arctica, ta Toa Arctica, powiedziała do niego „spisałeś się”! Radość rozsadzała pierś Toa Ziemi, Ragan miał ochotę podskoczyć aż do samego nieba. Nie sądził, że ten moment kiedykolwiek nastąpi, ale jednak. Wreszcie go doceniła.

Wciąż się uśmiechając, usadowił się obok Rebisa, siedzącego na skraju stromej skały i wpatrującego się w ocean. Po chwili Toa Ognia spojrzał na przyjaciela, unosząc delikatnie brew.

- Coś ty taki wesoły?

Ragan westchnął błogo.

- Ech, po prostu… - zaczął. - Bycie Toa zaczyna mi się coraz bardziej podobać.

Rebis uniósł brew jeszcze wyżej. Widząc to, Toa Ziemi żachnął się:

- No co?

- Nie sądziłem, że Ragan, ten wiecznie zamknięty w swojej kuźni i stroniący od przygód Ragan, kiedykolwiek powie coś takiego - odparł Rebis, wyszczerzając się. W odpowiedzi jego przyjaciel przewrócił oczami.

- Hej, każdy ma prawo do zmiany poglądów, nie? - Roześmiał się dudniącym głosem. - Tobie się nie podoba bycie Toa?

Rebis spuścił wzrok.

- Cóż… nie jestem pewien - powiedział po chwili. Ragan zamrugał.

- Teraz to ja jestem zdumiony…

Toa Ognia wypuścił głośno powietrze.

- Pewnie gdybym stał się Toa parę miesięcy wcześniej, byłbym wniebowzięty… Ale… podczas całej tej wyprawy… Po raz pierwszy poznałem, co to prawdziwy strach. Bałem się. I choć jakoś sobie z tym poradziłem, to uświadomiłem sobie, że wszystkie te wcześniejsze przygody, które przeżyłem, były nic niewarte, bo nie nauczyły mnie, jak radzić sobie ze strachem. Jedyne, czego mnie nauczyły, to zbytniej pewności siebie i bezmyślności. Myślisz, że taki Matoranin jak ja byłby godzien zostania Toa?

Ragan zamyślił się.

- Wiesz… - odparł. - Wydaje mi się, że o tym, czy ktoś jest godny nosić imię Toa, decydują jego czyny po, a nie przed zostaniem Toa. - Położył przyjacielowi dłoń na ramieniu. - Po prostu musisz dowieść, że nadajesz się na bohatera.

- I myślisz, że tego dowiodę?

Toa Ziemi uśmiechnął się.

- Zbyt dobrze cię znam, żeby myśleć, że nie dowiedziesz.

Rebis również się uśmiechnął, podniesiony na duchu. Oplótł ręce wokół głowy i odchylił się do tyłu, ponownie kierując wzrok ku oceanowi. Po jakimś czasie Ragan odezwał się:

- A jeśli nie nadasz się na bohatera, będziesz mógł się przysłużyć w inny sposób. - Spojrzał znacząco na Toa Ognia. Ten wywrócił oczami.

- Ani słowa o twojej kuźni.

Ragan westchnął. Po chwili obaj się roześmiali.

***


Vox zatrzymał się na skraju wzniesienia i zaczął spoglądać w kierunku miasta. Obok niego, oparta o skałę, leżała Hikira, cicho pochrapując. Najwyraźniej te kilka godzin snu w jaskini były dla niej niewystarczające i teraz Toa Błyskawic postanowiła nadrobić straty, korzystając z okazji. Kiedy zorientowała się, że ktoś obok niej stoi, otworzyła lekko jedno oko. Vox, dostrzegłszy to, odezwał się:

- Nie przeszkadzaj sobie. Śpij dalej.

- Nic z tego - odrzekła dziewczyna, podnosząc i przeciągając się. - Nie lubię, jak ktoś mnie podgląda, kiedy śpię.

- Przecież nie mam zamiaru cię podglądać.

- Akurat. Wszyscy tak mówią.

Mężczyzna parsknął i usadowił się na ziemi, opuszczając jedną nogę ze skały i zanurzając ją w wodzie. Fale przyjemnie muskały jego stopę, racząc jego uszy delikatnym szumem. Uśmiechnął się.

- Co cię tak bawi, twardzielu? - zapytała Hikira, posyłając mu przenikliwe spojrzenie.

- Każdego nazywasz twardzielem? - odparł Vox.

- Zawsze mogę cię nazywać ponurakiem. Albo kosmitą. Albo łamagą. Albo używać jakieś głupiego zdrobnienia, jak Voxi. Co ty na to?

Pokręcił głową.

- Dobra, zostańmy przy twardzielu.

Dziewczyna roześmiała się perliście.

- A więc, co cię tak bawi, twardzielu?

Vox założył ręce za głowę i uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Kiedy przybyłem na Artas Nui, miałem jeden prosty cel: odnaleźć Zaldiara - powiedział. - Nie sądziłem, że będę go szukał aż sześć lat. I że po drodze wpakuję się w wojnę z zabójczymi maszynami.

- I pewnie nie jesteś zadowolony z tego, że walczysz u naszego boku, panie „nie mam zamiaru bawić się w bohatera”, hm? - spytała Hikira, nakreślając palcami cudzysłów w powietrzu.

Toa Dźwięku podniósł leżący obok niego niewielki kamień i zaczął go podrzucać, jednocześnie wpatrując się w metropolię.

- To może ci się wydać dziwne, ale… W pewnym sensie jestem zadowolony, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej.

Hikira uniosła brew, uśmiechając się.

- O, doprawdy?

Powoli przytaknął.

- W końcu dzięki temu miałem okazję poznać tych wszystkich Toa. - Zerknął niemal niezauważalnie w kierunku siedzącej nieopodal Arctici. - I siebie.

- A co zrobisz, gdy już wreszcie odnajdziesz Zaldiara?

Vox przestał podrzucać kamień i zamyślił się.

- Nie wiem. Waham się…

- Nie wahaj się - przerwała mu. - Żyjemy tylko po kilkaset tysięcy lat. Życie jest za krótkie, żeby marnować je na wahanie.

Skinął lekko głową.

- Najrozsądniej byłoby wrócić na moją ojczystą wyspę… - Zamilkł na chwilę, przywołując wspomnienia swego starego domu, Neitu, wszystkich mieszkańców, tamtejszych Toa i… jej. - Ale… trudno mi będzie tak po prostu opuścić Artas Nui. Przywiązałem się do tego miasta. Jakkolwiek brudne i przepełnione najróżniejszymi szumowinami by ono nie było.

- Hm. - Hikira wydęła usta. - Może wcale nie będziesz musiał go opuszczać? Wiesz, kiedy nie uda ci się odnaleźć Zaldiara? - powiedziała, ziewając.

Vox zmrużył oczy i cisnął kamieniem przed siebie. Ten z pluskiem zginął w morskich falach.

- Odnajdę go, Hikira - odrzekł. - Choćbym miał go szukać tysiąc lat. I choćbym na końcu miał znaleźć jedynie jego martwe ciało. - Spojrzał na Toa Błyskawic. Ku jego zdziwieniu, pogrążyła się we śnie.

Podniósł się najciszej jak umiał, starając się, by jej nie zbudził, po czym wolnym krokiem oddalił się, by jej nie przeszkadzać. Udał się w kierunku Mali, która cały czas nieustannie medytowała. Kiedy tylko podszedł, otworzyła oczy.

- Znalazłaś ją? - zapytał. Pokiwała głową.

- Pałac Tanith wznosi się na wschodzie, na najdalej wysuniętej wyspie spośród tych otaczających Artas Nui - odparła.

Vox skrzyżował ramiona na piersi i zmarszczył czoło.

- Jak tam dotrzemy?

Mala zmrużyła oczy i zaczęła wpatrywać się w ocean. Po chwili uśmiechnęła się.

- Los zdaje się sam podsuwać nam rozwiązanie - rzekła.

Toa Dźwięku również spojrzał w tamtym kierunku. Po jakimś czasie dostrzegł pośród fal zbliżającą się w ich stronę łódź.

***


Lampy reflektorów metalicznej łodzi rzucały podłużne strumienie światła na lite skały. Na pokładzie znajdowało się pięć dronów - a przynajmniej tyle dało się dostrzec. Toa chowali się za skałami, uważnie obserwując łódź i raz po raz zerkając na Malę. Czekali na jej znak.

Wreszcie Toa Wody skinęła głową. Zacisnęła dłoń w pięść, a wtedy fale wokół łodzi wezbrały się. Woda wystrzeliła w górę, na moment zasłaniając dronom widoczność. To wystarczyło, by piątka ciemnych kształtów wskoczyła na pokład. Po chwili do pozostałych Toa dołączyła Mala, przeskakując z gracją przez reling.

Wojownicy rzucili się między drony, biorąc po jednym na siebie. Hikira odepchnęła kopnięciem jednego z żołnierzy, odskoczyła w tył, zrobiła salto w powietrzu i utworzyła kuliste pioruny w dłoniach, wylądowawszy na ziemi. Złączyła ręce i uwolniła skoncentrowany strumień elektrycznej energii, wiązki jednak spełzły po pancerzu robota niczym woda po kamieniu. Toa Błyskawic zamrugała, zdumiona, a ten moment oszołomienia wystarczył, by dron wysunął ostrze i ciął w jej głowę. Hikira w porę uchyliła się przed orężem, a ten ze świstem przeciął powietrze tuż nad nią. Dron uderzył dziewczynę kolanem w brzuch, odpychając ją na parę bio.

Toa uderzyła plecami o falszburtę, niebezpiecznie odchylając się do tyłu i zamachała rękoma, próbując złapać równowagę. Posłała maszynie mordercze spojrzenie.

- Wydają się wytrzymalsze niż ostatnio - stwierdziła, sięgając po łuk i rozdzielając go na dwa ostrza.

Mala wykonała kilka delikatnych ruchów dłońmi w powietrzu, a wtedy z morza za jej plecami wyłoniły się wodne węże i objęły stojącego przed nią żołnierza. Z pancerza oponenta buchnęły płomienie, wznosząc w powietrze obłoki pary. Sekundę później zza białych obłoków wypadł dron, mierząc ostrzem w Malę, tej jednak już tam nie było. Wzbiła się w powietrze i wylądowała obiema stopami na relingu. Nawet się nie zachwiała.

- Są niewrażliwe na działanie żywiołów - zauważyła.

Ragan zakręcił młotem młynek w powietrzu, po czym zrobił rozbieg i skoczył na jednego z robotów, powalając go na ziemię przy zderzeniu i miażdżąc jego głowę swoim orężem, posyłając tysiące iskier na wszystkie strony. Ciało maszyny opadło bezwładnie na deski pokładu.

- Na szczęście klasyczne metody nadal się sprawdzają - powiedział, uśmiechając się pod nosem.

Hikira pokiwała głową i rzuciła się na drona z ostrzami, starając się polegać głównie na swojej broni, nie żywiole.

Vox zablokował laserowy pocisk swoim mieczem i zrobił krok do tyłu, cofając się pod naporem drona. Po chwili przywarł do niego plecami Rebis, również zmagający się z mechanicznym żołnierzem. Toa Dźwięku zerknął na niego z ukosa.

- Może się zamienimy? - zapytał.

Rebis skinął głową i dwaj Toa zamienili się miejscami, po czym skoczyli na przeciwników. Po parunastu minutach ciała ostatnich dronów runęły na ziemię, choć nie obyło się bez zadania obrażeń - ostrze jednego z robotów przecięło bark Rebisa, na szczęście nie trafiło jednak w kość.

Piątka Toa spojrzała po sobie.

- To już chyba wszyscy - odezwała się Hikira, wodząc oczami po poharatanych maszynach.

- Zaraz… Gdzie jest Arcti– - urwał Vox, gdy nagle do uszu jego i pozostałych dobiegł metaliczny szczęk. Wszyscy odwrócili głowy w tamtym kierunku i ujrzeli drona stojącego na okrętowej nadbudówce, celującego do nich ze swojego miotacza Rhotuka. Zamarli.

Wtem głowa maszyny rozleciała się na kawałki, przebita Mroźnym Ostrzem. Ciało zwaliło się na ziemię, a po chwili pojawiła się za nim Arctica, dezaktywując moc swojej Kanohi. Spojrzała na Toa.

- No co? - zapytała, wzruszając ramionami.

Zeskoczyła w dół i dołączyła do pozostałych.

- Co teraz? - odezwał się Rebis, kopiąc ciało leżącego obok drona.

Mala oparła dłonie o reling i wbiła wzrok w jakiś oddalony punkt.

- Teraz… - odparła. - Czas wyruszyć na spotkanie Tanith.

Toa pokiwali głowami i zaczęli przygotowywać się do podróży. Rebis i Ragan pozbyli się ciał robotów, wyrzucając je do wody. Po chwili łódź z Toa odpłynęła we wskazanym przez Malę kierunku.

- Dalej, postarajcie się - powiedziała Hikira, usadawiając się na dziobie łodzi. - Złóżmy Tanith taką wizytę, którą zapamięta do końca życia.

***


Purrik wbiegł zdyszany do kryjówki w Szóstym Dystrykcie, zasunął za sobą metalowe drzwi i przywarł do ściany, opierając ręce na kolanach i próbując złapać oddech. Udało mu się. Dostał się tu niezauważony. Miał w tym wprawę - w końcu często musiał uciekać przed handlarzami czy rzemieślnikami, którzy zbyt szybko zorientowali się, że ich okradł, lub przyłapali go na gorącym uczynku. Zazwyczaj jednak groziło mu jedynie dotkliwe pobicie czy - w przypadku tych łagodniejszych - słowna reprymenda. Jednak nigdy jeszcze nie uciekał przed prawdziwymi żołnierzami, uzbrojonymi po zęby, gotowych w każdej chwili pojmać go i porwać Wielki Duch wie w jak okropne miejsce. Dlatego dziękował w myślach, że żaden z dronów go nie zauważył i pozwolił dostać się tu w jednym kawałku. Purrik podniósł głowę i ujrzał dwie znajome postacie zbliżające się w jego stronę.

- I? - zapytał Hserg, pochodząc do złodzieja. Po chwili dołączył do niego Auerieus.

Le-Matoranin jeszcze przez moment milczał, czekając, aż jego oddech się uspokoi, po czym odrzekł:

- Widziałem drony… Są w połowie mostu prowadzącego do Szóstego Dystryktu.

Toa spojrzeli po sobie.

- To niedaleko - powiedział Auerieus, po czym odwrócił głowę i powiódł wzrokiem po sali i po wszystkich w niej zgromadzonych. Byli przerażeni, w szczególności Matoranie. Zmuszeni do opuszczenia swoich mieszkań, drżeli ze strachu, teraz, gdy prawie cała ich wyspa została zajęta przez żołnierzany nasłanych przez tego, kto przez tysiące lat zapewniał im - wątpliwej jakości, ale wciąż - życie. Toa Plazmy nie chciał narażać ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Spojrzał na Hserga. - Musimy uciekać.

- Wykluczone - odparł Toa Ognia. - To nasza wyspa. Musimy o nią walczyć.

- Hserg. - Zajrzał mu w oczy. - Nie damy rady. Widziałeś, do czego drony są zdolne. Zabili Eltę. Nie możemy pozwolić, żeby zabili nas. - Położył mu dłoń na ramieniu. - Porwali prawie wszystkich mieszkańców. Musimy zapewnić bezpieczeństwo tym, których udało nam się ukryć w tych schronach. Dlatego musimy uciekać.

Czerwony Toa szarpnął ramieniem, wyrywając mu się z uścisku.

- Dokąd chcesz uciekać? - rzucił. - Te maszyny zajęły całą wyspę. Nie uda nam się opuścić Artas Nui, a nawet jeśli, to szybko nas wytropią i zatopią. Nie możemy uciekać, Auerieus. Musimy walczyć.

Toa Plazmy westchnął. Chciał zaprzeczyć, lecz spojrzenie towarzysza go przed tym powstrzymało. Westchnął po raz kolejny.

- Dobrze. Co konkretnie chcesz zrobić?

Hserg rozejrzał się wokoło. Zastanawiał się.

- Zabierz wszystkich z tego schronu do pozostałych - powiedział po chwili.

- Są przepełnione.

- Upchnij ich jakoś. Wymyśl coś. Nie mogą zostać w tym schronie.

Auerieus zamrugał, zdumiony, lecz ostatecznie przytaknął. Znalezienie dla nich miejsca w pozostałych schronach mogło stanowić problem, jeśli jednak miało to zapewnić im bezpieczeństwo, mężczyzna nie zamierzał odrzucać tego pomysłu. Mimo, że wydawał mu się wątpliwy.

- A ty? - spytał.

- Ja zajmę się dronami.

Toa Plazmy ponownie zamrugał.

- Sam? - W odpowiedzi Hserg pokiwał głową. - Nie dasz im rady. Widziałeś, jak bardzo są wytrzymałe.

- Uszkodziłem ich pancerz podczas wczorajszej walki - odrzekł Toa Ognia. - Rozumiesz? Uszkodziłem go. Wiesz, co to oznacza? Nie są niezniszczalne. Po prostu są wytrzymałe do pewnego stopnia. Do pewnej granicy. - Jego oczy zabłyszczały. - Wystarczy przekroczyć tę granicę.

Auerieus zmarszczył czoło.

- Co masz na myśli?

Hserg zamyślił się. Po chwili odparł:

- Nigdy sam tego nie próbowałem, ale… słyszałem o tym. Parę razy. - Spojrzał na Toa Plazmy. - Bomba czasowa. Kula energii żywiołu, która wybucha dopiero po zerwaniu kontroli przez Toa. Jeśli skupię w niej odpowiednio dużo mocy… powinno się udać.

- Albo i nie.

- Dlatego zostanę tu, i jeśli mój plan się nie powiedzie… - Umilkł na chwilę. - …zajmę się nimi w klasyczny sposób. - Sięgnął po swoją tarczę i przejrzał się w niej. W lśniącej Protostali ujrzał wojownika noszącego czerwono-pomarańczową Kanohi Arthron. Zastanawiał się, czy da on radę całemu oddziałowi mechanicznych zabójców. Auerieus już otwierał usta, lecz Hserg go ubiegł: - Powiedz Khrusskowi, że zabieracie stąd mieszkańców. Siedźcie w schronach i nie wychodźcie stamtąd, dopóki do was nie przyjdę.

Toa Plazmy miał ochotę zaprotestować - wiedział, że musi zaprotestować - jednak… nie zrobił tego. Doceniał poświęcenie Hserga. Choć obawiał się, że niezależnie od tego, co zrobi Toa Ognia, i tak będą zgubieni. Musiał to powiedzieć:

- Jesteś szalony…

Hserg tylko cicho się zaśmiał.

- Nie masz pojęcia, ile razy to słyszałem - odparł. - W najbardziej kryzysowych sytuacjach. A jednak wciąż żyję. - Wykrzywił kącik ust w uśmiechu.

Auerieus skinął głową i zwrócił się do leżącego pod ścianą z założonymi za głową rękami Skakdi:

- Khrussk, zbieramy się.

***


- Wiesz, zastanawia mnie jedno… - odezwał się Rebis, siedząc na nadburciu.

- Co takiego? - spytał Ragan, siedzący nieopodal.

- Nowe drony są odporne na działanie żywiołów, tak? Więc, dla przykładu, Toa Ognia nie może uszkodzić ich swoimi płomieniami. Ale co by się stało, gdyby na przykład Toa Kamienia stworzył wielki głaz i spuścił go im na głowy? Nie powinny chyba tego przetrwać, nie?

- Hm… - Czarny Toa dotknął dłonią podbródka i zamyślił się. - Faktycznie, jakby się nad tym zastanowić…

- Ćśś - syknęła Arctica. - Zbliżamy się do celu.

Dwójka Toa wychyliła głowy i spojrzała w bok. Faktycznie, w oddali przed sobą, na tle ciemnej nocy, dało się dostrzec niewielkie plamy światła bijącego z okien pałacu Tanith.

Mala zwróciła się do Voxa:

- Potrzebna nam będzie dźwiękowa bariera.

Toa w Hau skinął głową i aktywował swoją moc żywiołu. Po chwili wszystkie odgłosy dookoła łodzi umilkły, ustępując miejsca przenikliwej ciszy. Wojownicy widzieli falującą w pobliżu wodę, lecz nie słyszeli jej szumu, zupełnie tak, jakby zostali wyjęci ze świata. Po jakimś czasie łódź zbliżyła się na tyle, by dało się dostrzec szczegóły zamku. Pałac nawet w mroku wyglądał imponująco. Wysoki na kilka pięter, zwieńczony masywną kopułą, usłany misternymi ornamentami w pobliżu podłużnych okien i drzwi. Nie dało się nawet wyobrazić, jak piękny musiał on być w blasku dnia. Jednak Toa nie mieli teraz czasu na podziwianie widoków.

Podpłynęli z boku budynku i zatrzymali łódź kilkanaście bio od brzegu, pozostając niezauważonymi. W świetle bijącym z witrażowego okna widoczne były dwie sylwetki dronów, wypatrujących zagrożenia. Na szczęście nie zauważyły przybyłych, bowiem nie zareagowały w żaden sposób i dalej lustrowały wzrokiem teren dookoła zamku. Mala zerknęła na Toa Lodu.

- Arctica?

Tym razem to biała Toa skinęła głową i po paru chwilach jej ciało stało się przezroczyste - a w mroku nocy całkowicie niewidoczne. Oczywiście to samo mógł zrobić Rebis, dzięki swojej Hunie, Mala nie chciała jednak wymagać od niego korzystania z maski, której mocy jeszcze nie do końca opanował - w końcu był Toa dopiero od kilku godzin. Arctica wspięła się na falszburtę i wskoczyła do wody, nie wydając przy tym nawet najcichszego plusku. Po jakimś czasie jej głowa wynurzyła się paręnaście bio dalej, tylko na ułamek sekundy, by Toa Lodu mogła zaczerpnąć tchu.

Wreszcie dziewczyna wyskoczyła z wody i wspięła na skały, przykucnęła na jednej z nich i rzuciła spojrzenie na drony. Nie zauważyły jej. Dobrze.

Arctica spadła na nich jak grom, jednego od razu cięła Mroźnym Ostrzem. Zablokował się, a wtedy błyskawicznie wyprowadziła cios z obrotu prosto w głowę. Drugi próbował postrzelić ją ze swojego działa, lecz dziewczyna w mgnieniu oka przecięła mieczem jego lufę. Następnie roztrzaskała staw kolanowy drugiego robota i odrzuciła go w tył. Dron stoczył się w dół po skałach. Nie widziała, czy został dezaktywowany czy nie, jednak miała pewność, że już jej nie zagrozi.

Chciała odwrócić się i ciąć drugiego żołnierza, ten jednak był szybszy i przejechał swoim ostrzem po jej plecach, zdzierając z nich pancerz. Arctica syknęła i obróciła się, tylko po to, by ujrzeć drona zamachującego się swoim orężem.

Nagle coś uderzyło go w bok i razem z nim przywaliło w ścianę pałacu. Po chwili Vox wyprostował się i wyszarpnął głownię swojego miecza z ciała maszyny, które osunęło się na ziemię. Toa Dźwięku zerknął na towarzyszkę. Ta posłała mu pretensjonalne spojrzenie.

- Dobrze mi szło - powiedziała z wyrzutem.

- Tak - odparł Vox. - Pierwszorzędnie odwróciłaś jego uwagę, żebym mógł go zaatakować. - Wykrzywił kącik ust w uśmiechu i spojrzał za siebie. Pozostali Toa dostali się już na ląd i po chwili znaleźli przy nich.

Arctica wywróciła oczami i westchnęła.

- Dobrze, czyń honory.

Vox uśmiechnął się jeszcze szerzej i posłał falę dźwiękową w kierunku podłużnego okna.

Kolorowe szkło roztrzaskało się na kawałki, kiedy Toa wpadli do środka. Wojownicy znaleźli się w przestronnej, jasnej sali, zbudowanej na planie koła, od której odchodziły dwa korytarze. W komnacie czekała już na nich szóstka dronów.

Rebis rzucił się z bojowym okrzykiem na ustach na jednego z żołnierzy, powalił go na ziemię i zatopił złote miecze w jego szyi. Uniósł głowę i dostrzegł kolejnego drona, stojącego jakieś pięć bio od niego. Wciąż pobudzony ogniem walki, ruszył biegiem w jego kierunku. Maszyna jedynie wystawiła ramię przed siebie i odpaliła Rhotuka. Wirujący pocisk niebezpiecznie zbliżał się ku twarzy Rebisa, gdy nagle czyjaś ręka pchnęła Toa Ognia na ziemię. Jarzący się Rhotuka przeszył powietrze nad jego głową i wyleciał przez okno.

Rebis spojrzał na Ragana.

- Nawet jako Toa muszę powstrzymywać cię przed bzdurnymi pomysłami? - zapytał Toa Ziemi z nutą pretensji w głosie.

Hikira zawirowała wokół czwórki dronów, posyłając strzałę w soczewkę receptorów wzrokowych każdego z nich, przebijając ich głowy na wylot. Mechaniczne ciała zwaliły się na wypolerowaną podłogę, a po chwili to samo stało się z korpusem innego żołnierza nieopodal, przepołowionego Mroźnymi Ostrzami Arctici.

- Ja go chciałem załatwić - odezwał się Vox, który dopadł do pokonanego przez Toa Lodu drona o kilka sekund za późno. Dziewczyna posłała mu triumfalny uśmiech.

- Zdążyłeś już odebrać mi jedno zwycięstwo. Musiałam się zrewanżować - odparła.

Wszyscy przenieśli wzrok na Malę, a raczej na czającego się za jej plecami drona, celującego z działa. Już otwierali usta, by ją ostrzec, gdy niebieska Toa zakręciła kilka razy dłonią w powietrzu, a po chwili ciało robota rozleciało się na kawałki, rozerwane od środka wodnymi strumieniami. Mala uśmiechnęła się.

- Niezła robota. Widać drony nie są aż tak odporne na działanie żywiołów, jak się nam wydawało - powiedział Rebis i zapytał: - Wiesz, gdzie jest Tanith?

Toa Wody przytaknęła.

- Tak - odrzekła. - I obawiam się, że ona wie z kolei, gdzie znajduję się ja.

Wojownicy spojrzeli po sobie.

- Więc ruszajmy po nią - powiedział po chwili Ragan, opierając młot o ramię.

Mala pokręciła głową.

- Skupiając się tylko na jednym z naszych wrogów, dajemy drugiemu możliwość ucieczki - oznajmiła, po czym powiodła wzrokiem po towarzyszach. - Waszym zadaniem jest dotarcie do Vrexa. Ja zajmę się Tanith.

Zamrugali.

- Sama? - zapytał Vox.

- Znam Tanith dłużej niż ktokolwiek inny. Znałam. - Toa Wody spuściła na chwilę wzrok. - I choć nie jest już tą samą Toa, która walczyła u mego boku tysiące lat temu, nie wszystkie z jej cech uległy zmianie. I wierzę, że wciąż tkwi w niej dawna Tanith.

- Chcesz przekonać ją, by przeszła z powrotem na naszą stronę? - odezwała się Arctica.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Jeśli… jeśli jednak mi się nie uda, liczę na was. - Na jej ustach zgościł ciepły uśmiech. - Walka u waszego boku była dla mnie zaszczytem.

Toa pokiwali głowami.

- Uważaj na siebie - powiedział Vox.

- Wy również - odparła Mala. - Niech Wielki Duch czuwa nad wami.

Toa Dźwięku skinął głową i on również się uśmiechnął. Po chwili pozostali zrobili to samo.

- Dobra, nie ma czasu do stracenia - powiedziała Hikira i machnęła ręką. - Ruszajmy!

Pobiegła korytarzem, puszczając jeszcze na pożegnanie oko do Mali. Pozostali ruszyli jej śladem. Rebis, który został na końcu, odwrócił się do Toa Wody i, po krótkim wahaniu, rzekł:

- Dziękuję ci. Za wszystko.

Uśmiechnęła się i skinęła głową. Toa Ognia odwzajemnił gest i dołączył do reszty Toa. Mala została sama w komnacie, obserwując oddalających się wojowników. Przymknęła oczy, wyciszając umysł i sięgając nim ku Tanith, po czym ruszyła sąsiednim korytarzem na spotkanie ze swoją dawną kompanką.

***


Przemierzając kolejne hole pałacu, Toa zauważyli, że są one znacznie słabiej strzeżone niż korytarze kwatery Vrexa, co przyjęli z ulgą. Żadne z nich nie miało ochoty po raz kolejny mierzyć się hordami strażników i licznymi zastawionymi pułapkami, a już na pewno nikt nie chciał zostać zrzuconym do podziemnych tuneli tuż po dotarciu do celu. Mogło się wydawać, że Tanith nie obawiała się wtargnięcia wrogów na teren swojego zamku, jakby uznawała ich za martwych. Dobrze. Element zaskoczenia bez wątpienia był przydatny - nawet jeśli nie przeciwko samej Tanith, która z pewnością zdążyła się już dowiedzieć o intruzach, to dla tych nielicznych strażników, którzy stali na drodze Toa do celu.

Z korytarza tuż przed wojownikami wyszedł nagle Skakdi w czarno-czerwonym pancerzu, prawdopodobnie opuszczając pomieszczenie dla strażników. Ujrzawszy go, Vox i Arctica przyśpieszyli biegu i wysunęli się przed grupę, rywalizując, kto dopadnie jako pierwszy do Zakazianina. Nagle przed dwójką Toa pojawiła się Hikira, uśmiechając się łobuzersko.

- Nic z tego, on jest mój - rzuciła przez ramię.

Strażnik, kiedy tylko zobaczył nadciągających Toa, krzyknął zdumiony i sięgnął po swój karabin. Był jednak zbyt wolny. Hikira skoczyła naprzód i uderzyła go łokciem w brzuch, po czym przygwoździła do ziemi. Broń Skakdi potoczyła się po podłodze i zatrzymała kilka bio dalej.

- Dobrze, a teraz powiesz nam, gdzie chowa się twój szef - nakazała.

- Chrzań się, ścierwo Toa - wycedził Skakdi. Hikira pokręciła głową z politowaniem.

- Naprawdę? „Ścierwo Toa”? - Przedrzeźniła go. - Nie stać cię na nic lepszego?

Strażnik próbował się jej wyrwać, mocno szarpiąc, Toa jednak nie rozluźniała uścisku.

- Złaź ze mnie, sikso… - wycharczał.

- Oj - odparła Hikira. - Lepiej bądź miły, inaczej zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

Skakdi prychnął.

- Nie boję się was, Toa. - Spojrzał na nią z pogardą. - Nie możecie mnie zabić. Potrzebujecie moich informacji.

- Och. - Oczy Hikiry zabłyszczały. - Nie będziemy cię zabijać. To by było zbyt łagodne. Ale możemy… - Przejechała palcami po jego torsie. - …zrobić coś gorszego. Byłeś kiedyś w barze „Jednonogi Husi”? Oczywiście, że byłeś. Takie szumowiny jak ty zapuszczają się tylko w tego typu miejsca. Więc, pewnie widziałeś, jak mój przyjaciel obija twarz kafarom twojego pokroju? - Zerknęła na Voxa. Ten przez chwilę wpatrywał się w Hikirę, zmieszany, lecz zaraz potem otrząsnął się, uświadamiając sobie, co Toa Błyskawic ma na myśli, i spojrzał groźnie na Zakazianina, napinając mięśnie.

Hikira zachichotała, dostrzegłszy strach i wahanie w oczach strażnika.

- Chcesz, żeby zademonstrował na tobie łamanie kości? - Wyszczerzyła się.

Skakdi przełknął ślinę.

- Dobra, tylko nie mówcie szefowi, że to ja wam pomogłem…

***


Vrex zaklął bezgłośnie. Ci przeklęci Toa już tu byli. Spodziewał się tego - Tanith była zbyt niekompetentna, by wyeliminować piątkę Toa. Jednak pojawienie ich się akurat teraz, w tym czasie… Nie było dobrze. Vrex musiał jak najszybciej się stąd ulotnić. Oczywiście z chęcią stanąłby z intruzami do walki - ba, był nawet pewien, że by ją wygrał - ryzyko było jednak zbyt wielkie, a on, jako tak kluczowa postać w jego planie, nie mógł sobie na nie pozwolić. Ponadto, wolał nie ujawniać Toa swej obecności - dzięki temu nikt nie mógłby go oskarżyć o spowodowanie całej tej wojny. Oczywiście, Toa nie mieli wątpliwości, że to on stoi za wyprodukowaniem dronów, jednak bez bezpośredniego dowodu nie byli w stanie mu nic zrobić. Był przed tym zbyt dobrze zabezpieczony.

Objął wzrokiem swoje laboratorium. Większość tub zastoju ze schwytanymi mieszkańcami było już w drodze na Artidax - tymi, które zostały, nie było sensu się przejmować. Po opuszczeniu pałacu wyśle żołnierzy, by ci odbili je z rąk Toa. Jedyne, czego żałował, to fakt, że nie mógł dokończyć swojego pobocznego projektu, a nie było teraz czasu na przenoszenie go w inne miejsce. Przynajmniej był gotów do działania, a to najważniejsze. Powinien się sprawdzić. Szkoda, że Vrex nie mógł zobaczyć go w akcji.

Małe, wychudzone i kruche ciało Onu-Matoranina wspięło się na otwartą Super Zbroję, a ta zatrzasnęła się na nim z metalicznym szczękiem, gdy mężczyzna usadowił się w jej kokpicie. Vrex od razu poczuł ogromny przypływ mocy. Nienawidził swojego ciała - przypominało mu o tych wszystkich latach, kiedy był wyśmiewany i poniżany ze względu na swoją budowę przez innych Onu-Matoran. W Super Zbroi miał potęgę i napawał strachem tych, którzy niegdyś spoglądali na niego z góry. Uwielbiał to uczucie, gdy drżeli na jego widok.

Podszedł do stołu i nacisnął jeden z przycisków.

- Co z moją łodzią?

- Czeka na pana przy zachodnim wybrzeżu, panie Vrex - rozległ się głos jednego ze Skakdi.

- Dobrze. Szykujcie się do odpłynięcia i czekajcie na mnie.

- Tak jest, panie Vrex.

Vrex obrócił się i zmierzył w kierunku bocznego wyjścia z pracowni. Zatrzymał się przy ścianie i odwrócił głowę w kierunku korytarza, spoglądając ku jednego z jego pałacowych laboratoriów. Uśmiechnął się pod hełmem.

Miał nadzieję, że zostawiona przez niego niespodzianka spodoba się Toa.

***


Kierując się wskazówkami Skakdi - który na końcu i tak musiał niestety zostać pozbawiony przytomności, by nie wszcząć alarmu - Voxowi, Arctice, Hikirze, Raganowi i Rebisowi udało się dotrzeć do podziemnej części pałacu. Tutejsze korytarze nie biły takim blaskiem i nie były ozdobione ornamentalnymi kolumnami po bokach jak te parę poziomów wyżej, zamiast tego były - co szybko rzuciło się Toa w oczy - zaskakująco szerokie, w porównaniu z tymi z wyższych części pałacu, które z kolei były wąskie, lecz wysokie. Zawieszone przy ścianach niewielkie Kamienie Świetlne rzucały blady, zielonkawy blask, w którym na końcu korytarza dało się dostrzec rozwidlenie. Zgodnie z tym, co powiedział im Skakdi, powinni teraz skręcić w lewo, by dotrzeć do laboratorium, które zajmował Vrex w ciągu ostatnich kilku dni.

Nagle z prawej odnogi wyłoniła się jakaś postać i stanęła na drodze Toa. Ci zatrzymali się parę bio przed nią i zamarli.

- No nie… - Hikira przewróciła oczami i sięgnęła po łuk. - Myślałam, że po Karanaku nie będzie już żadnych powrotów…

Wojownicy mieli przed sobą Soundrone’a - smukłego robota w czarnym pancerzu, jarzącego się pomarańczowym światłem w niektórych miejscach, od którego odchodziły liczne przewody i kable i chowały się gdzieś w głębi prawego korytarza. Maszyna wodziła swoim martwym, a jednocześnie głęboko niepokojącym wzrokiem po przybyszach.

- Idźcie dalej - powiedział Vox, wyciągając z pochwy Dźwiękowe Ostrze. - Ja się nim zajmę.

Spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

- Ale… - zaczęła Arctica, lecz przerwała, gdy niespodziewanie Soundrone uwolnił w ich kierunku falę dźwiękową. Vox wystawił dłoń przed siebie i, jakkolwiek niemożliwe mogło się to wydawać, zatrzymał falę w połowie drogi między robotem a Toa.

- No już! - rzucił do pozostałych, napinając mięśnie, by nie ugiąć się pod naporem dźwiękowego ataku maszyny.

Nie zamierzali go nie słuchać. Przemknęli się do lewego korytarza i po chwili zniknęli za rogiem. Jedynie Arctica na chwilę się zatrzymała i spojrzała w kierunku Voxa, zawahała się przez moment, lecz zaraz potem odwróciła się i dołączyła do reszty.

Toa Dźwięku napiął mięśnie jeszcze mocniej i skierował zatrzymaną falę w kierunku Soundrone’a. Ten nawet się nie zachwiał. Przez kilka długich sekund przeciwnicy świdrowali się oczami, aż wreszcie Vox zaszarżował na maszynę, zamachując się mieczem.

***


Śnieżne płatki wolno i lekko opadały na czerwoną zbroję Hserga. Toa Ognia stał pośrodku opustoszałej ulicy Szóstego Dystryktu, wspierając dłonie na wbitym w ziemię mieczu, z tarczą założoną na plecach i wpatrywał się w dal, wyczekując na nadejście dronów. Gdzieś w głębi serca czuł strach, tak mało znane mu uczucie. Zawsze żył chwilą, nie przejmując się konsekwencjami swoich czynów. Teraz jednak na jego barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność - tak ogromna, że co jakiś czas zastanawiał się, czy zdoła ją udźwignąć. Zależało od niego życie dziesiątek istot, jedynych ocalonych przed szponami Vrexa i jego sługusów. Nie mógł zawieść. I dlatego się bał.

Nagle zjawił się koło niego Purrik. O dziwo, Hserg nawet nie poczuł gniewu ani strachu o jego życie. Wiedział, że złodziej sobie poradzi - już raz tego dowiódł, ratując Matorankę z pożaru. Musiał przyznać, że nawet cieszył się z jego obecności. Czuł się znacznie pewniej, mając kogoś, kto będzie dotrzymywał mu towarzystwa.

- Dlaczego tu przeszedłeś, Purrik? - zapytał spokojnym tonem.

- Ktoś musi doprowadzić drony do twojej pułapki - odrzekł Matoranin. - Jeśli… tobie się nie uda.

Toa Ognia zaśmiał się cicho.

- Myślisz, że jestem aż tak słaby? - Zerknął na Matoranina.

- Nie. Nie uważam nikogo z nas za słabego. Ale nawet najsilniejsi popełniają błędy.

Hserg skinął lekko głową. Purrik miał rację. On sam wiele razy popełniał błędy. I wiele razy widział, jak robili to inni. Niekiedy przypłacając to życiem.

Zmrużył oczy, próbując przebić wzrokiem wirujące płatki śniegu.

- Nadchodzą - oznajmił, sięgając po tarczę i przyjmując bojową postawę. Purrik dobył dwóch mieczy - Hserg miał silne przeczucie, że były skradzione - i również stanął w odpowiedniej pozycji. Parę chwil później obaj ujrzeli przed sobą grupę kilkunastu dronów. Ich krwistoczerwone receptory wzrokowe były aż nadto widoczne pośród ośnieżonych budynków.

Na ich reakcję nie trzeba było długo czekać. Po kilku sekundach rozległ się odgłos wystrzału laserów i Rhotuka. Hserg wystawił tarczę do przodu, osłaniając siebie i Purrika, po czym machnął mieczem, posyłając ognistą falę ku przeciwnikom i rzucił się wraz z Matoraninem do ucieczki. Nie patrzył, czy trafił - to nie miało znaczenia. Miał tylko dostatecznie ściągnąć na siebie ich uwagę. Co, jak z ulgą zauważył, udało się. Drony ruszyły w pogoń.

Uchylając się przed przecinającymi chłodne powietrze pociskami, Toa i Matoranin dotarli do opustoszałej hali. Wpadli do środka, przeskoczyli nad kulą ognia i zatrzymali się pod oszronioną ścianą. Hserg zdołał jeszcze schować się wraz z Purrikiem za tarczą, gdy do środka wkroczyły drony.

Po chwili oślepiły ich płomienie, a fala gorąca omal nie pozbawiła ich przytomności.

***


Misternie zdobione mosiężne drzwi do sali tronowej wyleciały z zawiasów, pchnięte strumieniami wody, i wpadły do środka razem z powyginanymi ciałami mechanicznych strażników. Mala wkroczyła do komnaty i ujrzała przed sobą Tanith, siedzącą z założonymi nogami na olbrzymim, złocistym tronie, opierając głowę na dłoni. Jej błękitna peleryna leniwie opadała na podłogę w poskręcanych fałdach. Jeśli Tanith była zdumiona nagłym pojawieniem się Toa Wody, doskonale potrafiła to ukryć.

- Czyli jednak przeżyłaś… - odezwała się. - Tak podejrzewałam, że wkrótce się tu zjawisz, siostro.

Mala zatrzymała się na środku sali i spojrzała na dawną towarzyszkę. Była zatrważająco poważna.

- Straciłaś prawo, by nazywać mnie swą siostrą w chwili, gdy nas zdradziłaś - odparła. Tanith tylko cicho się zaśmiała.

- Po co ta zawiść? - spytała, schodząc z tronu i lekkim ruchem zrzucając z siebie pelerynę. Ta opadła mozolnie na siedzisko. - Nie możemy o tym wszystkim po prostu zapomnieć? Wybaczyć sobie? - Zaczęła iść wolnym, posuwistym krokiem w kierunku Mali. Ta stała niewzruszona.

- Złamałaś przysięgę złożoną Wielkiemu Duchowi - odrzekła. - To grzech, którego nie można ci wybaczyć.

Toa w Rau zatrzymała się i pokręciła głową z politowaniem. Westchnęła.

- Odpuść sobie, Mala. Nieważne, co teraz ze mną zrobisz, mój plan i tak się ziści. Moi żołnierze, prędzej czy później, wytropią was i zabiją, ci, których obiecaliście bronić trafią w moje ręce, podobnie jak należna mi władza. Jest już za późno. I dobrze o tym wiesz. - Posłała niegdysiejszej przyjaciółce przenikliwe spojrzenie i uśmiechnęła się podle. Jedną ręką dobyła podłużnego miecza o ząbkowanym ostrzu. - Po co więc tu przyszłaś?

Mala zrobiła krok do przodu, przyjmując bojową postawę, po czym po raz pierwszy od wieków sięgnęła po swój oręż - dwa lśniące, idealnie wyważone topory, odbijające blask Kamieni Świetlnych i swą nieskazitelnością dorównujące jej samej.

- Moim przeznaczeniem jest służenie Wielkiemu Duchowi Mata Nui - Wystawiła ostrze przed siebie i skierowała je ku Toa Wody. - Moją powinnością jest stanie na straży pokoju w jego wszechświecie. A moim obowiązkiem jest chronienie jego poddanych... przed tobą.

Rozdział 10Edytuj

Skakdi przeleciał przez cały korytarz i przywalił plecami o ścianę z donośnym gruchotem, po czym osunął się na podłogę, tracąc przytomność. Po chwili zza rogu wyłonili się Ragan, Rebis, Hikira oraz Arctica, zmierzając w stronę laboratorium Vrexa. Mieli nadzieję, że nie jest późno. I że Soundrone nie zacznie ich ścigać. Liczyli, że Voxowi uda się wyjść zwycięsko z pojedynku z nim. Choć z drugiej strony, wszyscy - a w szczególności Arctica - mieli niepokojące uczucie, że ich towarzysz może nie wygrać tego starcia. Uczucie to z każdą chwilą się nasilało, coraz bardziej dając o sobie znać.

Nagle Toa Lodu zatrzymała się. Pozostali zrobili to samo i odwrócili się, spoglądając na nią pytająco.

- Biegnijcie dalej beze mnie - powiedziała i nim zdążyli zareagować, obróciła się i pobiegła przed siebie, znikając po chwili za zakrętem.

Ragan przez moment wpatrywał się w pusty korytarz, zastanawiając się, czy się za nią udać, czy nie, gdy dobiegł go głos Hikiry:

- Słyszeliście ją. Ruszajmy, już!

Choć niechętnie, posłuchał jej. Po chwili trójka Toa dotarła pod drzwi do sali lidera XONOX-u, gdzie zastali całą szóstkę mechanicznych strażników. W porę schowali się we wnęce korytarza przed salwą pocisków. Wychylili lekko głowy i spojrzeli na barierę dronów.

Wyglądało na to, że prędko się przez nią nie przebiją.

***


Vox zmrużył oczy, nadbiegając ku Soundrone’owi i zamachując się Dźwiękowym Ostrzem. Robot stał w miejscu, bacznie go obserwując. Toa spodziewał się, że jego przeciwnik właśnie szykuje się do uwolnienia ataku. Jeśli jednak miał teraz wolną drogę do zadania ciosu…

Soundrone uwolnił ogłuszający jazgot, który omal nie rozerwał receptorów słuchowych Voxa na strzępy. Toa odchylił się lekko do tyłu i zachwiał, trafiony dźwiękowym strumieniem, znał jednak tę sztuczkę - robot zastosował ją w walce w kryjówce Taive’a sześć lat temu. I dzięki temu Vox wiedział, jak sobie z nią poradzić. Momentalnie otoczył Soundrone’a dźwiękową barierą, neutralizując jego atak i naskoczył na niego, wystawiając miecz do przodu i szykując się do pchnięcia.

Nagle dźwiękowa bariera rozwiała się, a wtedy robot odrzucił od siebie oponenta falą wzmocnionych drgań powietrza. Uderzenie było tak silne i niespodziewane, że wytrąciło Voxowi broń z ręki. Toa uderzył z gruchotem o ziemię i kątem oka zerknął na Dźwiękowe Ostrze, które wylądowało kilka bio dalej. Już miał się podnieść i ku niemu skoczyć, gdy szczypce robota wystrzeliły w przód i chwyciły go za gardło. Soundrone uniósł wojownika, aż ten zawisł w powietrzu.

Vox zakasłał, walcząc o oddech i daremnie próbując rozluźnić dławiące go kleszcze. Robot uważnie wodził wzrokiem po jego ciele, spoglądając na nie swoimi jarzącymi się jaskrawopomarańczowym światłem ślepiami. Vox zakasłał znowu i charknął, czując, jak zaczyna mu brakować tchu, a uścisk maszyny powoli i mozolnie miażdży jego tętnice i ściska gardło. Wzrok powędrował mu do góry, a świat przed oczami zaczął tonąć w ciemności. Jego ruchy były coraz słabsze i po chwili jego kończyny opadły bezwładnie, zawisając w powietrzu.

Nagle coś uderzyło w trzymające Voxa ramię, rozluźniając uścisk. Toa Dźwięku upadł na ziemię i złapał się za gardło, wdychając łapczywie powietrze. Biały kształt, który go uratował, zawirował w powietrzu i odrzucił Soundrone’a na parę bio do tyłu. Wylądował na ziemi i spojrzał na Voxa, uśmiechając się. Mężczyzna w Hau również się uśmiechnął, chwytając wyciągniętą ku niemu dłoń i podnosząc się z podłogi.

- Radziłem sobie - powiedział do Arctici.

- Tak - odparła Toa Lodu. - Pierwszorzędnie odwróciłeś jego uwagę, żebym mogła go zaatakować - dodała zgryźliwie. Vox cicho się zaśmiał i przeniósł wzrok na robota. Zmierzał już w ich stronę, ciągnąc za sobą po podłodze grube kable przewodów. Zerknął na Arcticę.

- Załatwmy go razem - odezwał się. - Tym zwycięstwem mogę się podzielić.

Prychnęła i skinęła głową.

Po chwili ruszyli, szarżując na przeciwnika. Zatoczyli łuk w powietrzu, szykując się do cięcia z dwóch stron. Soundrone wystawił przed siebie swoje grubo opancerzone przedramiona. Ostrza mieczy napastników uderzyły o nie z metalicznym szczękiem, omal się na nich nie łamiąc. Toa przez chwilę stali w miejscu, napierając na maszynę, ta jednak nawet nie drgnęła.

Wreszcie szybkim, lecz jednocześnie silnym ruchem odepchnął wojowników od siebie i zanurkował szczypcami między uniesione ręce Voxa, po czym zatopił swoje kleszcze w jego brzuchu. Toa charknął, wypuszczając miecz z ręki i jęknął z bólu, gdy Soundrone cisnął nim z impetem o przeciwległą ścianę. Wszystko to trwało nie dłużej niż kilka sekund.

Następnie robot skierował się ku Arctice, która w tym czasie zdołała jedynie odchylić się do tyłu pod wpływem uderzenia. Złapał ją za głowę i powalił na ziemię, po czym uniósł nogę, gotów doszczętnie ją zmiażdżyć. Toa Lodu w porę odturlała się na bok i zerwała na nogi, a stopa Soundrone’a jedynie uderzyła z łomotem o pustą podłogę. Arctica zamaszystym ruchem cięła w plecy oponenta - a przynajmniej chciała ciąć, robot bowiem błyskawicznie obrócił się i chwycił za jej szyję, unosząc ponad ziemię.

Arctica puściła miecze i złapała za rękę maszyny, choć nie była w stanie wydobyć z siebie tyle siły, by rozluźnić uścisk. Po chwili robot cisnął nią równie mocno jak Voxem o ścianę. Arctica przywaliła z gruchotem o metal i osunęła się na podłogę, tuż obok Voxa. Oboje byli zamroczeni nagłym uderzeniem, a ich kończyny z jakiegoś powodu odmawiały im posłuszeństwa.

Podnieśli głowy i spojrzeli na idącego ku nim wolnym krokiem Soudrone’a. Ciągnięte przez niego kable naprężały się z każdym kolejnym centymetrem.

Vox aktywował swoją Kanohi Hau i otoczył siebie oraz Arcticę polem siłowym, choć wiedział, że wkrótce zabraknie mu sił, by korzystać z mocy maski. Sam nawet nie zauważył, jak objął towarzyszkę i zasłonił ją swoim ciałem.

Przez chwilę Toa wydawało się, że dostrzegli złowieszczy błysk w oczach maszyny. Soundrone wyciągnął przed siebie swoją rękę…

…i zatrzymał się w połowie kroku. Obrócił głowę i spojrzał na przytwierdzone do jego ciała przewody, teraz zawieszone w powietrzu. Szarpnął się, lecz kable nie pozwalały mu na dalszy krok. Przeniósł wzrok na Toa. Ci przez moment wpatrywali się w unieruchomionego przeciwnika ze zdumieniem.

Po chwili wydali z siebie głośne westchnienie ulgi. Odzyskawszy władzę w kończynach, wstali na równe nogi i przesuwając się wzdłuż ściany, poza zasięgiem maszyny, dotarli do korytarza i pobiegli nim, by dołączyć do pozostałych.

Soundrone został sam, wpatrując się pustym wzrokiem w oddalających się Toa, niezdolny do postawienia kolejnego kroku naprzód.

***


Rebis w porę schował głowę we wnęce korytarza, unikając nadlatującego pocisku. Spojrzał na chowających się przy przeciwległej ścianie Ragana i Hikirę. Toa Błyskawic raz po raz posyłała elektryczne strzały w kierunku robotów. Toa Ziemi stał bezczynnie - nie mógł atakować swoim młotem na dystans.

- Przynajmniej nie mają holograficznych tarcz - mruknęła pod nosem Hikira.

Teraz Rebis przeniósł wzrok na drony. Strzały Hikiry nie wyrządzały im żadnych szkód - może poza kilkoma niewielkimi rysami w pancerzu. Ich głównym zadaniem było trzymanie żołnierzy z dala od nich, lecz Toa Ognia wiedział, że prędzej czy później dziewczynie zabraknie mocy, a wtedy sprawy mogą zacząć wyglądać co najmniej nieciekawie. W dodatku w żaden sposób nie ułatwiało to wojownikom dostępu do laboratorium Vrexa. Musieli wymyślić inni sposób, pomyślał Rebis.

- Musimy wymyślić inny sposób - powiedział po chwili na głos. - Chyba nawet mam pewien pomysł.

- Już się boję - odparł Ragan. - Jaki?

- Szarżę.

Toa Ziemi zamrugał. Po chwili przewrócił oczami i westchnął. Pamiętał, jak skończyły się ostatnie próby szarży jego przyjaciela.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł - odezwał się. - Pamiętasz, jak skończyło się ostatnio. Omal nie dostałeś Rhotuka.

Hikira wychyliła się i błyskawicznie wypuściła kilka strzał ze swojego łuku. Zaraz potem schowała się we wnęce, a wirujący pocisk przeszył kilka sekund później powietrze, w miejscu którego jeszcze chwilę temu tkwiła głowa Toa Błyskawic. Dziewczyna rzuciła baczne spojrzenie obydwu towarzyszom.

- W sumie to lepszy pomysł niż tkwienie w miejscu - skwitowała.

Nagle jeden z dronów dostał lodowymi odłamkami. Jeden z sopli trafił go w receptor wzrokowy, oślepiając go, robot jednak nie zaprzestał strzelania. Toa obrócili głowy i ujrzeli nadbiegających ku nim Voxa oraz Arcticę. Toa Lodu wystrzeliła jeszcze kilka sopli, a Vox wypuścił dźwiękową falę, po czym obydwoje schowali się we wnęce tuż obok Rebisa.

- Dobrze wam idzie - zauważył z przekąsem Vox.

- Byliśmy w gorszych sytuacjach - odparła Hikira. - Jak wasza walka z szafą grającą?

- Niewiele lepiej niż wasza z nimi - powiedziała Arctica, wskazując głową na drony. - Ale jakoś daliśmy radę.

- Oby tu było tak samo.

Hikira i dwoje przybyłych Toa posłało jeszcze kilka pocisków, z tym samym skutkiem. Rebis miał już dość czekania. Gdy ogień w jego pobliżu nieco złagodniał, wyskoczył z ukrycia, odbił nadlatujące lasery i Rhotuka i z gniewnym okrzykiem na ustach zaszarżował na drony. Z ramienia jednego z żołnierzy wysunęło się zakrzywione ostrze, a on sam skoczył na nadbiegającego Toa. Zderzył się z nim i powalił na ziemię, uniósł ramię do góry, zamierzając zadać ostateczny cios.

Rebis poczuł nagły przypływ adrenaliny we krwi, gdy serce omal nie podskoczyło mu do gardła - zarówno z powodu nagłego strachu jak i zaskoczenia. Razem z adrenaliną poczuł również dziwną, mistyczną energię przepływającą przez jego żyły. Działał instynktownie. Wystawił dłonie przed siebie, jeszcze nim dron zdążył go ciąć, i wystrzelił z nich płomienie pomarańczowego ognia - tak silne, że odrzuciły maszynę w tył, a ta przywaliła plecami w drzwi do laboratorium i osmolona osunęła się na ziemię.

Rebis spoglądał przez moment ze zdumieniem to na robota, to na swoje dłonie, to na towarzyszy, ciężko dysząc.

- To było niesamowite! - krzyknął po chwili, podekscytowany. W następnej chwili ekscytacja zniknęła z jego twarzy, gdy uświadomił sobie, że przed sobą ma jeszcze pięciu mechanicznych strażników. Zamarł, gdy usłyszał dźwięk wystrzału.

- Rebis! - huknął Ragan, wyskakując z wnęki przed przyjaciela, próbując osłonić go własnym ciałem i jednocześnie uderzając młotem o ziemię. On również działał instynktownie. Pociski trafiły w jego pancerz, na szczęście nie uszkodziły go. Niespodziewanie ziemia pod stopami ich oraz dronów zadrżała - a sekundę później wystrzeliła w górę, uderzając robotami o sklepienie i miażdżąc je. Chwilę potem opadła, a Toa mogli zobaczyć zgniecione szczątki dronów, sypiące raz po raz iskrami.

Wszyscy zamrugali.

- Dobra - odezwał się po chwili Rebis. - To było jeszcze bardziej niesamowite.

- I chyba znamy odpowiedź na twoje pytanie odnośnie odporności na żywioły - odrzekł Toa Ziemi, pomagając przyjacielowi wstać.

Zerknęli na pozostałych. Toa nie zamierzali marnować czasu. Wyważyli metalowe drzwi i wkroczyli do laboratorium.

Nie zastali w nim Vrexa. Jedynie długi i wysoki stół, na którym leżały różne narzędzia w istnym nieładzie - co musiało świadczyć o tym, że Onu-Matoranin opuszczał pomieszczenie w pośpiechu. Oprócz stołu w laboratorium znajdowało się jeszcze coś, co rozszerzyło oczy wojowników ze zdumienia. Pod jedną ze ścian ustawionych było kilka podłużnych, szerokich tub wypełnionych zielonkawą cieczą. Wewnątrz zawieszeni byli Matoranie - a w jednej z tub dostrzegli nawet Vortixx - z zamkniętymi oczami. Nieopodal tub leżały dziwne, metalowe kapsuły.

Toa podeszli do najbliższego zbiornika. Arctica dotknęła dłonią szklanej ścianki.

- Czyli zdołali już porwać mieszkańców… - powiedziała do siebie, lecz pozostali także ją usłyszeli. Obróciła głowę i powiodła wzrokiem po grubych przewodach, które prowadziły do podstawy stołu pośrodku pokoju. Na holograficznym wyświetlaczu przesuwały się linijki tekstu. Ragan podszedł do niego i zaczął czytać.

- Wymazują im pamięć - oznajmił po chwili. Pozostali Toa zamarli.

- Więc chyba najwyższy czas na pobudkę - odparła po chwili Hikira, mierząc z łuku w zbiornik.

- NIE! - krzyknęli jednocześnie Vox, Rebis i Arctica. Hikira spojrzała na nich ze zdziwieniem.

- No co?

- Nie wiemy, jak to działa - powiedziała Arctica, stukając palcem o tubę. - Możemy tylko narobić jeszcze większych szkód. Musimy… - urwała, gdy jej wzrok spoczął na leżących nieopodal kapsułach. Jakieś dziwne, niepokojące uczucie kazało jej do nich podejść. Arctica zbliżyła się do jednej z nich, uklękła i wodząc po jej powierzchni palcami natrafiła na na niewielkie zaciski. Poluzowała je i wtedy wieko kapsuły uniosło się, a z wnętrza buchnęły obłoki pary.

Arctica zadrżała.

- Coś nie tak? - zapytał Vox, podszedł do niej i także uklęknął, zaglądając do wnętrza kapsuły. W środku zobaczył małego, skulonego Matoranina. Miał zamknięte oczy.

Zamarł.

- Czy on…

- Żyje - odparła Toa Lodu, dotykając głowy malca. - Jest uśpiony.

- Rhotuka usypiający?

- Chyba tak - powiedziała dziewczyna. - Mogłabym przygotować antidotum, ale… potrzebny mi będzie czas. I odpowiednie składniki.

Ragan powiódł wzrokiem po laboratorium.

- Jakieś na pewno tu znajdziesz…

- Nie - rzucił Vox. - Nie mamy teraz na to czasu. Vrex wciąż może być na wyspie.

- Ma rację - zawtórował mu Rebis. - Po mieszkańców wrócimy później. Musimy najpierw zająć się Vrexem. Mala tego chciała… - zamilkł i powiódł wzrokiem po kompanach. Ci pokiwali jednoznacznie głowami.

- Dobra, tylko jak… - Ragan urwał, gdy nagle Hikira wycelowała w jedną ze ścian i wypuściła strzałę. Po chwili w ścianie pojawiła się dziura, za którą dało się dostrzec kolejny, ciasnawy korytarz. Pozostali spojrzeli pytająco na Toa Błyskawic.

- Sekretne wyjście - oznajmiła, uśmiechając się, i nie czekając na resztę, zmierzyła w tamtą stronę.

Pozostali Toa ruszyli za nią. Jedynie Ragan na chwilę przystanął i zaczął wpatrywać się w ścianę obok, jedyną pustą. Zdawało mu się…

- Ragan! - dobiegł do niego głos Toa Ognia. Spojrzał w tamtym kierunku. Przyjaciel machnął do niego dłonią, by się pospieszył.

Potrząsnął głową i dołączył do reszty.

***


Donośny szczęk metalu rozniósł się po całej komnacie w chwili, gdy ostrza Mali i Tanith przecięły ze świstem powietrze i zetknęły się ze sobą. Taki sam odgłos dało się słyszeć później przy każdym kolejnym zderzeniu broni obydwu Toa. Z każdą chwilą rozbrzmiewał coraz częściej i głośniej, dając słyszalny dowód zaciekłości walki. Wojownicy uwiecznieni w posągach stojących pod ścianami z idealnie uchwyconą na twarzy powagą bacznie obserwowali starcie dwóch sióstr.

Tanith atakowała szybkimi, zamaszystymi ruchami, a te z pełną gracji zręcznością blokowane były przez ostrza toporów Mali. Toa Wody w Komau poruszała się lekko i zwinnie, sprawnie wyprowadzając kontry po sparowanych ciosach Tanith. Nawet w czasie walki na jej twarzy gościł niezachwiany spokój. Cały czas wodziła wzrokiem po ciele przeciwniczki, uważnie analizując każdy jej ruch.

- Nie mogę uwierzyć, jak łatwo daliście się oszukać - rzuciła Tanith, wyprowadzając sztych. - Naprawdę nie wydało wam się podejrzane, jak dobrze znałam kwaterę Vrexa? Jak łatwo wszystko szło?

Mala uchyliła się przed ząbkowaną klingą w ostatniej sekundzie.

- Wydało nam się - odrzekła. - Jednak ufaliśmy ci. Ja ci ufałam.

- Nie ufaj nikomu - rzuciła Tanith, uderzając po raz kolejny. - Każdy cię zdradzi, prędzej czy później. A im bardziej pozwolisz komuś się do ciebie zbliżyć, tym bardziej bolesna będzie zdrada.

- Tylko głupiec by tak myślał.

Wreszcie Mala dostrzegła błąd. Wysunęła stopę przed siebie, uchyliła się w bok przed nadciągającą głownią miecza, skoczyła do przodu i uderzyła oponentkę tępą częścią jednego z toporów w bok. Tanith zachwiała się, walcząc o utrzymanie równowagi. Mala mogłaby z łatwością zatopić teraz swoje ostrza w jej ciele - nie zrobiła tego jednak. Zamiast tego oddaliła się odskokiem na kilka bio w tył i przyjęła bojową postawę.

- Nawet mimo upływu lat, wciąż popełniasz te same błędy - powiedziała łagodnie. Tanith natychmiast ruszyła na nią.

Mala zablokowała nadchodzący sztych i szybkim ruchem podrzuciła klingę rywalki do góry, jednocześnie wyginając się do tyłu i odskakując, robiąc przy tym majestatyczne salto w powietrzu. Tanith dopadła do niej szybciej, niż się spodziewała, lecz i tak zdążyła sparować jej cios, stawiając na drodze jej miecza ostrza dwóch toporów. Obie Toa stały teraz w miejscu, siłując się ze sobą.

- To tylko świadczy o tym, jak słabą nauczycielką byłaś - odparła Tanith przez zaciśnięte zęby. Napięła mięśnie i silnym szarpnięciem odepchnęła od siebie dawną kompankę. Już miała na nią skoczyć, kiedy Mala, używając łańcuchów przytwierdzonych do uchwytów jej broni, zaczęła kręcić toporami w powietrzu przed sobą, zasłaniając się przed Tanith.

Toa w Rau ruszyła naprzód, a wtedy Mala zamachnęła się toporami, wbiła je w ziemię parę bio za plecami przeciwniczki i, ciągnięta ich siłą, przeleciała nad głową Tanith, wylądowała na podłodze, wyrywając przy tym z niej ostrza, zrobiła obrót, ciągnąc za sobą topory i uderzyła nimi w oponentkę, nim ta zdołała wykonać unik czy choćby blok. Następnie przyciągnęła do siebie topory i naskoczyła na Tanith.

- Ucznia, który nie chce przyswajać nowej wiedzy i naprawiać swoich błędów nie zmieni nawet najzdolniejszy nauczyciel - oznajmiła, wyprowadzając cios. Tanith zrobiła unik.

- Nie. Po prostu nie masz odwagi, by przyznać się do błędu.

Skierowała wolną dłoń na Malę i wypuściła z niej strumień wody. Ten rozszedł się na boki, zbyty machnięciem Toa w Komau, a wtedy Tanith zaszarżowała na nią. Uniosła ramiona do góry i wbiła miecz w ziemię, kiedy Mala odskoczyła i wylądowała na jednym z posągów.

Zaraz potem Toa Wody przeskoczyła na drugi, unikając kolejnego strumienia, który roztrzaskał na kawałki głowę rzeźby, na której przed chwilą się znajdowała. Uciekając przed następnymi wodnymi wężami, przebiegła po kolejnych posągach, okrążając Tanith, odbiła się stopami od marmuru i nadleciała ku swej dawnej przyjaciółce, rozwiewając na boki otaczające Tanith wodne ściany, którymi ta się osłoniła. Toa w Rau w porę odwróciła się, wystawiając przed siebie poziomo klingę miecza, a ta stanęła na drodze lśniących toporów. Siła uderzenie omal nie zwaliła obu Toa z nóg.

- Bałaś się ujawnić przed nami prawdziwe oblicze, skrywając je pod maską kłamstw. To tobie brak odwagi, Tanith, nie mnie - odrzekła Mala.

- Zamilcz! - zagrzmiała Tanith. - Dzięki tej masce wreszcie zdobędę to, co należało mi się od wieków! Nie możesz mnie zatrzymać! Nikt nie może!

Na te słowa z niespodziewaną dzikością odrzuciła od siebie rywalkę, robiąc zamach i szykując się do kolejnego ciosu. Mala była jednak szybsza. Cięła z wypadu, przez pierś i brzuch. Na ornamentalnym pancerzu Tanith pojawiła się podłużna, głęboka rysa. Toa Wody zmrużyła oczy, czując narastający gniew i uniosła miecz oburącz, gotowa przeciąć Malę na pół. Ta od razu odskoczyła, zawirowała, uchodząc przed ciosem Tanith, odbiła się od ziemi i wykonawszy równie widowiskowe jak przedtem salto wylądowała na podłodze za plecami kobiety, klęcząc.

Tanith odwróciła się na pięcie i natychmiast nadbiegła ku niej. Mala, cały czas nie spuszczając jej z oczu, rozsadziła od środka tron za sobą wodnymi wężami, po czym uniosła jego szczątki w bezkształtnej, wodnej masie ponad ziemię. Nie kontrolowała swojej mocy ruchami dłoni, ba, nawet nie spojrzeniem - używała do tego jedynie swego umysłu. Nim Tanith zdążyła do niej podbiec, Mala posłała odłamki tronu prosto na nią. Przed zdradziecką Toa w porę wyrosła ściana krystalicznej cieczy, która pochwyciła odłamki i odrzuciła je na bok, gdy Tanith machnęła rękoma. Po chwili kobieta wystrzeliła w kierunku Mali skoncentrowany strumień wody. Toa w błękitnej Komau zrobiła to samo.

Szum gniewnej wody rozniósł się po całym zamku, gdy oba strumienie zderzyły się ze sobą na środku komnaty, a uwolniona przy tym siła odrzuciła obie Toa pod przeciwległe końce pomieszczenia.

***


Słońce zdołało już wzejść, rzucając na wyspę bladawe światło. Vrex zmierzał wolnym krokiem w kierunku zacumowanej przy brzegu łodzi, przy której czekali już na niego dwaj mechaniczni strażnicy. Nie poinformował Tanith o tym, że opuszcza wyspę - zresztą, znając życie, ta głupia Toa i tak pewnie już dawno leżała martwa. Im szybciej Vrex się stąd wydostanie, tym lepiej. Oczywiście nie chciał wychodzić na tchórza, lecz okoliczności od niego tego wymagały. Miał usprawiedliwienie.

Nagle jak spod ziemi wyłoniła się przed nim Hikira, a czubek jej strzały napiętej na łuku omal nie dotykał hełmu Vrexa.

- Stój, bo strzelam. - Wyszczerzyła się.

Vrex już miał odepchnąć ją na bok, gdy dopadli do niego pozostali Toa i okrążyli go. Było ich pięcioro. Jednej brakowało. Pewnie Tanith znów pomyliła priorytety i skupiła się tylko na niej, ignorując pozostałą piątkę. Powiódł wzrokiem po wojownikach, mrużąc oczy pod hełmem.

- Ani kroku dalej, Vrex - wycedził Vox, wysuwając przed siebie Dźwiękowe Ostrze.

- Z drogi, Toa - odparł mężczyzna. - To nie wasza sprawa.

Już miał iść dalej, Toa go jednak przed tym powstrzymali.

- Powiedziałem: ani kroku dalej - powtórzył Vox. Vrex zaczynał odczuwać lekką irytację. Odwrócił się ku szaremu wojownikowi.

- Nie możecie mnie skrzywdzić, Toa - rzekł z pewnością siebie w głosie. - Przysięgaliście chronić moją rasę.

- I karać zdrajców - rzuciła Hikira. - A ty jesteś zdrajcą.

Vrex zmarszczył brwi. Kątem oka zauważył, jak drony biegną, by mu pomóc. Zatrzymał je gestem dłoni. Przeniósł wzrok na Toa.

- Nie macie pojęcia, na kogo się porywacie… - odparł po chwili.

Nagle jakaś siła odrzuciła ich od Vrexa. Wojownicy przelecieli kilka bio w powietrzu i uderzyli z łomotem o ziemię, wznosząc tumany pyłu. Podnieśli się i spojrzeli ze zdumieniem na konstruktora, stojącego na swym miejscu. Wydawało im się, jakby to on ich uderzył - wszystkich na raz - a przecież widzieli, że nie wykonał nawet najmniejszego ruchu.

- Magnetyczne rękawice - wyjaśnił mężczyzna drwiącym tonem, unosząc dłonie swojej zbroi i obracając je. - Nie możecie mi nic zrobić. - Odwrócił się i zaczął iść w kierunku łodzi.

Nagle zjawiła się przed nim Hikira i, tym razem bez ostrzeżenia, wystrzeliła naelektryzowany pocisk. Ten jedynie odbił się od czarnej zbroi, a Vrex przyciągnął dziewczynę do siebie, ścisnął jej gardło, uderzył kolanem w brzuch i odrzucił ją w tył. Szedł dalej.

Po chwili usłyszał, jak ktoś się zbliża. Odwrócił głowę i kątem oka zobaczył nadbiegającego Voxa. Machnął ręką i posłał Toa Dźwięku w powietrze, a ten uderzył z impetem w Hikirę, która dopiero co zdążyła wstać na nogi. Potem Vrex wystawił ramiona na boki, jednocześnie przyciągając Arcticę i Ragana, którzy zaszarżowali na niego, i nim zdołali do niego dolecieć, złączył dłonie, tym samym zderzając dwójkę Toa w powietrzu. Dezaktywował swoje rękawice, a wtedy wojownicy opadli na ziemię.

Naprawdę, jeśli chcieli go zatrzymać, mogli się choć trochę postarać.

Nagle poczuł ciepło na swoich plecach. Obrócił się i ujrzał Rebisa, wypluwającego ze złączonych dłoni strumień ognia w jego kierunku. Pokręcił głową z dezaprobatą.

Ponownie wystawił ręce zbroi na boki i ugiął kolana, przyciągając do siebie jednocześnie Voxa, Arcticę, Hikirę i Ragana. Czwórka Toa zawirowała wokół niego niczym tornado, a kiedy wysunął ramiona przed siebie, polecieli w tym samym kierunku, uderzając w Rebisa i zwalając go z nóg. Cała piątka przejechała po ziemi, wznosząc w powietrze kurz i zatrzymała dopiero paręnaście bio dalej. Vrex uśmiechnął się triumfalnie pod hełmem, odwrócił się i wolnym krokiem zaczął zmierzać ku czekającej na niego łodzi.


Arctica podniosła głowę, masując obolałe ramię.

- Nie damy mu rady… - powiedziała, spoglądając na oddalającego się Vrexa. - Nie z tą zbroją…

- Pojedynczo, może nie… - odrzekł Rebis. - Ale razem… - Zerknął na pozostałych. Ci spojrzeli na niego pytająco. - Mala chciała, żebyśmy działali razem. Jak drużyna.

- To nic nie da - wtrącił Vox, podpierając się swoim ostrzem. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz powstrzymało go przed tym spojrzenie Toa Ognia. Zerknął na pozostałych. Ci zdawali się być tego samego zdania, co Rebis.

Przeniósł wzrok na Vrexa. Musieli działać szybko.

- Dobra - powiedział. - Spróbujmy tego.


Od łodzi dzieliło Vrexa zaledwie parę bio - naprawdę żałował, że jego zbroja nie pozwała mu iść szybciej. Była cudem techniki, fakt. Jednak wciąż nie była idealna. Mężczyzna zanotował sobie w myślach, by zająć się tym problemem po powrocie do kwatery, gdy nagle usłyszał narastający tupot nóg. Spojrzał w bok, gotów odepchnąć napastnika, Hikira ze swoją maską była jednak szybsza i znalazła się przed Vrexem, nim ten zdążył zareagować.

Wystawiła złączone dłonie przed siebie i wystrzeliła z nich ciągły strumień energii Błyskawic. Vrex skrzyżował ramiona Super Zbroi przed twarzą, blokując się i już miał zamiar odepchnąć dziewczynę, gdy poczuł, jak uderza w niego dwoje kolejnych Toa - Vox, który zaabsorbował otaczające ich dźwięki i uwolnił je w postaci strumienia oraz Arctica, posyłająca dziesiątki, setki, tysiące lodowych odłamków w mężczyznę.

Vrex ugiął kolana swojej zbroi i spróbował zmusić ją do odepchnięcia Toa. Wtedy w jego plecy uderzyły płomienie, uwolnione przez Rebisa. Czworo Toa nie przestawało zasypywać Matoranina żywiołowymi strumieniami, a ten ze zgrozą uświadomił sobie, że… nie może nic zrobić. Elektryczne wiązki przeszyły jego zbroję, a z niektórych szczelin w jej pancerzu zaczął ulatywać dym. Vrex krzyknął, czując narastający ból i w ostatniej chwili desperacko spróbował aktywować swoje magnetyczne rękawice, jeszcze nim całkowicie stracił panowanie nad zbroją.

Fala energii w akompaniamencie oślepiającego światła wystrzeliła z wnętrza pancerza Matoranina i odrzuciła Toa w tył. Wojownicy z trudnem podnieśli się z ziemi i spojrzeli na Vrexa. Stał wciąż w tym samym miejscu, zamknięty w zbroi. Nie widzieli tego, ale, nawet mimo ogromnego bólu, uśmiechał się triumfalnie pod hełmem.

Skierował ręce pancerza przed siebie, chcąc odepchnąć Toa, lecz… nie mógł. Chciał się ruszyć, jednak nie panował nad zbroją. Poczuł panikę. Panikę, która narastała z każdą chwilą.

- Nie! - krzyknął. Tylko tyle mógł zrobić.

Nagle zaczął przyciągać. Wszystko. Srebrne i złote dekoracje ścian pałacu oderwały się i przylgnęły do jego pancerza. Nie, to jego zbroja wszystko przyciągała, włącznie z nim. Poczuł, jak jego ciało spaja się z pancerzem i więzi go w środku. Chciał się wystrzelić, wydostać z pułapki, atak Toa jednak pozbawił go kontroli nad własnym dziełem. Spojrzał na wojowników. Ich też przyciągał.

Toa mozolnie przesuwali się w jego stronę, ciągnięci niewidzialną siłą. Rebis w porę dobył swoich mieczy i wbił je w ziemię, zatrzymując się. Pozostali zrobili to samo. Jedynie Ragan, nie mogąc zaprzeć się swoim orężem, dalej sunął w kierunku Vrexa. Puścił młot, a ten przeleciał przez powietrze i uderzył w zbroję Matoranina, spajając się z nią. Ragan był już pewien, że jego spotka to samo, gdy coś złapało go za rękę. Toa Ziemi odwrócił głowę i dostrzegł Rebisa, jedną dłonią ściskającego rękojeść wbitego w ziemię miecza, a drugą ratując przyjaciela przed przyciąganiem.

Pancerze dronów oderwały się od mechanicznych ciał i przylgnęły do Vrexa, a po chwili dołączyły do nich same roboty. Magnetyczna siła zdarła metalowe poszycie łodzi i przytwierdziła je do zbroi Onu-Matoranina, zostawiając na wodzie jedynie goły, stalowy szkielet, który sekundę później także połączył się z czarnym pancerzem.

Toa nie widzieli już Vrexa - on dawno zginął gdzieś pośród masy przyciąganych odłamków. W jego miejscu tkwiła teraz kula metalowych szczątków, cały czas przyciągająca do siebie kolejne przedmioty. Vox poczuł, że dłużej już nie wytrzyma - mięśnie paliły go od przeciwstawiania się przyciąganiu, a w spojrzeniach swoich towarzyszy widział, że oni czują to samo. Spojrzał na Toa Ziemi.

- Ragan! Już! - krzyknął.

Ragan puścił dłoń Rebisa i poszybował ku metalowej kuli. Będąc kilka bio przed Vrexem, z całej siły uderzył pięściami w podłoże, uwalniając przy tym swoją moc. Ziemia pod uwięzionym konstruktorem zadrżała i chwilę potem wyleciała w powietrze, posyłając Vrexa wysoko w górę.

Mężczyzna zatoczył łuk, krzycząc bezradnie i po chwili zniknął wśród morskich fal.

Toa, niebędący już w zasięgu magnetycznego pola, opadli lekko na ziemię.

Odetchnęli z ulgą.

***


Tanith wylądowała na podłodze i spojrzała na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał jej uwielbiany tron - teraz została z niego jedynie sterta gruzów. Przeniosła wzrok na Malę i zmrużyła gniewnie oczy.

- Zapłacisz za to, Mala… - wycedziła i skoczyła naprzód.

Toa w Komau z niezwykłą lekkością zeszła z drogi jej ostrzu.

- Jesteś zaślepiona, Tanith. Dlatego czujesz ból po tym, jak zniszczyłam symbol twojej zmyślonej władzy - powiedziała.

- Moja władza nie jest zmyślona! - wybuchła Tanith. - W przeciwieństwie do praw, którym służysz!

Mala pokręciła głową, parując nadchodzący cios.

- Naprawdę się zmieniłaś… - odrzekła ze szczerą troską w głosie.

- Nie! Po prostu ty przez cały ten czas byłaś zbyt ślepa, by dostrzec, czego naprawdę pragnę! - Tanith zakręciła mieczem w powietrzu, wykonała zwód i naparła na oponentkę, zasypując ją gradem sztychów i cięć. W jej oczach płonął gniewny ogień, wymieszany z błyskiem szaleństwa. - Cały czas uczyłaś mnie, jak być dobrym i współgrać z innymi Toa. A co ci Toa dla mnie zrobili? Zabili tego, którego kochałam! Dlaczego? Bo pragnął sprawiedliwości i lepszego świata! Tak samo jak ja!

Mala uchyliła się przed głownią, zanurkowała pod ramię przeciwniczki i wyłoniła się za jej plecami. Wyprostowała się i opuściła ręce, wystawiając broń na boki. Spojrzała na Tanith.

- Zmieniłaś się, skoro tak mówisz.

- Nie zmieniłam się! - odparła Tanith, szarżując ku niej.

Mala zmrużyła oczy.

- Nie byłaś taka po śmieci Sharu - powiedziała poważnym tonem.

Tanith zatrzymała się, opuszczając broń. Zadrżała.

Chwilę potem w jej oczach na powrót zabłysły wściekłe płomienie.

- I co z tego?! - Uderzyła mieczem. - To ty mnie tak zmieniłaś. To ty zawsze patrzałaś na mnie z góry! Nienawidziłam cię! - krzyknęła, a jej słowa rozniosły się echem po całej sali i głowie Mali. Toa Wody poczuła dziwne ukłucie w sercu.

- Nie, Tanith. Nienawidziłaś jedynie tego, że nie mogłaś na nikogo spoglądać z góry. Ja zawsze postrzegałam cię na równi z sobą. - Skrzyżowała topory przed sobą, blokując cios i odchylając się do tyłu pod wpływem uderzenia. - Nie zapominaj, że to ja po raz pierwszy nazwałam cię moją siostrą.

Ręce Tanith zatrzęsły się. Na moment przed oczami pojawiły jej się dawne obrazy wspólnie spędzonych lat z byłą przyjaciółką, przesłonione po chwili przez tlące się łzy. Sekundę później ogień gniewu doszczętnie je spalił.

- Kłamiesz! - wycharczała, uderzając po raz kolejny. - Zawsze kłamałaś! Otaczałaś mnie fałszywą troską i miłością, bo nie wiedziałaś, czego chcę! On wiedział. I mi to dał! Nie nazwał mnie swoją siostrą, Mala. Nazwał mnie swoją cesarzową!

Cios spadł na nią niczym grom. Mala odskoczyła do tyłu i zatrzymała się parę bio dalej, uginając jedną nogę, wystawiając drugą na bok i nachyliła do przodu, wspierając się ręką o ziemię.

- On także cię zdradzi - odrzekła. - Tak jak wszyscy, którzy trwają teraz u twego boku. Jeśli spojrzysz poza swoją żądzę władzy, zrozumiesz to.

Jednak Tanith nie chciała niczego rozumieć. Chciała po prostu skończyć to jak najszybciej.

- Nie! - krzyknęła, robiąc zamach. Mala nie chciała tego robić. Jednak musiała.

Błyskawicznym podbiciem wytrąciła broń z rąk Tanith, poderwała się z ziemi i uderzając ją kolanem w brodę, przewróciła na ziemię. Przygwoździła ją do podłoża nogą, a ostrze jej topora zatrzymało się o kilka milimetrów przed szyją oponentki.

Mala zamarła w bezruchu, wbijając spojrzenie w twarz Tanith. Ta przez chwilę spoglądała na nią ze zdumieniem, ciężko dysząc. Wreszcie uświadomiła sobie, co jej dawna przyjaciółka właśnie zrobiła, po czym uśmiechnęła się podle.

- Nie zabijesz mnie - powiedziała. - Toa tak nie robią. To nie w ich naturze.

Mala jeszcze przez jakiś czas mierzyła wzrokiem swoją rywalkę, po czym wyprostowała się, opuszczając ostrza.

- Tak, masz rację, Tanith - odparła chłodno. - Toa nie są zabójcami.

Tanith jedynie prychnęła z pogardą i wystrzeliła strumień wody, którzy odrzucił klęczącą nad nią Malę. Topory wypadły z rąk Toa Wody i z metalicznym szczękiem wbiły się w posadzkę, a sama Toa uderzyła z gruchotem i ścianę, zostawiając w niej usłane pęknięciami wgłębienie. Jej kości zostały zgruchotane. Tanith podniosła się z ziemi i zmierzyła ku Mali, sięgając po drodze po swój miecz.

- Twoje oddanie Wielkiemu Duchowi jest żałosne - rzekła, a podły uśmiech ani na moment nie schodził z jej twarzy.

- Mylisz się, Tanith - odparła Mala, wspierając się ramieniem o ziemię i podnosząc się lekko. - Jedyne, co jest żałosne, to fakt, jak łatwo dajesz się manipulować swojej żądzy władzy.

Tanith parsknęła.

- Nie, Mala. To ty jesteś żałosna. Ty i twoja wiara - powiedziała, zatrzymując się nad poległą Toa i spoglądając na nią z góry. - Nie ma żadnego Wielkiego Ducha. Jest tylko wszechświat, który już wkrótce padnie przede mną na kolana! - Wodne węże owinęły się wokół ramion oraz talii Mali i podniosły ją do klęczącej pozycji. - Tak jak i ty.

Mala spojrzała na nią spode łba.

- Władza zdobyta intrygami i kłamstwami jest nic nie warta.

- Nie obchodzi mnie to - ucięła Tanith. - To ja będę cesarzową. I to ja będę ustalać, ile co jest warte!

- Władca, który w ten sposób zdobył swoją pozycję, nigdy nie zazna spokoju - odparła Mala. - Bo dążąc do władzy, nigdy nie robił z tego z miłości do ludu, i nigdy nie zrozumie jego potrzeb, będzie jedynie narzucał mu swoją wolę, doprowadzając w końcu do rozłamu i powstania buntowników.

Toa w Rau wybuchła krótkim, porażająco chłodnym śmiechem.

- Niech się buntują, proszę bardzo! - odrzekła, zaciskając pięść. - Nie mają wystarczającej siły, by mnie pokonać. Padną przede mną na kolana. Wszyscy padną przede mną na kolana! Nawet twój ubóstwiany Wielki Duch też padnie przede mną na kolana!

Mala zmrużyła oczy.

- Potrzeba czegoś więcej, niż arogancji i chciwości, by obalić Wielkiego Ducha.

Oczy Tanith zabłysły szaleńczym światłem. Wodne węże rozluźniły swój uścisk, a wtedy ich stwórczyni chwyciła Malę za bark i uniosła ją ponad ziemię. W drugiej ręce trzymała miecz, którego czubek ostrza skierowała ku piersi rywalki.

- Skoro jest taki wszechpotężny i niezwyciężony - powiedziała - dlaczego nie pomoże teraz swoim podopiecznym? Dlaczego nie pomoże teraz tobie? - Wbiła miecz w ciało byłej przyjaciółki. Pancerz i metalowa skóra ustąpiły pod naporem sztychu, a po chwili ostrze zatopiło się w biologicznej tkance Mali. Krew trysnęła na zbroję Tanith, grzęznąc w bruzdach i ornamentalnych żłobieniach. - Wykrzycz jego imię, niech się zjawi i cię uratuje!

Kąciki ust Mali na ułamek sekundy drgnęły w grymasie bólu, lecz na twarzy Toa Wody cały czas widniał spokojny wyraz. Nie dawała się złamać.

- Krzycz jego imię… - mówiła dalej Tanith z chorą pasją w głosie, zatapiając głownię miecza jeszcze głębiej w ciele Toa Wody. Wrzask cierpienia jej dawnej nauczycielki był jedynym, czego teraz pragnęła. - Krzycz z bólu… Krzycz przede mną… Krzycz… KRZYCZ!

Ostrze przebiło pierś Mali na wylot, a strumienie szkarłatnej krwi trysnęły z obu stron na błyszczącą posadzkę. Tanith spojrzała z pogardą na pokonaną Toa.

- Nie krzyczysz - rzekła. - Więc przegrałaś.

Szybkim ruchem wyszarpnęła miecz z ciała rywalki z nieprzyjemnym chrzęstem i oddaliła się od niej. Mala padła bezwładnie na podłogę i zaczęła tonąć w kałuży krwi.

Tanith podeszła do jej topora, wyciągnęła go ziemi i przejrzała się w jego lśniącym ostrzu. W błyszczącej stali ujrzała smukłą kobietę w pokrytym bordową cieczą pancerzu z Kanohi Rau na twarzy, oczami swego umysłu widziała już jednak koronę spoczywającą na jej głowie i przepiękne, kosztowne szaty okalające jej ciało. Odwróciła się i spojrzała na Malę. Ta wsparła się na łokciu i uniosła delikatnie głowę.

- Nieważne, jak bardzo okaleczysz moje ciało… - wycharczała słabnącym głosem. - Nieważne, ile bólu mi zadasz… Nieważne, jak mocno uderzysz w moją wiarę… Ja i tak będę zwycięzcą, ponieważ potrafiłam oprzeć się pokusom, którym ty uległaś.

Tanith podeszła do niej posuwistym krokiem.

- Nie, Mala - odrzekła. - Nie jesteś zwycięzcą. Jesteś tylko słabą, zagubioną Toa, która nie zna swojego miejsca we wszechświecie.

W spojrzeniu Mali dostrzegła coś, wskutek czego ciarki przeszły jej po plecach. Nie dała jednak tego po sobie poznać.

- Możesz uznawać mnie za słabą i zagubioną. Możesz mnie lekceważyć - mówiła dalej brocząca krwią Toa. - Lecz właśnie z tego powodu ucierpisz.

Tanith prychnęła.

- Głupia. Co takiego możesz zrobić? Sama? - Na jej twarzy pojawił się wyraz triumfu.

Mala uśmiechnęła się delikatnie.

- Mogę dać innym czas - odparła.

Tanith zamarła. Reszta Toa też tu była? Więc taki był plan Mali… Odwrócić od nich jej uwagę…

Posłała kobiecie lodowate spojrzenie.

- Niestety, sobie możesz dać tylko zgubę. - Skrzyżowała ostrza swojego miecza i topora Mali przed głową rywalki. Jej szyja utkwiła pomiędzy stalowymi nożycami. - Twoja królowa wydawała na ciebie wyrok. Skrócić o głowę!

Rozległ się donośny szczęk metalu. Po chwili głowa Toa Wody upadła na podłogę. Z szyi martwej kobiety trysnęła krew, zalewając swoimi strumieniami Tanith. Ta przez chwilę wpatrywała się w ciało pokonanej Toa, skąpana w posoce. Gdy cała jej maska pokryła się krwią zabitej, zaniosła się śmiechem.

Wreszcie ciało runęło na podłogę, powiększając kałużę krwi. Tanith odrzuciła niedbale topór pokonanej na bok, podeszła do leżącej nieopodal głowy, zdarła z niej Kanohi Komau i opuściła komnatę, zostawiając po sobie czerwone ślady na nieskazitelnej posadzce.

Ani na moment nie przestawała się śmiać.

Rozdział 11Edytuj

Toa podeszli na skraj wyspy i wbili wzrok w lekko falującą wodę. Gdzieś wśród tych fal tonął teraz lider XONOX-u, pokonany siłą ich połączonych żywiołów. Wraz z jego klęską pojawiła się nadzieja na szybkie zakończenie wojny, jeszcze nim ta zebrałaby naprawdę krwawe żniwo. Nadzieja ta nadeszła jak wiatr, który dął teraz lekko i przyjemnie w twarze stojących na brzegu Toa.

- Więc… - zaczął powoli Rebis. - To już koniec?

Nikt nic nie odpowiedział. Byli zbyt zmęczeni, ranni i pozbawieni mocy. Ale przynajmniej byli zwycięzcami.

Nagle wiatr nasilił się.

- Tak, Toa. To koniec - zza pleców dobiegł ich wyniosły głos. - Wasz koniec.

Odwrócili się i na jednym z frontalnych balkonów pałacu ujrzeli Tanith, opartą o zdobioną balustradę. Jej pancerz pokryty był zaschniętą krwią, a w lewej dłoni ściskała niewielki, błękitny przedmiot. Druga dłoń spoczywała na rękojeści miecza o ząbkowanym ostrzu, równie brudnym od krwi jak jej zbroja.

Toa zamarli. Jeśli Tanith tu była, oznaczało to, że…

- Gdzie jest Mala, Tanith?! - krzyknęła Hikira. Toa Wody wybuchła krótkim śmiechem. Machnęła ręką i rzuciła ku nieprzyjaciołom ściskany w dłoni przedmiot. Ten odbił się parę razy od ziemi, przejechał po piasku i zatrzymał tuż przed stopami Toa. Zadrżeli.

Mieli przed oczami błękitną, odrapaną, szlachetną Kanohi Komau, maskę Mali. Choć widniał na niej neutralny wyraz twarzy, domyślali się, jak musiała wyglądać na chwilę przed śmiercią. Przenieśli wzrok na Tanith.

- Nie ma już żadnej Mali - odparła Toa Wody. - Tak jak za chwilę nie będzie już was. Będę tylko ja, cesarzowa Tanith, moja władza i wszechświat, który będzie mi służyć!

Uniosła ręce do góry, a wtedy jej Kanohi zabłysła błękitnym światłem. Fale dookoła wyspy wezbrały się i wystrzeliły w górę, tworząc ściany przezroczystej cieczy. Po chwili wyłoniły się z nich wodne węże i zaczęły sunąć w kierunku piątki Toa. Ci sięgnęli po resztki swoich mocy, rozpalając je w sobie. Po chwili węże wdarły się między wojowników, rozdzielając ich od siebie. Sama Tanith wznosiła się teraz na płynnym filarze, kilkanaście bio ponad ziemią, i spoglądała wyniośle na przeciwników w dole, walczących z jej żywiołem.

Rebis zlustrował wzrokiem nadciągające ku niemu węże. Choć nauczył się z niej korzystać zaledwie jakiś czas temu, udało mu się sięgnąć swojej mocy i po chwili z jego dłoni wystrzeliły ogniste płomienie. Zetknęły się z wodą i przeistoczyły ją w obłoki pary, moment potem jednak nadciągnęły kolejne węże, gaszące ogień Toa i zaczęły owijać się wokół jego ciała. Ragan próbował ruszyć przyjacielowi na pomoc, skończył jednak tak samo jak on - zawieszony w powietrzu kilka bio nad ziemią, w objęciach wodnych wijów.

Hikira zmrużyła oczy i uwolniła błyskawice, planując, by woda pokierowała je prosto w kontrolującą ją Toa. Niespodziewanie przed dziewczyną wyrosła ściana cieczy i zatrzymała na sobie wijące się we wszystkie strony pioruny. Hikira zamrugała.

- Hej, woda powinna przewodzić prąd! - krzyknęła ku Tanith. - Nie możesz tak nagle zmieniać praw—Aaaaaarrrnhhhh!! - wrzasnęła, wstrząśnięta spazmem bólu, gdy trafiły ją odbite wiązki. Jej sparaliżowane ciało zaczęło lecieć na spotkanie z ziemią, przed upadkiem powstrzymały ją jednak wodne macki, które owinęły się szczelnie wokół niej i również uniosły do góry.

Kolejne węże naparły na Arcticę, ta jednak przecięła je swoimi mieczami i ruszyła ku filarowi, na którym wznosiła się Tanith, gotowa go zamrozić. Uwolniła z dłoni chłodny podmuch, a ten przeistoczył wodny słup w filar błyszczącego lodu. Arctica miała już wznieść się ku zdrajczyni, gdy nagle lodowa skorupa pękła pod wpływem wezbranej wody, a kolejne węże wyłoniły się z cieczy.

Zaskoczona Arctica zdołała jedynie zasłonić się mieczami, lecz te w następnej chwili upadły na ziemię, gdy ich właścicielka wpadła w objęcia przezroczystych wijów.

Vox został sam na polu walki, a płynne macki zataczały dookoła niego coraz mniejsze kręgi. W porę zasłonił się polem siłowym, o które rozbryzgiwały się węże. Spojrzał ku Tanith. Ta tylko zacisnęła uniesioną dłoń w pięść.

Wodne kleszcze zmaterializowały wewnątrz niewidzialnej bańki otaczającej Voxa. Toa Dźwięku pod wpływem nagłego bólu dezaktywował moc swojej maski i poddał się strumieniom Tanith, po chwili dołączając do pozostałych Toa, zawisłych w powietrzu. On sam zawisł na wprost Toa Wody.

Węże zaczęły wzmacniać swój uścisk, omal nie miażdżąc skrępowanych wojowników. Ci z każdą kolejną sekundą odczuwali coraz silniejszy ból, którym najwyraźniej napawała się Tanith. Arctica spojrzała na nią, mrużąc oczy.

- Daruj sobie, Tanith - wycharczała. - Zakończ to szybko.

- Ha! - parsknęła Toa Wody. - Szybka śmierć to ostatnie, na co zasługujecie. Nie, moja droga. Będę was zabijać powoli, godzinami, dniami, tygodniami, aż wreszcie zrozumiecie, komu powinniście składać hołd przez te wszystkie lata.

- Przecież prędzej ci później skończy ci się moc…

- Zapomnij - odparła Tanith. - Moja maska mnie przed tym chroni.

Arctica zdumiała się.

- Przecież to zwykła Rau…

Tanith zaśmiała się chłodno.

- Skoro naprawdę jesteście tacy naiwni, nie dziwię się, że tak łatwo udało mi się zaprowadzić was w pułapkę - powiedziała drwiącym tonem. - To nie jest żadna Kanohi Rau. To prezent od mojego pana, starannie ukryty pod postacią mojej dawnej maski. Nieustannie regeneruje moją moc żywiołu, nie zabraknie mi jej więc nigdy. - Na jej twarzy pojawił się podły uśmiech. - Nigdy nie będę tak słaba, jak wy.

Toa Lodu jedynie zmrużyła oczy w gniewie, chwilę potem jednak jej twarz wykrzywiła się w grymasie bólu, gdy węże zacisnęły się mocniej na jej ciele.

- Każdego z was będę zabijać z osobna - mówiła dalej Tanith. Zrobiła krok do przodu, schodząc z filaru i wznosząc się na wodnym strumieniu zaczęła wodzić w powietrzu pomiędzy kolejnymi wojownikami. - Tak, byście widzieli śmierć swoich towarzyszy. - Zatrzymała się przed Voxem. - Ciebie zostawię sobie na koniec.

Toa Dźwięku spojrzał na nią spode łba.

- Czego ode mnie chcesz? - wycedził.

- Och, niczego wielkiego - odparła lekko Tanith. Przysunęła swoją dłoń do jego twarzy i pogładziła go po policzku. - Możesz czuć się zaszczycony, Vox. Pozwolę ci wybrać, kogo zabić jako pierwszego.

Vox zadrżał. Pozostali skierowali ku niemu swoje oczy. Toa poczuł się naprawdę niezręcznie - i to nie z powodu krępujących go macek. Wiedział, że musi dokonać wyboru. Innego wyjścia nie miał. Nie chciał tego robić. Zerknął na ułamek sekundy w kierunku Arctici, spoglądającej na niego z niepokojem. Choć odwrócił ku niej wzrok tylko na krótką chwilę, Tanith najwyraźniej musiała to zauważyć. Wykrzywiła kącik ust w złowieszczym uśmiechu i zbliżyła się do dziewczyny.

- Może zaczniemy od niej? - zapytała Voxa, jednocześnie przejeżdżając delikatnie dłonią po twarzy Arctici. - Zabiję Toa Lodu… tak jak ty, sześć lat temu.

Vox rozszerzył oczy. Więc o to jej chodziło…

- Daj spokój, Tanith - powiedział. - Taive był szaleńcem. Musiał umrzeć!

- Nie był szaleńcem! - zagrzmiała Tanith i machnęła ręką, słysząc w odpowiedzi krzyk Voxa, gdy wodne wije omal nie zmiażdżyły jego wnętrzności. Zostawiła Arcticę i przybliżyła się do niego. Ścisnęła jego policzki w dwa palce i przysunęła jego twarz do swojej. - Po prostu chciał sprawiedliwego świata, w którym to Toa są władcami, a reszta istot ich sługami, nie na odwrót. Świata, który już wkrótce stworzę!

Vox posłał jej lodowate spojrzenie.

- Nie zamierzam żyć w świecie zbudowanym na kłamstwach.

- Więc jesteś głupcem - odarła Tanith.

- Taive też nim był.

Spoliczkowała go.

- Nie masz prawa tak o nim mówić - wycedziła.

- Dlaczego? Dlatego, że go kochałaś? Był zdrajcą, tak jak i ty. - Vox zmrużył oczy. - Oboje jesteście siebie warci.

Kolejne uderzenie omal nie zrzuciło maski z jego twarzy.

- Widać, że szkolił cię Zaldiar. Myślisz tak samo jak on - powiedziała Toa Wody. Przez chwilę świdrowała mężczyznę zabójczym wzrokiem, lecz zaraz potem złagodniała. Wykrzywiła kąciki ust w uśmiechu. - Zmieniłam zdanie, Vox. Umrzesz jako pierwszy. - Pstryknęła palcami.

Toa wydarł się wniebogłosy, miażdżony przez węże. Arctica wpatrywała się w to wszystko z przejęciem i sama odczuwała ból od samego patrzenia. Krzyknęła imię przyjaciela - tylko tyle mogła zrobić, wodne macki nie pozwalały jej na nic innego, nawet mimo ciągłych prób wyszarpnięcia się z ich uścisku.

Nagle jednak zauważyła, że więżące ją wije - prawie niezauważalnie, lecz wciąż - rozluźniają się. Arctica powoli odczuwała coraz większą swobodę ruchów, z każdą kolejną chwilą, gdy węże owijały się mocniej wokół Voxa. Zerknęła na pozostałych - oni też to poczuli. Zupełnie tak, jakby cała siła miażdżących ich macek przechodziła teraz na Toa Dźwięku. Tanith skupiała teraz większość swojej mocy na Voxie, nie na nich - tym samym pozwalając, by węże pomału ustępowały próbom wyrwania się z ich objęć.

Vox, poczuł, jak zaczyna się dusić. Wodne macki owinęły się wokół jego całego ciała, w tym i wokół szyi. Chciał użyć żywiołu, był jednak zbyt osłabiony po walce z Vrexem i zbyt przytłoczony bólem, by to zrobić. Odchylił głowę do tyłu i wyprężył się, walcząc o zachowanie oddechu. Tanith spoglądała na to z dziką pasją błyszczącą w jej niebieskich oczach.

- Czujesz się słaby, Vox? - zapytała. - To samo czuł Taive, gdy bezwładnie spadał po tym, jak przebiłeś jego pierś swoim mieczem. Jakie to uczucie, wiedzieć, że zaraz się zginie? O czym teraz myślisz? Żałujesz tego, co zrobiłeś?

Mężczyzna poruszył ustami, nie wydobył się z nich jednak żaden dźwięk. Tanith zaniosła się śmiechem. Tutaj, ponad ziemią, miażdżąc swoich wrogów, czuła się jak władczyni na szczycie królestwa. Swojego królestwa.

Właśnie wtedy coś rzuciło się na nią, skacząc na jej plecy i próbując zerwać maskę z jej twarzy. Tanith zachwiała się i padła na kolana, wspierana przez wodny strumień i zaczęła szarpać się, próbując zrzucić z siebie napastnika. Wreszcie obróciła się i wystrzeliła z dłoni wodne węże, które pochwyciły oponenta. Tanith ze zdumieniem spojrzała na szarpiącą się z mackami Arcticę. Jak udało jej się uwolnić?

Zaraz potem poczuła trzy kolejne uderzenia, każde z innej strony. Rebis, Hikira i Ragan wystrzelili w nią strumienie swojej energii, omal jej nie oszłamiając. Tanith wypuściła kolejne wije, a te owinęły się dookoła Toa.

- Głupcy - wycharczała, jednocześnie walcząc o utrzymanie się w powietrzu. - Nie możecie mnie pokonać… Mam dostęp do nieograniczonej mocy!

Wtedy jej prawe ramię zapłonęło ostrym bólem. Na jej pancerzu pojawiła się kolejna krew - tym razem należąca nie do Mali, a do niej samej. Tanith obróciła głowę i ujrzała Voxa, który przeszył powietrze ponad nią i wylądował na balustradzie pałacowego balkonu za jej plecami.

- Na co nieograniczona moc komuś, kto nie potrafi nad nią zapanować? - odezwał się Toa.

Tanith zmrużyła oczy i wystrzeliła ku niemu płynne macki. Chciała doszczętnie go zmiażdżyć, musiała jednak jednocześnie walczyć z resztą Toa, by ci nie wyrwali się z jej uścisku. Poczuła, że opada. Skupiła swoją moc, by utrzymać się w górze, a wtedy jej wije rozluźniły się. Tanith wzmocniła je i znów poczuła, że opada. Jej ramię paliło bólem. Zaczęła panikować. Nie mogła się skupić na tym wszystkim naraz…

Otaczające ich wodne ściany zaczęły falować i po chwili nie tworzyły już ścian - przeistoczyły się w wirującą ciecz, która przesłoniła wszystkim widoczność. Zamknięci w przejrzystym wirze, Toa zaczęli opadać w dół, ciągnięci przez Tanith, która nie mogła utrzymać się w powietrzu.

Arctica zebrała resztki swojej mocy i utworzyła w dłoni lodowy sopel, którym przecięła krępujące ją wodne węże, jakby te były żywymi istotami, po czym zaczęła zmierzać w kierunku zdrajczyni. Rebis uwolnił swój ogień i przeistoczył ściskające go macki w obłoki pary. Ragan próbował zmiażdżyć wije w swojej pięści, woda jednak prześlizgiwała się między jego palcami. Uderzył znowu, nie pozwalając jej przybrać żadnego kształtu. Po chwili uwolnił się, podobnie jak pozostali, i zaczął sunąć ku Tanith, która desperacko walczyła o utrzymanie siebie i pozostałych w górze.

Ich było pięcioro. Ona była sama. I kłamstwa nie mogły jej już pomóc.

Pierwsza dopadła do niej Arctica i uderzyła pięścią w twarz kobiety. Tanith odchyliła się do tyłu i poczuła tępy ból w plecach, trafiona kolanem Ragana. Kolejny cios zadał Rebis, uderzając ją w brzuch. Uwolnione przez Hikirę elektryczne wiązki przebiegły po jej ciele, a fala dźwiękowa wypuszczona przez Voxa omal jej nie ogłuszyła. Podtrzymujący Toa słup wody przeistoczył się w bezkształtną, wodną masę i zaczął rozpływać się po piasku.

- Nie! - krzyknęła Tanith, czując, jak ziemia przyciąga ją ku sobie. Leciała w dół, a wraz z nią waliło się jej królestwo. Na moment w jej oczach można było dostrzec łzy, które po chwili zlały się z resztą wody, gdy cała szóstka wojowników została pochłonięta w objęciach fal.

Wreszcie woda rozstąpiła się, uchodząc do oceanu, a jej dziki szum ucichł, ustępując miejsca kojącej, przenikliwej ciszy.

Kilka kropel spadło bezgłośnie na ziemię, wieńcząc upadek królestwa zagubionej Toa Wody.

***


Ragan otworzył oczy. Leżał na mokrym piasku, otoczony dziesiątkami kałuż. Tępy ból masakrował jego ciało, kilka ran mocno pulsowało, czuł się zamroczony i wycieńczony. Ale przynajmniej żył. I nie musiał już miotać się w tej przeklętej wodzie.

Zmusił swoje ciało do podniesienia głowy i rozejrzał się dookoła. Znajdował się na plaży przed pałacem, skąpanej w blasku popołudniowego słońca. Po chwili dostrzegł pozostałych Toa, stojących przy brzegu, odwróconych do niego plecami. Nigdzie nie było widać Tanith.

Napiął mięśnie i wstał na równe nogi. Zaczął iść wolnym krokiem w kierunku towarzyszy i chwilę potem znalazł się już przy nich. Wpatrywali się w wolno falujące wody oceanu. Gdyby Ragan ocknął się wcześniej, zobaczyłby, jak zrozpaczona Tanith ucieka w popłochu i znika w morskich odmętach. Jednak domyślił się, co się stało. Toa nie musieli nic mówić.

- Myślicie, że wróci? - zapytał, przerywając głęboką ciszę.

- Na pewno. - Arctica pokiwała głową, nie odrywając wzroku od oceanu. Nie powiedziała nic więcej. Ragan westchnął cicho i również wbił spojrzenie w fale.

Stali tak jeszcze w milczeniu przez parę chwil, aż wreszcie Hikira odezwała się:

- Pokonaliśmy ją raz, pokonamy i drugi. - Zaśmiała się, klepiąc po plecach stojących obok niej Rebisa i Ragana.

Wkrótce potem pozostali uśmiechnęli się lekko, zarażeni dobrym humorem Toa Błyskawic. Niebo zaczęło przybierać lekko pomarańczową barwę, gdy słońce mozolnie zaczynało zmierzać ku horyzontowi.

- Należy sobie zadać inne pytanie. - Hikira uniosła palec do góry. Wszyscy spojrzeli na nią pytająco.

Wyszczerzyła się.

- Jak wrócimy na Artas Nui?

Jęknęli. Po chwili jednak Ragan powiedział:

- Wiecie… - Dotknął dłonią podbródka i uniósł wzrok do góry, zamyślając się. - Chyba mam pewien pomysł.

***


Korytarze pałacu świecił pustką. Wszyscy zakaziańscy strażnicy opuścili wyspę, gdy tylko dowiedzieli się, że ich mocodawcy ponieśli klęskę, dronów także nie było nigdzie widać. Nawet Soundrone gdzieś zniknął. Stukot butów Toa odbijał się echem po całym zamku, gdy wojownicy przemierzali opustoszałe hole. Mieli wrażenie, jakby znaleźli się w zupełnie innym miejscu, choć cały czas byli w tym samym pałacu.

Ragan zaprowadził ich do laboratorium Vrexa. Zatrzymali się przed gołą ścianą, która wcześniej go zaintrygowała. Zdawało mu się, że przez widniejące w niej szczeliny mknie ku nim lekki, chłodny wiatr. Napiął mięśnie i naparł na ścianę, uderzając w nią z impetem. Uderzył jeszcze kilka razy, aż ściana ustąpiła i oczom Toa ukazał się długi korytarz, ziejący pustką.

Spojrzeli na Toa Ziemi ze zdumieniem.

- Pamiętacie tunel, do którego trafiliśmy z Archiwów? - zapytał Ragan. - Pomyślałem sobie, że takich musi być więcej - jeden korytarz zazwyczaj oznacza, że w pobliżu ciągnie się sieć innych. Vrex najwyraźniej o tym wiedział i używał ich, by potajemnie wypuszczać drony i dostarczać uśpionych mieszkańców na tę wyspę.

Dźgnął palcem powietrze, wskazując na ciemny tunel.

- Ten musi prowadzić do Artas Nui.

Skinęli lekko głowami. Vox odwrócił się i spojrzał w kierunku zbiorników z mieszkańcami.

- Musimy ich stąd zabrać - powiedziała Arctica.

- Najpierw musimy dowiedzieć się, co dokładnie dzieje się na wyspie - odezwał się Vox. - Wrócimy po nich później

Hikira uśmiechnęła się z lekka, łącząc dłonie z tyłu głowy.

- No to w drogę - odparła i zmierzyła luźnym krokiem w kierunku korytarza.

Pozostali ruszyli jej śladem.

***


Ogień trawiący szczątki dronów powoli dogasał. Toa Hserg kroczył między zgliszczami, obrzucając je wzrokiem. Tuż za nim kroczył Purrik, lekko osmolony, lecz wciąż w jednym kawałku - w przeciwieństwie do maszyn - a dalej pozostali mieszkańcy, którzy wyłonili się ze schronów, z Khrusskiem i Auerieusem na czele.

Hserg zatrzymał się i wbił wzrok w jakiś odległy punkt. Potem spuścił głowę i spojrzał na leżącą u jego stóp głowę mechanicznego żołnierza, raz po raz sypiącą iskrami. Podniósł ją i zawiesił przy pasie jako trofeum. Niech kolejne drony wiedzą, z kim mają do czynienia.

Purrik podszedł do niego.

- Więc… co teraz chcesz zrobić? - zapytał.

Hserg uśmiechnął się z lekka, spoglądając w dal. Zachodzące słońce zmieniło się w łunę, oświetlającą rudawym blaskiem zarówno chmury, jak i oszronione budynki.

- To, co mówiłem - odparł, odwracając się i patrząc na pozostałych. - To nasza wyspa. I będziemy o nią walczyć.

***


Znajdowali się teraz na wschodnim wybrzeżu. Miasto stało przed nimi otworem. Słońce skryło się za horyzontem i choć jego blask wciąż jeszcze jarzył się na zachodzie, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Zza budynków wyłaniały się kłęby dymu, w oddali dało się dostrzec też światła płomieni i słyszeć odgłosy strzałów. Wojna jeszcze się nie skończyła.

Chłodny wiatr owiewał lekko wojowników, spoglądających na metropolię.

- Zrobiła to - powiedziała Hikira, uśmiechając się do siebie.

Rebis i Ragan spojrzeli na nią pytająco.

- Przez lata żyliśmy tak, jak zagrał nam Vrex - mówiła dalej. - I nikt nie miał odwagi się mu postawić. Ona poprowadziła nas ku rebelii.

- I zginęła - stwierdził kwaśno Rebis. Spojrzał na trzymaną w dłoni maskę Mali - sam nawet nie zauważył, kiedy ją zabrał.

Hikira ponownie się uśmiechnęła.

- Więc musimy dokończyć to, co zaczęła - odparła i popędziła przed siebie.

Po przebiegnięciu paru bio zatrzymała się i obróciła ku Toa Ziemi i Ognia.

- Wiecie… - odezwała się. - Światu przydaliby się nowi bohaterowie. - Skinęła ku nim i sekundę później zniknęła pośród zrujnowanych wieżowców.

Rebis spojrzał na przyjaciela.

- To jak, idziemy?

- Nie jestem pewien - odrzekł Ragan. Toa Ognia poklepał go po ramieniu.

- Chodź, zrobimy ci nową broń - powiedział. - Słyszałem, że pancerz dronów świetnie nadaje się do obróbki.

Ragan uniósł brew.

- Przecież nikt nigdy nic z niego nie wykuł.

Rebis wyszczerzył się.

- Więc najwyższy czas to zmienić - odparł. Toa Ziemi parsknął cicho i ruszył przed siebie w towarzystwie przyjaciela.

Stojący nieopodal Vox i Arctica zostali sami, wpatrując się w milczeniu w miejskie zabudowania. Wreszcie Toa Dźwięku ruszył przed siebie.

- Dokąd idziesz? - zapytała Arctica.

Vox oparł miecz o ramię i odrzekł:

- Ratować wyspę.

- Myślałam, że przestałeś bawić się w bohatera.

Uśmiechnął się lekko.

- Zmieniłem zdanie - powiedział i zmierzył ku metropolii.

Arctica dobiegła do niego.

- Idę z tobą - oznajmiła i spojrzała na niego. - Będziemy walczyć razem.

- Naprawdę, nie musisz…

- Ale chcę - ucięła.

Vox zerknął na nią, unosząc brew i uśmiechając się półgębkiem.

- Uparta jesteś, hm? - zapytał. Dziewczyna przytaknęła.

Zaśmiał się krótko. Po chwili oboje wkroczyli do Nieugiętego Miasta.

EpilogEdytuj

Tanith padła ciężko dysząc na spaloną ziemię wulkanicznej wyspy Artidax. W końcu tu dotarła, po wielu godzinach, niesiona przez fale. Czuła się wycieńczona, ledwo żywa. Nie brakło jej mocy - jej maska nieustannie ją odnawiała - lecz jej żyły rozdzierał palący ból od ciągłego przepływu mistycznej energii. Nie czuła mięśni nóg i rąk, a jej płuca o mało co nie eksplodowały. Jednak i tak ten ból był niczym w porównaniu z tym, co czuła teraz w sercu.

Z potworną, przytłaczającą ją rozpaczą.

Upokorzyli ją. Pozbawili jej władzy. Zaprzepaścili jej wszystkie szanse na zostanie cesarzową. Już nigdy nie zasądzie na złocistym stronie na szczycie swego królestwa. Wszystko przepadło.

Pomyślała o nim. Jak mogła mu spojrzeć w oczy, po tym, jak zawiodła? Musiał jej nienawidzić. Zmarnowała wszystkie szanse, jakie jej dał. Wątpiła, czy nawet zechce ją zobaczyć. Pewnie zostawi ją tu, na gołej ziemi, by zginęła, przykryta popiołem.

Tak. Na pewno tak zrobi.

Uniosła głowę, przed oczami miała jednak jedynie kłębiącą się ciemność. Zdawało jej się jednak, że w oddali widzi jakiś ruch.

Jakieś postacie zbliżały się ku niej.

Wyciągnęła ku nim rękę, lecz sekundę później ta opadła bezwładnie, gdy Tanith straciła przytomność, przytłoczona bólem i rozpaczą.

***


Otworzyła oczy. Leżała na łóżku, pośród ponurych, szarych ścian. Wciąż żyła. Spojrzała na swoje stopy i spróbowała nimi poruszyć. Udało się, lecz wcale ich nie czuła. Musieli podać jej jakieś środki neutralizujące ból - i przy okazji jej cały system nerwowy. Ale przynajmniej wciąż żyła.

Dźwignęła się na łokciu, podnosząc się lekko, i rozejrzała po pomieszczeniu. W pokoju oprócz łóżka nie było prawie żadnych innych mebli, poza niewielką metalową szafką, na której stały dziwne urządzenia, jakich Tanith nie potrafiła zidentyfikować. Nigdy nie musiała przejmować się takimi rzeczami. Cesarzowej nie była potrzebna taka wiedza.

Dopiero po chwili zauważyła, że w kącie pomieszczenia stoi wysoki, zgarbiony mężczyzna, skryty pod czarną peleryną. Na jego twarza widniała podłużna, srebrna maska w kształcie czaszki. Kraavos. Obserwował ją bacznie swoimi krwistoczerwonymi ślepiami.

- Obudziłaś się. Dobrze - przemówił niskim, metalicznym głosem.

Spod jego peleryny wyłoniła się chuda ręka, zakończona dłonią z trzema szponami, sięgnęła ku drzwiom i pchnęła je.

- Pan już na ciebie czeka.

Opuścił pokój, nawet nie pytając, jak się czuje. Oczywiście, pomyślała. Nie obchodziła go. W końcu nie była cesarzową.

Wstała z łóżka i chwiejnym krokiem podążyła za mężczyzną.

***


Tanith szła wolno przed siebie, a stukot jej butów na obcasie odbijał się echem przy każdym kroku. Jednak posadzka nie odbijała jej wizerunku, a korytarz nie bił po oczach blaskiem przepychu. Jedyne źródło światła stanowiły tu niewielkie Kamienie Świetlne, jarzące się na żółto. Przed oczami nie miała żadnych służących, jedynie skryte pod czarną peleryną plecy Kraavosa, który dudnił szponami stóp o podłoże. Korytarz był brudny, ciasny i duszny - stanowił istne przeciwieństwo tego, z czym miała do czynienia w swoim pałacu.

Westchnęła ciężko. Powinna do tego przywyknąć. W końcu nie była cesarzową.

Wreszcie dotarli pod grube, pancerne drzwi. Kraavos pchnął je i razem z Toa Wody wkroczył do większego pomieszczenia, oświetlonego czerwonym blaskiem. Tanith rozejrzała się. Na przeciwległej ścianie znajdował się olbrzymi ekran, złożony z kilkunastu mniejszych. Pośrodku sali stał fotel, w którym spoczywał mężczyzna w kolczastej zbroi, odwrócony do niej plecami. Tanith zadrżała.

Natychmiast padła na kolana.

- Wybacz mi - powiedziała ze szczerą skruchą w głosie, spuszczając głowę. - Zawiodłam.

On obrócił się ku niej i wbił w nią przenikliwe spojrzenie swoich jasnozielonych oczu. Uśmiechnął się łagodnie.

- Nie martw się, Tanith - odrzekł. Jego głos był twardy, stanowczy, a jednocześnie… zaskakująco ciepły. - Spełniłaś swoje zadanie.

Zamrugała, zdumiona. Podniosła głowę i zamrugała jeszcze raz, próbując pozbyć się tlących się w jej błękitnych oczach łez.

- Jak to…? - wyjąkała.

Mężczyzna ponownie uśmiechnął się i obrócił w fotelu.

- Już wkrótce się dowiesz, Tanith - odparł i powiódł dłonią po czerwonych ekranach. - Niedługo nadejdą nowe czasy.

Toa Wody wbiła spojrzenie w szkarłatne wyświetlacze. Widniały na nich obrazy z dziesiątek różnych zakątków Wszechświata Matoran - a jednak każdy z nich przedstawiał to samo. Mechaniczni żołnierze, siejący chaos i zniszczenie. Wojownicy Toa, Skakdi, Steltianie i inni, których nazw nawet nie potrafiła przywołać czy najzwyczajniej w świecie ich nie znała, uginający się pod naporem jej - ich - armii. Płonące budowle i puste szkielety budynków. Zlęknięci mieszkańcy, zbyt pogrążeni w rozpaczy, by się bronić. Krew i pożoga. Smutek i śmierć. Jałowa ziemia, na której wkrótce powstanie jej - ich - imperium.

Zadrżała, podekscytowana.

Rzeczywiście, nowe czasy.


KONIEC

AutorEdytuj

ViktoriaForever!

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki